sobota, 30 listopada 2013

Nowa płyta Beaty Bednarz

Gorąco polecam nową płytę Beaty Bednarz. Jej zawartość tworzą pieśni z tzw. "Śpiewnika Pielgrzyma". Śpiewnik ten, choć rzadko we współczesnym kościele używany, przez młodsze pokolenia odsunięty do lamusa, wciąż zachwyca pięknymi treściami i melodiami.
Zresztą, w wykonaniu Beatki, wybrane na krążek pieśni, brzmią na miarę XXI wieku.

Beatka pisze:  Drodzy, na tym krążku dzielę się tym, co „gra” w moim sercu do wielu lat. Tych kilka pięknych, czasem bardzo prostych, a jednocześnie jakże głębokich pieśni, dotknęło kiedyś mnie mocno. Pisane z potrzeby serca i autentycznego przeżycia, pomimo upływu  czasu nie straciły na wartości. Dzisiaj, tak jak kiedyś, słychać w nich prawdę o zbawieniu, łasce i o wielkiej Bożej miłości. Zapomniane… chciałam przypomnieć w nowych, czasem zaskakujących aranżacjach. Mam nadzieję, że odkryjecie je na nowo.


Wybrane pieśni: O, jakże kocham; Czy znasz to Imię…; Ojcze Niebieski; Zwróć swój wzrok; Ku Tobie; Gdy na ten świat; Naucz modlić się; O ugnij mnie; Dlaczego w Twym oku…; Bliżej o bliżej; Gdy Ciebie otoczą; Barankowi cześć; Tak jaką jestem.






Płytę można zamówić w sklepiku B.B. - KLIKNIJ.










Poranne inspiracje

Boga znajdziemy w szarości dnia, w klęsce człowieczeństwa, w ludzkim nieszczęściu, w ciemnościach niewiedzy i niezrozumieniu szybko toczącej się historii świata albo nie znajdziemy Go wcale. Ks. ew. Marek Jerzy Uglorz 

Dziękuję Ci po prostu, za to, że jesteś. 
Za to, że nie sposób ogarnąć Cię
sercem, które jest nerwowe.
Za to, że taki bliski i taki daleki,
że we wszystkim inny.
Za to, że jesteś już odnaleziony
i nie odnaleziony jeszcze...
Ks. Jan Twardowski






piątek, 22 listopada 2013

Słów kilka o konferencji w Radości

W miniony weekend uczestniczyłam w bardzo wartościowej i ciekawej konferencji. Chociaż, gdybym kierowała się tematyką wykładów i warsztatów (patrz niżej), zapewne nie wybrałabym się na nią. Potraktowałabym ją jako kolejne szkolenie z dziedziny chrześcijańskiego poradnictwa, a tych mam już za sobą wiele. Tematy były dobrze mi znane, a niektóre nawet bardzo dobrze - np. przemoc w rodzinie, co, oczywiście, nie oznacza, że niczego nowego nie usłyszałam. Nie były też one tematami mojej pierwszej potrzeby. Wybrałam się więc na tą konferencję nie ze względu na siebie, ale ze względu na dziewięć innych kobiet, które mi towarzyszyły.

O życiu niektórych z nich wiedziałam trochę lub wiele. O niektórych prawie wcale. Intuicyjnie czułam jednak, że to są te właściwe kobiety, skoro zdecydowały się jechać. Treść konferencji nie była dla nich tajemnicą. Miały wcześniej szansę zapoznać się z treścią zapraszającego listu oraz ze szczegółowym programem. Włącznie z tytułami wykładów i warsztatów. Pojechały… .

Dla nich wszystkich było to pierwsze takie doświadczenie w życiu. Wyjątkowe wydarzenie. Konferencja dla ponad siedemdziesięciu kobiet, w komfortowym eleganckim  ośrodku, w pięknym zalesionym otoczeniu, z super obsługą, pysznym jedzeniem. I to wszystko nieodpłatnie - cały koszt konferencji pokryły trzy amerykańskie kościoły. Wielkie dzięki!!!

