poniedziałek, 24 stycznia 2011

Babcia - to ja... cz. 1

Poniższy tekst został przygotowany na okolicznościowe spotkanie z okazji „Dnia Babci”. Powstał on w oparciu o książkę Marty Norman „Nowoczesna babcia”. Pod wieloma opisami, spostrzeżeniami i refleksjami autorki mogłabym się po prostu podpisać. Dlatego, wykorzystałam fragmenty jej książki, wplatając w nie swoje własne myśli, przykłady, wyszperane cytaty. I prezentuję to, co powstało.

***

Od momentu, kiedy dowiedziałam się, że zostanę babcią, byłam ciekawa, w jaki sposób pojawienie się na świecie mojej wnuczki wpłynie na moje życie. I muszę przyznać, że zanim ją zobaczyłam i po raz pierwszy wzięłam w ramiona już wiedziałam, jak bardzo ją kocham, jak jestem nią oczarowana i jak cieszę się z jej obecności.

Nasze matki osiągają pełnię swego wdzięku dopiero jako babcie.

Bycie babcią jest dla mnie wspaniałym, bezcennym doświadczeniem. Musiałam jednak znaleźć odpowiedź na najważniejsze pytanie: W jaki sposób, będąc 50 letnią kobietą, mam pogodzić fakt bycia babcią z innymi moimi zadaniami? Otaczają mnie trzy pokolenia: moja mama i teściowie, dorosły syn z żoną i wnuczka, która jest radością mojego życia. Pracuję, prowadzę dom, lubię aktywny wypoczynek. Lubię też mieć uczucie, że nadążam za zmieniającym się światem. Radzę sobie z nowinkami technicznymi. Potrafię całkiem nieźle obsługiwać komputer (praca na komputerze, z wykorzystaniem zdjęć mojej wnuczki, jest dla mnie ogromną frajdą). Sprawnie poruszam się po Internecie, korzystam z forów społecznościowych, używam poczty elektronicznej.

Jestem babcią na progu XXI wieku. Jak sobie radzę? Odpowiedź jest prosta. Skupiam się raczej na drodze, która prowadzi do celu, niż na nim samym. Moje babcine obowiązki i przyjemności muszą stać się integralną częścią mojego życia i wtedy mogę iść do przodu.
Pojawienie się mojej wnuczki wpłynęło na to, że poprzestawiałam swoje priorytety, do niej dopasowałam swój rozkład tygodnia i wszelkie domowe i służbowe obowiązki. Dwa dni w tygodniu, które spędzam opiekując się nią, są najpiękniejszymi chwilami mojego życia - nie zaburzonymi stresami, frustracją czy zniechęceniem - jakie niesie czasem codzienne życie i praca.

Sokrates twierdził, że nigdy nie starzeje się serce, które kocha. Ja dodatkowo twierdzę, że nie starzejemy się, dopóki pozostajemy młodzi duchem. Dlatego dbam o to, by właściwie kształtować własne podejście do mojej nowej roli. Staram się połączyć przeszłość, teraźniejszość i przyszłość tak, bym mogła stanąć na twardym gruncie i być taką osobą, jaką chciałabym być. Mogę wykorzystać swoje talenty, które otrzymałam od Boga, tak aby wywierały korzystny wpływ na moją wnuczkę. Przed wszystkimi babciami stoi ważne zadanie przekazania dziedzictwa następnym pokoleniom. Bycie babcią daje doskonałą okazję do tego, żeby raczej dawać niż brać, żeby kochać miłością, która nie zna obrazy, i żeby wspierać tych, którzy idą za nami. Można z siebie wiele dać, kiedy jest się samemu obdarowanym. A ja jestem obdarowana przez Boga i przez moich bliskich. Bycie babcią - to dalej przekazany dar i błogosławieństwo.
I tu przykład na: „nie zna obrazy”. Moja wnusia jest na etapie mówienia „idź sobie”, „idź stąd” (kiedy dziadek jest blisko, ja jestem jej niepotrzebna :-). Kiedy tak do mnie mówi, to chcę ją całować… i to robię, zanim sobie pójdę.


Babcia - to ja... cz. 2

Babcia XXI wieku to już nie jest właściwie żadna babcia. Obraz staruszki na bujanym fotelu, w fartuszku i z robótką w ręku jest już nieaktualny.

Jakimi słowami można opisać współczesną babcię? Srebrna, łebska i bogata.

