wtorek, 30 listopada 2010

Dary Adwentu

James Sandell - tłum. Wala Jarosz

Każdego roku z takim samym podnieceniem wyglądam świąt Bożego Narodzenia. Moim ulubionym zajęciem jest przygotowanie listy prezentów. Zauważyłem, że ostatnio moje życzenia są bardziej praktyczne. Zamiast prosić o rzeczy drogie, a czasem ekstrawaganckie, umieszczam na swojej liście prezentów rzeczy, które są mi po prostu potrzebne.

Z czasem zacząłem też odkrywać, że Bóg dał światu na Boże Narodzenie również praktyczny prezent. Bóg ofiarował swojego jednorodzonego Syna, Jezusa Chrystusa. Pomimo tego, że koszt tego prezentu był niewyobrażalnie wysoki, to Jezus nie stał się ekstrawaganckim darem, który należy położyć na widocznym miejscu na półce i podziwiać. Boży Syn to dar, którego każdy mężczyzna i każda kobieta potrzebuje każdego dnia.

Jezus jest najlepszym, najbardziej praktycznym prezentem, jaki kiedykolwiek ktoś mógłby otrzymać. Prezenty pod choinką, nawet najpraktyczniejsze, bledną w porównaniu z Nim. Umiejscowienie Jezusa na czele listy moich prezentów pozwoliło mi spojrzeć na święta Bożego Narodzenia z właściwej perspektywy.

W moim kościele wiele dzieje się podczas Adwentu. Naszym zwyczajem jest, każdego tygodnia grudnia, zapalanie kolejnej świecy adwentowej. Ta prosta czynność kojarzy mi się ze stopniowym odkrywaniem Bożego doskonałego prezentu.

Pierwszym darem jest nadzieja.
Ten kolorowy pakunek zawiera przypomnienie Bożych obietnic i Jego wierności. Nasz Niebiański Ojciec pozostaje zawsze wierny, nawet wtedy, gdy my zawodzimy. Tak więc, poprzez antycznych proroków, Bóg obiecał posłać Odkupiciela. Anioł polecił Marii nazwać go Jezus, gdyż to On miał zbawić swój lud od grzechów. Jezus uwolnił ludzkość od tyranii grzechu. Jezus pokonał śmierć i ofiarował prawdziwe życie tym, którzy za Nim podążą. Jezus obiecał nam, że nigdy nas nie opuści i nigdy nas nie porzuci. Zapewnił nas, że nic nie jest w stanie oddzielić nas o Niego. Zawsze możemy być pełni nadziei ponieważ nasz Pan jest blisko.

Drugim darem jest miłość.
Oddanie siebie jest wyrazem głębi prawdziwej miłości. Bóg objawił nam swoją miłość, kiedy my wciąż byliśmy jeszcze Jego wrogami. On kochał zbuntowanego człowieka, zanim ten uświadomił sobie Jego istnienie. Nasze ubogie zrozumienie oddania i miłości istnieje tylko dzięki temu, że Bóg pierwszy pokazał nam, co to znaczy kochać. Bóg tak ukochał świat, że poświęcił swojego jedynego Syna. Boża miłość do nas nigdy się nie skończy. Każdego dnia kieruje On naszymi krokami i podtrzymuje nas ramionami swojej wiecznej miłości. Bożej miłości nigdy nie ubędzie. Jej blask nigdy nie zblednie.

Trzecim darem jest radość.
Radość nie jest tylko ciepłym, upajającym uczuciem pojawiającym się przy szczególnych okazjach naszego życia. Bóg dał nam radość wypełniającą nas w każdych okolicznościach. Prawdziwa radość rodzi się z relacji z Bożym Synem, z Jezusem Chrystusem. Jakub w swoim liście radzi wierzącym, aby poczytywali sobie za powód do radości próby, przez które przechodzą. Ap. Paweł podkreśla, aby zawsze się radować... i za wszystko dziękować. Radość w każdym czasie, jest owocem relacji, jaką posiadamy z tym, który jest dawcą radości. Jego radość może być naszą radością każdego dnia. Żadne okoliczności nie są w stanie ograniczyć radości czerpanej od naszego Pana. Radość jest rzeczywistością przenikającą każdą dziedzinę naszego życia.

Czwartym darem jest pokój.
Pieśń aniołów objawia nam kolejny Boży dar. Pokój ludziom na ziemi. Boży pokój, to coś więcej niż zakończenie wojny czy konfliktu. Pokój w Jezusie chroni serc ludu Bożego. Boży wewnętrzny pokój rozwija się w nas dzięki pozycji, jaką mamy w Chrystusie. Przyjmując Go, stajemy się z Nim współdziedzicami Bożych dóbr. Wszystkie bogactwa niebios należą do nas. Boży pokój nie jest czymś, co objawi się dopiero w przyszłości. Jest to rzeczywistość w życiu każdego z tych, którzy sprawili Bogu przyjemność przyjmując Jego dar - dar Jego Syna.

Jest jeszcze jedna świeca - stawiamy ją do środka wieńca. Biała świeca adwentowa symbolizuje Chrystusa. Ukrywa w sobie tajemnicę, jak otrzymać i jak używać Boże dary. To ona przypomina nam, że mamy światło i życie tylko dzięki Jezusowi. Jego imię Emmanuel - Bóg z nami, oznacza, że Jezus otworzył nam drzwi do relacji z Bogiem. To codzienne obcowanie z naszym Panem jest dla nas źródłem nadziei, miłości, radości i pokoju przez cały rok.


Dary, które otrzymujemy od rodziny i przyjaciół przynoszą chwilową radość. Nawet najbardziej praktyczne prezenty starzeją się i zużywają. Boże dary, ofiarowane w Betlejem lata temu, są ciągle nowe i świeże każdego dnia. Prezenty, które otrzymaliśmy w Jezusie Chrystusie mają wieczną wartość. Nadzieja, miłość, radość, pokój nie potrzebują określonego czasu gwarancji. Ich jakość nigdy nie zawodzi. Boże dary promienieją jak świece na adwentowym wieńcu. Światło Bożych prezentów wypełnia nasze życie na zawsze.


poniedziałek, 22 listopada 2010

Zaproszenie

Serdecznie zapraszam na to spotkanie.
Odbędzie się ono w Kościele Zielonoświątkowym przy ulicy Siennej 68/70.
Wejście do wspomnianej na ulotce "Kawiarenki" - od ulicy Siennej, domofon nr 4.
Więcej o twórczości Beaty Jaskuła-Tuchanowskiej piszę w poście poniżej.

