poniedziałek, 8 czerwca 2020

Co wiem na temat epidemii - po lekturze książki

Nie mogę stwierdzić,  że nie mam żadnego pojęcia na temat tego, czym są choroby zakaźne. Z racji wyuczonego, choć krótko wykonywanego zawodu (pielęgniarka), zdobyłam pewną wiedzę teoretyczną z zakresu chorób zakaźnych. Niestety, z czasem moją wiedzę spowił „ostry cień mgły” czy, jak ktoś woli, „pomroczność jasna” :-)

Nie powiem też, abym specjalnie interesowała się tematem, chociaż na film „Epidemia” poszłam do kina chętnie i oglądałam go z przejęciem. Zresztą, uważam, że to nadal jest najlepszy film z tej kategorii, w dodatku w bardzo dobrej obsadzie. Nie tak łatwo jest stworzyć coś lepszego od czegoś, co naprawdę jest dobre.  

Kiedyś, spośród stosu bardzo dobrych książek, podarowanych nam przez pewną instytucję, wyłowiłam książkę „Historia epidemii. Od dżumy po AIDS”, autorstwa Jacquesa Ruffie i Jeana Charlesa Sournia. Pierwsze francuskie wydanie w 1984 roku, a polskie w 1996 r. Postanowiłam zatrzymać ją dla siebie, wstawiając pomiędzy stare podręczniki z Liceum Medycznego. W drugim tygodniu naszej polskiej epidemii zanurzyłam się w ciekawej lekturze.

Ciekawej, ale niekoniecznie łatwej, szczególnie w pierwszych czterech rozdziałach, kiedy to autorzy skupiają się na wprowadzeniu czytelnika w niuanse biologiczne, genetyczne, morfologiczne i środowiskowe, związane z istnieniem chorób zakaźnych i ich rozprzestrzenianiem się. Przyznaję, dosyć to  skomplikowane, ale bardzo interesujące. W kolejnych rozdziałach autorzy omawiają najtragiczniejsze w dziejach ludzkości epidemie (zarazy) oraz główne choroby zakaźne, odnotowane w historii aż po współczesność - do epoki AIDS (pierwsze diagnozy - 1981 r.). Są lub były to (niektóre z tych chorób wygasły): dżuma, gorączki jelitowe (cholera, dury, dezynterie), trąd, gruźlica, ospa, malaria, europejskie choroby „sprzedane” krajom kolonizowanym (nie będę ich tu wymieniać), choroby pasożytnicze Trzeciego Świata (czerwonka, bąblowiec, śpiączka, bilharcjoza, ślepota rzeczna).

Autorzy poświęcają sporo uwagi epidemiom dżumy. Szczególnie epidemii w Londynie (1665-1666), opisanej w książce „Dziennik roku zarazy”, przez Daniela Defoe. W kontekście panującej wokół nas pandemii, również moją uwagę zwróciły pewne informacje dotyczące walki z epidemią. Np. Defoe podkreśla zasługi władz, którym udało się utrzymać porządek w mieście i zapewnić zaopatrzenie bez podnoszenia cen towarów. Pochwala wczesne izolowanie chorych w szpitalach. Kontrowersyjne jest jego zdaniem rozporządzenie izolujące również rodziny chorych; ponieważ szpitale nie były w stanie przyjąć wszystkich zakażonych, postanowiono zamknąć w domach nie tylko chorych, ale i ich współmieszkańców. Wyznaczono strażników pilnujących domów, z których nikt nie powinien wychodzić. Defoe stwierdza, że interwencja władz była konieczna, nawet jeśli wyniki nie zawsze były przekonujące. Podaje przykład łamania zakazu gromadzenia się, bowiem wierni zbierali się w kościołach, aby błagać Boga o zmiłowanie. Można powiedzieć „nie ma nic nowego pod słońcem” (Kohelet 1:9). Podobne działania władz są podejmowane obecnie i podobnie się dzieję. Znam też miejsca, gdzie nie zaprzestano zgromadzeń kościelnych, ponieważ ich członkowie nie bali się koronavirusa. Niestety, dziś zbierają tego żniwo.