Konferencja zaczęła się świetnym wykładem. Wygłosił go jedyny mężczyzna w naszym gronie - Ireneusz Dawidowicz. Mówił na temat „Przełam potęgę przeszłości - bolesna przeszłość, jak zamknąć ten rozdział?”.  Badałam wzrokiem moje towarzyszki. Słuchały. Na żadnej twarzy nie widziałam grymasu typu: Co ja tu robię? Po wykładzie zadałam kontrolne pytanie: Podobało się?Tak - zgodnym chórem brzmiała odpowiedź. Potem już nie musiałam pytać. Widziałam, że są skupione, wzruszone, zaangażowane.  Były zadowolone i  zrelaksowane. Wzmocnione, dowartościowane i docenione. Tak wiele zrobione było, aby właśnie tak się poczuły. Może po raz pierwszy od bardzo dawna… .

Dwa dni konferencji zleciały nam bardzo szybko.  I wcale nie czułyśmy się zmęczone. Czas był wypełniony do granic, przerwa kawowa słownie „ jedna” , na szczęście był ciągły dostęp do źródełka :-). Program był intensywny, ale dynamiczny, dzięki temu, że często zmieniały się mówczynie i miejsca warsztatów. Miłym akcentem na zakończenie dnia była oczyszczająca  maseczka na twarz i … uroczysta kolacja na wzór amerykańskiego Święta Dziękczynienia. Przygotowana przez kilkunastoosobową grupę Amerykanów. Naprawdę, mnóstwo atrakcji było w tym konferencyjnym pakiecie. Że wspomnę o perfumach, koralach, książkach i innych drobiazgach. Przyjęto nas iście po królewsku. Jeszcze raz: Wielkie dzięki  - organizatorkom i sponsorom.

Ciepła i rodzinna atmosfera, stworzona przez organizatorki, sprawiła, że było nam tam ze sobą, i z 70-ką innych kobiet, bardzo dobrze. Poznałyśmy się lepiej, zbliżyłyśmy do siebie.  Odpoczęłyśmy fizycznie i duchowo. Wiele się nauczyłyśmy o sobie i o Bożej miłości do nas. Wiele wzruszeń i wylanych łez świadczyło o tym, że to był bardzo potrzebny kobietom czas. Cieszyłam się, że dla naszej licznej grupki znalazło się miejsce i serce.

***
Konferencję organizowały kobiety z Kościoła Chrześcijan Baptystów, w ramach Służby Kobiet tego kościoła. Konferencja odbywała się w dniach 16-17 listopada, w Radości, w ośrodku KChB. Poruszane były następujące tematy:
Przełam potęgę przeszłości,
Objawy depresji, lęku, wstydu,
Podnieście głowy swoje,
Rozerwać kajdany,
Duchowa walka,
Bądź piękna,
Ja wiem jakie myśli mam o Was… myśli o pokoju…,
4 prawa duchowego życia,
Moja historia,
Masz prawo.






wtorek, 19 listopada 2013

Maria czy Marta?

To jakiś cud! Mija już drugi wtorek, a ja jestem w domu. Nie znikam na długie godziny, które ostatnio spędzałam głównie na sprzątaniu i porządkowaniu. Wiem, że taki stan nie potrwa wiecznie, bo potrzeby są wielkie, ale przyjemna jest ta chwila wytchnienia.

Przyznaję, ciążyła mi już ta rola Marty (Ew. Łukasza 10:38-42), czego dawałam wyraz w kilku wcześniejszych postach. Niedawno zaczęłam zastanawiać się: Jak znaleźć złoty środek?
Czytając Biblię, widzę wyraźnie, że służba dla dobra ogółu jest w niej chwalona. O samym Jezusie napisane jest, że nie przyszedł, aby Mu służono lecz, aby służyć (Ew. Mateusza 20:28). 
Więc, w czym leży problem? Zajrzałam do różnych tłumaczeń Biblii, zwracając uwagę jakimi słowami została opisana posługa Marty: krzątała się koło różnej posługi; zajmowała się; była zajęta; pochłaniały ją liczne zajęcia. Zajrzałam do greckiego słownika i jedno z wyjaśnień, użytego w oryginale słowa, brzmiało: trudzić się tym, co zbyteczne; być zbędnie zajętym.