I kilka dodatkowych informacji:
- Pierwsze spotkanie z Beatą  zorganizowałam w 2004r. Kilka słów o tym poetycko-muzycznym spotkaniu W jesiennym nastroju: KLIKNIJ.
- Drugie spotkanie, tym razem W wiosennym nastroju odbyło się w marcu 2009r. Więcej o nim: KLIKNIJ.
- Beata była również jedną z mówczyń konferencji dla kobiet "Barwy Życia", którą współorganizowałam w gronie "Kobiet Razem". (Niestety strona już wygasła; była założona jedynie na potrzeby konferencji.)
- W lecie 2010r., Beata była gościem uczestników tzw. Wczasów Zborowych, które organizuję wraz z moim mężem Pawłem. Po raz pierwszy zaprezentowała nam swoją poezję w formie monodramu. Spotkanie odbyło się w Chmielnie na Kaszubach, gdzie 'stacjonowaliśmy'. Beacie towarzyszyła starsza córka Patrycja z synkiem Amosem oraz młodsza córka Martyna. Beata opisała to spotkanie na swoim blogu: KLIKNIJ.

Kilka opinii o wieczorze z Beatą: KLIKNIJ.
Zdjęcia z tego spotkania: KLIKNIJ

Kącik dobrej książki

Twórczość Beaty Jaskuła-Tuchanowskiej

Kilkanaście lat temu, kupiłam pewnemu miłośnikowi poezji niewielką książeczkę zatytułowaną „Radości, rozterki, rozpacze”; zanim dałam mu ją w prezencie postanowiłam przeczytać sobie tę poezję. Potem stwierdziłam, że przepiszę sobie kilka wierszy, bo są tak piękne - tak prawdziwe, tak szczere, tak ludzkie, tak kobiece… . Aż wreszcie pobiegłam do księgarni i kupiłam sobie własny egzemplarz.
Kilka lat później, kiedy Beata Jaskuła-Tuchanowska wydała swój kolejny tomik z wierszami „Kropla do kropli”, napisałam do niej z propozycją przyjęcia zaproszenia do Warszawy na wieczorek poetycki. Beata zaproszenie przyjęła i tak zaczęła się nasza znajomość, która przerodziła się w przyjaźń.
Kiedy patrzę na Beatę, czytam jej wiersze, słucham jej opowieści o życiu, to uosabia mi ona taką myśl: … po zimie zawsze przychodzi wiosna kolorowa jak tęcza, nasycona ciepłem słońca, pełna niespodzianek i małych cudów… Beata właśnie taka jest, pomimo trudów swojego życia.

Stosunkowo niedawno powstał trzeci tomik poezji Beaty Jaskuły-Tuchanowskiej „Na rozdrożach”. Czytając jej wcześniejsze tomiki i uczestnicząc w jej wieczorze autorskim, łatwo było mi odnaleźć zapis jej życiowych radości i smutków w poezji, którą prezentowała.
Przysyłając mi swój ostatni tomik Beata napisała: Chciałabym tylko przypomnieć, że ten tomik wierszy jest nieco inny od poprzednich. Porusza kwestię erotyki, zdrady, ale i powrotu do Boga. To dlatego, że w naszym pokoleniu i wieku, wśród naszych znajomych, przyjaciół te problemy coraz częściej istnieją.
Bardzo cenię w Beacie to, że jest taka transparentna. W swojej poezji szczerze wyraża stany swojej duszy, serca, umysłu i ciała też.

Oto jeden z wierszy:

ZAPROSZENIE

Zaprosiłabym Cię do środka,
uchyliłabym drzwi podwoje,
powiedziałbym szczerze o sobie,
lecz tak się boję...

Powiedziałabym prosto z mostu,
powiedziałabym prosto w oczy,
lecz swych oczu podnieść nie mogę,
świat mnie zamroczył.

Wspominałabym dni naiwne:
czyste, jasne, przeżyte z ufnością,
lecz nie wrócą, dlatego wspominać
nie będę z żałością.

Pokazałabym prostą wiarę:
w chleb i w przyjaźń, miłość i nadzieję,
lecz zgubiłam gdzieś klucz i drogę,
przez łzy się śmieję.

Ty tak byłeś Oczekiwany
i dla Ciebie lampę czyściłam,
lecz w chaosie myśli i marzeń
olej do niej... zgubiłam.

Więc nie czekaj na zaproszenie,
nie będziemy dziś wieczerzali,
lecz pod głucho zatrzaśniętymi drzwiami
gorzko płakali...

Może niektórym z Was znane są już dwa wspomniane tomiki autorki: „Rozterki, radości, rozpacze...” i „Kropla do kropli” oraz książka „Księżycowe dziecko”. Ta ostatnia pozycja opisuje ona zmagania Beaty w wychowywaniu swojej niepełnosprawnej córeczki. W swoim dorobku autorka ma też dwie inne pozycje książkowe dla dzieci: „Dialogi na dwie głowy i cztery nogi”, „Moja siostra i ja”Trzy po trzy czyli bajki trzy.
Beata pisała kiedyś sobie: ...to, kim jestem zawdzięczam więc Bogu, lecz i mojej Rodzinie, a szczególnie mojej młodszej córeczce Martynce, która jest dzieckiem niepełnosprawnym. To ona stała się inspiracją intelektualną i duchową mojego życia. Rozpacz z powodu jej choroby, zagrożenie rodziny jako całości, podjęcie wyzwania i walki o jej usprawnienie stało się treścią mojego życia...

Z przyjemnością przytaczam dwie recenzje tomiku „Kropla do kropli”, którego nakład niestety jest chyba wyczerpany (jak również pierwszego tomiku „Radości, rozterki, rozpacze”):

„Poezja Beaty Jaskuły-Tuchanowskiej to świadectwo zmagań z losem i samą sobą, świadectwo owych radości i rozpaczy, składających się na pełnię życia, to także zapis dyskursu, jaki prowadzi poetka z Bogiem. (...) Myliłby się jednak ten, kto chciałby doszukiwać się w tej poezji zwątpienia. Tchnie ona optymizmem, stanowi świadectwo wiary w nieprzemijający, choć trudny do określenia, sens świata.” Prof. Bogdan Zeler, Uniwersytet Śląski

„...treść i przesłanie tej bardzo osobistej twórczości, odczytuje się ciepło, z akceptacją zawartych tam prawd, które autorka podaje ze szczerością kobiety doświadczonej i potrafiącej przezwyciężyć życiowe meandry. Prawdy te podaje w sposób przejrzysty, nieskomplikowany i na tyle emocjonalnie i literacko dojrzały, że czyta się je w skupieniu i z poważną refleksją.” „Wiadomości Gdyńskie” nr8/2001 - red. Z. Jabłoński

Słów kilka o książce „Księżycowe dziecko” (wyd. ChCE Diament, 2005r.)
To nie jest poezja. To jest samo życie. „Księżycowe dziecko” - to  Martynka, młodsza córeczka Beaty. Martynka jest dzieckiem niepełnosprawnym, upośledzonym psychicznie i umysłowo. Ta książka, zaprezentowana w formie pamiętnika, to szczególny opis miłości matki do dziecka. Opis jej zmagań - mających na celu maksymalne usprawnienie i dostosowanie do życia swojej ukochanej córeczki. Niesamowity obraz syzyfowej pracy terapeutycznej, której widoczne rezultaty rujnowane są bezpowrotnie przez powtarzające się napady padaczki. Dzisiaj Martynka ma 14 lat. Co się w jej życiu zmieniło?... Zachęcam do przeczytania tej cieniutkiej, zaledwie 50 str. książeczki. I jeden krótki cytat: Znacznie lepiej jest rozpocząć swoje życie rodzica dziecka niepełnosprawnego od zadania sobie pytania: „Dlaczego nie ja?” niż pytania pełnego pretensji do nie wiadomo kogo: „Dlaczego ja?!”. Wówczas dopiero, gdy w pełni pogodzimy się ze swoją sytuacją, będziemy mogli w pełni pokochać swoje dziecko za to, że jest, zamiast za to, jakie jest.

