poniedziałek, 31 grudnia 2012

Sylwestrowa refleksja


2000 tysiące lat temu (i wcześniej) w Imperium Rzymskim czczony był bóg (przez małe „b”) - Janus. Czczony był jako opiekun wejść i wyjść oraz wszelkiego początku i końca; wyobrażany z głową o dwóch przeciwlegle ustawionych obliczach; jego świątynia w Rzymie miała kształt bramy o podwójnych drzwiach, otwartych w czasie wojny, zamkniętych w czasie pokoju; od imienia Janusa pochodzi łacińska nazwa stycznia (januarius), jako pierwszego miesiąca po przesileniu zimowym; święto ku czci tego boga obchodzone było w całym Imperium bardzo hucznie. (źródło: Encyklopedia Powszechna)

2000 tysiące lat temu w Imperium Rzymskim pojawił się inny Bóg (przez duże „B”) - Jezus. Tu wspomnę, że lektura Biblii podaje nam częste przykłady tego, kiedy dokonuje się konfrontacja Boga z bóstwami ówczesnych narodów - przykładem są plagi egipskie - każda z nich pokazuje zwycięstwo Boga nad konkretnym bogiem egipskim. Tak też miało stać się teraz. Nie trzeba było długo czekać, aby do ludzi dotarły słowa Jezusa:

Ja jestem drzwiami, jeśli kto przeze mnie wejdzie, zbawiony będzie i wejdzie i wyjdzie i pastwisko znajdzie.” Ew. Jana 10:9

Ja jestem droga i prawda i żywot, nikt nie przychodzi do Ojca, tylko przeze mnie.” (czyli jest też bramą)  Ew. Jana 14:6

Jam jest alfa i omega - początek i koniec - mówi Pan, Bóg, Ten, który jest i który był, i który ma przyjść, Wszechmogący.”  Obj. Jana 1:8

Cóż może być dla nas najlepszym początkiem na ten nadchodzący rok - myślę, że uczczenie prawdziwego Pana początków, powierzenie Mu naszego wejścia w ten Nowy Rok, a wtedy możemy być pewni, że wyjście będzie równie dobre.
I jeszcze jedna rada - nie zniechęcajmy się kiedy droga, którą prowadzi nas Bóg, zda się nam wąska a brama ciasna - On wie, że to jest dla nas najlepsze.

„A ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do żywota; i niewielu jest tych, którzy ją znajdują.”  Ew. Mat. 7:14
Spójrzmy po sobie - prawda, że niewielu?

***

I jeszcze krótka myśl. Wiele osób walczy ze świętami Bożego Narodzenia i z obchodami Nowego Roku, powołując się na fakt, że świętami tymi zastąpiono święta pogańskie. Na pewno uczyniono to świadomie. Ja uważam to za sprytne posunięcie. Do bycia sprytnymi zachęca nas sam Bóg. A eliminowanie tego, co niewłaściwe, zastępując to dobrym, jest - moim zdaniem - mądrym rozwiązaniem.




poniedziałek, 24 grudnia 2012

Świąteczne życzenia

Nadchodzą święta radości.
Oby tej radości było w nas jak najwięcej.
Oby to była radość nie tylko z tych świąt 
i z tego, że w świątecznym czasie 
jesteśmy ze swymi bliskimi, 
ale, aby głównym powodem było to, 
co przepowiedział prorok: 
Dziecię narodziło się nam, Syn jest nam dany...,
A co anioł uzupełnił w swym zwiastowaniu
na polach betlejemskich: 

Nie bójcie się, bo oto zwiastuję wam radość wielką... Gdyż dziś narodził się wam Zbawiciel,
którym jest Chrystus Pan
.


Tego Wam życzę,
Wala


PS. Bóg staje się dzieckiem zależnym od ludzkiej troskliwości, chłopcem potrzebującym pomocy, nauczycielem poszukującym uczniów, prorokiem wołającym naśladowców, martwym człowiekiem przeszytym włócznią żołnierza i położonym w grobie. Patrząc na nas pyta z wyrazem oczekiwania w oczach: „Czy ty mnie kochasz?” i jeszcze raz: „Czy ty mnie kochasz?”, i po raz trzeci: „Czy ty mnie kochasz?”  Henri Nouwen











niedziela, 23 grudnia 2012

Żebyśmy szli Jego drogą…


Dlaczego Pan Jezus przyszedł na świat jako małe ludzkie dziecko?
Dlaczego żył trzydzieści lat pomiędzy ludźmi w Nazarecie?
Przecież mógł się pojawić nagle - jako dorosły już człowiek, umrzeć i zmartwychwstać.
Czy nas to nie zastanawia?
 Jacy mamy być, jeżeli przyjmujemy tajemnicę Bożego Narodzenia?
Dlatego przyszedł na świat jako prawdziwy człowiek, żebyśmy szli Jego i naszą ludzką drogą.
Można więcej powiedzieć.
Jezus-człowiek poprzez nas chce działać, pracować, kochać, cierpieć, ufać. Skoro podjął nasze ludzkie życie, wszystko, co ludzkie - może okazać się święte: nasza praca, nasze zmęczenie, nasza ludzka miłość, samotność, cierpienie.
Świętym jest ten, kto nie przeszkadza Jezusowi działać.
Otwiera się, aby Jezus szedł przez niego w świat.
Ile myśli nadbiega, kiedy czytamy w Prologu świętego Jana: „A słowo ciałem się stało i zamieszkało między nami”.
Zamieszkało, to znaczy stale przebywa - jest.

Ks. Jan Twardowski „Blisko Jezusa”
(zebrane wiersze i komentarze ewangeliczne)

Bardzo podoba mi się ta prosta, jasna i praktyczna refleksja. Najbardziej przemawia do mnie ta myśl, aby Jezus przeze mnie mógł iść w ten świat. Właśnie wczoraj miałam możliwość pójść w szczególne miejsce, jakim jest ursynowskie Hospic-jum Onkologiczne. Nie byłam tam sama. Zwykle towarzyszę mojemu mężowi, a od pewnego czasu nam obojgu towarzyszy Sienna Gospel Choir. Idziemy tam, aby tym ciężko chorym, cierpiącym i często samotnym ludziom dać trochę naszej ludzkiej miłości, aby wnieść w to miejsce sporą dawkę ciepła i radości.
Czas Adwentu jest ku temu doskonałą okazją. Spotykamy się z pacjentami i towarzyszącymi im rodzinami w odświętnie przystrojonej świetlicy. Słuchamy słów Ewangelii i śpiewamy kolędy, prowadzeni przez chór. Składamy sobie życzenia, dzieląc się opłatkiem. To piękna polska tradycja, o której C. K. Norwid napisał tak: „…Jest w moim kraju zwyczaj, że w dzień wigilijny, Przy wejściu pierwszej gwiazdy wieczornej na niebie, Ludzie gniazda wspólnego łamią chleb biblijny, Najtkliwsze przekazując uczucia w tym chlebie …”. A potem spożywamy wspólnie wigilijne potrawy, przygotowane przez personel i wolontariuszy hospicjum.  

Takie spotkanie, z wiadomych powodów, nie trwa zbyt długo. Pacjenci wracają do sal, a my podążamy za nimi - pozostała większość z nich nie opuściła swoich łóżek i ominęła ich ta piękna, uroczysta kolacja. Chór staje zwykle po środku długiego korytarza. Personel otwiera drzwi sal. Po chwili do uszu złożonych chorobą mężczyzn i kobiet docierają słowa i melodie  najpiękniejszych polskich kolęd.
W tym czasie ja towarzyszę mojemu mężowi, który, wraz z naszą czteroletnią wnuczką, wchodzi do każdej sali, z koszem drobnych prezentów. Są to przewiązane kolorową wstążeczką egzemplarze Nowego Testamentu wraz z broszurką „Słowa pokrzepienia i pociechy”. Mała Hania, swoją małą rączkę chętnie wyciąga do wszystkich pacjentów. Podaje pakiecik. Czyni to z wielką powagą, jakby ze świadomością, że robi coś bardzo ważnego - a zarazem uśmiecha się słodko. Obecność dziecka sprawia chorym radość. To rzadkość w tym miejscu. Niektórzy ocierają z oczu łzy wzruszenia. „Odwiedził nas aniołek” - stwierdzają inni…

Opuszczamy oddział, żegnani słowami pielęgniarki: Dziękuję Wam. Nawet nie wiecie, jak wiele to, co dziś zrobiliście, znaczy dla pacjentów. Jest nam miło… .