Ponieważ wiele ze mnie jest z Marty, aż tak niesprawiedliwa dla niej być nie mogę. Na pewno nie robiła niczego zbędnego, chcąc nakarmić gromadkę swoich gości. Więc w czym tkwił jej błąd? W pewnym angielskim tłumaczeniu znalazłam słowo: distracted - rozproszona. Marta, zajęta przygotowaniami, była rozproszona i skupiała się nie na tym, co powinno być w tym momencie w centrum jej uwagi.  

Zaczęłam poszukiwać w sobie objawów rozproszenia. W domu lepiej jest mi zorganizować sobie pracę i tzw. cichy czas. Czas z Bogiem. Mam już wyrobione konkretne nawyki.  Ale ‘w terenie’ bywa różnie. Ostatnio zauważyłam, że bywam tak zajęta, że zawsze ostatnia, albo spóźniona zasiadam, aby posłuchać  np. niedzielnego czy czwartkowego kazania. Często łapię się na tym, że myśl mi ucieka do spraw, które są do załatwienia po spotkaniu. Troszczę się i kłopoczę o wiele rzeczy (w. 41). Jedyny plus to taki, że na nikogo się nie uskarżam. (Poza pewnymi wyjątkami.)

Kolejny raz poruszona tym fragmentem Ewangelii, wzięłam sobie do serca słowa Jezusa: Maria bowiem dobrą cząstkę wybrała (w. 42).
I ja też, mimo że obciążona sprawami i obowiązkami nie do przerobienia, postanowiłam przywrócić swojemu życiu dawny balans. Powracając do tego, co kiedyś przychodziło mi tak łatwo: siedzieć u nóg Pana i słuchać Jego słowa (w. 39).   




sobota, 9 listopada 2013

W związku z kolejnymi urodzinami

Ostatnio dosyć często podróżuję, korzystając z publicznych środków lokomocji. Są to krótkie, weekendowe wypady. W taką podróż zabieram zwykle najmniejszą walizkę, jaką posiadam. Czekając na swoją kolej, przyglądam się bagażom, znikającym w luku autobusu. Niektóre z nich są naprawdę bardzo ładne, eleganckie, solidne. Zdarzają się kolorowe. Czasem wielkie. A pośród nich moja niewielka szarobura torba podróżna. Pocieszam się, że nie jest wyjątkiem. Podobnych mojej jest większość.

Kiedyś zastanawiałam się tak hipotetycznie, co by było, gdyby obsługa autobusu, przez pomyłkę chciała mnie uszczęśliwić jedną z tych wielkich, wypasionych damskich walizek? Co bym znalazła w środku?  Może eleganckie ubrania, które do mnie i na mnie absolutnie nie pasują. Buty, jakich nie lubię. Kosmetyki źle dobrane do mojej cery. Biżuterię niekoniecznie odpowiadającą mojemu stylowi.

Co straciłabym na tej hipotetycznej transakcji? W walizce nie byłoby moich ulubionych sukienek - to pewne. I dobranych do nich korali. Straciłabym mój kalendarz z zapiskami i album ze zdjęciami wnuków. Przepadłyby zabrane w podróż starannie wybrane książki. Pudełko z lekarstwami.
W rzeczywistości okazałoby się, że to, co może z zewnątrz wyglądało lepiej, zupełnie by mnie rozczarowało. 