Srebrna - kilka lat temu postanowiłam, że nie będę farbowała włosów. Czasem ludzie mówią, że moje włosy są siwe, ale ja wolę przymiotnik „srebrne”, bo mi się lepiej kojarzy. Nie mam zamiaru osiwieć w sensie duchowym :-). Nie chcę też, żeby moje życie na starość poszarzało. Jest takie określenie „żywe srebro”, którego używamy, mówiąc o osobach energicznych, pełnych życia. Srebro symbolizuje żywotność, określa ludzi młodych duchem. Jednak słowo „srebrny” nie odnosi się tylko do koloru włosów. Ma również głębsze znaczenie. Srebro jest cennym metalem, który błyszczy, kiedy zostanie oczyszczony. Żeby wypalić zanieczyszczenia, trzeba umieścić je w płomieniu. Pan Bóg trzyma nas blisko płomieni, żeby spalić w nas to, co nieczyste. Większość z nas przechodziła Jego próby ognia już niejeden raz. I jeszcze wiele jest prób przed nami.
Babcia to kobieta o srebrnych włosach i złotym sercu - napisała Anna Szczepańska

Łebska - bystra, mądra, sprytna, z głową na karku. Znam się na wielu sprawach. Patrzę na życie w sposób przenikliwy. Moje życiowe doświadczenie pozwala mi wiele zrozumieć. Nauczyłam się rozpoznawać niebezpieczeństwa. Wiem, komu mogę zaufać, a komu nie. Można powiedzieć, całkiem nieźle radzę sobie w życiu.

Bogata - co to znaczy, że babcie są „bogate”?
Mamy wielką mądrość życiową i stale nabywamy doświadczenia. Ja sama  byłam świadkiem tylu wydarzeń: narodzin i śmierci, chorób i odzyskiwania sił (np. kiedy pracowałam jako pielęgniarka, ale nie tylko), dobrych i złych sytuacji, chwil szczęśliwych i smutnych. Moje życie ukształtowało mnie taką, jaką teraz jestem. Służąc ludziom pomagałam rodzinom, które zmagały się z problemami związanymi z alkoholizmem lub narkomanią. Towarzyszyłam pogrążonym w rozpaczy przyjaciołom. Cierpiałam jako świadek rozpadu rodzin. Doświadczałam też cudów. Byłam świadkiem wielu nawróceń (powrotów do Boga marnotrawnych synów i córek) i widziałam, jak Bóg zmienia życie ludzi, którym służę. Widziałam odbudowane małżeństwa i rodziny. Jestem bogata również z tego powodu, że już przeżyłam swoje 50 lat. Były to lata wypełnione miłością, śmiechem, radością i smutkiem. Nie brakowało cudownych wydarzeń, chociaż były też chwile  próby i pokonywania trudności. Życie dało mi dużo lekcji. Byłam świadkiem wielu wydarzeń historycznych - data moich urodzin, 9 listopada, od 20 lat kojarzy mi się ze zburzeniem muru berlińskiego.
Byłam świadkiem powstawania wielu wynalazków technicznych - w moje życie wkroczył komputer, telefon komórkowy i aparat cyfrowy.
Rzeczywiście, należę do pokolenia ludzi bogatych w doświadczenie.

Uważam, że to hasło: srebrna, łebska i bogata doskonale określa współczesne babcie.

Jest jeszcze jedna rzecz, która charakteryzuje nas - babcie.
Przybywa nam zmarszczek. Często zastanawiam się nad tym, co można wyczytać w zmarszczkach? I postanowiłam mieć pozytywne dla nich wytłumaczenie. Zmarszczka na czole powstawała wtedy, gdy myślałam z troską o swoich bliskich, gdy martwiłam się o zdrowie mojej wnuczki. Ślady wokół ust powstały, gdy podziwiałam, jak się rozwija, jak zaskakuje mnie codziennie nowymi słowami, różnymi zachowaniami. Wolę patrzeć na kreski wokół moich oczu jako na ślady śmiechu, do którego powodów dostarcza mi moja radosna, pogodna i wesoła wnuczka oraz towarzyszący jej dziadek.

W swojej mądrości Bóg dał kobietom ten czas, w którym nie mogą już one przekazać życia. Zamiast nosić dzieci pod sercem, możemy wlewać otuchę w serca naszych wnuków. Zamiast dawać początek nowemu życiu, możemy wspierać i pielęgnować rozwój naszych bliskich. Z pewnej rzeczy musimy zdawać sobie sprawę - wnuki cały czas nas pilnie obserwują. Najbardziej skutecznym narzędziem, które mamy, jest nasz własny przykład.

Babcie, to takie panie, które myślały, że życie już się skończyło - a tu okazuje się, że ono znowu się zaczyna.


