„Dla siebie znalezioną ścieżką”,
Małgorzata Łukowska, Wydawnictwo AD REM, Jelenia Góra, 2013 r.
I znowu zanurzyłam się w lekturze
książki, która opowiada o historii i pięknie moich rodzinnych stron oraz o zawiłych
losach ich mieszkańców. Tych, którzy żyli tu z dziada pradziada, a potem
musieli swoje domostwa opuścić oraz tych napływowych, którzy opuszczając swoje
rodzinne strony, tutaj na Dolnym Śląsku znaleźli swoją drugą małą ojczyznę.
Bardzo podoba mi się to hasło
reklamowe „Dolny Śląsk nie do opowiedzenia do zobaczenia”. Tak, to jest prawda -
oglądanie szerokiego spectrum atrakcji turystycznych Dolnego Śląska jest
pasjonujące. I życia nie starczy, aby to wszystko zobaczyć. A jednak…
Małgorzata Lutowska posiada ten unikalny dar, który pozwala jej opisać piękno i
fascynującą historię Dolnego Śląska w taki sposób, że czytelnik czuje się,
jakby już - z przewodnikiem w ręku lub u boku - przemierzał górskie szlaki,
zwiedzał urokliwe wioski, miasteczka i miasta, poznawał historię zamkowych i pałacowych
ruin, odkrywał tajemnice, jakie kryją się w starych kopalniach, lochach,
jaskiniach.
Ta właśnie książka, pisana w
formie powieści, zdobyła nagrodę Marszałka Dolnego Śląska.
Autorka pisze o niej w ten
sposób: Urodzona w Cieplicach, całe swoje
dotychczasowe życie spędziłam na Dolnym Śląsku. Poznając coraz to nowe zakątki
tego regionu, zaczęłam dostrzegam jego wyjątkowość, wyjątkowość nie tylko
historyczną i krajobrazową, ale także etniczną i kulturową. Z czasem zaczęłam
odczuwać silną potrzebę podzielenia się własnymi refleksjami i przeżyciami.
Książka, którą chciałam napisać, miała być głosem przedstawiciela nowej generacji
mieszkańców Dolnego Śląska, głosem wyrażającym przywiązanie do swojego kraju,
miała przybliżyć Niemcom polskość, a Polakom niemieckość tych ziem.
Jako czytelniczka i była
mieszkanka opisywanego w książce regionu Dolnego Śląska, stwierdzam, że doskonale
się to zamierzenie autorce udało.
I jeszcze wątek osobisty.
Jeden z rozdziałów - „Lwówek
Śląski, mały Wawel i chrześcijańska misja Elim” - opowiada o pewnym
australijskim misjonarzu Kenie, który wraz z żoną Giselle osiedlił się w Polsce
i z powodzeniem, w starym pałacu Płakowickim, prowadzi misję chrześcijańską,
już od wczesnych lat 90-tych. Tak się składa, że znam Kena i Giselle prawie od
samych początków ich pobytu w Polsce. Znam panią Krysię, która oprowadza gości po
pałacu i znam Pawła, który pełni w misji jedną z kluczowych ról. W komnatach
plakowickiego pałacu, a też w pokojach zrobionych z budynków starej stajni,
spędziłam niejedną noc.
Z relacji w książce bardzo
podobał mi się opis Kena (prawdziwy w 100% :-): … w drzwiach pojawia się przystojny mężczyzna około czterdziestki.
Poprawia ręką opadające na czoło ciemne włosy. Ubrany jest w seledynowy,
sportowy podkoszulek, który podkreśla jeszcze jego opaleniznę… „Zawierzyliśmy
Bogu. On nas prowadzi. Modlimy się i doznajemy cudów.” … Więc tak wygląda współczesny
szaleniec Boży! Twarde bicepsy, zaprawione w codziennej, fizycznej pracy,
opalona płakowickim słońcem twarz. …
Nawet - dla tego jednego rozdziału
- warto tę książkę przeczytać!
***
Polecam też drugą książkę autorki
- „Powierzony klucz”: KLIKNIJ.