Boże, dziękuję Ci, że znowu poszliśmy Twoją drogą. Bo przecież to Ty powiedziałeś: „Byłem chory, a odwiedziliście mnie…Zaprawdę powiadam wam, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych braci moich, mnie uczyniliście.” (Ew. Mat. 25:36, 40)



sobota, 22 grudnia 2012

Wigilijna opowieść


Nietrudno zauważyć, że w ostatnich dniach życie chyba wszystkich ludzi kręci się wokół zbliżających się Świąt. Jak zwykle uwaga większości sku-piona jest na trzech rzeczach: sprzątaniu, gotowaniu i pre-zentach. Te dwie ostatnie po-zycje wymagają wykonania bardzo konkretnego wysiłku - zakupów, spędzenia wielu go-dzin pośród półek sklepowych i w kolejkach do kasy. No i, oczywiście, pieniędzy.

Przyznam szczerze, że od kilku lat bardzo skromnie podchodzę do tego zakupowego szaleństwa. Przyczyny są czysto ekonomiczne, nie ideologiczne. Pewnie, gdybym miała inne możliwości, niewiele bym się różniła od reszty świata. A ponieważ sytuacja w tym roku nie zmieniła się na lepsze, a wręcz przeciwnie, więc zamiast na liście zakupów, skupiam się na czymś zgoła innym. Mianowicie, ku zdziwieniu mojego męża, od kilku dni, jeżdżąc z nim po Warszawie, trzymam w ręku długopis i karteczkę do notowania. „Spisuję hasła z bilbordów” - rzuciłam wreszcie pod nosem, notując kolejne zdanie.

I oto, co zanotowałam:
„Wywołaj świąteczną radość.”
„Rozświetl swoje Święta.”
„Święta bogate w uśmiechy.”
„Święta wielkich zakupów.”
„Świąteczny stół obfitości.”
 „Święta. Hej prezenty, prezenty.”
„Wymarzone prezenty.”
„Święta bogate w prezenty.”
„Moc prezentów.”
 „Piękno w prezencie.”
 „Jedna karta - tysiące prezentów.”

No właśnie… . Wystarczy jedna karta. Byle nie pusta…

W miniony czwartek uczestniczyłam w spotkaniu adwentowym z ludźmi, którzy raczej mają puste karty. Jeśli nie na minusie. Przybyli, ponieważ spotkania czwartkowe stały się nieodłączną częścią ich życia (już od kilku lat). Na tych spotkaniach jest im głoszone Słowo Boże, otrzymują ciepły posiłek, a na odchodne dostają zapas chleba na kilka dni.
To ostatnie spotkanie było wyjątkowe. Czekała na nich pięknie udekorowana sala, migająca światełkami choinka, nakryte świątecznymi obrusami stoły, zapalone świeczki i ludzie, którzy to wszystko przygotowali. I nie tylko to. Były kolędy, była Bożonarodzeniowa refleksja, były symboliczne prezenty (coś dla duszy i ducha). Była pyszna zupa grzybowa i kapusta z grzybami. I był chleb. Jego nie mogło zabraknąć. Nie zabrakło też rodzinnego ciepła i miłości, bo bez nich cała reszta byłaby jak „miedź dźwięcząca” i jak „cymbał brzmiący”.

Kiedy się rozstawialiśmy, wiedziałam, że nie pobiegną w następnej kolejności do sklepów. Wystarczyło porozmawiać z kilkoma osobami, aby dowiedzieć się, z jakimi troskami się borykają, jakiej biedy doświadczają. Pewnie, niektórzy na własne życzenie, ale w tym momencie nie mnie ich osądzać. Wiem jedno - te hasła na bilbordach nie są dla nich. Przypuszczam, że brzemiona codziennego życia tak ich przygniatają, że nawet nie zauważają tych kuszących nawoływań.

„A czy będzie chleb?” - pytali, kiedy zapowiadaliśmy sobotnie okolicznościowe przedstawienie.

Pomyślałam sobie: „Jeśli ludzie wokół mnie już całkowicie zatracili sens i znaczenie obchodzonych Świąt, ograniczając je do obfitego stołu i fury prezentów, to wolę - zamiast szykować Święta - spędzić kolejny wieczór z ludźmi, dla których bochenek chleba znaczy więcej niż moc prezentów.”
I nawet, jeśli tylko z powodu chleba przyjdą na sobotnie przedstawienie, to wierzę, że korzyść jaką z niego wyniosą będzie miała wymiar wieczny. Tego dla nich pragnę.




piątek, 7 grudnia 2012

Kącik dobrej książki


I żyli długo i szczęśliwie…

Wszyscy kiedyś lubiliśmy czytać bajki i oglądać filmy z happy endem. Cieszyliśmy się, kiedy troski i nieszczęścia naszych bohaterów kończyły się, a w ich życiu nastało samo dobro i szczęście. Z czasem jednak życie nauczyło nas, że szczęśliwe zakończenia są tylko w bajkach, a nie w życiu. Wciąż godząc się na bajkowe happy endy, szczęśliwe zakończenia oglądanych filmów, zaczęliśmy nazywać ‘hollywoodzkimi’. Zmagając się z własnymi problemami i widząc cudze, przestaliśmy zauważać, że dzieją się wokół nas rzeczy, których nie można nazwać inaczej, jak cudami dnia powszedniego. Sceptykom, jako dowód, że takie cuda bywają i to nie jednostkowo, polecam dwie książki. Czytając je, zauważyłam, że takie książki, które opisują rzeczy dobre, piękne, poruszające, czyta się o wiele szybciej, niż książki o innej treści. Te mają po około 300 stron, a na przeczytanie każdej starczył jeden wieczór. Spróbujcie i wy…

Boża witamina C dla ducha, Kathy Collard Miller, D. Larry Miller, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań, 1999r.

Niniejsza książka to kolekcja niezwykle inspirujących opowieści, których autorami są znane, nie tylko w Stanach Zjednoczonych, postaci (np. Bill Hybels, Billy Graham i inni), doradcy duchowi, pisarze chrześcijańscy (Barbara Johnson). Przytaczając wiele chwytających za serce przykładów z codziennego życia, omawiają takie kwestie, jak wiara i ufność, życie rodzinne i duchowe, miłość, modlitwa. Każdy tekst stanowi odrębną całość i związany jest ściśle z życiem autora lub jego bezpośrednim otoczeniem.

Cuda dnia powszedniego, Bóg podaje rękę potrzebującym, James S. Bell, Stephen R. Clark, Klub dla Ciebie, Warszawa, 2006r.

Ta książka to zbiór zadziwiających i wywołujących wzruszenie opowiadań, w których znajdujemy dowody na potęgę wiary oraz cudowność Bożej opieki. Opowiada ona historie ludzi, w których życie Bóg zdecydował się interweniować, by zmienić je na lepsze. Ukazuje, jak Bóg objawia się w najbardziej dramatycznych i niebezpiecznych momentach życia człowieka. Ta książka niesie czytelnikowi nadzieję: kiedy znajdujemy się w niebezpieczeństwie, jesteśmy chorzy lub des-peracko potrzebujemy przewodnika (doradcy), przez większość czasu Bóg po cichu działa swymi tajemnymi sposobami, aby nam pomóc.

Polecam tę niezwykle ciepłą i budującą lekturę.

***
Na zakończenie inspirujący cytat (nie pochodzi ze wspomnianych książek):
Troska zwraca się zawsze ku następnemu dniowi. Kto składa całkowicie w ręce Boże dzień jutrzejszy i dzisiaj przyjmuje tylko to, co potrzebuje do życia, ten jedynie jest prawdziwie zabezpieczony. Dietrich Bonhoeffer



środa, 5 grudnia 2012

Na początek Adwentu



Na huśtawce nastrojów czekam na święta:
na radość zamiast codziennych kłopotów i trosk,
na światło, które rozproszy ciemności,
na tęczę Bożej łaski, która zastąpi szarość codzienności,
na posłańca, który ogłosi zbawienie świata.

