poniedziałek, 13 października 2025

Kącik dobrej książki

 


Wydawnictwo Biblioteka „Świadomego Chrześcijaństwa” z Torunia wydało swoją kolejną książkę z dziedziny historii misji (ostatnio w 2023 i 2024 roku). Pierwszą prezentowałam w poprzednim numerze - Jonathan Edwards „Życie i Pamiętnik Dawida Brainerda”. To daje mi nadzieję, że będzie tych książek więcej.  

Eileen Fraser Crossman, Górski deszcz (Biografia Jamesa Frasera Misjonarza pioniera w Chinach), Biblioteka „Świadomego Chrześcijaństwa”, Toruń 2024 r.

Najlepszym streszczeniem tej książki są słowa wydawcy: James Fraser miał jedynie 22 lata, gdy porzucił zawód inżyniera i wyjechał do Chin. Kiedy pierwszy raz zobaczył ludzi z plemienia Lisu zamieszkującego prowincję Junnan, coś od razu przyciągnęło go do nich. Przez resztę swego życia podróżował na mułach po dzikich górach, ponosząc wielki trud, by zanieść im dobrą nowinę o Chrystusie.

Na pewno, dla tych, którzy są żywo zainteresowani historią misji, słowa te będą zachętą, aby sięgnąć po tę doskonale napisaną biografię Jamesa Frasera. O tym, co kryje się pod tym określeniem „przez resztę swojego życia”, a dokładnie przez 30 lat, opowiada jego córka. Znała ojca tylko pięć lat. Wiedzę o jego życiu i służbie nabyła z historii i relacji przekazywanych przez ludzi oraz z jego listów, pisanych głównie do wspierających go w modlitwie przyjaciół i rodziny.

James Outram Fraser (1886-1938), podobnie jak wspomniany wyżej Dawid Brainerd, niósł Ewangelię do prostych plemion, żyjących z dala od cywilizacji. W prymitywnych warunkach życia, w brudzie, w bezgranicznym ubówstwie.  Bez edukacji. W demonicznych związaniach. Szybko zrozumiał że: „Ludzie ci być może trzęsą się z zimna w swoich łachmanach. Są biedni, brudni, niewykształceni i przesądni, ale są oni Bożem darem dla ciebie”.  

Dla Frasera dodatkowym wyzwaniem były niebezpieczne wędrówki po górach. Dotarcie do plemion Lisu nie było łatwe. Dodatkowo pojawiały się zagrożenia związane z polityczną sytuacją w Chinach, która zmieniała się zdecydowanie na niekorzyść misjonarzy i chrześcijan.

Fraser, podobnie jak Brainerd, doświadczał często poczucia nieadekwatności, porażki, zniechęcenia. I podobnie odkrył znaczenie i moc modlitwy. W jednym z listów napisał: „Wiedziałem, że nadszedł czas na modlitwę wiary. A potem, wiedząc w pełni, co robię i ile to może mnie kosztować, w zdecydowany sposób oddałem samego siebie w tej prośbie w wierze. Zrzuciłem brzemię na Pana”.

Był on też w o tyle lepszej sytuacji, że żył w kolejnych dwóch stuleciach i możliwości komunikacji i kontaktu ze światem były zdecydowanie łatwiejsze. Fraser korzystał z tego, powołując całą sieć przyjaciół modlicieli, których regularnie informował o przebiegu swojej służby oraz o potrzebach modlitewnych. Na podstawie tych listów możliwe było powstanie tej biografii.

Fraser miał też jeszcze dodatkowy atut. Był człowiekiem pogodnym, z dużym poczuciem humoru ...(niewielu z tych, którzy go znali, mogło zapomnieć, jak odrzucał głowę do tyłu i śmiał się...). Niełatwo poddawał się zniechęceniom. Co nie oznacza, że ich nie było. Jak to trafnie ujął: „Człowiek, który oczekiwałby łatwej przeprawy w jakimkolwiek Bożym dziele, byłby misjonarzem naiwniakiem”. Innym razem napisał, po tym jak nowonawróceni Lisu wracali do swoich demonicznych praktyk, takie wyznanie: „Przez pewien czas byłem całkowicie przygnieciony smutkiem, ale pomogło mi podjęcie wysiłku, gdy modliłem się poza wioską - prosta, bezpośrednia modlitwa zwrócona przeciwko szatanowi przywróciła wiarę i pokój. Trzeba było całkowicie wypędzić ducha depresji, aby osiągnąć zwycięstwo”.

Był kontaktowy i utalentowany w wielu dziedzinach (np. muzycznie). I był dżentelmenem w każdej sytuacji i warunkach, choć obojętny na wygodę i rzeczy materialne. Jak to sam ujął: „Daj mi nawróconych Lisu i będę mógł prawdziwie powiedzieć, że jestem szczęśliwy nawet w chlewie”.

