W niedzielny poranek moją uwagę
przykuła rozmowa, prowadzona w jednym z telewizyjnych ‘programów śniadaniowych’.
Dotyczyła ona konty-nuacji dzieła życia Marka Kotańskiego. Uświadomiłam sobie,
że w tym roku, dokładnie 19 sierpnia minęło 10 lat od jego tragicznej śmierci. To
było lato, a jednak na jego pogrzeb przybyły tłumy, a wśród nich my (ja i mój
mąż). Po pogrzebie napisałam:
Nie tak, z Pawłem, wyobrażaliśmy
sobie nasze ewentualne spotkanie z Markiem Kotańskim. Po trzech wizytach w Bajce
- miejscu schronienia, które stworzył dla bezdomnych matek z dziećmi, naszym
pragnieniem było, żeby kiedyś wreszcie móc bliżej poznać tego człowieka,
wyrazić swoje uznanie i podziw dla tego, co robi, porozmawiać o kwestiach
głębokich i ważnych. Niestety, jakoś ciągle brakowało czasu...
Dlatego, uznaliśmy za rzecz
słuszną uczestniczyć w tej ostatniej posłudze, jaka przeznaczona jest tu na
ziemi każdemu człowiekowi, niezależnie od tego, kim był i jak żył.
Ale, Marek Kotański był kimś
naprawdę wyjątkowym. To był człowiek, który „dał siebie innym”. Tłumy
ludzi, które przybyły na tę smutną uroczystość, były na to dowodem. I chyba nie
przypadkowo, w kontekście działalności Marka, w homilii przeczytane zostały dwa
wymowne fragmenty Słowa Bożego.
Oto one: Ew. Mateusza 25:31-46 i
z niej krótki cytat: „...łaknąłem, a daliście mi jeść, pragnąłem, a daliście
mi pić, byłem przychodniem, a przyjęliście mnie, byłem nagi, a przyodzialiście
mnie, byłem chory, a odwiedzaliście mnie, byłem w więzieniu, a przychodziliście
do mnie”. I drugi fragment z Rzym. 14:7,8: „Albowiem nikt z nas dla
siebie nie żyje i nikt dla siebie nie umiera. Bo jeśli żyjemy, dla Pana żyjemy;
jeśli umieramy, dla Pana umieramy; przeto czy żyjemy, czy umieramy, Pańscy
jesteśmy”.
Może to Słowo pozwoliło wielu
ludziom znaleźć odpowiedź na nurtujące pytanie „Dlaczego?!” „Dlaczego w
momencie, kiedy w naszym kraju tak wiele mówi się o miłosierdziu, umiera
człowiek, który był współczesnym wzorem miłosierdzia?”
Głoszący homilię powiedział o
Marku Kotańskim trzy rzeczy, które myślę, że dla każdego z nas powinny być
bodźcem do przemyślenia swojej, często bardzo wygodnej i egoistycznej, postawy
życiowej:
1. Był to człowiek
nadzwyczajny. Człowiek, który odnajdywał siebie przekraczaniem samego
siebie. Ciągle za mało było ośrodków; ciągle za mało było nakarmionych
dzieci; ciągle za mało było nowych
inicjatyw ...
2. Marek ukochał człowieka.
My skupiamy się na wyglądzie, na
czynach... Marek, poza tą zewnętrzną warstwą potrafił dojrzeć bogate wnętrze. On
umiał zachwycić się człowiekiem. Gdyby było inaczej, nie zajmowałby się
ludźmi, którzy znaleźli się na marginesie życia moralnego, społecznego i
duchowego.
3. Marek zawsze się rozwijał,
zawsze się uczył. Był człowiekiem poszukującym prawdy. I w ostatnim
okresie swojego życia tę prawdę poznał i rozkochał się w niej. Tą
prawdą nie był nikt inny, tylko Jezus. Marek często powtarzał: „Jezus jest
moim drogowskazem i przewodnikiem. Nie ma innej drogi wyjścia z życiowych
problemów, jak przyjęcie osoby Jezusa Chrystusa i stosowanie na co dzień Jego
nauk.”
A więc,
dlaczego umarł? Widocznie to ziarno musiało obumrzeć, aby za jego przykładem mogło
podążyć wielu...

***
No cóż, pozostaje mieć nadzieję,
że dzieło Marka Kotańskiego będzie trwać dłużej, niż wspomnienie o nim. A
stare, znalezione w albumie ro-dzinnym, zdjęcie
nigdy nie pozo-stanie obojętne...
(Na zdjęciu od lewej: nasz syn
Michał, Marek Kotański i mój mąż Paweł; zdjęcie zrobiono na szkoleniu dla
pracujących z ludźmi uzależnionymi, w Jachrance, ze 20 lat temu.)
***
O Marku Kotańskim kilka słów napisał
też mój mąż Paweł:
Wczoraj wybraliśmy się z żonką na działkę leśną. Cel - odpocząć, znaleźć
się daleko od ludzi, przemyśleć i przemodlić kilka spraw. Z pewnością, był to odpoczynek psychiczny,
duchowy - znaleźliśmy czas na rozmowę, modlitwę, Słowo. Był też spacer po
liściach, kilka zdjęć i „kaniowa” uczta (z patelni). Jednak, jak to zwykle bywa
w takich przypadkach, znalazło się kilka nie-cierpiących-zwłoki „robótek”.