Huśtawka odchyla się w jedną stronę
i ogarnia mnie zwątpienie i zniechęcenie,
nadchodzi chmura beznadziejności i mroku,
spadam w depresję czarnowidztwa i rozpaczy,
boję się rozczarowań, przegranej, śmierci.

Huśtawka odchyla się w drugą stronę
i wraca nadzieja i pewność, że nie czekam nadaremnie,
że spełnią się moje oczekiwania i marzenia,
że radość i szczęście zamieszkają w moim domu,
że ciemność rozpaczy zamieni się w jasność zbawienia.

O, Panie, pomóż mi zatrzymać huśtawkę nastrojów.
Uwolnij mnie od niepewności i zwątpienia.
Daj mi pewność, że dzięki Twej miłości, 
mój szary dzień zamieni się w święto,
smutek zamieni się w radość, beznadziejność w nadzieję,
oczekiwanie w pewność,
że Ty zawsze dotrzymujesz obietnicy
i także dla mnie przyszedł na świat Zbawiciel,
którym jest Chrystus Pan.

(ks. Henryk Czembor)


czwartek, 29 listopada 2012

Kolejna audycja - zapraszam






Kącik dobrej książki


Koniec feminizmu, czym kobieta różni się od człowieka”, Aleksander Nikonow, Wydaw-nictwo Trio, Warszawa, 2011r.

Myślę, że już sam podtytuł może rozsierdzić niejedną potencjalną czytelniczkę. Mnie jednak nie zraził. Feministką nie jestem, a na męski szowinizm reaguję bez złości i większych emocji. Po prostu - zainteresował mnie temat. Temat feminizmu.

Szczerze mogę o sobie powiedzieć, że jestem kobietą, która wiele zawdzięcza dokonaniom ruchom feministycznym, dążącym do równouprawnienia. Korzystam z tego, co wywalczyły te kobiety. Głównie z tego, że kobiety odzyskały swoją wartość, godność, pozycję w społeczeństwie, bo myślę, że w oczach Bożych zawsze ją miały. I na tym chyba moje związki z ruchami feministycznymi się kończą. Nie wyobrażam sobie świata bez mężczyzn i żywię do nich, przeważnie, sympatię.

Wracając do książki. Już na wstępie wiedziałam, że różnimy się z autorem światopoglądowo. A jednak przyznaję, że książka jest bardzo ciekawa, choć momentami mocno kontrowersyjna. I z wieloma opiniami i tezami autora się nie zgadzam. Chwilami bawił mnie jego dowcip, a za chwilę drażniło jego chamstwo. Ten facet nie liczy się z nikim, a na pewno z kobietą. Jest to również (w mojej opinii) jeden z tych mężczyzn (chyba kobiety takiej cechy nie posiadają), którzy myślą, że wiedzą naprawdę wszystko i o wszystkim.

Dowiedziałam się z tej książki wiele ciekawych rzeczy nie tylko o samym zjawisku, jakim jest feminizm. Szczególnie ten wojujący feminizm. Słusznie, że autor opisał go, nie wyrywając tego zjawiska z kontekstu kulturowego i społecznego.
Poruszone również zostały inne kwestie społeczne i kulturowe Europy oraz Zachodu, z dużym zwróceniem uwagi na sprawy edukacji. Autor brzmi bardzo przekonująco i chociaż podchodzę do jego - niektórych opinii - z dozą ograniczonego zaufania, to czytałam książkę z dużym zainteresowaniem.

Podpisuję się pod uwagą wydawcy: W książce znajduje się kilka zdań i odniesień, z którymi Wydawca się nie zgadza. Kilka… Cóż za dyplomacja :-). Mimo wszystko - myślę, że książkę warto przeczytać.






czwartek, 22 listopada 2012

Nieużywane dary


A w każdym różnie przejawia się Duch ku wspólnemu pożyt-kowi. Jeden bowiem otrzymuje przez Ducha mowę mądrości, drugi przez tego samego Ducha mowę wiedzy, inny wiarę w tym samym Duchu, inny dar uzdra-wiania w tym samym Du-chu. Jeszcze inny dar czynienia cudów, inny dar proroctwa, inny dar rozróżniania duchów, inny różne rodzaje języków, inny wreszcie dar wykładania języków. 1 list do Koryntian 12:7-10, Biblia Warszawska

Od pewnego czasu odczuwam pewien niedosyt w wykorzystywaniu swoich przeróżnych darów i talentów. Wyjaśnię - nie jestem zaangażowana ani aktywna w takim stopniu, jak to zwykle bywało. Oczywiście, znam tego przyczynę. Nie jest to moje lenistwo, ani brak chęci. Po prostu, sytuacja życiowa zmusiła mnie to tego, że przez kilka ostatnich miesięcy funkcjonuję jakby na jałowym biegu.
Przyznaję, że bardzo różnie się w tym stanie czuję. Czasem cieszę się z faktu tego przymusowego roku szabatowego (roku odpoczynku). Częściej jednak mam poczucie bycia bezużyteczną i bezwartościową. Dlatego każda sytuacja, kiedy mogę się uaktywnić, coś zrobić, coś zorganizować jest dla mnie bardzo cenna.

W takich momentach, kiedy bardzo pilnie rozmyślam nad różnymi aspektami swojego życia staję się wyczulona na to, co Bóg chce do mnie na dany temat powiedzieć. Jego głos dociera do mnie na różne sposoby: przez Pismo Święte, przez książki chrześcijańskie, przez ludzi. Niedawno przeczytałam słowa, które odnosiły się do moich rozterek i frustracji i stały się dla mnie wielką zachętą.
Oto, co napisała Julie Akerman Link: W chwilach, gdy nie jestem używana jak dawnie, zamiast czuć się bezużyteczna i niedoceniona, dziękuję Bogu za „bieg”, z którego obecnie korzystam. Choć dana zdolność nie jest w tym momencie potrzebna, nie oznacza to, że nigdy taka nie będzie. Nasze duchowe dary potrzebne są w różnym stopniu i w różnych momentach. Potrzeby i okoliczności zmieniają się w nieprzewidywalny i niezapowiedziany sposób. Apostoł Paweł przypominał Tytusowi: Bądź gotowy „do wszelkiego dobrego uczynku (Tytus 3:1). Dotyczy to również nas wszystkich.

Dobra rada jaką usłyszałam: Trzymaj narzędzia w gotowości - Bóg znajdzie dla ciebie pracę. Z radością stwierdzam, że już się to dzieje.

Przy okazji zachęcam do przeczytania przypowieści pt. Narada narzędzi ciesielskich. KLIKNIJ



poniedziałek, 19 listopada 2012

Radość w codzienności


Już myślałam, że to moje cho-rowanie nigdy się nie skończy. Zwykle przeziębienie, a trzymało mnie prawie miesiąc. Katar i kaszel. Nawet gorączki nie mia-łam. Od kilku dni biorę antybiotyk i wreszcie widać poprawę.
Ostatnie dwa tygodnie - to był najbardziej bezproduktywny ok-res mojego życia. Leżałam osłabiona, z zamkniętymi ocza-mi, nie będąc w stanie ani oglądać telewizora, ani czytać. Jedynymi moimi zajęciami były: wydmuchiwanie nosa i zmaga-nie się z atakami kaszlu.
Z niemocą patrzyłam, jak zbie-rają mi się różne zaległości, jak omijają mnie ciekawe spotkania i wydarzenia. Kiedy zbliżał się ostatni dzień zapisów na jubileuszowe spotkanie Forum Kobiet (10-lecie), wahałam się, czy mam się rejestrować. Kilka dni później, po 4 dawkach antybiotyku, raźnie zmierzałam do Domu Kultury na Stokłosach, gdzie odbywała się ta wspaniała impreza.