Jego wielka duchowa i fizyczna wytrzymałość sprawiły, że po pozornie jałowych latach spędzonych z Lisu, rodzina za rodziną i wioska za wioską zaczęły wołać do Boga o zbawienie. Pisał wtedy: „Wyobraźcie sobie, co to znaczy mieć pomiędzy pięćset a sześćset rodzin (ok. 3000 ludzi), które liczą na ciebie, że będziesz ich matką, ojcem, nauczycielem, pasterzem, doradcą, itd., itd. To jest wielka odpowiedzialność”.

James Fraser zmarł przedwcześnie, ale to Bóg określa liczbę naszych dni. I chociaż nie mógł już oglądać owocu swojej służby, to on trwa i jest obecny również w dniu dzisiejszym.  W roku 1978 z okazji 58 rocznicy powstania kościoła Lisu, James Fraser otrzymał od wierzących z Birmy ‘certyfikat uhonorowania’: „...ponieważ służyłeś ochotnie i z gorącym sercem, wykonując dzieło Kościoła Jezusa Chrystusa w posłuszeństwie wobec nakazu Boga...”.

Na zakończenie i zachętę jeszcze jeden ważny cytat: „Wiecie, że słusznie czy niełusznie, pragnąłem wielkich rzeczy, kiedy podjąłem się pracy wśród plemion i nie żałuję tego. Wierzę, że w dużym stopniu otrzymujemy to, czego pragniemy od Boga - jedynie czasami mamy błędne pojęcie, jak to się ziści”.

***

Napisane dla biuletynu "Idźcie". 

 

sobota, 19 kwietnia 2025

Kącik dobrej książki

Zapewne zauważyliście, że od pewnego czasu w rubryce „Książki Misyjne” omówiona zostaje tylko jedna lektura. Nie wynika to z mojego lenistwa czy braku czasu. Przyczyna tkwi w tym, że w moim zasięgu jest coraz mniej książek o tej tematyce, a zależy nam na trwaniu tej rubryki. Na szczęście niewielki zapas książek o misji jeszcze mam, a od czasu do czasu udaje mi się kupić coś nowego. Z czego bardzo się cieszę. Jedną z niedawno nabytych jest moja poniższa propozycja

Jonathan Edwards, Życie i Pamiętnik Dawida Brainerda, Biblioteka „Świadomego Chrześcijaństwa”, Toruń 2023 r.

Godnym uwagi jest fakt, że to sam Jonathan Edwards (1703-1758) jest narratorem tej książki i to on dokonał wyboru fragmentów pamiętnika Dawida Brainerda (1718-1747), dodając do nich osobisty komentarz.  Dwóch wielkich tamtej epoki znało się, przyjaźniło i doceniało wzajemnie swoje dokonania na rzecz pozyskiwania zgubionych dusz dla Boga.

Dawid Brainerd przeżył zaledwie 29 lat, z czego osiem lat był świadomie wierzącym chrześcijaninem, a ostatnie cztery lata swojego życia przeżył w służbie misjonarskiej wśród indiańskich plemion Ameryki Północnej. Pozostawił po sobie nawrócone indiańskie dusze i osobisty dziennik. Pamiętnik, którego treść wywarła i wywiera wpływ na wielu. Tylko sięgnąć i wnikliwie studiować. Kontemplować. Przeglądać się, jak w lustrze. Wzruszyć, czasem zawstydzić, zostać zachęconym do zmiany, do działania.

Przyznaję, nie jest to łatwa lektura. Dawid Brainerd był melancholikiem. I to nie tylko w zrozumieniu typu charakteru i osobowości. On po prostu popadał w melancholię, trwał w stanach zasmucenia i przygnębienia, dziś określanych mianem depresji. Czy to miałoby pomniejszyć wartość jego świadectwa? Stanowcze „NIE”! Fenomen jego pamiętnika tkwi w tym, że im dalej zagłębiamy się w treści tych melancholijnych wyznań, tym więcej zaczynamy rozumieć ich autora i siebie (odkrywamy co on ma, a czego my nie posiadamy w sferze duszy i ducha).

Głównym bólem Brainerda było ciągłe poczucie nieadekwatności, małości, grzeszności, braku owocu w służbie. Te stany smutku i przygnębienia równoważone były słodkimi stanami błogości w obecności Bożej, w modlitwie, w obcowaniu ze Słowem Bożym, w docieraniu do Indian. Określenie „słodki” było jego ulubionym. Wtedy jego dusza i duch miały się najlepiej.