MARTYNA

Twoja miłość rozgrzewa
skostniałe z bólu serce
dotyk twoich rączek - leczy
z napięcia do granic,
uważnie patrzysz mi w oczy
widzisz mnie dopiero teraz,
chociaż obok żyjemy już lata...
w mych ramionach
szukasz bezpieczeństwa,
jestem dla ciebie
ostatnią deską ratunku.
Świat przeraża,
niezrozumiały, hałaśliwy...
nie potrafię wypełnić
twoich myśli, wnętrza...
dobrze, że masz
nieśmiertelną duszę,
pod zaciśniętymi powiekami.
(z „Radości, rozterki, rozpacze”)

Beata i jej starsza córka Patrycja mają swój wkład w książce pt. „Rodzina Rodzinie - niepełnosprawność jednego z nas” (2009r.). Książka ta powstała dzięki staraniom Kaszubskiej Fundacji Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych „Podaruj trochę słońca” przy dofinansowaniu PFRON. Patrycja z perspektywy starszej i zdrowej siostry tytułuje swoją opowieść „Jest czas smutku i radości…”. Beata tytułuje swój tekst słowami: „Księżycowe dziecko czyli portret rodziny we wnętrzu”. 

W roku 2010r., przez Wydawnictwo „Słowo Prawdy” została wydana powieść „Eleonora i 14 świnek”. Jest to powieść przeznaczona przede wszystkim dla kobiet i jest to saga rodzinna. W przygotowaniu dwie kolejne części.

Więcej o autorce można dowiedzieć się na jej stronie Internetowej.

wtorek, 16 listopada 2010

Islam u bram!


Pomyśleć, że artykuł ten napisałam w 2002r. Teraz, pozostając jeszcze pod wpływem konferencji dotyczącej prześladowania chrześcijan (wcześniejszy wpis) i mając jeszcze w pamięci pewne fakty i informacje na temat islamu, postanowiłam go zamieścić w lekko poszerzonej formie. Nowe treści dopiszę kursywą.

Posłużyłam się tu tytułem jednego z artykułów „Polityki”. Czy domyślacie się, z którego roku? Nie, nie z 2001 ani 2002, ale z 1996! Co oznacza, że w tej kwestii przez sześć ostatnich lat (teraz już 14) niewiele się zmieniło. Wprost przeciwnie, ostatnia wojna (miałam tu na myśli wojnę w Afganistanie) pokazuje, że nie idzie ku lepszemu.

Wydarzenia z pierwszych stron gazet sięgają korzeniami świata islamu, który w swojej skrajnej fundamentalnej postaci, stał się głównym czynnikiem konfliktów międzynarodowych. Światem zawładnął strach przed najbardziej radykalną odmianą tej wiary: wojującym fundamentalizmem, posługującym się terrorem. Obecnie wiara Mahometa kojarzy się z ładunkiem wybuchowym i skrytobójczymi mordami. Zachód po prostu zaczął bać się islamu.

Dżihad - święta wojna - według samego Mahometa miała być świętą wojną dobrego ze złem. Koran wzywa swoich wiernych do „walki w imię Boże” przeciwko tym, którzy z nimi walczą (w 123 wersetach). Niby zakazuje agresji, ale drugiej strony poleca zabijać tych, których uznają za niewiernych... Nasz gość, pastor Victor, powiedział: W samym sercu islamu jest przemoc. Ja sam wyrastałem w strasznej nienawiści do tzw. niewiernych, a głównie do chrześcijan. Mi też marzyły się te obiecane w raju dziewice, a Dżihad to najszybsza droga do raju…

Nic dziwnego, że jedna z organizacji terrorystycznych nosi właśnie nazwę Dżihad - zgodnie z jej zasadami każda zbrodnia popełniona na niewiernych ma uzasadnienie i rozgrzeszenie. Obecna ofensywa islamu ma kilka postaci:
1. Wojny wyzwoleńcze niekoniecznie mające charakter religijny, np. konflikt rosyjsko-czeczeński czy serbsko-muzułmański.
2. Niekończący się konflikt arabsko-izraelski jest walką głównie o terytorium; walka ta przenosi się na wszystkich sprzymierzeńców Izraela (np. USA).
3. Terroryzm w krajach w większości zamieszkałych przez muzułmanów, gdzie władza sprawowana jest w oparciu o reguły demokratyczne np. Egipt.
4. Prześladowanie chrześcijan, w krajach stricte muzułmańskich.
5. Czy konflikt czysto religijny - czego przykładem są ostatnie wydarzenia w Indiach. (Chodziło o zamieszki pomiędzy hindusami a muzułmanami w Gujaracie, w 2002r.)

 Tu wypada postawić sobie pytanie: Czy to jest konflikt religii, ras, cywilizacji, czy narodów? Myślę, że odpowiedzi na to pytanie możemy szukać w Biblii. Przypomnijmy sobie historię Abrahama i jego dwóch synów. Pierwszy z nich - Ismael zrodzony z niewolnicy i drugi - Izaak, syn obietnicy, zrodzony z poślubionej żony. Czy taki układ może wróżyć coś dobrego? W I Mojżeszowej 16:12, Bóg wypowiada do Hagar, matki Ismaela znamienne słowa: „Będzie to człowiek dziki, ręka jego będzie przeciwko wszystkim, a ręka wszystkich będzie przeciwko niemu, i będzie nastawał na wszystkich pobratymców swoich.” Dzisiejsi Arabowie czują się prawowitymi potomkami Abrahama, właśnie  po linii Ismaela. My chrześcijanie też uważamy się za potomków Abrahama, ale po linii Izaaka.
Wydaje się, że dopiero wraz z narodzinami islamu, wspomniane słowa nabrały pełnego znaczenia. Islam to specyficzna mieszanka judaizmu, chrześcijaństwa i religijnych objawień Mahometa. Mahomet, jako ‘ostatni Boży prorok’ poznał i objawił Jego prawdę do końca. Taka prawda nie mogła pozostać w ukryciu. Stąd, wraz z początkiem ery muzułmańskiej (622), rozpoczyna się od 632 roku (po śmierci Mahometa) ekspansja islamu na Bliski Wschód, Afrykę Północną, Azję Środkową, Europę Południową, Indonezję...  Zdobywanie tych terenów dla Allacha przebiega wyjątkowo okrutnie i krwawo. Dokładnie tak, jak to powiedział Bóg: „Będzie to człowiek dziki...” Na chrześcijański świat pada blady strach... Przez kolejne 1200 lat chrześcijaństwo i islam ciągle zmagały się ze sobą w religijnej wojnie.