Czy nie bywa tak czasem, że chcielibyśmy się zamienić z kimś nie na bagaż, ale na jego życie? Bo wydaje się takie dobre, bezproblemowe, bardziej atrakcyjne i pożądane niż nasze własne. A prawda jest taka, że tak naprawdę to nie wiemy nic, co dzieje się w życiu tej osoby. Ja sama, porównując się z innymi, wolałabym nie mieć zbyt wielu problemów, mieć grubszy portfel, mniejszą wagę, lepsze zdrowie. Ale kiedy, mając już 53 lata, podsumowuję uczciwie wszelkie swoje zasoby i błogosławieństwa, rodzinę, przyjaźnie, doświadczenia życiowe te dobre i te trudniejsze, radości i smutki, miłość bliskich i zachętę od ludzi, łaskę od Boga - to stwierdzam, że ten mój bagaż nie jest taki zły i tak naprawdę nie zamieniłabym go na żaden inny. Wcale a wcale…

***

Nie potrafię powiedzieć, w jakim jestem wieku, ciągle się zmienia :-). (A.A.Allen)

Zdjęcie zrobione 9.11.2013 na spacerze z mężem.




środa, 6 listopada 2013

Refleksja z Żytniej

W tym roku, na ewangelickim cmentarzu, przy ulicy Żytniej, spotkały się cztery pokolenia rodziny Jaroszów. Seniorka rodu, dwóch synów z żonami, troje dorosłych wnuków, w tym jeden z małżonką i dwoje prawnucząt. 

Ten cmentarz, z racji tego, że jest cmentarzem protestanckim, ma swoją specyfikę. Jest niewielki, bo i mniejszość wyznaniowa w Polsce jest mała. Daje to możliwość spotkania starych, dobrych znajomych. Wczesne godziny popołudniowe gwarantują, że spotkamy się z większością z nich. Te nieumawiane spotkania, ciepłe i radosne powitania, sprawiają, że atmosfera na cmentarzu tętni życiem. Z całym szacunkiem do tych, którzy odeszli. To przez pamięć o nich tu przyszliśmy. To o nich myślimy w zadumie, wspominając ich, rozmawiając o nich.

Oczywiście, również ze względów teologicznych (pisałam o tym trzy lata temu), charakter naszego wspominania tych, którzy odeszli, różni się od ogólnie przyjętego w naszym kraju. Nie modlimy się już o nich, ani do nich. Wierzymy, że ich dusze są już u Pana, a ich ciała czekają na chwalebne zmartwychwstanie. Myślę, że właśnie z tego powodu nie ma w nas smutku, a jedynie tęsknota, kojona radosną wizją pewnego spotkania.

Po powrocie do domu, mój mąż wrzucił na FB kilka cytatów:
Forrest Gump: Moja matka zawsze mówiła, że śmierć jest częścią życia.
Napis na nagrobku grobu Dawida Zapiska (młodego kibica chorego na nieuleczalną chorobę): Żyłem do końca swoich dni.
Ap Paweł: Dla mnie życiem jest Chrystus, a śmierć zyskiem...
Inny Paweł: Byłem bliski śmierci ale Pan mnie podźwignął. Dziś „na groby” moja żona poszła ze swoim mężem a nie do swojego męża...

I, oczywiście, jak to na FB bywa - włożył kij w mrowisko. Znalazło się kilka osób, które, ze świętym oburzeniem, ogłosiły, że one nie odwiedzają grobów swoich bliskich. I w ogóle „nie dokonują tych praktyk…”. Mogę się tylko domyślać, o jakie praktyki chodziło. Mam jedynie nadzieję, że zgarnięcie jesiennych liści z nagrobka i postawienie na nim bukietu chryzantem, nie ‘podchodzi pod paragraf’ :-).

Wtrąciłam się do dyskusji ze swoją argumentacją:
O tym, jak ważna była kwestia pochówku bliskich i świadomość tego, co się dzieje z ciałami zmarłych, wiele możemy się dowiedzieć z Biblii. Przykłady:  Abraham: śmierć Sary i nabycie grobu dla niej (I Mojż. 23 r.); Jakub: jego ostatnia wola i pogrzeb we wspólnym rodzinnym grobowcu - spora odległość z Egiptu, a jednak synowie spełnili wolę ojca (I Mojż. 49:29-50:21); Józef: jego ostatnia wola (I Mojż. 50:24-26), zabranie przez Mojżesza kości Józefa (II Mojż. 13:19), pochówek w Ziemi Obiecanej (Jozuego 24:32), wspomnienie tego faktu w Hebrajczyków 11:22 - jako przykład wiary Józefa. Proponuję przeczytanie wybranych fragmentów. Na pewno znalazłoby się jeszcze więcej.