Tyle Defoe. A autorzy uspokajają: Obecnie nagła, ogólnoświatowa epidemia jest mało prawdopodobna... (...) Wszystko wskazuje na to, że krajom rozwiniętym nie grozi już hekatomba 1348 roku ani okropności epidemii londyńskiej czy marsylskiej (chodzi o epidemie dżumy). Przypominam, że piszą to w roku 1984. Z drugiej strony stwierdzają, że nie jesteśmy całkiem bezpieczni, a nasze zwycięstwo nad chorobami zakaźnymi jest jedynie prowizoryczne - przepisy sanitarne, zasady higieny, są bardzo kruchą ochroną. Czego dziś jesteśmy świadkami.

W równowadze do powyższego, autorzy zaprezentowali też inną wizję przyszłości, która również dzisiaj staje się rzeczywistością. W obliczu zachorowań i zgonów władze początkowo będą twierdzić, że nie ma żadnego zagrożenia, a następnie nadadzą mu jakąś uspokajającą nazwę. Ludność zacznie opuszczać zakażone miejsca oraz unikać osób chorych. Szukać się będzie „winnych”, a ksenofobia doprowadzi do wielu ekscesów. Chorzy i podejrzani o chorobę zostaną odizolowani. Nawet lekarze, mimo że lepiej wyposażeni niż niegdyś, nie zostaną oszczędzeni. Będą chorować i będą umierać. I w końcu, nie wiadomo dlaczego, epidemia zacznie słabnąć, aż pewnego dnia wygaśnie.

W książce o chorobach zakaźnych nie mogło zabraknąć tematu szczepień. Zwycięstwo nad prawie każdą z wymienionych tu chorób dokonało się dzięki odkryciu szczepionki. Autorzy jasno stwierdzają, że szczepionki są wielkim osiągnięciem medycyny ostatnich 2-3 wieków. Nazywają je arcydziełem współczesnej medycyny. Ich działanie polega na zmianie podatności na chorobę, u potencjalnych ofiar. Obecnie dysponujemy szczepionkami przeciwko większości chorób zakaźnych. Co ważne, dla uniknięcia epidemii nie jest konieczne szczepienie całej ludności. Zaszczepienie 60% populacji wystarczy do zahamowania rozprzestrzeniania się choroby. Zagadką są dla mnie ruchy antyszczepionkowców. Kiedy wybuchła pandemia koronavirusa pomyślałam sobie z nadzieją, że przeciwnicy szczepień pójdą po rozum do głowy. Niestety, bardzo się pomyliłam. Tylko chory umysł mógł wymyślić spiskową teorię o wszczepianiu w nasze organizmy czipów jako narzędzia kontroli, (podobno wcześniej ‘wszczepiano nam’ w ten sposób autyzm ;-), zamiast chroniących nas przed chorobą zakaźną przeciwciał.

Zastanawiam się, wobec powyższego, jaka jest ogólna świadomość istnienia i zagrożenia chorobami zakaźnymi. A w związku z tym, jaka jest wiedza o śmiertelności w przypadku tych chorób. Szczególnie podczas epidemii. W Internecie trafiłam na ciekawą stronę na ten temat i przyznaję - byłam w szoku. Nie zdawałam sobie sprawy, z tak realnej obecności szeregu epidemii oraz tak ogromnej ilości ich ofiar. Może te liczby będą w stanie przekonać sceptyków, że szczepienia są konieczne. Zachęcam do przebrnięcia przez te dane:

Zaraza Antoninów (to mogła być ospa), lata: 165-180, 5 mln zgonów; Czarna Śmierć, lata: 1347-1351, 25 mln zgonów; Ospa prawdziwa, lata: 1520-1979, 56 mln zgonów; Wielka zaraza w Londynie, lata: 1665–1666, 100 000 zgonów; Cholera (pandemie 1-7), lata: 1817-2018 ostatnie ognisko epidemii, 1 mln zgonów; Hiszpanka, lata: 1918-1920, 40-50 mln (wg niektórych źródeł nawet 100 mln) zgonów; Grypa azjatycka, lata: 1957-1958, 1-2 mln zgonów; Grypa Hong Kong, lata: 1968-1970, 1-4 mln zgonów; Rosyjska grypa, lata: 1977-1978, 1 mln zgonów; HIV/AIDS, lata: 1981 – nieopanowana,  35 mln zgonów. Na tej epidemii kończy się książka. Po latach samodzielnego panowania AIDS, rozwiązuje się kolejny worek z epidemiami. Oto one:
SARS, lata: 2002-2003, 800 zgonów; Świńska grypa, lata: 2009-2010, 284 500 zgonów;  Zica, 2014 - nieopanowana, (do stycznia 2016 odnotowano już 3530 przypadków małogłowia u dzieci); Ebola (ostatnia duża epidemia), lata: 2014-2016, 11 300 zgonów; MERS, lata: 2015 - nieopanowana, 858 zgonów; COVID-19, lata: 2019 - nieopanowana, 345 105 zgonów (stan na 25.05.2020).