Babcia - to ja... cz. 3

Ja już odkryłam, że jestem stworzona do tego, żeby być babcią i bardzo lubię wszystko, co się z tym wiąże. Uwielbiam trzymać w ramionach to malutkie dziecko. Kołysać je, głaskać po główce i pleckach - do snu. Przygotowywanie kaszek, kanapeczek, obiadków sprawia mi przyjemność. Szukanie w wannie, pełnej piany, gumowych kaczuszek sprawia mi ogromną frajdę. Lubię śpiewać wnusi kołysanki i recytować rymowanki. A przede wszystkim uwielbiam, kiedy moja wnuczka - na pytanie czy mnie kocha/jak mnie kocha - odpowiada „ak!” lub zarzuca mi rączki na szyję, przytula się i mówi „o, kak!”.
Bycie babcią to jest TO! Jest to chyba jedyna naprawdę bezcenna rzecz w moim życiu. Od momentu, gdy wzięłam na ręce to małe zawiniątko - zwariowałam :-).

Każdy wnuk jest niepowtarzalną osobą, darem od Boga. Każde dziecko swoją wyjątkowością wzbogaca rodzinę, jest dla niej błogosławieństwem. Przychodzi na świat, by uczyć się i rozwijać, dawać i otrzymywać. Niezależnie od okoliczności i stopnia trudności, zadaniem babci jest dodawanie sił swoim wnukom, aby mogły wspinać się coraz wyżej. Stać się dobrym, wartościowym człowiekiem.

Trzeba jednak wyraźnie rozróżnić zadania rodziców i zadania dziadków. Babcie mają szereg zalet, jest jednak pewna wada, którą najczęściej im się wytyka. Uważa się, że one lubią radzić innym, co mają robić, oraz że wygłaszają te swoje sugestie w najmniej odpowiednim momencie. Chcemy komuś coś zasugerować, a wychodzi nam z tego wygłaszanie propozycji nie do odrzucenia. Wielu babciom przydałby się jakiś strażnik, powstrzymujący od niepotrzebnego otwierania ust. Muszę się przyznać, że w tej dziedzinie odniosłam sukces - nawet swojej wiedzy medycznej nie nadużywam w radzeniu swoim dzieciom. Trendy wychowawcze i żywieniowe zmieniły się tak diametralnie, że za tym nie nadążam. To ja pytam moje dzieci - jak mam postępować z ich dzieckiem.

Można powiedzieć tak, że w kontaktach z wnuczką mam same przyjemności.
Rozpieszczanie wnuków, to jedyna rzecz, która wymyka się babciom spod kontroli – Ewa Glińska.
Trudności związane z wychowaniem zostawiam rodzicom. W kontaktach z wnuczką zbieram samą śmietankę. Nie muszę robić przy niej tych wszystkich potrzebnych i niewdzięcznych czynności. Nie muszę codziennie robić zakupów, myć naczyń, sprzątać blatu w kuchni, wymieniać ubrań, nastawiać prania.
Ja mam swoją wnuczkę kochać i przytulać i cieszyć się chwilą. Mam nadzieję, że moja wnuczka myśli o mnie tak: Moja babcia nie jest gruba, ale ciepła i wygodna.
Mam słuchać, co do mnie mówi, pomagać jej, śmiać się i płakać razem z nią, jak dorośnie - trzymać z nią sztamę. Z babcią można razem śpiewać, wygłupiać się i trochę bałaganić. Ja uwielbiam się dopasowywać swoje ubrania do tego, jak ubrana jest moja wnuczka. I mam z tego powodu fajną zabawę.

Babcie mają czas, którego im brakowało, kiedy były matkami - czas na opowiadanie bajek, na słuchanie sekretów, na przytulanie.

Wyciągnięte w jej kierunku rączki sprawiają, że babcia odkłada reumatyzm na jutro.

Babcia potrafi być bardziej zdumiona, przerażona i ucieszona niż ktokolwiek inny. Z upływem lat jej twarz zrobiła się bardziej elastyczna.

Babcia-mama to nie to samo, co babcia-teściowa. Zawsze relacja teściowa-synowa lub teściowa-zięć jest inna (bardziej zdystansowana) niż relacja matka-syn czy matka-córka. My, babcie-teściowe możemy  nawet nie zdawać sobie sprawy z tego, że skracanie tego dystansu w dużej mierze zależy od nas samych. Można naprawdę w bardzo dobry sposób rozwijać swoją relację z synową. Mi chyba się to udaje. Nasze relacje są dobre. Szanuję moją synową i podziwiam. Jestem pod wielkim wrażeniem jej uzdolnień i umiejętności. Traktuję ją jak córkę i cieszę się, kiedy widzę, że tak właśnie się czuje w mojej obecności.