Mała informacja dla osób, które nie wiedzą, czym Forum Kobiet jest. To kobieca organizacja non-profit, w ramach której kobiety pomagają kobietom w rozwoju osobistym, zawodowym, społecznym i duchowym, w budowaniu poczucia własnej wartości, znalezieniu spełnienia w życiu i pozytywnym oddziaływaniu na swoje otoczenie w oparciu o wartości chrześcijańskie tak, by świat wokół zmieniał się na lepsze. Więcej informacji na www.ForumKobiet.pl.

Mi, Forum Kobiet nierozerwalnie kojarzy się z Jagodą Markiewicz, z którą się przyjaźnię, współpracuję i nagrywam audycje (kolejne dwie niedługo). Przy niej stoi większe grono kobiet. I to one wszystkie miały w sobotę, 17 listopada, swoje wielkie święto - jubileusz 10-lecia. A święto ich nie polegało na wręczaniu sobie nawzajem laurek i medali. Było to po prostu kolejne spotkanie, na którym uwaga i przekaz skupione było na zebranych na sali kobietach, w liczbie ponad 100. Pośród nich moja skromna osoba - wciąż kaszląca  i smarkająca, ale szczęśliwie obecna.  

Miła atmosfera, piękna dekoracja , pyszne ciasta + tort z łykiem dobrej kawy, ciekawa oferta wydawnicza oraz inspirujące historie życia złożyły się na to trzygodzinne wydarzenie. Hasło spotkania brzmiało: „Radość w codzienności, czyli jak się cieszyć życiem”. Siedem kobiet, które zmierzyły się z zadaniem, aby opowiedzieć zebranym kobietom o tych radościach, zdało egzamin na ‘szóstkę’. Byłam poruszona ich historiami. Uczyłam się od nich radości w trudnych relacjach rodzinnych, w obliczu choroby i śmierci współmałżonka, w zmaganiach kury domowej, w pracy zawodowej, w przeciwnościach losu; radości z życiowych pasji, z przyjaźni, z brania i dawania, z poznawania Boga, z możliwości mówienia innym o Bogu.

Po wysłuchaniu tych historii wysnułam następujący wniosek, że w naszym słodko-gorzkim życiu radość nie jest czymś naturalnym. Radość nawet nie jest uczuciem, jest wyborem. Radości trzeba się uczyć. Radość trzeba ćwiczyć. A w tym wszystkim kluczowe jest znalezienia źródła prawdziwej radości. Dla kobiet, których słuchałam, tym oczywistym źródłem był sam Bóg.

Dla mnie powodem do radości był fakt, że wreszcie poczułam się lepiej, że mogłam wyrwać się z domu i uczestniczyć w tym wspaniałym spotkaniu bez uszczerbku na zdrowiu.  
Teraz pozostaje mi tylko życzyć kobietom z Forum kolejnych 10 lat i Bożego błogosławieństwa w tej pięknej służbie.


czwartek, 8 listopada 2012

Cytat na dziś


O kilku dni jestem chora, ale uległam pokusie, aby się tym podzielić.

Nasze trudności mogą się dla nas stać lustrem lub oknem. Możemy wziąć naszą ciemną noc przeciwności i uczynić z niej zwierciadło, w którym się przeglądamy i zaczynamy się nad sobą użalać.
Możemy również potraktować trudne chwile jak okno, przez które wyglądamy na zewnątrz. Lustro mówi nam o nas samych.
Okno pokazuje nam świat pełen ludzi, podążających tą samą drogą, co my. 



czwartek, 1 listopada 2012

Listopadowa zaduma


Jutro nie jest zagwarantowane nikomu, ani młodemu, ani staremu. Być może dzisiaj patrzysz po raz ostatni na tych, których kochasz. Dlatego nie zwlekaj! Uczyń coś dzisiaj, bo jeśli się okaże, że nie doczekasz jutra, będziesz żałował dnia, w którym zabrakło ci czasu na jeden uśmiech, na jeden pocałunek (...)
Bądź zawsze blisko tych, których kochasz, mów im głośno, jak bardzo ich potrzebujesz, jak ich kochasz i bądź dla nich dobry. Miej czas, aby im powiedzieć: przepraszam, proszę, jak mi przykro, dziękuję i wszystkie inne słowa miłości, jakie tylko znasz.
Nikt cię nie będzie pamiętał za twoje myśli sekretne. Proś więc Pana o siłę i mądrość, abyś mógł je wyrazić. Gabriel Garcia Marquez (pisarz kolumbijski)

***
Do zmarłych - Beata Jaskuła-Tuchanowska

Witajcie Drodzy!
To znowu ja...
Przychodzę do Was tak rzadko...
Stawiam na płycie pamięci kwiaty,
odgarniam liście zapomnienia,
zapalam światełko nadziei...
Śpicie?
Śpijcie i czekajcie,
już naprawdę niedługo
spotkamy się ponownie.
Tęsknię za Wami,
chociaż często odwiedzacie mnie w snach.
Spoglądacie życzliwym okiem
z czarno-białych fotografii.
Nikt z żywych nie ma
tego dowcipu ani urody - co Ty, Mamo!
Twojej siły i akceptacji -Tato!
Dziecięcej pogody i radości życia - Ciociu!
Ciepła i bezpieczeństwa - Babciu!
Jestem tylko nieudolną naśladowczynią
Waszych zalet
(bo o Waszych wadach już dawno zapomniałam).
Wzdycham…
Jeszcze muszę tyle spraw załatwić.
Jestem potrzebna… dzieciom?
Odchodzę na chwilkę,
w rozterce machając dłonią.
Do zobaczenia!

***
Staję nad grobem matki i patrzę na datę urodzenia i śmierci.
Ile miłości i dobra mieści się pomiędzy wyrytymi liczbami?
                                                                             Aleksandra Błahut-Kowalczyk

***
Człowiek tyle razy umiera, ile razy traci swoich bliskich.
                                                                       przysłowie łacińskie



środa, 31 października 2012

Na rocznicę Reformacji


Marcin Luter (niem. Martin Luther; ur. 10 listopada 1483 w Eisleben, zm. 18 lutego 1546 tamże) - niemiecki reformator religijny, teoretyk i inicjator reformacji, mnich augustiański, doktor teologii. Autor 95 tez potępiających praktykę sprze-daży odpustów, w których odrzucał możliwość kupienia łaski Bożej. Pomimo, że nie brał czynnego udziału w wystą-pieniach religijnych i społeczno-politycznych, a jedynie pisał polemiki i katechezy, skupił wokół swojej idei całą opozycję Kościoła Katolickiego. Przełożył Biblię na język niemiecki, był autorem Postylli Domowej, Małego i Dużego Katechizmu, Artykułów Szmalkaldzkich oraz wielu pieśni kościelnych, w tym ewangelickiego hymnu: Warownym grodem jest nasz Bóg (Eine feste Burg ist unser Gott).
Podstawę jego nauki stanowią cztery hasła: jedynie Pismo, jedynie Chrystus, jedynie łaska i jedynie Słowo.
(źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Marcin_Luter)