W obliczu tych danych, największym dla mnie wyrazem braku szacunku dla chorych, zmarłych i tych, którzy ich opłakują oraz do rzesz personelu medycznego, stojącego na pierwszej linii frontu walki z pandemią, są tzw. teorie spiskowe. Oto liderzy państw zmówili się, aby: 1 - celowo wywołać pandemię; lub 2 - we współpracy z mediami przeprowadzić ogólnoświatową manipulację, w rzeczywistości pandemii nie ma, a wszystko, co oglądamy i wszelkie statystyki na temat zachorowań i zgonów są mistyfikacją. Jak to zrobili i czemu ma to służyć? Tego twórcy tych teorii nie potrafią tak do końca wyjaśnić. A ja, nie zamierzam głębszym wnikaniem w temat, zaśmiecać swojego i cudzych umysłów. Najbardziej przykry jest fakt, że zwolennicy tych teorii bardzo często jako główny argument wskazują niezadowalającą ilość zgonów, argumentując, że na raka i choroby serca rocznie umiera więcej osób. Nie zauważają takiej subtelnej różnicy, że ci, którzy umierają na te jednostki chorobowe, chorują na nie przeważnie przewlekle, przez kilka lat. Koronavirus kosi swoje żniwo w bardzo krótkim czasie. A nawet, jeśli w przyczynie śmierci podaje się inne choroby współistniejące, to w normalnych warunkach dany pacjent miałby szansę przeżyć we względnym zdrowiu kilka/kilkanaście kolejnych lat. Nawiasem, jeśli w obliczu tak ogromnej liczby zachorowań, tak niewiele jest zgonów (w porównaniu z innymi epidemiami), a tak wiele ozdrowień, to wskazuje na jedno - medycyna naprawdę robi postępy w dziedzinie chorób zakaźnych. Statystyki światowe dziś (8.06.2020): zarażeni - 7.102.965; zgony - 406.343; wyzdrowienia - 3.466.591.

Martwią mnie bardzo nasze dzisiejsze krajowe notowania. Rekordowa ilość zachorowań - 599 osób. Chyba to poluzowanie restrykcji nie wychodzi nam na zdrowie. Pojawia się coraz więcej skupisk zakaźnych w miejscach, w których powrócono do przed epidemicznej aktywności. Wygląda to naprawdę niepokojąco...

Mam jednak nadzieję, że koniec tej pandemii kiedyś nastąpi. Niestety, wymienione powyżej epidemie pokazują, że okresy względnego bezpieczeństwa epidemicznego są coraz krótsze. 
Autorzy książki piszą: Historia ludzkości składać się będzie jeszcze przez długi czas z epizodów, które ludzie są w stanie zrozumieć i chronić się przed nimi dopiero wówczas, gdy należą one do przeszłości. Obyśmy nauczyli się chronić. 

Mam świadomość, że jeśli ktoś z czytających dotarł do tego momentu, to poczuł się już bardzo zmęczony. Dlatego kończę już swoje wynurzenia. Mam jednak nadzieję, że może zaciekawiłam kogoś tym tematem, może pomogłam coś zrozumieć albo zdobyć kilka ciekawych informacji. Pozwolę sobie jeszcze zaproponować trzy rzeczy:

1. Dwie listy książek o epidemiach:
2. Film dokumentalny „Łowcy wirusów”: KLIKNIJ

3. Utwór dedykowany tym, którzy odeszli: KLIKNIJ 




wtorek, 2 czerwca 2020

Kwarantanna w moim wydaniu

Kiedy ogłoszono obowiązkowe izolowanie się w domach, z powodu zagrożenia epidemicznego, to pomyślałam sobie „Wow, jak ja bardzo tego potrzebuję!”. Oczywiście, nie lekceważyłam powodu tej izolacji, myśląc „Super, że jest epidemia. Wreszcie posiedzę sobie w domu”. Nie, sprawę epidemii traktowałam i traktuję bardzo poważnie. Byłam i jestem świadoma wciąż obecnego zagrożenia zarażeniem, z czasem rosła też moja świadomość negatywnych ekonomicznych skutków tej izolacji. Już je odczuwam.

Po prostu, potrzebowałam takiego czasu „posiedzenia na tyłku”, ponieważ ostatnich kilka lat żyję na dwa domy (a raczej dom i fundację). Ciągle na walizkach, w drodze i z płaczącym kotem, który nie lubi podróży samochodem i zmiany miejsca. Do fundacji dzieli nas dystans 24  kilometrów. Na szczęście mamy tam swój własny pokoik, co pozwala nam poczuć się jak w domu i odpocząć.

Ten rodzaj aktywności powoduje, że coś cierpi. Słuszne jest biblijne stwierdzenie, że nie można dwóm panom służyć (Ew. Mateusza 6:24). Siłą rzeczy sprawy fundacji stały się ważniejsze, a na dom nie starczało już sił i czasu. A tu nagle taka okazja. Wreszcie mogę zabrać się za zaległości w porządkach. Szybko jednak zrozumiałam, że nie zamierzam szaleć, jeżeli chodzi o sprzątanie, mycie okien, wiosenne porządki. To zrobię krok po kroku. Minęły już ponad dwa miesiące (od daty ogłoszenia epidemii), a mi się wydaje, że moje kroki stają się coraz krótsze :-) I jakoś przestałam się tym przejmować. Potrafię przez kilka dni cieszyć się tym, że odkurzyłam półkę z kolekcją muszli i kamieni. Jakże pięknie teraz błyszczą!

Swoją uwagę skupiłam głównie na tzw. porządkach w papierach, w bardzo szerokim znaczeniu. Ponieważ nie były to tylko jakieś mniej lub bardziej ważne dokumenty, stare faktury, urzędowe pisma. To były również listy, czasopisma, foldery turystyczne, zdjęcia i stare negatywy. Stosy notatek z różnych szkoleń, konferencji, szkół (biblijne i ChAT). Matryce gazetek, które wydawaliśmy w Ursynowskiej Społeczności Ewangelicznej, matryce ulotek na temat różnych spotkań i wydarzeń, które organizowaliśmy. Dużo tego się uzbierało.

Chcąc zrobić porządek, nie pozbywając się przez przypadek czegoś ważnego, bardzo wnikliwie przeglądałam większość papierów. Szczególnie skupiałam się na tych, które budziły we mnie dobre wspomnienia. Te, które kojarzyły mi się z czymś negatywnym i niemiłym, wyrzucałam bez zbędnego rozpamiętywania. Na szczęście, nie było tego zbyt wiele. Zwykle, o ile to możliwe, na bieżąco pozbywam się takich rzeczy. Te nagromadzone miały przede wszystkim wartość sentymentalną.

Z dumą przyznaję, że udało mi się wykonać to zadanie prawie w 100 %. Zostały jeszcze rzeczy, które wciąż są dla mnie ważne, ale nie będą istotne dla moich potomnych. Nakleję na nie etykietkę „wyrzucić”. Przyznaję, że porządki te robiłam również z myślą o nich, aby nie musieli przeglądać, pozostawionych im w spadku stosu papierzysk. Postanowiłam ułatwić im życie. Tę mądrość nabyłam, porządkując dom po moich rodzicach, którzy już odeszli i archiwa fundacji, po śmierci mojego teścia. Tej pracy jeszcze nie skończyłam...

