Kiedy ogłoszono obowiązkowe izolowanie się w domach, z powodu zagrożenia epidemicznego, to pomyślałam sobie „Wow, jak ja bardzo tego potrzebuję!”. Oczywiście, nie lekceważyłam powodu tej izolacji, myśląc „Super, że jest epidemia. Wreszcie posiedzę sobie w domu”. Nie, sprawę epidemii traktowałam i traktuję bardzo poważnie. Byłam i jestem świadoma wciąż obecnego zagrożenia zarażeniem, z czasem rosła też moja świadomość negatywnych ekonomicznych skutków tej izolacji. Już je odczuwam.
Po prostu, potrzebowałam takiego czasu „posiedzenia na tyłku”, ponieważ ostatnich kilka lat żyję na dwa domy (a raczej dom i fundację). Ciągle na walizkach, w drodze i z płaczącym kotem, który nie lubi podróży samochodem i zmiany miejsca. Do fundacji dzieli nas dystans 24 kilometrów. Na szczęście mamy tam swój własny pokoik, co pozwala nam poczuć się jak w domu i odpocząć.
Ten rodzaj aktywności powoduje, że coś cierpi. Słuszne jest biblijne stwierdzenie, że nie można dwóm panom służyć (Ew. Mateusza 6:24). Siłą rzeczy sprawy fundacji stały się ważniejsze, a na dom nie starczało już sił i czasu. A tu nagle taka okazja. Wreszcie mogę zabrać się za zaległości w porządkach. Szybko jednak zrozumiałam, że nie zamierzam szaleć, jeżeli chodzi o sprzątanie, mycie okien, wiosenne porządki. To zrobię krok po kroku. Minęły już ponad dwa miesiące (od daty ogłoszenia epidemii), a mi się wydaje, że moje kroki stają się coraz krótsze :-) I jakoś przestałam się tym przejmować. Potrafię przez kilka dni cieszyć się tym, że odkurzyłam półkę z kolekcją muszli i kamieni. Jakże pięknie teraz błyszczą!
Swoją uwagę skupiłam głównie na tzw. porządkach w papierach, w bardzo szerokim znaczeniu. Ponieważ nie były to tylko jakieś mniej lub bardziej ważne dokumenty, stare faktury, urzędowe pisma. To były również listy, czasopisma, foldery turystyczne, zdjęcia i stare negatywy. Stosy notatek z różnych szkoleń, konferencji, szkół (biblijne i ChAT). Matryce gazetek, które wydawaliśmy w Ursynowskiej Społeczności Ewangelicznej, matryce ulotek na temat różnych spotkań i wydarzeń, które organizowaliśmy. Dużo tego się uzbierało.
Chcąc zrobić porządek, nie pozbywając się przez przypadek czegoś ważnego, bardzo wnikliwie przeglądałam większość papierów. Szczególnie skupiałam się na tych, które budziły we mnie dobre wspomnienia. Te, które kojarzyły mi się z czymś negatywnym i niemiłym, wyrzucałam bez zbędnego rozpamiętywania. Na szczęście, nie było tego zbyt wiele. Zwykle, o ile to możliwe, na bieżąco pozbywam się takich rzeczy. Te nagromadzone miały przede wszystkim wartość sentymentalną.
Z dumą przyznaję, że udało mi się wykonać to zadanie prawie w 100 %. Zostały jeszcze rzeczy, które wciąż są dla mnie ważne, ale nie będą istotne dla moich potomnych. Nakleję na nie etykietkę „wyrzucić”. Przyznaję, że porządki te robiłam również z myślą o nich, aby nie musieli przeglądać, pozostawionych im w spadku stosu papierzysk. Postanowiłam ułatwić im życie. Tę mądrość nabyłam, porządkując dom po moich rodzicach, którzy już odeszli i archiwa fundacji, po śmierci mojego teścia. Tej pracy jeszcze nie skończyłam...
Moja podróż przez liczne segregatory, teczki, pudełka i szuflady była dla mnie bardzo ubogacająca. Odkryłam, że, jak dotąd, miałam bardzo ciekawe i dobre życie. Epizodyczne bolesne doświadczenia nie są w stanie zacienić tego, że czuję się w swoim życiu szczęśliwa i spełniona. I wdzięczna Bogu za wszystko, co mi dał. Ponieważ wierzę, że to On pokierował moim życiem. Ja miałam inne plany i nawet w wyobraźni nie wymyśliłabym sobie chociażby procenta z tego, co dane mi było przeżyć.
Żałuję, że ten czas izolacji zakończyliśmy stosunkowo szybko. Dla nas trwał do końca marca. Potem ruszyliśmy do fundacji, aby uruchomić działania pomocowe - wydawanie żywności z Banku Żywności, pieczywa oraz zup na wynos. I znowu wszystko wróciło do ‘normy’. Kilka dni w domu, kilka w Arce (tak potocznie nazywamy fundację). Tego, że możemy pomagać ludziom, nie żałuję. Szkoda mi jedynie, że nie mogłam więcej czasu (troszkę się udało) poświęcić na głębszą lekturę, niektórych artykułów, listów, zapisków w pamiętnikach. Na pooglądanie starych zdjęć. Mam jednak nadzieję, że i na to przyjdzie czas.
Tutaj, na myśl przychodzi mi osoba mojej teściowej. Ma już prawie 93 lata. Kiedykolwiek ją odwiedzamy, zawsze pokazuje nam inny stosik zdjęć, kolejny plik listów, jakieś wycinki i luźno zapisane karteczki. Od wielu lat, ze względu na wiek i stan zdrowia, jest to jej główne zajęcie. Podróż sentymentalna do tego, co minęło. Kiedy na nią patrzę, właśnie tego pragnę dla siebie. Moje porządki tylko rozbudziły mój apetyt na więcej. Mam jedynie świadomość, że to chyba za wcześnie, aby usiąść w bujanym fotelu i zanurzyć się we wspomnieniach. Jeszcze trochę muszę poczekać...