Pewne zmiany i uciszenie przyniósł wiek XIX. Rozwój technologiczny Zachodu (Europy i USA) sprawił, że świat arabski jakby stracił na swoim znaczeniu. Były to jednak tylko pozory.
W roku 1973, zbrojnym atakiem Arabów na Izrael, wszystko zaczęło się od początku. Od tamtego czasu wydarzenia na Bliskim Wschodzie nie schodzą z codziennych dzienników telewizyjnych. To, co widzimy chociażby śledząc wydarzenia na świecie związane z dniem 11-go września 2001, czy też śledząc konflikt arabsko-izraelski, albo zamieszki w Indiach szokuje nas i przeraża. Te sprawy dotykają każdego rozumnego człowieka.

A to, co możemy teraz obserwować, to nasilającą się ekspansję islamu na zachód. Nie koniecznie siłową, ale równie niebezpieczną w swej naturze. Walcząc o swoje prawa - w krajach, gdzie głoszona jest równość i tolerancja - muzułmanie potrafią w sposób legalny wywalczyć dla siebie więcej niż rodzimi obywatele. (Wprowadzanie w krajach europejskich, np. Wielka Brytania, prawa szariatu.) Nasz gość z Malezji powiedział: „To wszystko opiera się na bardzo prostej zasadzie. Nazywa się ona Taqiyyah - i polega na oszustwie i zwiedzeniu dla sprawy (dla dobra) religii”. Victor konkluduje: „Świat zachodu jest zwiedziony przez islam. Widać to wyraźnie w polityce B. Obamy. A sama Europa, jeśli nie będzie ostrożna, to w ciągu 30 lat będzie muzułmańska”.

Do nas chrześcijan może nie z mediów, ale z innych źródeł, docierają też inne przerażające wiadomości na temat islamu. Są to relacje na temat prześladowań, jakie spotykają chrześcijan w krajach muzułmańskich. Muzułmanie postrzegają chrześcijan, jako wroga numer jeden. Nowonarodzony chrześcijanin w środowisku muzułmańskim traci praktycznie wszystko. Ze strony rodziny doświadcza odrzucenia, nawet może liczyć się z utratą życia (zwykle załatwia się to trucizną lub maczetą), traci prawa do dziedziczenia, ma problemy w małżeństwie. Ze strony społeczeństwa doświadcza również odrzucenia, zastraszania aż do zagrożenia śmiercią. Trudno jest mu znaleźć miejsce do życia. Rząd muzułmański również nie oszczędza takiej osoby prześladując ją, wyrzucając z pracy, zamykając w więzieniach a niejednokrotnie skazując na śmierć. Dlatego ludzie po prostu boją się porzucać swoją wiarę. Ze smutkiem przytoczę przeczytane w jednej z broszur o islamie zdanie: Chrześcijanin przez całe swoje życie może oglądać wiele nawróceń chrześcijan na islam, a nie być świadkiem ani jednego nawrócenia muzułmanina na chrześcijaństwo.
***
Tak, jest to więc po trosze konflikt religii, ras, cywilizacji, narodów, pobratymców... Dla nas pociechą w tym wszystkim jest to, że Bóg wiedział już o nim w samym jego zarodku, a to również oznacza, że On zna jego przebieg i koniec. Mam nadzieję, że daje nam to poczucie bezpieczeństwa, nawet jeśli widzimy, że islam jest bliżej bram Polski, niż to miało miejsce kilka lat temu.


poniedziałek, 15 listopada 2010

Usłysz ich krzyk!

Prześladowania chrześcijan. Fakt czy fikcja.
Pod takim hasłem, w przededniu międzynarodowego dnia modlitwy za prześladowany Kościół, odbyła się w Warszawie I Ogólnopolska Konferencja Głosu Prześladowanych Chrześcijan.

Tak się składa, że prezesa tego Stowarzyszenia - Maćka Wilkosza i jego żonę Irenkę - znamy od wielu lat. A ich zaangażowanie w działalność Głosu Prześladowanych Chrześcijan śledzimy od pierwszego numeru biuletynu GPCh. Pisząc „-my” mam na myśli siebie i mojego męża.
Kiedy dowiedzieliśmy się o planowanej konferencji, wiedzieliśmy, że zrobimy wszystko, aby w niej uczestniczyć. Przy okazji Paweł otrzymał od szefa "Radia Chrześcijanin" bojowe zadanie nagrania audycji z Maćkiem Wilkoszem i z bratem Victorem, gościem konferencji. Ewangelistą z Malezji i byłym muzułmaninem. Audycja została nagrana i jak tylko dowiem się o jej emisji na antenie - poinformuję.

Konferencję rozpoczął Maciek refleksją ze Słowa Bożego, z Listu do Hebrajczyków 13:1-4. Zwrócił uwagę na dziwny układ tego tekstu. Pomiędzy zachętą do braterskiej miłości i gościnności a uwagami dotyczącymi czystości związku małżeńskiego znalazły się takie oto słowa: Pamiętajcie o więźniach waszych, jakbyście współwięźniami byli… Jak to rozumieć i interpretować? Chyba tylko tak, że prześladowanie jest integralną częścią życia chrześcijańskiego, życia Kościoła - od jego zarania po dzień dzisiejszy.

Po tym wstępie, z bólem serca słuchaliśmy raportu na temat prześladowań Kościoła, jakie miały miejsce w roku 2010. W 50 krajach prześladowanych jest łącznie 250 mln chrześcijan - są oni szykanowani, przepędzani, porywani, więzieni, okaleczani, zabijani. Te kraje to kraje islamskie, kraje bloku komunistycznego, kraje, w których religią wiodącą jest hinduizm i buddyzm. Raportowi towarzyszyły wstrząsające i drastyczne zdjęcia miejsc i ludzi, których dotknęły prześladowania. Obejrzeliśmy też dwa filmiki przygotowane na tegoroczny Dzień Modlitwy. Film przygotowany przez GPCh i Głos Ewangelii - „Słysząc ich krzyk”. I film przygotowany przez organizację katolicką „Gdzie płacze Bóg”, przedstawiający sytuację chrześcijan w Iraku. Tam można mówić już o ludobójstwie dokonywanym na chrześcijanach.