Moja podróż przez liczne segregatory, teczki, pudełka i szuflady była dla mnie bardzo ubogacająca. Odkryłam, że, jak dotąd, miałam bardzo ciekawe i dobre życie. Epizodyczne bolesne doświadczenia nie są w stanie zacienić tego, że czuję się w swoim życiu szczęśliwa i spełniona. I wdzięczna Bogu za wszystko, co mi dał. Ponieważ wierzę, że to On pokierował moim życiem. Ja miałam inne plany i nawet w wyobraźni nie wymyśliłabym sobie chociażby procenta z tego, co dane mi było przeżyć.

Żałuję, że ten czas izolacji zakończyliśmy stosunkowo szybko. Dla nas trwał do końca marca. Potem ruszyliśmy do fundacji, aby uruchomić działania pomocowe - wydawanie żywności z Banku Żywności, pieczywa oraz zup na wynos. I znowu wszystko wróciło do ‘normy’. Kilka dni w domu, kilka w Arce (tak potocznie nazywamy fundację). Tego, że możemy pomagać ludziom, nie żałuję. Szkoda mi jedynie, że nie mogłam więcej czasu (troszkę się udało) poświęcić na głębszą lekturę, niektórych artykułów, listów, zapisków w pamiętnikach. Na pooglądanie starych zdjęć. Mam jednak nadzieję, że i na to przyjdzie czas.

Tutaj, na myśl przychodzi mi osoba mojej teściowej. Ma już prawie 93 lata. Kiedykolwiek ją odwiedzamy, zawsze pokazuje nam inny stosik zdjęć, kolejny plik listów, jakieś wycinki i luźno zapisane karteczki. Od wielu lat, ze względu na wiek i stan zdrowia, jest to jej główne zajęcie. Podróż sentymentalna do tego, co minęło. Kiedy na nią patrzę, właśnie tego pragnę dla siebie. Moje porządki tylko rozbudziły mój apetyt na więcej. Mam jedynie świadomość, że to chyba za wcześnie, aby usiąść w bujanym fotelu i zanurzyć się we wspomnieniach. Jeszcze trochę muszę poczekać... 








poniedziałek, 9 marca 2020

Kącik dobrej książki

Długo zastanawiałam się na tym, według jakiego klucza dobrać kolejne książki do recenzji. I nie było to łatwe. Wcześniej starałam się łączyć je tematycznie lub terytorialnie. Większość książek o misji, jakie posiadam, jest już opisanych. Teraz swoje zapasy uzupełniam szukając po stronach wydawnictw chrześcijańskich informacji o pojawieniu się nowych książek o tej tematyce. A czasem, mniej lub bardziej przypadkowo, wpada mi w ręce jakaś perełka. Powoli zapas rośnie. Jestem otwarta na sugestie i podpowiedzi czytelników, gdzie szukać kolejnych książek. Proszę kierować je na mój adres mailowy walentyna@jarosz.info.pl lub do redakcji biuletynu.
Oto bieżące propozycje. O wszystkich tych postaciach już pisałam, w oparciu o inne pozycje książkowe. Dzięki temu mamy szansę poznawać naszych bohaterów wiary z szerszej perspektywy.


Tadeusz Łamacz, Wielki chrześcijanin Sadhu Sundar Singh, Wydawnictwo „Zwiastun”, Warszawa 1990
Nie czytaj Biblii, ponieważ tkwi w niej jakaś siła, która może uczynić z ciebie chrześcijanina. Tak ostrzegano młodego Sundara, który wszelkimi środkami desperacko usiłował zdobyć pokój dla swojej duszy. Jego duchowa i mentalna walka pomiędzy hinduizmem a chrześcijaństwem doprowadziła do tego, że spalił egzemplarz Biblii, który został mu dany przez amerykańskiego misjonarza. Bóg objawił się więc Sundarowi nie przez Biblię, lecz we własnej Osobie. Odtąd jego życie uległo radykalnej zmianie.
Ta niewielka książeczka w skondensowany sposób opisuje życie i służbę Sadhu Sundar Singha. Śledzimy jego podróże misyjne na Wschodzie - Północne Indie, Tybet i Nepal, Południowe Indie i wschodnia Azja. Towarzyszymy mu w podróżach na Zachód. Te podróże misyjne pokazały, że Sadhu był apostołem Wschodu i Zachodu. Sundar Singh miał dwojaką wieść dla świata: dla Indii - że mimo tylu bogactw duchowych nie znalazły kosztownej perły, jaką jest Ewangelia; dla Zachodu - że pogrzebała tę drogocenną perłę w spekulacjach teologicznych, instytucjach kościelnych i kulturze. Singh wyraził to słowami: Kiedyś ubolewałem nad tym, że urodziłem się w Indiach i zazdrościłem tym, którzy od dzieciństwa znają chrześcijaństwo! Zwiedziwszy kraje zachodnie zmieniłem pogląd.
Autor książki dokonał też gruntownej analizy życia i nauki Sundara Singha. Wiele dowiadujemy się na temat jego życia religijnego - życie modlitewne, mistyka, pokój wewnętrzny, zrozumienie krzyża, doświadczenie nieba na ziemi. Poznajemy jakim był człowiekiem w życiu codziennym - w okazywaniu miłości braterskiej, składaniu świadectwa, byciu na tym świecie, lecz nie z tego świata. Zostaje nam też przybliżona jego teologia - myśli o Bogu, o stworzeniu, o Chrystusie, o zbawieniu, o cudach, tamtym świecie, o Biblii, o Kościele i kościołach, o chrześcijanach i niechrześcijanach. Jest to bardzo inspirująca lektura i szczerze ją polecam. (S.S. 1889-1929)