Dla zobrazowania istoty i głębi wyznań Dawida Brainerda podam kilka cytatów z jego pamiętnika, odnoszących się do różnych aspektów jego życia i służby:

Post i modlitwa: ...przenaczyłem cały dzień na post i modlitwę; byłem w agonii modlitwy od wschodu słońca aż niemal do zmroku; rano dużo się modliłem; moje serce było bardzo zaangażowane w modlitwę; mogłem wołać do Boga za moich biednych Indian; byłem uzdolniony do nieustannej modlitwy za nich; wieczorem otrzymałem słodką pomoc w modlitwie; jakże rozkoszowałem się modlitwą i wołaniem do Boga; delektowałem się osobistą społecznością z Bogiem...

Melancholijne stany ducha: ...miałem świadomość swej duchowej słabości i niezdolności do jakiejkolwiek służby; byłem dręczony poczuciem własnej niegodności; byłem bardzo zasmucony, osądzałem i potępiałem siebie przed Bogiem; sądziłem i potępiałem siebie za błędy minionego dnia; dziś rano dokuczało mi wielkie poczucie winy i wstydu, z powodu mej wewnętrznej niegodziwosci i skażenia; byłem nieco melancholijny, nie zaznałem zbyt wiele swobody ani pociechy w modlitwie; odczuwałem przygnębienie z powodu mojej nieczystości i braku świętości; byłem świadom mojej bezowocnosci i słabości w Bożych sprawach; moja dusza pogrążała się w głębokich wodach melancholii; byłem nadal trapiony zaburzeniami nastroju...

Radosne stany ducha: ...odczuwałem wewnętrzną słodycz; Bóg mnie wspierał i dał mi słodkie orzeźwienie; w wewnętrznym człowieku odczuwałem ogromną siłę (pomimo choroby); moja dusza radowała się, gdy stwierdziłem, że Bóg pozowlił mi być wiernym; miałem wieczór słodkiego odświeżenia; moja dusza została odświeżona widokiem trwającego błogosławionego dzieła Bożego wśród Indian; jak słodkie były myśli o pracy dla Boga; tego dnia mój umysł był nadzwyczajnie wolny od melancholii i mroku; wczoraj byłem w słodkim, spokojnym stanie umysłu...

Misja: ...Bóg udzielił mi pomocy w głoszeniu kazań Indianom, mogłem mówić z niezwykłą prostotą, swobodą i żarliwością; byłem bardzo słaby (nie miałem dość siły, by stać), mimo to dwa razy głosiłem biednym Indianom (ze swobodą i żarliwością) i zostałem wzmocniony; wygłosiłem kazanie, upodobało się Bogu dać mi wielką swobodę i serdeczność, wolność i jasność; swobodę w wyjaśnianiu smutków i pocieszenia Bożego ludu; głosiłem z klarownością i serdecznym ciepłem; jakże moja dusza jest ożywiona i odświeżona, gdy oglądam owoce mojej pracy; o, jak błogosławioną rzeczą jest wiernie służyć Bogu; o, jak słodko jest się trudzić i poświęcać dla Boga...

Stan zdrowia: ...moje ciało ostatnio było bardzo słabe i wyczerpane, a teraz niemal całkowicie odmówiło posłuszeństwa; byłem bardzo słaby i ledwo zdolny do wykonywania jakichkolwiek czynności; całą noc leżałem zlany zimnym potem, a dziś rano kaszlałem krwią, byłem w bardzo złym stanie zdrowia; czułem się bardzo słaby i wątły; nie mogłem odpocząć w łóżku z powodu bólu w klatce piersiowej i w plecach; nie byłem w stanie chodzić i nie byłem w stanie usiąść...

Dawid Brainerd zwykł powtarzać take słowa w modlitwie: ...abyśmy nie żyli dłużej niż nasza użyteczność... Tak, choroba nie pozwoliła mu żyć dłużej niż 29 lat. Ciężko chory nie mógł już niczego zrobić dla siebie i dla Boga. W sensie fizycznym przestał być użyteczny. Ale tylko w fizycznym. Na szczęście jego dzienniki przetrwały, czyniąc go użytecznym dla dziesiątek pokoleń, którym przyszło żyć na tej ziemi po jego przedwczesnej śmierci. Użytecznym również dla mnie.

 

*** Napisane na zamówienie Biuletynu "Idźcie".

sobota, 1 lutego 2025

Książka misyjna i ja

Moja przygoda z książką misyjną trwa od 2013 roku. Już nie za bardzo pamiętam genezę tej przygody, ale myślę, że był to pomysł Asi Marcol. Wcześniej kilka razy, ja lub mój mąż, pisaliśmy krótkie teksty do Biuletynu „Idźcie”, ale nie było to nic stałego. W numerze zimowym 2013 roku pojawiły się moje pierwsze recenzje zachęcające do czytania książek o misji. Pomyśleć, że ta współpraca trwa do dziś... Dwanaście lat!!!