Później było też kilka innych działkowych prac i jeszcze mały remoncik
samochodu - żeby benzynka nie lała po silniku...
Efekt: nieprzespana noc i dzień „Wszystkich Świętych” pędzony w
łóżku, z ogromnym bólem pleców i kilku innych narządów ludzkiego ciała... Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie
wyszło! Dzisiejsza technologia pozwala pracować nawet z łóżka. I tak oto, w
pozycji półleżącej piszę to, co czytasz:
Otóż, leżąc bez sił na mym
posłaniu, serfując po kanałach kablówki, w pewnym momencie natknąłem się
na reportaż o Marku Kotańskim, wyemitowany przez telewizję TMT. Odżyły wspomnienia, nadzieje i niespełnione
zamierzenia...
Przecież byliśmy tam, w „Bajce”,
próbując dać z siebie tyle ile potrafiliśmy, by wnieść w życie tych bezdomnych
- zapomnianych przez żyjących beztrosko w dobrobycie ludzi - odrobinę radości,
miłości i wiary.
Nie wszyscy jednak o nich
zapomnieli. To właśnie dzięki Markowi Kotańskiemu setki (jak nie tysiące)
znalazły dom, przyjaźń a nawet nowy cel w życiu. Marek - człowiek legenda, który
zakończył nagle swoją niestrudzoną działalność, nazywał ich swoimi przyjaciółmi
i często powtarzał im, że ich kocha. Czy były to tylko słowa? Dziś, oceniając
jego dokonania można śmiało powiedzieć, że nie.
W jednym z wywiadów powiedział: „Nieraz
zamykam się, płaczę i mówię: Boże, ja już nie mam siły być w tym piekle, po co
ja to piekło ciągnę dalej?!”. A jednak później dodawał: „Odwołanie się
do nauki Jezusa jest dla mnie jedyną podporą...”.
Nieraz mówił publicznie o swoim
przeżyciu z Jezusem. Był niezrozumiany a nawet wyśmiewany - zresztą tak samo,
jak w kwestii jego walki o godność człowieka (nawet tego bezdomnego, bez pracy,
szukającego zapomnienia swej beznadziejnej sytuacji w alkoholu).
„Do Boga dochodziłem przez
długie lata. Widząc całe zło świata, buntowałem się, powątpiewając w Jego
istnienie. Głośno krzyczałem, nie mogąc się pogodzić ze złem. W pewnym jednak
momencie odwołałem się bez zastrzeżeń do Niego i nie zawiodłem się. Stałem się
innym człowiekiem. Wiem, jestem tego pewien, że dzięki temu nie przegrałem
życia.”
Widzisz, tym artykułem nie chcę
zaledwie oddać hołdu człowiekowi czynu, choć taki hołd mu się słusznie należy.
Od pewnego czasu zastanawiałem się nad tym, co Bóg stara się do mnie powiedzieć.
Dlaczego posłał mnie wtedy, po
raz pierwszy, do „Bajki”? Dlaczego pokazał mi nędzę, w jakiej żyją ludzie, w
tych, jak to określił sam ich twórca, „pomnikach naszej niegodziwości”?
Dlaczego, wreszcie, odwołał Marka z jego „wysuniętego posterunku”, poruszając
tym sumienia wielu ludzi? (Czy także moje?)
Nasuwa się przeto więcej pytań:
1. Gdzie byłem, gdy żył ten
człowiek, tak otwarty na Ewangelię?
2. Gdzie jest nasza słynna
ewangeliczna misja niesienia pomocy innym?
3. Ile może dokonać jeden
człowiek, gdy naprawdę pokocha bliźnich?
4. Jak to się stało, że Bóg dał
się odnaleźć człowiekowi tak zajętemu działaniem na rzecz pomagania innym? A
może właśnie takich ludzi Bóg szuka?...
***
Teraz, po 10 latach, Bóg w pewnym
sensie otwiera nam drogę do działania na rzecz pomagania innym. Jest miejsce,
są potrzebujący, jesteśmy my (ja i Paweł) i kilkoro chętnych do zaangażowania
się i pomocy. Być może dopiero teraz będziemy mogli znaleźć odpowiedź na te
trzy ostatnie, wciąż otwarte i aktualne, pytania. I wierzę, że będzie to bardzo
praktyczna odpowiedź.
Zakończę cytatem: Zawężenie suwerenności Boga do ciasnej sfery naszych osobistych ambicji i codziennych zmagań, przynosi ujmę Jego imieniu. Jakie wydajemy świadectwo o Zbawicielu, gdy szukamy Bożej woli i interwencji wyłącznie w nasze sprawy, a nie interesują nas losy bliźnich?
Pielęgnowanie własnego życia, bez angażowania się w sprawy ludzi potrzebujących i pokrzywdzonych, to wąskie i samolubne spojrzenie na świat. Powinniśmy uważać, czego oczekuje od nas Chrystus w odniesieniu do trudnych problemów społecznych w najbliższym otoczeniu i w skali świata. Haddon Robinson
________________________________________________________
Stowarzyszenie "Monar" - Centrum
Samotnych Matek z Dziećmi "Bajka"
Kilka relacji z „Bajki” w oddzielnym poście:
KLIKNIJ