Nie było nam lekko na sercu. Dlatego wystąpienie brata Victora z Malezji podziałało jak balsam na nasze zbolałe dusze. Ileż radości, energii i pasji było w tym człowieku. Nie mówił wcale o rzeczach łatwych i przyjemnych, ale nawet rysując nie najlepszą religijnie sytuację religijną Malezji i opisując wielkie utrudnienia dla ewangelizacji, potrafił zarazić nas swoim entuzjazmem, optymizmem i odwagą. Nie mam tu możliwości przelania tego, co opowiedział nam o Malezji i o sobie brat Victor, w ciągu trzech godzinnych sesji. Jeszcze raz mogę zachęcić do wysłuchania audycji z nim, ponieważ najważniejsze informacje zostaną w niej przedstawione. Wspomnę tylko, że Malezja postrzegana jest jako kraj demokratyczny, zapewniający konstytucyjnie wolność religijną. Praktyka jednak jest zupełnie inna. Okazuje się, że są równi i równiejsi. Islam jest faworytem, a rząd nie kryjąc się z tym dąży do islamizacji całego kraju. Chrześcijanie doświadczają prześladowań. Jedyne szczęście w tym wszystkim, że prześladowania w Malezji mają charakter umiarkowany. Victor mówi: Jeszcze…. Za głoszenie Ewangelii rdzennym Malayom (64% ludności), którzy są niejako skazani na bycie muzułmanami, grozi kara więzienia. Obecność Malya w chrześcijańskim zgromadzeniu to pewny areszt dla niego, dla pastora, a nawet możliwe jest zamknięcie kościoła. Malayowie nie mogą posiadać Biblii w swoim języku. Każda chrześcijańska literatura musi mieć adnotację „nie dla Malayów”. Nie ma czegoś takiego jak małżeństwo mieszane - współmałżonek innej wiary automatycznie zostaje muzułmaninem. Victor powiedział, że najlepszym rozwiązaniem jest nawrócenie całej rodziny - to chroni nawróconych, przed tym, że inni członkowie rodziny nie doniosą na nich do władz. Chrzty odbywają się z dala od miejsca zamieszkania nowych chrześcijan i w ukryciu. W dwóch stanach (jest ich czternaście) do głosu dochodzą zwolennicy karania śmiercią tych, którzy z islamu nawrócą się na chrześcijaństwo.

Mija już kolejny dzień od konferencji a ja cały czas powracam myślami do tego, co słyszałam i widziałam. Zastanawiam się: Jaki przebieg w Polsce miał Międzynarodowy Dzień Modlitwy za Prześladowany Kościół? Mam wrażenie, że członkowie naszych kościołów nie mają zbyt wielkiej świadomości, co tak naprawdę się dzieje. Dla mnie opisana konferencja była przygotowaniem do tego dnia. Niestety, niewielu z tej okazji skorzystało. I chyba dlatego mam podstawę twierdzić, że również w niewielu kościołach właściwie (użyję tu bardzo popularnego teraz określenia) „pochylono się” nad problemem prześladowanego Kościoła. A szkoda - nie trzeba było zbyt wiele. Film „Słysząc ich krzyk” i piękny teledysk Beaty Bednarz „Podaj im dłoń” były do ściągnięcia ze strony GPCh. I wierzę, że poruszyłyby serca wielu - do łez i do gorliwej modlitwy (nie tylko poprzestając na tym jednym w roku dniu.)

Wyszłam z tej konferencji ze szczuplejszym portfelem, ale za to ze stosem książek, które zamierzam przeczytać i kiedyś o nich napisać.

sobota, 6 listopada 2010

Za chlebem

Przed chwilą wróciłam z Ogólnopolskiej Ekumenicznej Konferencji Kobiet, która odbywała się tuż za miedzą, w Konstancinie-Jeziornie.
To nie było moje pierwsze spotkanie w tym gronie i raczej nie ostatnie. Zawsze ‘ciągnie mnie’ tam, gdzie zgromadzają się kobiety. A jeżeli, przy okazji, mogę wysłuchać prelekcji na ciekawy temat, to tylko jakiś kataklizm może stanąć mi na przeszkodzie :-). Rok temu temat brzmiał „Zdrowie kobiety”. A tym razem - „Emigracja zarobkowa”.

Konkretnie: Emigracja zarobkowa - skala zjawiska - problemy socjologiczno-psychologiczne. Prelegentem był dr Olgierd Benedyktowicz (psycholog, psychoterapeuta; mi znany jako wykładowca z ChAT-u). W swoim referacie dr Benedyktowicz poczynił trzy zasadnicze rozróżnienia pomiędzy emigracją XIX wieczną, emigracją za czasów tzw. komuny oraz obecną (współczesną) emigracją. Omówił główne problemy emigracyjne tam i konsekwencje psychologiczne tu wśród pozostałych członków rodziny. Na koniec pozostawił omówienie roli Kościoła.

W emigracji XIX wiecznej zdecydowanie chodziło o poprawę losu. Jej przebiegowi towarzyszyła nieodwracalność decyzji - nie myślało się o powrocie. Nie było takiej opcji. To było przykre i bolesne, ale jednocześnie dające komfort doświadczenie. Emigracja była decyzją jednorazową, jednoznaczną w swoim sensie i dającą psychologiczny komfort nieodwracalności. Cechą charakterystyczną tej emigracji było też to, że pierwsze pokolenie emigrantów poświęcało się na rzecz drugiego pokolenia.

W emigracji politycznej też wyraźny był czynnik jednorazowości. Kto myślałby o powrocie do ‘komuny’? Dodatkowo emigrację tę cechowało wiele pozytywnych bodźców. Atrakcyjność nowego miejsca. Powstała przez lata przepaść pomiędzy tym co tutaj, a tym, co na zachodzie miała znaczenie motywujące. Ważnym czynnikiem był aspekt polityczny tej emigracji - zagwarantowana wolność. Tym bardziej, jeśli okupiona była „przeczołgiwaniem się” po urzędach paszportowych czy konsulatach. (Teraz wystarczy mieć dowód w garści.) Potem, kiedy system w kraju się zmienił i możliwy okazał się powrót (albo odwiedziny), to przyjazd do swoich ‘w chwale’ podnosił poczucie własnej wartości; pogłębiał komfort psychologiczny poczynionej wcześniej trudnej decyzji.

Emigracja współczesna ma zupełnie odmienny charakter. Teraz podróżowanie „za chlebem” za granicę, to nie jest wielka sprawa. Nie wymaga ono wysiłku, poświęcenia i determinacji. Przekroczenie granicy jest łatwe - nie jest się już na łasce czy niełasce WOPisty. Jedziemy na trochę. Pozwolenie na pracę jest. Działają dobre systemy pomocy socjalnej, z których można swobodnie korzystać (co działa demobilizująco). Przepaść pomiędzy wschodem a zachodem zatarła się. Tesco w Londynie jest dokładnie takie samo jak Tesco w Warszawie. Środowisko jest podobne. Kwestia komunikacji w dobie telefonii komórkowej i Internetu nie stanowi żadnego problemu. Decyzja o emigracji nie ma już charakteru jednoznacznego - niewielu się na takową decyduje. Emigracja przybiera częściej formy tymczasowości. Na zasadzie: „A nuż mi się powiedzie, jeśli nie to wrócę”. Jeśli zna się język, ma się dobre wykształcenie i wsparcie rodziny - to może się powieść. Jednak statystyki pokazują, że większości osób się nie wiedzie. Ciekawe zjawisko - nowa emigracja nie chce mieć nic wspólnego z „Polonią”.