Babcia - to ja... cz. 4

Moje obecne życie przypomina wielowarstwową kanapkę o niepowtarzalnym smaku. Składnikami dania są cztery pokolenia: rodzice, my, dzieci i wnuki. Jestem związana z każdym z tych pokoleń, wobec wszystkich członków mam jakieś obowiązki. Mam wiele zadań do wykonania na wielu frontach, wzywają mnie sprawy służbowe i rodzinne, oprócz tego mam jeszcze własne sprawy do zrealizowania.
Tą swoją życiową kanapkę potrafię przyrządzić na wiele sposobów. Najważniejszy jest mój chleb powszedni - manna z nieba darowana przez Boga. Pomiędzy warstwami chleba wszystko się dobrze trzyma. Moje życiowe doświadczenia zapełniły już pokaźną spiżarnię, z której mogę czerpać do woli. To ja decyduję, czy podzielę się z innymi radością i wdzięcznością, czy raczej obciążę ich swoim narzekaniem i nieprzychylnym nastawieniem.
A wnuczka? Wnuczka dodaje smaku mojemu życiu. Dzięki niej chleb powszedni jest najlepszy, jaki mógłby być. Wnuczka jest jak sól: wydobywa ze mnie to, co najlepsze. Wnuczka jest jak korzenna przyprawa: mobilizuje mnie. Wnuczka jest jak marynata: im dłużej z nią przebywam, tym lepsza się staję.

Nasze życie można też porównać do antyków. Starzejąc się, możemy jeszcze zabłysnąć, ukazać swoją wartość, wzbudzić podziw, uczynić swój świat lepszym i piękniejszym. To my jesteśmy dobrem, które będzie przekazane następnemu pokoleniu. I miejmy nadzieję, że nasze dzieci i wnuki rozpoznają wartość, która jest w nas - bo naprawdę mogą się od nas wiele nauczyć. Za naszym pośrednictwem przyszłe pokolenia mogą odziedziczyć to, co było. To jest właśnie nasza wartość, że świadczymy o tym, co było wczoraj, i jednocześnie mamy w sobie potencjał tego, co może wydarzyć się jutro.

Każda z nas ma jakieś pamiątki. Przechowujemy je na strychach, w pawlaczach, składzikach, garażach, garderobach, pod łóżkami, w segregatorach, pudełkach po butach. I wciąż je gromadzimy. Czym są pamiątki? Są to ślady przeszłości, przypomnienia, trofea, świadectwa, relikty. Pamiątka momentalnie przywołuje całe wspomnienie wraz z jego zapachami, smakami i dźwiękami. Pamiątki rodzinne są bardzo ważne. Jako babcie jesteśmy w uprzywilejowanej sytuacji, bo możemy dysponować tymi przedmiotami, które wywołują wiele wspomnień i dzielić się nim z wnukami.
Mam wiele pamiątek po moim Tacie. Spisane losy mojej Mamy. Zarchiwizowane stare rodzinne zdjęcia. Pamiątki dotyczące dzieciństwa mojego syna: zdjęcia, rysunki, niektóre zabawki, małe „adidaski”. Pamiątki i pamiętniki z naszych rodzinnych podróży. Przechowuję wiele listów. I dużo by tu jeszcze wymieniać. Mam duszę kronikarki i archiwistki :-). Teraz mam pudełko z pamiątkami, dotyczącymi mojej wnuczki.

Dom babci to skarbnica wspomnień; pamiątki wypełniają wszystkie kąty i pokrywają każdą ścianę. W powietrzu unosi się cudowny zapach świeżych wypieków, a atmosfera pełna jest miłości i spokoju. Każde zmartwienie, ból czy smutek są szybko ukojone. Dom babci jest jak wielki uścisk.


Babcia - to ja... cz. 5

Oprócz pamiątek, liczy się też nasza historia. Każda z babć ma swoją historię. Niezależnie od tego, czy są w niej jakieś cienie przyszłości, czy też pasmo niezwykłych osiągnięć, każda z nas ma coś do przekazania swoim wnukom. Nasze rodziny też mają swoje historie. Kto może je opisywać lepiej od babć? Jesteśmy upoważnione do miana rodzinnego historyka. Jako seniorzy w naszych rodzinach (dziadkowie też) będziemy mieli niepowtarzalną okazję do ożywienia historii, która stanie się częścią tożsamości naszych wnuków.