George Müller, ...dla zachęty moich braci i sióstr w Chrystusie..., opracowanie Marek i Elżbieta Nalewajka, Wydawnictwo Arka
Kim był George Müller chyba nikomu nie trzeba przypominać, ale jednak przypomnę, posługując się kilkoma faktami: Przez 63 lata służby dał chrześcijańskie wykształcenie 122683 dzieciom. Około 250 tys. Biblii i prawie 1,5 mln Nowych Testamentów rozdał w kraju i zagranicą. Około 250 tys. funtów wysłał misjonarzom na całym świecie. Bóg dał mu w szafarstwo 1424646 funtów.
Ta niewielka broszurka - mieści się na mojej dłoni - zawiera wybrane fragmenty kazań, wystąpień na konferencjach, świadectw, rozmów i opisów ciekawych wydarzeń związanych z Müllerem. Szczególnie cenne i zachęcające są jego myśli o dawaniu, modlitwie i karmieniu duszy.
W broszurce znajduje się fragment z autobiografii George’a Müllera dotyczący właśnie karmienia duszy. Pisze on: ...jest dla mnie jaśniejsze niż cokolwiek, że pierwszą rzeczą, jaką dziecko Boże ma zrobić każdego poranka, jest zdobycie pokarmu dla wewnętrznego człowieka. (...) A zatem, co jest pokarmem dla wewnętrznego człowieka? Nie modlitwa, lecz Słowo Boże. (...) O ileż lepiej, gdy dusza zostaje odświeżona i uszczęśliwiona wcześnie rano, niż gdy ciężar służby, prób i pokus spadnie na ciebie bez duchowego przygotowania.
Po więcej zachęty odsyłam do broszurki. (G.M. 1805-1898)