A co z tymi, co pozostają? Jakie są zauważalne psychologiczne konsekwencje dla rodziny?
- brak ojców wpływa na zaburzenie rozwoju psychologicznego u chłopców w sensie identyfikacji (dziewczynki radzą sobie lepiej);
- zatraca się bezinteresowność pomiędzy małżonkami; następują zmiany w relacjach małżeńskich (mąż staje się sponsorem dla żony, która jest daleko, ale zaspokojenia emocjonalnego szuka u kogoś, kto jest bliżej; pojawia się coś w rodzaju przyzwolenia z drugiej strony na tę sytuację, która i tak wcześniej czy później zakończy się rozpadem małżeństwa);
- pojawiają się tzw. eurosieroty, w 2007r. aż 1299 dzieci znalazło się w Domach Dziecka i w Rodzinach Zastępczych, z powodu rozdzielenia rodziny;
- w 2007r. wyjechało aż 2mln. Polaków (za czasów wielkiej emigracji 7000);
- w niektórych częściach Polski zostają puste domy, zamierają małe społeczności;
- 110 tys. eurosierot zajmują się dziadkowie, którzy z punktu widzenia prawa nie są opiekunami, co stwarza wiele problemów prawnych np. przy przyjmowaniu do szkół czy szpitala;
- atrakcyjność dziadków polega na okresowych spotkaniach z nimi, ale stała opieka rodzi zaburzenia emocjonalne;
- i wiele, wiele innych.

Problemy tam:
- rywalizacja o pracę, konkurencja, Polacy na emigracji nie są jedną rodziną;
- pojawia się zjawisko eurostresu; Polacy załatwiają go kulturowo - alkoholem, ale sięgają też po narkotyki; pojawiają się depresje reaktywne, nerwice, apatia, poczucie marginalizacji; powstaje rozerwanie - wracać czy nie wracać; powroty z kolei bywają trudne: wstyd z powodu nie odniesionego sukcesu; żałuje się powrotu, powrotowi towarzyszą trudności w zaadaptowaniu się.

Rola Kościoła:
Kościół musi być aktywny, otwarty i przygotowany, bo jest na to ogromne zapotrzebowanie. Emigranci w pierwszym rzędzie (w pierwszym odruchu) zwracają się do Kościoła, zanim potem zwrócą się, gdzie indziej. Łatwiej iść tam, gdzie będzie się zrozumianym. Dlatego powstają nowe parafie tam, gdzie są  największe skupiska emigrantów. Wyjście do emigrantów to nowy paradygmat dla Kościoła. I wcale tu nie potrzeba profesjonalistów i przygotowania psychologicznego. Potrzebna jest otwarta osobowość, wrażliwość i dostępny kontakt.
Również przed Kościołem w Polsce stoi wyzwanie, bo będzie rosła emigracja do Polski. Dla wielu to właśnie nasz kraj jest ziemią obiecaną.

***

Bardzo cenię sobie to spotkanie. Moje myśli powędrowały ku bliskim mi młodym osobom, które są znanymi mi reprezentantami współczesnej emigracji. Patrząc na wybory, decyzje i losy niektórych z nich czuję smutek. I zauważam jeszcze jeden aspekt emigracji - rozluźnienie relacji z Kościołem, bo przecież to nie jest tak, że wokół nie ma kościołów. Są. Ale, wyobcowanie, anonimowość i inne przyziemne powody (ot, zwykłe lenistwo) sprawiają, że osoba na emigracji przestaje być częścią lokalnego kościoła. Miejsca, gdzie karmi się duchowo, dojrzewa, gdzie podlega autorytetowi przywództwa, gdzie służy i używa swoje dary. Łatwiej jest być gościem. A wtedy już nie trudno o zobojętnienie, ostygnięcie. Pójście na kompromis. Utratę integralności. I może tu jest rola dla Kościoła macierzystego, aby nawet na odległość umiał dbać i troszczyć się o swoich.

piątek, 5 listopada 2010

Kącik dobrej książki

Polski ewangelicyzm

Cieszyński szlak kobiet, Władysława Magiera, wydawca Stowarzyszenie Klub Kobiet Kreatywnych w Cieszynie, przy współpracy Kongresu Polaków w Republice Czeskiej, Czeski Cieszyn 2010r.

Trzymam w ręku książkę, w której zapisana jest taka dedykacja: Bliskiej sercu, kreatywnej kobiecie, jednej z wielu na szlaku… drogiej Wali - z miłością Aleksandra; Warszawa, 18 września 2010.

Pozwólcie, że za pewną czeską stroną Internetową (Sušská Rybka, blog sboru SCEAV, Haviřov-Suchá) na temat tej unikatowej pozycji, z punktu widzenia historiografii Śląska Cieszyńskiego, przedstawię jej treść. Autorką „Cieszyńskiego szlaku kobiet” jest Władysława Magiera, historyk z Cieszyna. Autorami dwóch przyczynków zamieszczonych w publikacji są także teolog diak. Aleksandra Błahut-Kowalczyk (to ona podarowała mi tę książkę) oraz dziennikarz Tadeusz Kopoczek.

Książka zawiera biogramy 11 kobiet, które swą pracą, trudem, postawą niezmiernie zasłużyły się dla naszego społeczeństwa - choć mało kto po dziś dzień o tym wie. Jak pisze we wstępie sama autorka: „Ich osiągnięcia są prawie nieznane. W tamtych czasach zasługi przypisywano tylko mężczyznom, oni mają tablice, książki, ich imieniem nazywane są ulice. (...) Pamięć o naszych poprzedniczkach zaginie, jeśli my, kobiety, o nich nie napiszemy”.
Większość z opisywanych niewiast to ewangeliczki. Nie trzeba jednak odwoływać się do wyznania, by stwierdzić iż wszystkie je łączy wspólny duch, etos tak charakterystyczny dla mieszkańców naszego Śląska Cieszyńskiego, stawiający na piedestale codzienności służbę dla innych, na rzecz społeczeństwa, na rzecz bliźniego - i to w szerokim tego słowa rozumieniu. Można by pokusić się o stwierdzenie, że to duch iście ewangeliczny był przyczyną takich a nie innych postaw, pracy i służby opisywanych bohaterek. Tym, co otrzymały w życiu jako dar, starały się w myśl Chrystusowego podobieństwa jak najlepiej szafować, pomnożyć i rozdawać to dalej, dla dobra drugiego człowieka, dla dobra społecznego. Z tego punktu widzenia książeczka stanowi szczególne świadectwo, tak bardzo w każdych, a zwłaszcza dzisiejszych czasach potrzebne dla ugruntowania tożsamości i świadomości własnej roli dla dalszych dziejów i pokoleń nas wszystkich, którzy dziś kształtujemy nasze „jutro”.

Gorąco polecam wejście na ten szlak i wspólną wędrówkę z bohaterkami tejże książki.