Pamięć o tych, co odeszli jest dla mnie ważna. Źle bym się czuła, mówiąc o swoich bliskich ciepłe słowa, wspominając jak wiele dla mnie znaczyli, a zarazem zaniedbując miejsca, w których spoczywają. I naprawdę nie wiążą mnie tu żadne ‘praktyki’. Boleję nad tym, że duży dystans nie pozwala mi na częste odwiedzanie grobu mojego taty, ale wiem, że moja rodzina troszczy się o miejsce jego spoczynku należycie.

Mam też takie przekonanie - na okoliczność tego święta, jak i innych - że swoją otwartą postawą, nie idącą jednak na kompromis w moją wiarą, mogę łatwiej dotrzeć do ludzi z przesłaniem prawdy dotyczącej życia wiecznego. Przykład apostoła Pawła (spotkanie z Grekami na Areopagu) pokazał mi, że mądry chrześcijanin wykorzystuje każdy czas i miejsce na to, aby dać świadectwo Ewangelii.
Taki dzień, jak tu opisywany, daje świetny pretekst ku temu. Przykład z polskiej telewizji. W  „Dzień Dobry TVN” zaproponowano:  Zaproś rodzinę na obiad i porozmawiaj o śmierci

Wrócę jeszcze do naszego rodzinnego spotkania. Moja pięcioletnia wnuczka Hania z uwagą przyglądała się nagrobkom, pytając  swojego tatę, o co tu chodzi. Pojęcie ‘pochowani’, w tym kontekście, nie było dla niej zrozumiałe. To zupełnie coś innego niż zabawa w chowanego z dziadkiem. „Tata, ja i tak nie rozumiem tego cmentarza” - powtarzała, spacerując wąskimi alejkami.
A mały Julek podziwiał z wózka korony starych drzew.




piątek, 1 listopada 2013

Listopadowa zaduma nad przemijaniem

Życie nasze trwa lat siedemdziesiąt, a gdy sił stanie, lat osiemdziesiąt; a to, co się ich chlubą wydaje, to tylko trud i znój, gdyż chyżo mijają, a my odlatujemy. Psalm 90:10

Cmentarz, ogród ciszy. Tu ustaje czas biologiczny. Ale też właśnie tutaj dostrzegamy „czas poza czasem”. Ks. Karol Macura

W dniach listopadowych częściej myślimy o tych, co już odeszli, już odlecieli. Dom pozostał pusty, życie straciło swój kolor, choć zaciera bolesne rany po stracie. (Piotr Karel)

I dlatego poniższy wiersz dedykuję
„Tym, którzy pozostali”

Ile słów niepotrzebnych,
Ile gestów niechętnych
Ile czasu, ile dni zmarnowałeś.
Za późno nawet na żal.

Pamiętaj
kwiaty dawać żywym,
dobre słowa z uśmiechem,
miłość bez granic!

To nic, że czujesz się głupio.
Pogodzenie ze sobą,
pokój sumienia jest cenniejszy,
od spojrzeń uznających cię za słabego.

Pamiętaj, ci co odeszli
nie darują ci błędów,
nie uśmiechną się,
nie pocieszą,
to już się nie zdarzy.

Nie czekaj jutra,
co możesz dobrego uczynić
dzisiaj czyń.
Jutro może być zbyt późno.

Kochamy zbyt ospale,
dajemy opieszale,
wypominamy
a oni odchodzą zawsze zbyt szybko.

                  Beata Jaskuła-Tuchanowska tomik „Kropla do kropli”