Niestety, u wielu babć pokutuje błędne przekonanie, że nie dzieje się (nie działo się) u nich nic takiego, co mogłyby przekazać wnukom. Powinnyśmy jednak dobrze przemyśleć, jaki wpływ na nasze dzieci i wnuki będą miały opowieści o naszym życiu. Tylko poprzez modlitwę i głęboką refleksję możemy się zastanowić, co tak naprawdę chciałybyśmy przez te opowieści przekazać. Poznanie niektórych z naszych doświadczeń może być bardzo cenne i uzdrawiające dla naszych potomnych. Historie naszego życia są pisane na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie, w szczęściu i nieszczęściu. To wszystko nas kształtuje, wpływa na to, jakimi jesteśmy osobami. A dalej ma wpływ na tych, którzy są nas najbliżej.

Nasze życiowe doświadczenia pozwalają nam wzbogacać innych duchowo. Widać to wyraźnie w naszych kontaktach z wnukami. Każda chwila spędzona z nimi daje nam okazję, że możemy je czegoś nauczyć, wskazywać im drogę, kształtować ich postawy, być przy nich. Jako babcie powinnyśmy maksymalnie wykorzystywać te momenty, które są dobrą okazją do tego, aby nasze wnuki się czegoś nauczyły. Nigdy do końca nie wiemy, kiedy taka chwila nadejdzie. Chciejmy stawiać fundamenty wtedy, gdy nadarzy się ku temu okazja. Poza tym, najczęściej mamy niewiele czasu.

Najlepszym prezentem, jaki możemy dać naszym wnukom - to my same, nasz czas i nasza obecność; nasza wiara, zasady, mądrość, nasze historie, życiowe doświadczenia, nasza filozofia życia. To może być jakaś pasja, hobby, prawda o życiu. Obdarowujmy tym, co wypływa z nas samych.

Dziadkowie mają wyjątkową szansę, by obdarować wnuki paroma rzeczami, których nigdzie nie można kupić: tradycją, zaufaniem, stabilnością, miłością, zrozumieniem i bezwarunkową pomocą.

Między babciami i wnukami nie ma rozwodów.

Bądźmy też pasterzami dla naszych wnuków. Módlmy się z nimi wspólnie; rozmawiajmy z nimi o Bogu; dzielmy się z nimi doświadczeniem w sprawach naszej wiary. Bycie pasterzem dla swoich wnuków, to ogromna odpowiedzialność. Dla nas, to wielki zaszczyt, że możemy prowadzić je na zielone pastwiska. Nie rezygnujmy z tego za żadne skarby.
Jednym z największych przywilejów i zaszczytów babci jest to, że może się ona modlić za swoje wnuki. Nasze babcine modlitwy naprawdę mogą mieć ogromny wpływ na życie naszych wnucząt - nie tylko tu, na ziemi.

Potęga jednostki - siła jednego głosu, działań jednej osoby - może mieć ogromny wpływ na czyjeś życie. Babcie mają szansę wpłynąć na życie swoich wnuków, mogą zachęcać i inspirować je do dobrych działań. Powinny przy tym pozostawać wierne Panu Bogu, swoim wartościom, dzielić się wiarą, a także dawać dowód swojej integralności, uprzejmości i łagodności.

Zakończę tak poetycko :-): Pragnę, żeby mój płomień przekazał światło mojej wnuczce. I mam nadzieję, że ona przekaże to światło dalej tak, aby świat wokół stawał się lepszy.

Czego wszystkim Babciom życzę.

Dziadek - to on...

Kiedy mój mąż zachorował (wylew krwi do mózgu) znosiłam całą sytuację bardzo dzielnie. Miałam jednak jeden moment takiego przeszywającego serce bólu. Patrzyłam na moją wnuczkę i pomyślałam sobie - Boże, nie pozwól na to, abym już nigdy więcej nie mogła oglądać (i zazdrościć ;-) tego, jak cudownie bawi się ona ze swoim dziadkiem.
I Bóg wysłuchał…

Rozczula mnie widok mojego męża bawiącego się z naszą wnuczką. 
Mężczyzna, z którym spędziłam prawie trzydzieści lat swojego życia, potrafi z anielską cierpliwością kolorować ten sam obrazek, tylko dlatego, że Hania tego od niego chce. 

Rozczula mnie, jak razem z nią układa na podłodze gigantyczne puzzle (ze względu na wielkość pojedynczych cząstek); jak grają w „palyyy!” - czyli w memorkę.
Ile frajdy mam słuchając, jak czyta jej najpiękniejsze z wierszy czy bajek dla dzieci. A przy tym, ile wykazuje inwencji, aby odegrać z małą różne scenki - po domu biegają piraci, królewny, koty w butach… Teraz są na etapie poznawania bohaterów biblijnych.