Powierzony klucz,  Małgorzata Lutowska, AD REM, Jelenia Góra, 2008r.
Wydawca pisze: „Powierzony klucz” to książka o niezwykłych losach protestantów na Dolnym Śląsku, o ich wielkim wkładzie w rozwój duchowy i dorobek materialny tych ziem. Bohater, Krzysztof, który ze względów sentymentalnych przyjeżdża w rodzinne strony, przemierzając Dolny Śląsk śladami Reformacji, odkrywa zapomnianych bohaterów, dowiaduje się wielu ciekawych historii, przeżywa przygodę spotkania z przeszłością.
Opowieść mimo niezbędnych wyjaśnień dotyczących tła historycznego snuje się lekko, ubarwiana raz po raz zarówno zwykłymi, jak i absolutnie wyjątkowymi zdarzeniami z życia autentycznych postaci, jakie wpisały się w dzieje Dolnego Śląska.
Jest to lektura dla wszystkich, którym te tereny są bliskie oraz dla każdego, kto otwierając książkę chciałby po prostu odpocząć, na moment oddalić się od codzienności, zanurzyć w innym świecie…

Pochodzę z Dolnego Śląska. Kocham ten region i jego historię. Ta książka została napisana dla mnie. Odpoczywałam przy niej i rozkoszowałam się nieznanymi mi dotąd dziejami moich rodzinnych stron. I kto by pomyślał, zorganizowałam kilka wyjazdów wakacyjnych dla dorosłych i młodzieży - właśnie na Dolny Śląsk. Wydawało mi się, że opowiedziałam im wszystko i pokazałam już wszystko, co było do obejrzenia. A teraz widzę, że to moje ‘wszystko’ to zaledwie czubek góry lodowej. 

W moim sercu dojrzewa pragnienie, aby któregoś pięknego lata pojechać na dłuższy czas do mojej Mamy i wraz z moim mężem, z którym 28 lat temu pobraliśmy się w Świątyni Wang w Karpaczu, przewędrować wszystkie miejsca, o których opowiada „Po-wierzony klucz”. I to on będzie moim przewodnikiem, nie żaden „Pascal” czy cokolwiek innego.
Książka ta zaczyna się następującym opisem: Gdy się jedzie z Wrocławia do Jeleniej Góry, to na wysokości Dobromierza jest pewne chara-kterystyczne miejsce, kończy się równina, a zaczynają góry. Zaznacza się wyraźna linia, granica. Droga pnie się mozolnie wzwyż, aby wykutym wśród skał przesmykiem, jak przez bramę, wprowadzić przybysza do innego świata. To był świat mojego dzieciństwa, mojej młodości i naszej romantycznej miłości...


„Matka Ewa” Audiobook, Wydawnictwo Parafia Ewangelicko-Augsburksa, Bytom-Miechowice, 2010r.
Płyta zawiera:
Wspomnienia - Ewa von Tiele-Winckler, czyta Aleksandra Błahut-Kowalczyk
Działanie Ducha Świętego - Ewa von Tiele-Winckler, czyta Ale-ksandra Błahut-Kowalczyk
O Ewie, co chciała pokonać smoka - ks. Jan Kurko, czyta Jerzy Latos, Paulina Dulla
Na płycie wykorzystano fragment utworu w wykonaniu Andrzeja Rayskiego Gdy wpatruję się w Twą świętą twarz (When I Look Into Your Holiness) z płyty Andrzeja Rayskiego Chcę do Ciebie podobnym być (I Wanna Be More Like You). Projekt zrealizowano dzięki Gminie Bytom.

Ewa von Tiele-Winckler, zwaną Matką Ewą z Miechowic (1866-1930), urodziła się w rodzinie magnatów węglowych. Ewa wyszła z pałacu i zamieszkała w małej drewnianej chatce, w której też umarła. Jej powołaniem była dobroczynność i praca charytatywna na rzecz najbardziej potrzebujących, a życiowym mottem: Być dla innych błogosławieństwem. Założyła ponad 50 domów dla bezdomnych dzieci, opiekowała się samotnymi kobietami i więźniami, przygotowywała diakonise do pracy misyjnej, głownie w krajach Afryki i Azji. Była autorką popularnej literatury religijnej. (Posiadam i polecam jej „Myśli wybrane”, Wyd. Zwiastun, Warszawa, 1990r.)
O Matce Ewie ktoś powiedział: Tak naprawdę jej dzieło bardzo przypomina pracę, jaką wykonała Matka Teresa. Teresę z Kalkuty zna jednak cały świat. O Ewie z Miechowic niewiele wiedzą nawet mieszkańcy Śląska. A szkoda. Wierzę, że ten audiobook wiele zmieni.

W testamencie Matki Ewy są napisane takie słowa: Nigdy nie powinien duch świeckiego wyrachowania czy ludzkich kalkulacji brać górę nad świętym impulsem miłości Jezusowej.
A z tomiku „Myśli wybrane” wybrałam:

Nie o to chodzi, aby być szczęśliwym,
lecz by uszczęśliwiać innych.
Nie o to chodzi, by być kochanym,
lecz by kochać i być dla innych błogosławieństwem.
Nie o to chodzi, by samemu używać,
lecz by udzielać innym.
Nie o to chodzi, by się w życiu przebijać,
lecz by zapierać się siebie.
Nie o to chodzi, by życie zdobyć,
lecz by je utracić.
Nie o to chodzi, by szukać własnego zadowolenia,
lecz by znajdować swoje zadowolenie w zadawalaniu innych.
Nie o to chodzi, by Bóg czynił naszą wolę,
lecz byśmy Jego wolę czynili.
Nie o to chodzi, byśmy długo żyli,
lecz o to, by życie nasze posiadało właściwą treść.
Nie o to chodzi, co ludzie o nas myślą i mówią,
lecz o to, czym jesteśmy przed Bogiem.
Nie o to chodzi, co czynimy,
lecz o to, jak i dlaczego czynimy.


czwartek, 4 listopada 2010

Wycieczka na Dolny Śląsk

MYSŁAKOWICE / ZILLERTAL-ERDMANNSDORF
- świadectwo ostatniego uchodźstwa religijnego w Europie Środkowej

Nieopodal Karpacza, jadąc w kierunku Jeleniej Góry, znajduje się niewielka miejscowość o nazwie Mysłakowice. Zachował się tu unikatowy zespół zabytków architektury z I połowy XIX w. Na uwagę zasługują m.in. domy, które zbudowali protestanccy uciekinierzy z Tyrolu oraz kościół ewangelicki (obecnie stanowi własność parafii rzymskokatolickiej). Są to obiekty powstałe dzięki mecenatowi królewskiemu na obszarze dóbr należących do króla pruskiego Fryderyka Wilhelma III oraz jego następcy. 

Od czasów kontrreformacji w XVIII wieku w odległej dolinie Zillertal w Tyrolu zachowały się liczne, małe grupy protestantów. Religię swoją praktykowali oni potajemnie na prywatnych nabożeństwach lub pod gołym niebem. Zwierzchność państwowa i kościelna uważała ich za sekciarzy i wrogów. Wszyscy mieszkańcy, osadnicy, robotnicy dzienni, pracownicy, włączone w dobra osoby, parobkowie i usługujący obydwu płci, którzy ukończyli 12 rok życia i czują się przynależni do jednej z powyższych religii (augsburskie lub zreformowane wyznanie) mają w ciągu 8 dni, wziąwszy swoje tłumoki, wyprowadzić się stąd i to szybko... 
(Patent Emigracyjny 1731 r.)