Roger Steer, J. Hudson Taylor - Człowiek w Chrystusie, Wydawnictwo THEOLOGOS, Ostróda 2009
Billy Graham napisał o nim: Niewielu ludzi poruszyło Chiny dla Boga tak, jak Hudson Taylor. Dobrowolnie zerwał z tradycją i nosił chiński strój. (...) Prostota, racjonalne posłuszeństwo, ufna modlitwa i cierpliwa wytrwałość (...) Oby ta książka była dla nas zachętą...
Rodzice zwykli modlić się o swoje dzieci, ale chyba niewielu modli się tak: Drogi Boże, jeśli dasz nam syna, spraw by mógł pracować dla Ciebie w Chinach. I Bóg wysłuchał tej modlitwy.
Książka Rogera Steera obszernie opisuje dzieciństwo i życie Taylora w ojczystym kraju - Anglii oraz jego służbę w Chinach. Taylor Chinom oddał swoje serce i życie. Wyjechał do Chin w wieku 22 lat i spędził tam większość swojego życia. W 1865 roku powołał do życia Chińską Misję Wewnętrzną, aby ziścić swoje najgłębsze pragnienie - dotarcia z ewangelią do wszystkich zakątków tego wielkiego kraju. Do jego śmierci w 1905 roku stowarzyszenie to posiadało 825 misjonarzy we wszystkich chińskich prowincjach. Nawróciło 25 tysięcy osób. To byłPan jest zawsze wierny. Nie potrzebujemy wielkiej wiary, ale wiary w wielkiego Boga. Potrzebujemy wiary, która opiera się na wielkim Bogu i oczekuje, że On dotrzyma swego Słowa i wykona to tak,, jak obiecał. Kiedy Bóg coś robi, robi to z rozmachem! ... Taylor żył tak, jak głosił.
ogromny sukces. Okupiony trudami służby, stresami, poczuciem niezrozumienia a czasem odrzucenia, bolesną krytyką, łzami, rozstaniami i śmiercią tych, których kochał. Nigdy jednak nie zwątpił.  Zwykł mówić:
I na marginesie wspomnę niezwykłą zażyłość, jaka łączyła Taylora z Müllerem. George Müller wysłał do Chin wiele zachęcających w wierze listów z załączonymi darami pieniężnymi.
Zachęcam do przeczytania biografii tego wielkiego bohatera wiary. Polecam również film na DVD - Hudson Taylor, Kena Andersona (dostępny z polskim lektorem).  (J.H.T. 1832-1905)


Eileen Vincent, Charles i Priscilla Studd - Żadna ofiara zbyt wielka, Fundacja Promocji Literatury Chrześcijańskiej, Ostróda 2007
W przedmowie czytamy: Charles i Priscilla Studd - Boży mąż i niewiasta Boża! Oni nie robili nic „na pół gwizdka”. W swoich czasach byli uznawani za kontrowersyjnych radykałów, pozostawili nam przykład godny naśladowania. Jak prawdziwych żołnierz Chrystusa, ożywiało ich tylko jedno dążenie: ewangelizacja całego świata na chwałę Boża. Chcieli, by piekło opustoszało, a niebo zapełniło się. Dla realizacji tego celu poświecili bogactwo, wygodę, wspólnotę rodzinną i samych siebie. (Patrick Johnstone)
Czy po takiej prezentacji bohaterów naszej książki ktoś się oprze, aby jej nie przeczytać?
Krótko nadmienię, że Charles Studd poświęcił karierę krykiecisty, a odziedziczony majątek rozdał na cele religijne i charytatywne. Jego dary pieniężne trafiły również do Georg’a  Müllera. Resztę życia, Studd, przeżył przez wiarę, w zaufaniu w Boże zaopatrzenie. Jego polem misyjnym były Chiny (był jednym z Siódemki z Cambridge, którzy dołączyli do Hudsona Taylora), Indie i Afryka.
Charles Studd był człowiekiem niezwykle upartym, niezależnym, zdarzało się, że konfliktowym i kontrowersyjnym. Ba, nawet uzależnionym od morfiny. Autor książki niczego nie ukrywa, nie tłumaczy, nie wybiela. Kto pierwszy rzuci kamieniem?
Pomimo choroby nie zamierzał przerwać pracy misyjnej. Zapracowany do ostatniej chwili, ledwie miał czas umrzeć. Zwykł mówić: Lepiej wypalić się w ostatnim rozbłysku płomienia niż wygasać jak ledwo tląca się resztka knota. I tak odszedł, z okrzykami „Alleluja!” na ustach. Dla dopełnienia lektury polecam przeczytanie słynnej broszury pt. Studda „Czekoladowy Żołnierz”. Studd pisze: Każdy prawdziwy żołnierz jest jest bohaterem, a żołnierz bez bohaterstwa jest tylko czekoladowym żołnierzem. Każdy prawdziwy chrześcijanin jest żołnierzem, żołnierzem Chrystusowym i jest też prawdziwym bohaterem! Każdy chrześcijanin, który ma inną postawę, jest tylko czekoladowym chrześcijaninem! Roztapia się w wodzie i na sam widok ognia powstaje z niego słodka kałuża.
Broszura została wydana w 1999 r., przez Wydawnictwo Świadome Chrześcijaństwo (Toruń).
(Ch.S. 1860-1931)

Życzę dobrej lektury.

***

Napisane na zamówienie Biuletynu "Idźcie".