DZIEDZICTWO REFORMACJI

[...] Ferment wewnętrzny, nurtujący od dawna katolicyzm, doprowadził w XVI stuleciu do powstania nowych, niezależnych od papiestwa organizacji kościelnych. W wielu krajach Europy, przy poparciu władz świeckich, założono przeciwne Rzymowi Kościoły reformacyjne. Twórcą pierwszego z nich był mnich niemiecki Marcin Luter (1483-1546).
W swych dziełach, rozpowszechnianych najczęściej w postaci niewielkich, tanich i łatwych w odbiorze broszur, Luter nie tylko kwestionował niektóre katolickie dogmaty i obrzędy, ale atakował również materialną i polityczną potęgę Kościoła.
W 1517 r., 31 października, ogłosił on w Wittenberdze 95 tez, skierowanych między innymi przeciwko udzielaniu odpustów za grzechy, co było połączone z opłatą pieniężną na rzecz duchowieństwa. Luter uważał za zbyteczne tak usilnie zalecane przez papiestwo zapisy na rzecz Kościoła czy fundowanie klasztorów. Domagał się ich likwidacji oraz zniesienia celibatu księży.
Za główną powagę w sprawach wiary wittenberski reformator uważał Pismo Święte, a nie orzeczenia papieży lub wypowiedzi teologów. Luter pozwalał każdemu na własną rękę komentować tekst Biblii. Zbawienie człowieka uzależniał przede wszystkim od wiary, nie uznawał natomiast potrzeby udzielania sakramentów (poza dwoma: chrztem oraz komunią w dwóch postaciach - chleba i wina). Twierdził, iż ktoś naprawdę wierzący jest tym samym moralny, ponieważ dobre uczynki stanowią następstwo wiary, a zarazem jej sprawdzian. Domagał się zniesienia celibatu księży, wprowadzenia do obrzędów języka niemieckiego (narodowego), na który przetłumaczył Pismo Święte. Kładł duży nacisk na śpiewanie pieśni religijnych w językach narodowych (sam napisał wiele hymnów - red.). 1
Cztery lata po wydarzeniach wittenberskich, na sejmie w Wormacji (przed samym cesarzem) Luter zapytany: ...Marcinie... Odpowiedz wprost i bez pokazywania pazurów - czy odrzucasz swe księgi i błędy, które one zawierają, czy też ich nie odrzucasz? odparł: Skoro więc Wasza Wysokość i wy, panowie, żądacie prostej odpowiedzi, odpowiem nie pokazując pazurów ni zębów - jeśli nie zostanę przekonany na podstawie Pisma Świętego i zdrowego rozsądku - nie przyjmuję autorytetu papieżów i soborów, bowiem przeczyli sobie wzajemnie - moje sumienie jest niewolnikiem Słowa Bożego, nie mogę niczego odwołać i niczego nie odwołuję, bowiem postępować przeciwko sumieniu nie jest ani słuszne, ani bezpieczne. Tak mi dopomóż Bóg. Amen. [...] Tak oto stoję i inaczej nie mogę. 2
_________________________________
1 J. Tazbir, Reformacja, kontrreformacja, tolerancja, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1996, ss. 5-6.
2 R. Bainton, Tak oto stoję, Wydawnictwo Areopag, Katowice 1995. s. 172

***

Zachęcam do wysłuchania pieśni Jacka Kaczmarskiego "Marcin Luter" KLIKNIJ



czwartek, 18 października 2012

Wyszperane z prywatnego archiwum


Od napisania tego tekstu minęło z dziesięć lat. Problem wydaje mi się na tyle aktualny, że postanowiłam wstawić ten tekst w wersji oryginalnej (bez przeróbek i aktualizacji). Myślę, że dopełni on świetnie mój niedawny tekst „Wyjść poza klikę” - link do niego podam na końcu.

***

Tyrady zza biurka

„...Zdałem sobie sprawę, że nie jestem godzien czyścić jego gumowych butów.”

Ostatnio, wpadł mi w ręce cie-kawy cytat dotyczący duchowej prawdy, że nie jesteśmy w sta-nie wzrastać w Chrystusie w izolacji. Była to wypowiedź C.S. Lewis’a, opisującego swoje do-świadczenia w tej kwestii. Oto ona:

„Kiedy około 14 lat temu stałem się chrześcijaninem, pomyśla-łem sobie, że mogę być nim w pojedynkę, samotnie czytając książki teologiczne - rezygnując z kościoła oraz innych miejsc, gdzie wykładana jest Ewangelia.
Śpiewane tam hymny uważałem za poezję piątego gatunku  z muzyką gatunku ...szóstego. Dopiero, gdy zdecydowałem się tam być, przekonałem się jak wielką to ma dla mnie wartość !
Ludzie, których tam spotkałem różnili się od siebie wyglądem i wykształceniem. Stopniowo uprzedzenie zaczęło mnie opuszczać. Zrozumiałem, że hymny (które zresztą rzeczywiście miały muzykę szóstego gatunku) były śpiewane z oddaniem a dla pewnego starszego „świętego”, który siedział w gumowcach w ławce obok, zdawały się być prawdziwym błogosławieństwem.  Gdy po jakimś czasie lepiej go poznałem, zdałem sobie sprawę, że nie jestem godzien czyścić jego gumowych butów... To doświadczenie wydobyło mnie z indywidualistycznej zarozumiałości.”

Od razu pomyślałam sobie, że wykorzystam kiedyś ten cytat, gdy może będę pisała coś na wspomniany temat (nie można być chrześcijaninem w pojedynkę), ale ten tekst nie dawał mi spokoju i to z zupełnie innego powodu...
Kurcze... - pomyślałam sobie - C.S. Lewis. Filozof. Pisarz. Uczony. Wykładowca uniwersytecki. Teolog anglikański. Wielki autorytet moralny. Taki człowiek - ułożony i wykształcony - znalazł wspólny język z biednym, prostym człowiekiem w kaloszach! Ba, wspomina o nim z pokorą i z szacunkiem. Co ich zbliżyło - wspólne zainteresowania, podobne problemy...? W głowie mi się to nie mieści, szczególnie, gdy nadal w uszach brzmią mi słowa, które niedawno ktoś powiedział do mnie i Pawła o naszym zborze (chodzi o Ursynowską Społeczność Ewangeliczną): „Nie możemy tu zostać. Z nikim nie możemy się zaprzyjaźnić - w taki naturalny sposób. Ludzie są tak różni od nas, mają inne problemy... Ta specyfika waszego zboru nie pozwala nam w nim pozostać...”

Specyfika zboru? Jesteśmy specyficzni!? Czy nie obraża to nas? Grono przeciętniaków borykających się ze swoimi nałogami, chorobami, brakiem pracy, brakiem pieniędzy, kłopotami rodzinnymi (mniej lub bardziej dramatycznymi)... Tak może ktoś sobie o nas myśleć. Ale ja uważam, że jesteśmy szczególni, bo potrafiliśmy się przyznać, że potrzebujemy Boga, że bez Niego nie poradzimy sobie w życiu. Sam Jezus (na zarzut, że jada z celnikami i grzesznikami) powiedział: „Nie potrzebują zdrowi lekarza, lecz ci, co się źle mają.” (Mat.9:12) Powiedział też, że „ ...bogacz z trudnością wejdzie do Królestwa Niebios.” (Mat. 19:23)
Czujesz się przeciętniakiem w oczach świata (i niektórych wierzących)? To nic nie szkodzi. W moich oczach, w oczach brata lub siostry, którzy siedzą obok ciebie na nabożeństwie, a co najważniejsze w oczach Jezusa, jesteś kimś ważnym i wartościowym. On sam mówi „Jesteście moimi przyjaciółmi... Nazwałem was przyjaciółmi...” (Jan. 15:12,15)   A w Galacjan 3:26 czytamy: „...Wszyscy jesteście synami Bożymi przez wiarę w Jezusa Chrystusa.” Czy to nie jest wspaniałe?
Dodatkową zachętę znajdziecie w I Kor. 1:26-29: „Przypatrzcie się zatem sobie, bracia, kim jesteście według powołania waszego, że niewielu jest między wami mądrych według ciała, niewielu możnych, niewielu wysokiego rodu. Ale to, co u świata głupiego, wybrał Bóg, aby zawstydzić mądrych, i to, co u świata słabego, wybrał Bóg, aby zawstydzić to, co mocne. I to, co jest niskiego rodu u świata i co wzgardzone, wybrał Bóg, w ogóle to, co jest niczym, aby to, co jest czymś, unicestwić, aby żaden człowiek nie chełpił się przed obliczem Bożym.”

I jeszcze jedno.
Całe szczęście, że Jezus był „więcej niż cieślą”, bo dzisiaj wielu ludzi miałoby kłopoty, żeby się z Nim naturalnie zaprzyjaźnić...  :-).

***
Post „Wyjść poza klikę” KLIKNIJ



środa, 17 października 2012

"Bajka" 1999


Myślę, że, w odniesieniu do dwóch wcześniejszych postów, jestem Wam winna jeszcze jedną relację z odwiedzin w „Bajce”. To była pierwsza wizyta w tym miejscu i pozostał po niej ślad w biuletynie „Niedziela w USE”, z dnia 3 stycznia 1999 roku.