Uciskani od stu lat protestanci, w roku 1832, napisali petycję do cesarza Franciszka z prośbą o swobodę praktyk religijnych, petycję jednak załatwiono odmownie. Tyrolczycy zdecydowali się więc na emigrację. Ponieważ już sto lat wcześniej król Fryderyk Wilhelm I na mocy Patentu Imigracyjnego z 1732 roku - My Fryderyk Wilhelm z Bożej Łaski... ogłaszamy i podajemy do wiadomości, że w naszym chrześcijańsko-królewskim miłosierdziu i z serdecznego współczucia wobec naszych napastowanych okrutnie w biskupstwie salzburskim i prześladowanych ewangelickich krewnych wyznaniowych, z powodu iż owi sami z woli swej wiary i przekonań moralnych, zmuszeni są do opuszczenia swej ojczyzny postanowiliśmy podać im przyjazną i pomocną dłoń i w końcu przyjąć ich w naszym kraju i ulokować w urzędach naszego Królestwa Pruskiego... - przyjął w Prusach ponad 2200 uchodźców protestanckich z Salzburga, w 1835 roku została wysłana do Berlina delegacja z elokwentnym szewcem Johannem Fleidlem na czele, która to miała prosić króla Fryderyka Wilhelma III o przyjęcie w Prusach. Opinia na temat Fleidla brzmiała tak: ...Heretyk werbujący nowych wyznawców, cytujący nieodpowiednie pasusy z Biblii, pełen pasji, złości i kłamstwa; już nawet jego fizjonomia ma w sobie coś strasznego, odrażającego. Usunięcie tego człowieka byłoby czynem koniecznym i dobroczynnym... (jego pomnik znajduje się na terenie pałacu mysłakowickiego). Król, który sam uważał siebie za gwaranta protestantyzmu, przyrzekł delegacji wszelkie możliwe wsparcie.

Jako że krajobrazy przedgórskie Karkonoszy najbardziej odpowiadały warunkom geograficznym starej ojczyzny, na nową ojczyznę wybrano Kotlinę Jeleniogórską. Jesienią 1837 roku 416 osób przybyło na Śląsk Pruski. Rok później w południowej części Mysłakowic zbudowano osadę „Zillertal”. Tereny pod budowę bezpłatnie udostępnił sam król. Pierwsza zagroda była zamieszkana już w listopadzie 1838 r. W przeciągu kilku lat gmina Tyrolczyków rozrosła się do 67 domostw. Część kosztów na pokrycie wydatków związanych z budową kolonii tyrolskiej pochodziła ze środków królewskich, za co przybysze z okolic Salzburga odwzajemnili się pruskiemu władcy, umieszczając na jednym ze swoich domów napis Boże chroń króla Fryderyka III. My wypędzeni z powodu wyznania Tyrolczycy z Zillertal dotarliśmy szczęśliwie do nowej ojczyzny na Śląsku Pruskim i zostaliśmy, Bogu dzięki, przyjaźnie przyjęci. ... Dziękujemy za wielką łaskę i miłosierdzie naszemu Królowi, których na ciele i na duszy doświadczamy już teraz, w tym, że mamy własnego nauczyciela dla młodzieży, dorosłych i tych starszych, którzy nie potrafią czytać, a chcieliby sami móc czytać Pismo Święte. Dziękujemy szczególnie za udzielane przez duchownego lekcje religii, z których rozpoznajemy i uczymy się z całego serca, jak ważne znaczenie ma Komunia Święta. Prosimy także... abyśmy... pozostali razem w tej przyjaznej okolicy, gdyż przypomina nam ona w wielu rzeczach nasz ojczysty kraj... Tak brzmiało podziękowanie dla Fryderyka Wilhelma III.

Najbardziej znamiennym elementem tych domów są balkony, charakterystycznie stylizowane na kształt rozwiniętego tulipana, lilii, serca, kwadratu i gwiazdy. Tyrolskie domy były zwykle budowlami jednopiętrowymi o drewnianej konstrukcji, często ustawionej na kamiennej lub ceglanej podmurówce. Wejścia  do nich były  projektowane z frontu lub z boku zewnętrznej elewacji. W domach mieszkalno - gospodarczych, część gospodarcza zajmowała dwie trzecie budynku.
Nowopowstała osada wkrótce otrzymała własną szkołę, świetlicę dla panien i kawalerów, kuźnię i młyn. W 1840 roku zbudowana została przędzalnia i tkalnia lnu. (Mysłakowice do dziś słyną z produkcji pięknych wyrobów lniarskich.)
W tym samym czasie w pobliżu pałacu budowano kościół protestancki (na zdjęciu Pomnik Tyrolczyków, mężczyzna przy sercu trzyma Biblię). Początkowo miał to być kościół pałacowy, z czasem został on powiększony na potrzeby Tyrolczyków, zapewniając miejsce 800 osobom. Kościół, usytuowany na południe od mysłakowickiego pałacu, posiada wysmukłą bryłę architektoniczną wzorowaną na konwencji włoskich kościołów romańskich. Wnętrze swoją budową przypomina starochrześcijańskie bazyliki. Przed wejściem do świątyni znajduje się parterowy portyk wsparty na dwóch marmurowych, oryginalnych, pochodzących z Pompei, kolumnach.

Ponowne wygnanie:
Na wiosnę 1946 roku, postępując zgodnie z postanowieniami poczdamskimi, ludność narodowości niemieckiej została wypędzona i przesiedlona do sektora brytyjskiego i sowieckiego. Nielicznym fachowym pracownikom tkalni i przędzalni i ich rodzinom pozwolono tymczasem pozostać. Z końcem maja z jeleniogórskiego dworca towarowego zaczęły odjeżdżać pociągi na zachód. Zezwolono na zabranie 20 kg bagażu podręcznego, do tego kołdry i poduszki oraz najpotrzebniejsze sprzęty gospodarstwa domowego. W dniu 30 maja pierwszy transport opuścił osadę. Największa liczba przesiedleńców została przydzielona do regionu wokół Hannoweru i Braunschweigu. W taki oto sposób czwarta generacja dawnych Tyrolczyków, nosząca nazwiska starych rodów tyrolskich, musiała opuścić powtórnie swe strony rodzinne, tym razem nie z powodów religijnych, lecz dlatego, że byli oni Niemcami.
Rozproszeni po niemalże całym terenie Bundesrepubliki potomkowie tyrolskich przesiedleńców przyzwyczaili się do swych nowych siedzib. Dawne zwyczaje, zarówno dialekt, jak i ubiór czy sporządzanie typowych potraw, zanikły zupełnie. Pozostały tylko nazwiska i wspomnienia...

Przy głównej drodze z Jeleniej Góry do Karpacza znajduje się starannie odrestaurowany „Dom Tyrolski” - dawna zagroda Rieserów. Obecnie mieści się tu godna polecenia restauracja oraz małe muzeum historii uchodźców religijnych (z tego muzeum pochodzą wszystkie wytłuszczone cytaty). Obiekt ten jest własnością dwóch Tyrolczyków z Austrii i Włoch.

środa, 3 listopada 2010

Święta będą piękniejsze!