Czy powołanie się na konkretny rok oznacza, że wcześniej nie miałam kontaktu z tego typu książkami? Nie! Zanim zaczęłam o nich pisać, "miałam za sobą" przeczytanych kilka ciekawych tytułów.  Wcześniej, jako młoda dziewczyna, rozczytywałam się w książkach podróżniczych Arkadego Fidlera i Janusza Wolniewicza.

Książki zawsze były moją pasją. Jednak z wiekiem zmieniało się moje zainteresowanie ich rodzajem i tematyką. Od pewnego czasu skupiam się głównie na literaturze chrześcijańskiej. Teraz śmieję się, że dawniej czytałam książkę maksymalnie  jeden do trzech wieczorów. Teraz czytam jedną do trzech kartek w jeden wieczór. Powodów nie będę tu podawać :-)

Podsumowuję te dwanaście lat, a jest to dosyć proste. Przede mną leżą wszystkie numery „Idźcie” z moimi recenzjami. Okazuje się, że opisałam już (aż!) 121 książek. Sporo. Zajmują one całkiem dużo miejsca w mojej domowej biblioteczce. Kiedy zaczynałam ich recenzowane, miałam w domu kilka, może kilkanaście tytułów. Kolejne zdobywałam w każdy możliwy sposób: w księgarniach chrześcijańskich, w przyzborowych biblioteczkach, przeglądając księgozbiory przyjaciół, podglądając nowości wydawnicze chrześcijańskich wydawnictw. Czasem sprawdzałam listy podane w bibliografii danej pozycji - zawsze natrafiałam na coś, czego jeszcze nie znałam,  i zwykle to kupowałam. No cóż, lubię mieć własny egzemplarz, wtedy mogę go popodkreślać, pozaginać strony, coś zapisać... Wspomnę, że do książek się przyzwyczajam i nikomu ich nie pożyczam. Bo rzadko wracają.

Kiedyś spotkała mnie bardzo miła niespodzianka. Związana była z bardzo cenną dla mnie i wierzę, że dla również czytelników, serią „Chrześcijańscy bohaterowie dawniej i dziś” (autorzy: Janet i Geoff Benge). Do chwili obecnej wydano już ponad trzydzieści tytułów z tej serii. Wtedy miałam ich zaledwie kilka. I nagle, na Facebooku, pisze do mnie Andrzej Gandecki z Wydawnictwa Pojednanie (to on rozpoczął tłumaczenie i wydawanie „chrześcijańskich bohaterów”): „Słyszałem, że miałaś niedawno urodziny. Podaję Ci tytuły książek z naszej serii. Wybierz sobie 10 na prezent urodzinowy.” WOW!!! Dostałam w życiu kilka niezapomnianych prezentów, ten jest i będzie jednym z pierwszych na liście. Wciąż jestem za niego wdzięcznaŚledzę losy tej serii i aktualnie mam chyba wszystkie tytuły. Gorąco ją polecam!

Można się zastanawiać, co dało mi to obcowanie z misyjnymi historiami. Bardzo wiele! Powiedzenie tylko „ubogaciło mnie”, to za mało. Przy każdej postaci uczyłam się wiele o drugim człowieku, a zarazem o sobie. Odkrywałam, jak silne może być w człowieku poczucie Bożego powołania. I jak niezmienne jest Boże powołanie. Zrozumiałam, co oznacza być wiernym Bogu. I wciąż na nowo odkrywałam, jak wierny jest Bóg. Zobaczyłam, że służba Bogu to nie pasmo sukcesów, ale przede wszystkim to pasmo porażek, niepowodzeń, bólu i rozdzierających serce strat. A jednocześnie zobaczyłam, że w tym wszystkim Bóg był obecny. I owoc, wcześniej czy później, został zebrany. Od ojca nowożytnej misji, Williama Carreya,  nauczyłam się tej zasady: „Oczekuj wielkich rzeczy od Boga. Podejmuj wielkie rzeczy dla Boga.”  W moim życiu nie zawsze to działa, ale zdarza się, że „...z Bogiem moim przesadzam mur” (Psalm 18:30).

Piszę ten tekst, siedząc przy swoim domowym biurku. Z lewej mojej strony stoi komódka, a na niej leży  stosik książek do przeczytania! A jak Pan pozwoli - do opisania też.

Dziękuję redakcji za taką możliwość służby a poszczególnym czytelnikom za dobre słowo, które czasem zdarza mi się usłyszeć -  od przyjaciół lub od osób, które znają mnie tylko z tej rubryki. Soli Deo Gloria!