Oto ta relacja. Jej autorką jest jedna z uczestniczek - Gosia Kleczaj:

Na wyjazd do „Bajki” wszyscy przygotowaliśmy się dużo wcześniej. Nie chcieliśmy tam bowiem jechać z pustymi rękoma, tylko zawieźć, co się da, tym samotnym matkom z dziećmi. Moja mama przez cały tydzień wywracała do góry nogami wszystkie szafki z ubraniami, przebierała ciuszki, z których część trafiła do ogromnego pudła, opakowanego potem niczym wielki prezent od Mikołaja. Dużo więcej, chociaż nieco mniejszych, pięknie opakowanych paczek przygotowała Wala, Ola i inni. Nie wspomnę o pakunkach, które zajęły pół mieszkania Marzeny. Były to dary ze, zorganizowanej przez Marzenę, zbiórki w szkole. Jej efekt przekroczył nasze wszelkie oczekiwania.

W sobotę 13 grudnia wyruszyliśmy kilkoma samochodami do Białołęki, gdzie znajdował się ośrodek Markotu. Część samochodów wyruszyła wcześniej, inni się na trasie zgubili, jeszcze inni nie doczekali się na nasz powolny konwój. Ale, chyba cudem, wszystkim udało się dotrzeć na miejsce.

Przywitała nas spora grupa małych dzieci, które szybko i sprawnie wniosły wszystkie paczki do środka. Spotkanie odbyło się w wielkiej, betonowej i dosyć zimnej sali (wszyscy zostaliśmy w naszych płaszczach i kożuchach).
Na przygotowanych stołach rozłożyliśmy przywiezione łakocie, które szybko spałaszowały maluchy. Widać było, że nie codziennie spotyka je taka uczta. Matki dbały o to, by ich pociechy skosztowały wszystkiego. Cóż im się dziwić?
My, natomiast, zajęliśmy się kolędowaniem. Były też świadectwa i Paweł wygłosił krótką refleksję na temat Świąt Bożego Narodzenia i o tym, co one tak naprawdę oznaczają.

Mi przypadła zaszczytna rola Mikołaja. Dzieciaki pytały mnie bez przerwy o prezenty, mówiły, co chciałyby dostać. A pod koniec, gdy odkryły, że wcale nie jestem prawdziwym Mikołajem, biegały za mną i ciągały moją sztuczną, wacianą brodę. I choć chwilami moja cierpliwość się kończyła, to strasznie podobało mi się to zadanie.

Myślę, że był to dobrze wykorzystany czas. Te matki, z kompletnie ukrytego gdzieś na obrzeżach Warszawy ośrodka, są bardzo samotne i widać było, że potrzebują kontaktu z innymi kobietami. Zwykłej rozmowy, czy obecności, by mogły się przekonać, że ktoś o nich pamięta. Chce im pomóc.
Cieszę się, że mogłam tam być... .



poniedziałek, 15 października 2012

Krótka "Bajkowa" refleksja



Kiedy, w 2000 roku, pracowałam nad listą dzieci z „Bajki” (Centrum Bezdomnych Matek z Dziećmi), która dotarła do nas na ośmiu stronach formatu A4, zdałam sobie sprawę, że tych  kilka zwykłych kartek faxowego papieru coś ważnego do mnie mówi. 
Mianowicie, po dokładnym przyjrzeniu się im ,odnalazłam na nich nie tylko imiona, nazwiska i wiek dzieci (a tak nawiasem mówiąc, dzięki nam „Bajka” zaktualizowała dane na temat ilości przebywających tam dzieci z 220 na 245!), ale też swoiste przesłanie(!). Było ono zawarte w nazwach tzw. „domów”. Oto one: Radość Dziecka, Dobro Dziecka, Promień Nadziei, Dom Ostoja, Dom Oaza, Daj Serce Dziecku, Promyk i Słoneczko, Dom Zacisze...  
Ze ściśniętym sercem, zdałam sobie sprawę, że te nazwy krzyczą o pragnieniach tych ludzi - bezdomnych rodzin, samotnych matek - oni pragną radości, nadziei, pokoju, stabilności, poczucia bezpieczeństwa, miłości, pewnej i jasnej przyszłości, schronienia... dla siebie, ale przede wszystkim dla swoich dzieci! 
Czy nasza tam obecność pozwoliła im czegoś z tych pragnień doświadczyć?

Zapraszam do przeczytania kilku relacji z wizyt w tym szczególnym miejscu:
Bajka 2000 KLIKNIJ
Bajka 2001 KLIKNIJ
Bajka 2002 KLIKNIJ

Wspomnienie o Kotanie


W niedzielny poranek moją uwagę przykuła rozmowa, prowadzona w jednym z telewizyjnych ‘programów śniadaniowych’. Dotyczyła ona konty-nuacji dzieła życia Marka Kotańskiego. Uświadomiłam sobie, że w tym roku, dokładnie 19 sierpnia minęło 10 lat od jego tragicznej śmierci. To było lato, a jednak na jego pogrzeb przybyły tłumy, a wśród nich my (ja i mój mąż). Po pogrzebie napisałam:

Nie tak, z Pawłem, wyobrażaliśmy sobie nasze ewentualne spotkanie z Markiem Kotańskim. Po trzech wizytach w Bajce - miejscu schronienia, które stworzył dla bezdomnych matek z dziećmi, naszym pragnieniem było, żeby kiedyś wreszcie móc bliżej poznać tego człowieka, wyrazić swoje uznanie i podziw dla tego, co robi, porozmawiać o kwestiach głębokich i ważnych. Niestety, jakoś ciągle brakowało czasu...
Dlatego, uznaliśmy za rzecz słuszną uczestniczyć w tej ostatniej posłudze, jaka przeznaczona jest tu na ziemi każdemu człowiekowi, niezależnie od tego, kim był i jak żył.
Ale, Marek Kotański był kimś naprawdę wyjątkowym. To był człowiek, który „dał siebie innym”. Tłumy ludzi, które przybyły na tę smutną uroczystość, były na to dowodem. I chyba nie przypadkowo, w kontekście działalności Marka, w homilii przeczytane zostały dwa wymowne fragmenty Słowa Bożego.
Oto one: Ew. Mateusza 25:31-46 i z niej krótki cytat: „...łaknąłem, a daliście mi jeść, pragnąłem, a daliście mi pić, byłem przychodniem, a przyjęliście mnie, byłem nagi, a przyodzialiście mnie, byłem chory, a odwiedzaliście mnie, byłem w więzieniu, a przychodziliście do mnie”. I drugi fragment z Rzym. 14:7,8: „Albowiem nikt z nas dla siebie nie żyje i nikt dla siebie nie umiera. Bo jeśli żyjemy, dla Pana żyjemy; jeśli umieramy, dla Pana umieramy; przeto czy żyjemy, czy umieramy, Pańscy jesteśmy”.
Może to Słowo pozwoliło wielu ludziom znaleźć odpowiedź na nurtujące pytanie „Dlaczego?!” „Dlaczego w momencie, kiedy w naszym kraju tak wiele mówi się o miłosierdziu, umiera człowiek, który był współczesnym wzorem miłosierdzia?” 
Głoszący homilię powiedział o Marku Kotańskim trzy rzeczy, które myślę, że dla każdego z nas powinny być bodźcem do przemyślenia swojej, często bardzo wygodnej i egoistycznej, postawy życiowej:
1. Był to człowiek nadzwyczajny. Człowiek, który odnajdywał siebie przekraczaniem samego siebie. Ciągle za mało było ośrodków; ciągle za mało było nakarmionych dzieci; ciągle za mało było  nowych inicjatyw ...
2. Marek ukochał człowieka. My skupiamy  się na wyglądzie, na czynach... Marek, poza tą zewnętrzną warstwą potrafił dojrzeć bogate wnętrze. On umiał zachwycić się człowiekiem. Gdyby było inaczej, nie zajmowałby się ludźmi, którzy znaleźli się na marginesie życia moralnego, społecznego i duchowego.
3. Marek zawsze się rozwijał, zawsze się uczył. Był człowiekiem poszukującym prawdy. I w ostatnim okresie swojego życia tę prawdę poznał i rozkochał się w niej. Tą prawdą nie był nikt inny, tylko Jezus. Marek często powtarzał: „Jezus jest moim drogowskazem i przewodnikiem. Nie ma innej drogi wyjścia z życiowych problemów, jak przyjęcie osoby Jezusa Chrystusa i stosowanie na co dzień Jego nauk.”
A więc, dlaczego umarł? Widocznie to ziarno musiało obumrzeć, aby za jego przykładem mogło podążyć wielu...


