czwartek, 25 lutego 2016

Zaproszenie na spotkanie



Więcej o autorce i tomiku jej poezji: KLIKNIJ.









czwartek, 18 lutego 2016

Kącik dobrej książki

Indie to ogromne pole misyjne. W jednym z numerów naszego biuletynu (nr 70, lato 2013) opisałam postać „ojca nowożytnych misji” Williama Carey’a. Spędził on na polu misyjnym w Indiach długie lata. Jego służba zaczęła się w roku 1793, a zakończyła 1834. Kiedy zajęłam się życiorysami kolejnych misjonarzy, którzy swoje serca i życie poświęcili Indiom, zauważyłam, że od śmierci Carrey’a minęło aż 61 lat, kiedy w roku  1895 na horyzoncie pojawiła się postać Amy Carmichael, w 1900 Idy Scudder, a w 1905 Sundar Singha…
Oczywiście ta przerwa nie oznacza, że w Indiach nie było żadnych misjonarzy czy ewangelistów. Byli. Jednak ta trójka zdecydowanie zmieniła oblicze Indii, a wyraźny ślad ich obecności pozostaje w Indiach do dziś.

Celowo skupiając się na tym jednym polu misyjnym, ponownie wybrałam trzy tytuły autorstwa Janet i Geoffa Benge, do których lektury serdecznie zachęcam.

Janet i Geoff Benge, Sundar Singh – Ślady stóp w Himalajach, Wydawnictwo „Pojednanie”, Lublin 2010

Ojciec usiadł i przecierał zaspane oczy.
- O czym ty mówisz, synu? - spytał. - Trzy dni temu spaliłeś księgę chrześcijan, a teraz mówisz mi, że wierzysz w to, co jest w niej napisane? Czy coś ci się pomieszało w głowie?

W październiku 1905 roku szesnastoletni Sundar Singh, jako sadhu (wędrowny duchowy nauczyciel) wyruszył pieszo w drogę przez równiny północnych Indii. Nie miał butów, pieniędzy, nie miał wielu przyjaciół. Miał jednak jedno pragnienie, aby chrześcijaństwo mogło zostać podane mieszkańcom Indii w sposób, który będą w stanie zaakceptować. By mogli je uczynić swoim własnym. Religią odzwierciedlającą ich własne dziedzictwo, a nie religią sprowadzoną z zewnątrz.

Jego wędrówki nie należały do przyjemnych. Spotykało go odrzucenie i niebezpieczeństwo ze strony hindusów i muzułmanów. Tybetańscy lamowanie nastawali na jego życie. On jednak nie poddawał się. Długie, wyczerpujące i niebezpieczne wyprawy do Tybetu stały się jego codziennością i brzemieniem na sercu. Cieszył się z każdego, kto chciał słuchać głoszonej Ewangelii, z każdego pojedynczego świadectwa nawrócenia.

Wędrowny sadhu zdobywał coraz większą popularność i uznanie w swoim kraju wśród wielu chrześcijan. Zdarzało mu się więc bywać w innych regionach Indii, ale jego serce zawsze biło dla Tybetu. Tęsknota ta towarzyszyła mu, kiedy dane mu było odwiedzać kościoły i centra chrześcijańskie w Europie i w Stanach Zjednoczonych oraz na innych kontynentach. Z kolejnych zaproszeń już nie skorzystał. Czuł, że był już świadkiem na Zachodzie i że jego serce nie należy do całego świata, ale do ludzi w mrocznej krainie Tybetu.

Pomimo młodego wieku, jego zdrowie było w bardzo złej kondycji. W lewym oku stracił wzrok. Cierpiał z powodu krwotoku wewnętrznego. W chwilach choroby i w czasie rekonwalescencji pisał książki. Odpisywał na listy z całego świata. Przemawiał do chrześcijan i na spotkaniach ewangelizacyjnych. I wciąż planował kolejną samotną wyprawę do Tybetu.
W listopadzie 1929 roku, siedem miesięcy po jego ostatnim wyruszeniu do Tybetu, z powodu braku jakichkolwiek wiadomości od niego, ogłoszono jego zaginięcie. Nigdy nie znaleziono jego ciała.

Miał zaledwie 40 lat. Przeżył je tak jak zwykł mówić: Lepiej jest spalić się szybko i stopić wiele dusz, niż spalać się powoli i nie stopić żadnej.
Lektura książki Janet i Geoff’a Benge pozwoli czytelnikowi pełniej poznać tę szlachetną postać. Do czego gorąco namawiam.

Sundar Singh żył w latach 1889-1929.

Janet i Geoff Benge, Amy Carmichael – Ratująca bezcenne klejnoty, Wydawnictwo „Pojednanie”, Lublin 2010

Gdy patrzyła na kufer stojący w kącie pokoju, była pewna jednego: Bóg powiedział do niej „Idź”. I ona pójdzie… Zostawiła za sobą mamę i adoptowanego ojca, by pójść za Bożym prowadzeniem. Później powtarzała, że była to najtrudniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek musiała zrobić. 

Chciała być misjonarką w Chinach. Przeciwności losu zawiodły ją do Japonii. Stan zdrowia zmusił ją do kolejnej zmiany planów. W lipcu 1895 kupiła bilet w jedną stronę do Indii, wierząc, że powołuje ją tam Bóg. Była to jej ostatnia podróż morska. Do końca swojego ziemskiego życia miała już nigdy nie opuścić Indii.