Uwielbiam patrzeć, jak ją tuli, jak ją przebiera w piżamkę i układa na popołudniową drzemkę. Sprawia mi wielką przyjemność, kiedy słyszę, jak opowiadają sobie szeptem, po ciemku, różne historie. Jednymi z piękniejszych chwil w moim życiu są te, kiedy widzę ich śpiących na jednej poduszce.
Pan Bóg jest dobry, nie mam co do tego najmniejszej wątpliwości.

U dziadka wnukowie mają drugi dom: bezpieczny, przyjazny, ogrzewany miłością i wyrozumiałością. Ewa Glińska

Gdy wnukowie przychodzą, reumatyzm odchodzi. Ewa Glińska

Nikt i nic nie zmusi dziadka do rezygnacji z ciszy, spokoju i wygody… z wyjątkiem dziecięcego głosika: „Pobaw się ze mną”. Ewa Glińska

Natura spowalnia dziadków tak, aby dokładnie dopasować ich krok do kroku wnuków.


czwartek, 20 stycznia 2011

Na okoliczność Dnia Babci


Proszę kliknąć w plakat - dla powiększenia obrazu.
Spotkanie odbędzie się w Zborze Stołecznym KZ przy ulicy Siennej 68/70.
Wejście od ulicy Siennej. Domofon nr 4.
Zapraszam...


wtorek, 18 stycznia 2011

"Apostoł"


Tym razem wyjątkowo (bo nie jest to książka :-), chciałam polecić pewien bardzo ciekawy i wartościowy film o tematyce religijnej pt. „Apostoł” (1998). Jest to film, który oglądałam już kilkakrotnie, z takim samym przeżyciem. Za każdym razem dostarczał mi on szerokiego wachlarza uczuć i wrażeń; począwszy od śmiechu po łzy wzruszenia, czy od zgorszenia (to przy pierwszym oglądaniu) do zbudowania. Momentami sam bohater - kaznodzieja, któremu jego impulsywny charakter sprawiał niejednokrotnie olbrzymie kłopoty - budził we mnie wiele kontrowersji. Z jednej strony zastanawiałam się: Jak taki grzesznik (kobieciarz, nerwus, używający niecenzuralnych słów, broni palnej i alkoholu, posługujący się półprawdami, sprawca śmierci drugiego człowieka...) może być sługą Bożym? Z drugiej, zapragnęłam kochać Boga, Jego Słowo oraz służyć Mu tak, jak ten filmowy bohater. Zacytuję dwie z (wielu) bardzo znamiennych kwestii naszego kaznodziei: „Boże, zrobiliśmy coś razem...” „...niegrzecznemu chłopcu znowu się udało. Nigdy jeszcze nie zrobiłem tyle dobrego, co tu…”. Tak więc, zachęcam do dotarcia i obejrzenia tego wspaniałego filmu. Jego niewątpliwym atutem jest aktorstwo Roberta Duvalla, kreującego główną rolę. Gdy przeczytacie poniższe świadectwo z „Guideposts”, kwiecień 1998 r.  - zrozumiecie dlaczego. (Moje tłumaczenie.)

Aktorstwo było jedyną pracą, jaką wykonywałem. Uczenie się roli zawsze znaczyło dla mnie coś więcej, niż zwykłe zapamiętywanie tekstu. Ja po prostu zanurzałem się w postaci, którą miałem grać. Chciałem wiedzieć o tej postaci wszystko - kim była, z jakiego pochodziła środowiska, jakie były jej marzenia, pasje, jakim była człowiekiem. Grając próbowałem przeistoczyć się w mojego bohatera. I wiecie, temu procesowi towarzyszą niesamowite rzeczy. Wielokrotnie dane mi było odkryć coś nowego na swój temat. Czasem były to odkrycia, które zmieniały moje życie. Ale nigdy nie przypuszczałem, że przytrafi mi się coś, co całkowicie zmieni moje spojrzenie na religię.