***
No cóż, pozostaje mieć nadzieję, że dzieło Marka Kotańskiego będzie trwać dłużej, niż wspomnienie o nim. A stare, znalezione w albumie ro-dzinnym, zdjęcie  nigdy nie  pozo-stanie obojętne... 
(Na zdjęciu od lewej: nasz syn Michał, Marek Kotański i mój mąż Paweł; zdjęcie zrobiono na szkoleniu dla pracujących z ludźmi uzależnionymi, w Jachrance, ze 20 lat temu.)

***
O Marku Kotańskim kilka słów napisał też mój mąż Paweł:

Wczoraj wybraliśmy się z żonką na działkę leśną. Cel - odpocząć, znaleźć się daleko od ludzi, przemyśleć i przemodlić kilka spraw.  Z pewnością, był to odpoczynek psychiczny, duchowy - znaleźliśmy czas na rozmowę, modlitwę, Słowo. Był też spacer po liściach, kilka zdjęć i „kaniowa” uczta (z patelni). Jednak, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, znalazło się kilka nie-cierpiących-zwłoki „robótek”. Później było też kilka innych działkowych prac i jeszcze mały remoncik samochodu - żeby benzynka nie lała po silniku...
Efekt: nieprzespana noc i dzień „Wszystkich Świętych” pędzony w łóżku, z ogromnym bólem pleców i kilku innych narządów ludzkiego ciała...  Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! Dzisiejsza technologia pozwala pracować nawet z łóżka. I tak oto, w pozycji półleżącej piszę to, co czytasz:

Otóż, leżąc bez sił na mym posłaniu, serfując po kanałach kablówki, w pewnym momencie natknąłem się na reportaż o Marku Kotańskim, wyemitowany przez telewizję TMT.  Odżyły wspomnienia, nadzieje i niespełnione zamierzenia...
Przecież byliśmy tam, w „Bajce”, próbując dać z siebie tyle ile potrafiliśmy, by wnieść w życie tych bezdomnych - zapomnianych przez żyjących beztrosko w dobrobycie ludzi - odrobinę radości, miłości i wiary.
Nie wszyscy jednak o nich zapomnieli. To właśnie dzięki Markowi Kotańskiemu setki (jak nie tysiące) znalazły dom, przyjaźń a nawet nowy cel w życiu. Marek - człowiek legenda, który zakończył nagle swoją niestrudzoną działalność, nazywał ich swoimi przyjaciółmi i często powtarzał im, że ich kocha. Czy były to tylko słowa? Dziś, oceniając jego dokonania można śmiało powiedzieć, że nie.
W jednym z wywiadów powiedział: „Nieraz zamykam się, płaczę i mówię: Boże, ja już nie mam siły być w tym piekle, po co ja to piekło ciągnę dalej?!”. A jednak później dodawał: „Odwołanie się do nauki Jezusa jest dla mnie jedyną podporą...”.
Nieraz mówił publicznie o swoim przeżyciu z Jezusem. Był niezrozumiany a nawet wyśmiewany - zresztą tak samo, jak w kwestii jego walki o godność człowieka (nawet tego bezdomnego, bez pracy, szukającego zapomnienia swej beznadziejnej sytuacji w alkoholu).
„Do Boga dochodziłem przez długie lata. Widząc całe zło świata, buntowałem się, powątpiewając w Jego istnienie. Głośno krzyczałem, nie mogąc się pogodzić ze złem. W pewnym jednak momencie odwołałem się bez zastrzeżeń do Niego i nie zawiodłem się. Stałem się innym człowiekiem. Wiem, jestem tego pewien, że dzięki temu nie przegrałem życia.”
Widzisz, tym artykułem nie chcę zaledwie oddać hołdu człowiekowi czynu, choć taki hołd mu się słusznie należy. Od pewnego czasu zastanawiałem się nad tym, co Bóg stara się do mnie powiedzieć.
Dlaczego posłał mnie wtedy, po raz pierwszy, do „Bajki”? Dlaczego pokazał mi nędzę, w jakiej żyją ludzie, w tych, jak to określił sam ich twórca, „pomnikach naszej niegodziwości”? Dlaczego, wreszcie, odwołał Marka z jego „wysuniętego posterunku”, poruszając tym sumienia wielu ludzi?  (Czy także moje?)

Nasuwa się przeto więcej pytań:
1. Gdzie byłem, gdy żył ten człowiek, tak otwarty na Ewangelię?
2. Gdzie jest nasza słynna ewangeliczna misja niesienia pomocy innym?
3. Ile może dokonać jeden człowiek, gdy naprawdę pokocha bliźnich?
4. Jak to się stało, że Bóg dał się odnaleźć człowiekowi tak zajętemu działaniem na rzecz pomagania innym? A może właśnie takich ludzi Bóg szuka?...

***

Teraz, po 10 latach, Bóg w pewnym sensie otwiera nam drogę do działania na rzecz pomagania innym. Jest miejsce, są potrzebujący, jesteśmy my (ja i Paweł) i kilkoro chętnych do zaangażowania się i pomocy. Być może dopiero teraz będziemy mogli znaleźć odpowiedź na te trzy ostatnie, wciąż otwarte i aktualne, pytania. I wierzę, że będzie to bardzo praktyczna odpowiedź.

Zakończę cytatem: Zawężenie suwerenności Boga do ciasnej sfery naszych osobistych ambicji i codziennych zmagań, przynosi ujmę Jego imieniu. Jakie wydajemy świadectwo o Zbawicielu, gdy szukamy Bożej woli i interwencji wyłącznie w nasze sprawy, a nie interesują nas losy bliźnich?
Pielęgnowanie własnego życia, bez angażowania się w sprawy ludzi potrzebujących i pokrzywdzonych, to wąskie i samolubne spojrzenie na świat. Powinniśmy uważać, czego oczekuje od nas Chrystus w odniesieniu do trudnych problemów społecznych w najbliższym otoczeniu i w skali świata. Haddon Robinson

________________________________________________________
 Stowarzyszenie "Monar" - Centrum Samotnych Matek z Dziećmi "Bajka"
 Kilka relacji z „Bajki” w oddzielnym poście: KLIKNIJ



piątek, 12 października 2012

Modliwa

"Ja, Pan, jestem twoim Bogiem, który cię ująłem za twoją prawicę i który mówię do ciebie: Nie bój się. Ja cię wspomogę!" Izajasz 41:13

W Twe ręce oddaję me zatrwożone myśli; moje skołatane uczucia, moje życie. Na Ciebie składam moją zmęczoną głowę, owoce mojego postępowania, moje troski. Pod Twym płaszczem kryję moje bezbronne ciało, moją zranioną duszę, mojego pełnego rozterek ducha. W Twe ręce powierzam moich przyjaciół, moich wrogów, moje życie. (autor nieznany)




wtorek, 9 października 2012

List do Kobiet


List napisany 1 października 2012 r.

Witajcie kochane Kobiety,

pozdrawiam Was serdecznie. Żałuję, że z wieloma z Was nie spotkałyśmy się na sobotniej konferencji.
Była piękna i bardzo budująca. Aleksandra miała wspaniałe wykłady, a Wandzia, Ola i Wiesia podzieliły się poruszającymi świadectwami.

Więcej o konferencji będzie w audycji, którą dziś nagrywam.

Piszę do Was informacyjnie. Konferencja ta była inauguracją mojej nowej służby, w nowym miejscu.
Od wtorku, 2 października, o godz. 19:00, rozpoczynam spotkania dla kobiet. W siedzibie Ewangelicznej Fundacji Przyjaciół Rodziny, w Arce II, przy ulicy Stanisławowskiej 14.
Będą to „Spotkania w Górnej Izbie”. (Czyli - w salce koneferencyjnej na górze :-)

Proszę o Waszą modlitwę. Będzie to dla mnie nowa grupa i na pewno będzie mi Was bardzo brakowało. Dlatego zawsze się ucieszę, jeśli kiedykolwiek,  którejś z Was, wpadnie do głowy pomysł, aby nas - podczas spotkania - nawiedzić. Te z Was, co mieszkają po drugiej stronie Wisły, zapraszam - jeśli tylko uznacie, że możecie i potrzebujecie. Wierzę też, że tak, jak wymienione wyżej dziewczyny, możecie stać się częścią organizowanych przeze mnie konferencji.