Największym problemem dla pełnej ideałów misjonarki okazał się stan ogólny misjonarstwa. Dość miała porannych i popołudniowych herbatek, haftujących serwetki Angielek, gry w krykieta i wycieczek. Była Angielką otoczoną indyjskimi służącymi. Damą z wielkiego imperium. Nie chciała pogodzić się z tym, w takim samym stopniu, jak z panującą w Indiach kastowością, z przedmiotowym traktowaniem kobiet oraz usankcjonowaną prostytucją świątynną małych dziewczynek.
Chcąc przerwać ten stan, postanowiła pilnie uczyć się języka tamilskiego. Opuściła wygodne misyjne centrum. Zaczęła nosić indyjskie sari. Dzięki swojej determinacji, pragnieniu służby i innowacyjności narażała się na krytykę wielu chrześcijan, jednocześnie zdobywając szacunek innych oraz serca tych, do których niosła Ewangelię.

Doświadczenie zdobyte jeszcze w Anglii, w pracy z kobietami z marginesu społecznego, pozwoliło jej na dotarcie do wielu tamilskich kobiet. Wkrótce te, jako „Gwiaździsta Gromada”, wspierały ją w jej pracy ewangelizacyjnej w okolicznych wioskach. Pozyskując kolejne kobiety i rzesze dzieci, Amy zaczynała być znana w okolicy jako „Amma kradnąca dzieci” (Amma – matka). Z czasem faktem stało się, że pod jej opieką znajdowało się coraz więcej sierot oraz dziewczynek wyrwanych i uratowanych przed świątynnym procederem. Nadszedł więc czas, by osiąść w jednym miejscu i stworzyć dom dla dziewcząt. W 1902 roku Amy, „Gwiaździsta Gromada” i ich podopieczne osiadły na stałe w ośrodku szkoły biblijnej w Dohnavur. W 1918 roku w Dohnavur znalazło się również miejsce dla chłopców. W 1927 roku społeczność Dohnavur miała już swój własny dom modlitwy, a niedługo potem własny szpital. 

Można by było przypuszczać, że życie aktywnej Amy Carmichael zatrzyma się po tragicznym w skutkach upadku. Nic takiego się nie stało, mimo tego, że ostatnie 20 lat swojego życia praktycznie spędziła przykuta do łóżka. Mijał rok za rokiem, a ona siedziała w łóżku i pisała. Z jej pióra spłynęły pieśni, listy, wiersze i książki. Polecam wydane po polsku myśli „Jeśli” (Teofilos, Bielsko Biała 1995). A społeczność Dohnavur istnieje i pełni swoją misję po dziś dzień.

Warto dowiedzieć się więcej o tym, jak wielkich rzeczy może dokonać ktoś, kto wie, do czego został powołany przez Boga. 

Amy Carmichael żyła w latach 1867-1951.

Janet i Geoff Benge, Ida Scudder – Uzdrowienie dla ducha i ciała, Wydawnictwo „Pojednanie”, Lublin 2014

Z okazji pięćdziesiątej rocznicy przybycia Idy Scudder do Indii, w celu rozpoczęcia pracy medycznej, gubernator Madrasu powiedział: Ty jesteś jedną z tych rzadkich osób, które są posyłane na te ziemię tylko raz w całym pokoleniu.

Kiedyś, będąc młodą dwudziestokilkuletnią kobietą, Ida była pewna jednego – nie chce robić niczego, co miałoby być związane z zamieszkaniem w Indiach na stałe, z byciem misjonarką, czy niesieniem pomocy medycznej potrzebującym. Nigdy! Chociaż większa część jej rodziny właśnie tym sprawom poświęciła swoje życie.

Przyjemność sprawiało jej planowanie jakie suknie sobie uszyje, jakie kupi sobie torebki i rękawiczki. Już nie mogła doczekać się chwili powrotu do Ameryki i tego jak pójdzie swoją własną drogą. A jednak… Pewne tragiczne, kolejno po sobie następujące incydenty spowodowały, że tej jedynej nocy, zamiast rozmyślać o tym, czy założy koronkową czapkę, albo jaką spinkę wepnie we włosy, zawołała głośno do Boga: Boże, jeśli chcesz, przeżyję resztę mojego życia w Indiach, próbując pomóc tym kobietom!
Wróciła do Stanów nie po spódnice i torebki, ale po to by studiować medycynę, a po powrocie do Indii pomagać swojemu ojcu w praktyce medycznej. Iść tam, gdzie drzwi dla lekarza mężczyzny były zamknięte – do chorych kobiet.

Ida był kobietą czynu i wizjonerką. Pewna rozmowa z nią rozpoczęta została słowami: A więc, to ty jesteś tą kobietą, która uważa, że zbuduje… . Rozmowa dotyczyła tylko jednego z pomysłów Idy. A było ich wiele, począwszy do zagospodarowania przychodni, którą prowadził jej ojciec, poprzez przychodnię na kołach, docierającą do odległych wiosek, szkołę dla pielęgniarek, szpital, sanatorium, akademię medyczną dla kobiet, po akademię koedukacyjną.
Umierając, pozostawiła po sobie prawdziwe medyczne imperium. Dzisiaj Vellore Christian Medicall College and Hospital funkcjonują na podobieństwo niewielkiego miasteczka. Zarówno akademia, jak i szpital znane są na całym świecie ze swoich naukowych i medycznych osiągnięć. Ale przede wszystkim przez służbę szpitala i akademii ciała i dusze milionów ludzi rocznie doznają uzdrowienia.

Ida Scudder doskonale urzeczywistniła znane powiedzenie Williama Carrey’a: Oczekuj wielkich rzeczy od Boga; czyń wielkie rzeczy dla Boga. Naprawdę warto o tym przeczytać.

Ida Scudder żyła w latach 1870-1960.

* Napisane na potrzeby Biuletynu Idźcie