Wszystko zaczęło się w 1962 roku, w Hughes, Arkansas. Pewnej niedzieli, kiedy przygotowywałem się do swojej kolejnej roli, zobaczyłem ludzi, podążających śpiesznie do białego drewnianego zielonoświątkowego kościółka. Byli to ludzie różnej kategorii. Młodzi i starzy. Wchodzili do środka, skąd wyraźnie mogłem słyszeć dźwięki tamburyna, perkusji i organów. Zajrzę do środka - pomyślałem sobie. Wślizgnąłem się cichutko i usiadłem z tyłu.
To było przeżycie. Chociaż chodziłem kiedyś do kościoła i wiedziałem, co nieco o działaniu Ducha Świętego, to nigdy nie spotkałem się z tak niesamowitym sposobem wyrażania swojej wiary i świadectwa, jak w tym zielonoświątkowym zborze. Nigdy nie widziałem takiego kościoła. Ludziom trudno było zapanować nad radością, jaka ich wypełniała. Ich twarze jaśniały. Ludzie stali,  śpiewając i klaszcząc, wykrzykując Bogu chwałę. Obecność Ducha Świętego była namacalna. Było to dla mnie czymś niemożliwym pozostać jedynie obserwatorem. Zapragnąłem śpiewać i krzyczeć razem z nimi. Nie potrafiłem tego wytłumaczyć, ale czułem, że ci ludzie mają wspaniały dar, wspaniałą historię do podzielenia się nią. I miałem dziwne uczucie, choć nie wiedziałem, jak i nie wiedziałem, kiedy, że to ja opowiem tę historię.

Wkrótce po tym wydarzeniu, moja kariera zaczęła się rozwijać. Miałem to szczęście i zagrałem kilka dobrych ról. Napisałem też kilka scenariuszy i wyreżyserowałem parę dobrych filmów. Mimo to, moje zainteresowanie duchowymi sprawami nie zaniknęło. Raczej, gdzieś tam dojrzewało, jakby w oczekiwaniu, co dalej miałbym z tym zrobić. I nagle, w 1981 roku, dostałem do zagrania rolę ewangelicznego kaznodziei w filmie pt. „Królestwo”. Ponownie poświęciłem całego siebie w przygotowaniach do tej roli. Odwiedziłem wiele małych wiejskich kościołów w poszukiwaniu niesamowitej ekspresji wiary wierzących, jakiej doświadczyłem wtedy w Hughes. Czerpałem z tych doświadczeń wszystko, co tylko było możliwe. Niestety, przygotowania do filmu odwołano. I wtedy zacząłem się zastanawiać, co mam zrobić z tym, czego do tej pory się nauczyłem.

Postanowiłem odwiedzić rodzinne strony, wcześniej (w 1983r.) odebrawszy Oskara za rolę nawróconego piosenkarza country w filmie „Tender Mercies”. Mój ojciec już nie żył, a moi dwaj bracia i ja próbowaliśmy wspólnie zastanowić się, jak zająć się mamą. Zacząłem zastanawiać się nad wiarą mojej mamy. Ta wiara dodawała jej sił, kiedy tata był na morzu. Jej wiara podtrzymywała wszystkich nas. Pamiętam, jak moja mama modliła się o mnie, kiedy wyjechałem do Nowego Jorku, aby studiować aktorstwo. Pewnego dnia, siedząc sobie w pokoju mojego taty, zdałem sobie sprawę z tego, jak nieubłaganie płynie czas. Wtedy poczułem, że za nim będzie za późno muszę zrobić coś, co będzie rzeczywiście miało znaczenie dla mnie i innych. I... Zacząłem pisać historię, tę którą czułem, że chcę napisać już od lat. Historię kaznodziei.

To, co było dla mnie najważniejsze, to zrobić film, gdzie chrześcijaństwo zostanie potraktowane z szacunkiem, na jaki zasługuje. Hollywood pokazuje zwykle kaznodziejów, jako chciwców i hipokrytów. Byłem już tym zmęczony. Dlatego chciałem pokazać radość i witalność wiary. Ten czysty i  nadzwyczajny przejaw wiary, którą dane mi było widzieć na własne oczy i którą wewnętrznie czułem w moim sercu i w moim życiu.

Historia tak jakby płynęła ze mnie. Pisałem wszędzie - na lotnisku, w hotelu, w przerwach pomiędzy zdjęciami, nawet na spotkaniach towarzyskich. Wreszcie zabrałem mój manuskrypt do hollywoodzkich producentów i taką usłyszałem odpowiedź: Bob, religia nie jest tematem. który zainteresowałby naszych widzów. Nie zgodziłem się z nimi. Dlaczego ludzie nie mieliby oglądać filmu o czymś, co jest przecież najważniejsze w ich życiu?

Nadal zbierałem materiały do filmu i pracowałem nad scenariuszem. Spotkałem się z  93-letnim kaznodzieją, Ishamem Williamsem. Gdybym był młodszy, nakręciłbym ten film razem z tobą - powiedział. Powiedział też, że mogę użyć wszystko, co będzie mi przydatne z jego kazań i notatek. Inny kaznodzieja, James Robison, uczynił podobnie. Zaadaptowałem jedno z jego najwspanialszych kazań do końcowych scen filmu.