O Was wszystkich nigdy nie zapomnę i wiernie będę przysyłać Wam informacje o ciekawych inicjatywach.
Dzisiaj spotkałam się z Jagodą Markiewicz i jak Pan pozwoli, to znowu, w gronie Kobiety Razem, popracujemy nad kolejnym pięknym wydarzeniem - z myślą o tych kobietach Warszawy, które potrzebują usłyszeć Ewangelię.

Ściskam Was serdecznie i błogosławię,
Wala



poniedziałek, 8 października 2012

Na nowy etap służby


Rozpocznę od przeróbki tekstu Johna Henry Newmana. Otrzy-małam go kiedyś z okazji urodzin. Z dedykacją: „Prze-syłam wyjątkowej osobie”. Miłe. Tekst brzmiał następująco:

Stworzona jesteś do działania, aby być kimś,
do czego nie jest stworzony nikt inny.
Zajmujesz swoje miejsce w świecie Boga:
miejsce nie zajęte przez nikogo innego.
Mało znaczy, czy jesteś bogata, czy biedna,
poniżana czy szanowana przez ludzi:
Bóg Cię zna i wzywa po imieniu.
On powierzył Ci pracę, której nie przydzielił nikomu innemu.
Posiadasz swoją misję.
W pewien sposób jesteś niezbędna w Jego zamiarach,
tak niezbędna na moim miejscu, jak archanioł na swoim.
On nie stworzył Cię przypadkowo.
Czynić masz dobro, wykonując Jego pracę.
Bądź aniołem pokoju, głosicielem prawdy w miejscu,
które On Ci wyznaczył,
nawet jeżeli do końca tego nie rozumiesz...
Obyś jedynie śledziła Jego przykazania
i służyła swemu powołaniu.

W tym roku celebrowaliśmy z mężem 30 rocznicę naszego ślubu. Piękny jubileusz, który z powodzeniem mogę połączyć z 30-leciem naszej służby na Niwie Pańskiej.
Zaczynaliśmy od małych rzeczy, ale, jak uczy nas Słowo Boże, nie należy gardzić małymi początkami (ks. Zachariasza 4:9-10). Pomagaliśmy w zaopatrzeniu podczas obozów letnich, montowaliśmy małe grupy ewangelizacyjne, organizowaliśmy spotkania młodzieżowe. Potem była praca w misji przez duże „M” i podejmowanie się przeróżnych działań ewangelizacyjnych: na ulicy, w szkołach, w szpitalach, Domach Dziecka... Prawie równolegle zaczęły się: organizowanie wczasów dla rodzin i praca wśród osób uzależnionych. Powstała wspólnota, którą prowadziliśmy przez 18 lat, rozwijając i udoskonalając wymienione wcześniej działania. Ja, rozwinęłam swoją dodatkową działalność - służbę wśród kobiet - organizując cotygodniowe spotkania i doroczne konferencje. Mój mąż skoncentrował się na mężczyznach. I tak zleciało 30 lat, podczas których nie brakowało radości i sukcesów, a też porażek i bolesnych zawirowań.

Zastanawiam się, do jakiej kategorii zaliczyć mam minione miesiące (od stycznia do października). Był to czas prawie całkowitego wyłączenia ze służby. Ale też czas wielkich zmian. Ewoluowaliśmy od szoku i zaskoczenia, poprzez zniechęcenie i marazm po powolne budzenie się, jakby z letargu, do podejmowania się nowych wyzwań i działań. Mój mąż już w maju powrócił do Spotkań Męskich. Mi udało się zorganizować, z powodzeniem, dwie konferencje dla kobiet (maj i wrzesień). Jednak nowy etap mojej służby zaczął się tak naprawdę tydzień temu - pierwszym spotkaniem dla kobiet. W nowym miejscu i w nowym składzie (mam nadzieję, że grupa szybko będzie się powiększać) rozpoczynamy pracę nad „Biblijnym alfabetem kobiet”.

W takich okolicznościach - przemian, nowych wyzwań - zawsze wiele czytam i rozmyślam.  Szukam dla siebie wskazówek, a też odpowiedzi na różne pytania. Np. na pytanie: Jaki jest sens służby? Komu służę? Bogu? Ludziom? Co lub kogo chcę budować? Kościół, organizację, swoje ego czy drugiego człowieka? Na co liczę? Na docenienie? Czyje? Człowieka czy Boga? I wiele innych...

Kilka cytatów, które przytoczę poniżej, pomogło mi znaleźć odpowiedzi, na niektóre z nich.

Panie, Boże nasz! Ty powołałeś nas do służby. Wlej w nas niepokój, gdybyśmy chcieli się chlubić choćby najmniejszym naszym dobrym uczynkiem. W tym niepokoju pociesz nas swoim Słowem i wskaż właściwe nastawienie. Pozwól nam kroczyć do przodu w pragnieniu dostrzegania i uznania Twojej mocy. Dziękujemy Ci za to, że tam, gdzie nasze dzieło się kończy, rozpoczyna się Twoje. Helmut Gollwitzer

Naszym powołaniem nie jest sukces, lecz wierność. Wierność jest ważna, nawet w małych sprawach. Nie z powodu samych tych spraw - to byłaby małostkowość - ale z powodu tej wielkiej sprawy, jaką jest wola Boża. Matka Teresa

Ludzie są nierozsądni, nielogiczni, samolubni,
kochaj ich mimo wszystko.
Jeśli czynisz dobro, ludzie oskarżają cię o ukryte egoistyczne pobudki,
czyń dobro mimo wszystko
Jeśli osiągniesz sukces, zyskasz fałszywych przyjaciół i prawdziwych wrogów,
osiągaj sukcesy mimo wszystko.
To, co dzisiaj zrobiłeś dobrze, jutro będzie zapomniane,
rób dobrze mimo wszystko.
Uczciwość i szczerość sprawiają, że będziesz słaby, 
bądź uczciwy i szczery mimo wszystko.
To, co budujesz latami, może być zniszczone przez jedną noc,
buduj mimo wszystko
Ludzie naprawdę potrzebują pomocy, ale będą cię atakować, jeśli im pomożesz,
pomagaj mimo wszystko
Daj światu, co masz najlepszego, a dostaniesz od świata po głowie, 
daj światu, co masz najlepszego mimo wszystko.
(prawdopodobnie Matka Teresa z Kalkuty)

Jakie to prawdziwe...

Kolejna rada: Jeśli w naszym podążaniu za Panem próbujemy ulegać wszystkim, którzy nas krytykują, to nie osiągniemy w ten sposób niczego wartościowego. Jeśli jednak jesteśmy przekonani, że czynimy Bożą wolę, to łatwo jest nam kontynuować swe dzieło. Zakończenie wyznaczonego zadania często jest najlepszym sposobem na uciszenie krytyków. Richard De Haan

I na koniec kilka słów mojego ulubionego pisarza Philipa Yancey’a. Komentarz do wersetu „Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odpłaci tobie” Ew. Mat. 6:18. Większość z nas spodziewa się nagród od swoich przyjaciół: poklepania po plecach, medalu bohatera, oklasków lub szczerego komplementu. Według Jezusa, ważniejsze nagrody czekają nas po śmierci. Być może najważniejsze ludzkie czyny dzieją się w tajemnicy, niewidoczne dla nikogo prócz Boga. W swojej istocie przesłanie Królestwa można wyrazić słowami: Żyj dla Boga, a nie dla innych ludzi.

Na progu mojej nowej służby postanowiłam sobie, że nie chcę spodziewać się niczego od ludzi, bo ból zawodu jest nie do opisania. Nawet na obietnicę modlitwy będę patrzeć teraz z przymrużeniem oka. (Oczywiście, z pewnymi wyjątkami.) Chcę żyć dla Boga i Mu służyć. I tego chcę się trzymać - mimo wszystko.