Nazwałem swój film „Apostoł”. Mój bohater miał na imię Sonny. Pamiętam, kiedy w moich poszukiwaniach znalazłem się na konferencji chrześcijańskiej w Memphis. Tam wpadła mi w ucho jedna fraza, powtarzana wielokrotnie przez uczestników. Użyłem jej potem, jako słowa modlitwy Sonnego: Zawsze zwracam się do ciebie Jezu, a Ty mówisz mi - Sonny.

Pomimo tego, że niczego nie załatwiłem z producentami w Hollywood, praca nad filmem wypełniała całą moją duszę. Pewnej niedzieli odwiedziłem sześć kościołów. Na końcu znalazłem się w Abyssinian Baptist Church. Tam, w tym wypełnionym po brzegi kościele, z olbrzymim chórem na przodzie, kiedy nagle zaczęliśmy śpiewać pieśń „Przyjacielem naszym Jezus - jak wspaniałym, wiernym On!” (Ś. P. nr 416), poczułem się nagle tak blisko Boga, w taki sposób, jakiego nigdy do tej pory nie doświadczyłem. Był gdzieś w moim wnętrzu. Tak - pomyślałem sobie - wszyscy jesteśmy rodziną w Jezusie. Nie tylko z powodu tego, co czytamy o Nim w Biblii, ale z powodu tego kim On naprawdę jest. I to był sekret mocy wiary. Mocy, którą chciałem pokazać w moim filmie.

Mówiłem więc każdemu, kto chciał słuchać: Nawet jeśli nie dostanę pieniędzy od producenta, to i tak zrobię ten film. I tak się stało. W cudowny sposób, w przeciągu siedmiu tygodni, „Apostoł” był gotowy. Niektórzy moi wierzący przyjaciele mówili, że to Duch Święty sprawił we mnie ten upór. I tu, jestem skłonny zgodzić się z nimi.

Jestem dumny z tego filmu. Wiele scen jest granych przez prawdziwych kaznodziejów, a nie zawodowych aktorów. Dlatego, że prawdziwa wiara jest czymś, czego nie da się imitować. Myślę, że niektórzy widzowie będą zaszokowani - i mam nadzieję, że w ten pozytywny sposób - słysząc imię Jezusa, tak często wymieniane. Czy też, że będą poruszeni naturalnym charakterem scen kościelnych i nabożeństw uwielbieniowych. Mogą być zaskoczeni, widząc czarnych i białych wspólnie wielbiących Pana, nawet w najodleglejszych zakątkach Południa.  Jednak największą mam nadzieję, że zostaną poruszeni - „dotknięci” w taki sposób, jakiego ja doświadczyłem w tym niewielkim zborze w Hughes.
Tam, bez żadnego uprzedzenia, coś przebudziło się we mnie. Coś, co zawsze we mnie było - drzemiące i nie dotykane, aż do tego pamiętnego dnia.

To było największe odkrycie, jakiego w życiu dokonałem...


poniedziałek, 17 stycznia 2011

Otwarte ręce

Uwielbiam chodzić do Łazienek. O każdej porze roku. Mój mąż zabiera wtedy swój aparat i robi dziesiątki zdjęć, a ja zabieram ze sobą długą wrocławską bułkę i garść wyłuskanych orzechów. Okazuje się że, niezależnie od pory roku, ptactwo i wiewiórki są zawsze tak samo łase na dobry kąsek. Oczywiście, największą frajdą jest karmienie wiewiórek - układam sobie cząstki orzechów na otwartej dłoni, a one przybiegają na wołanie, opierają swoje łapki o moją dłoń i zabierają leżący na niej przysmak. Obserwując całą sytuację można by tu mówić o swego rodzaju dobrowolnej stracie - pozwoliłam przecież coś sobie zabrać. Można też mówić o zysku (nawet obopólnym) - to małe zwierzątko odeszło nakarmione, a ja miałam z tego ogromną radość.

Wykorzystując ten obraz otwartej dłoni, gotowej, aby coś oddać, chciałam podzielić się dzisiaj z wami refleksją o stracie i zysku. Nie będzie to miało nic wspólnego z ekonomią, biznesem, a nawet nie do końca z pieniędzmi. Pieniądze - to tylko pewna dziedzina naszego życia. Pieniądze można zyskać i można stracić. Ale człowiek powinien mieć tę świadomość, że może ponieść daleko większe straty lub osiągnąć niemierzalne zyski w kontekście rzeczy większych niż pieniądze, które tracą wartość, dewaluują się, niszczeją. Te straty i zyski dotyczą rzeczy wiecznych.

Słowo Boże o stratach i zyskach mówi tak:
„Bo kto by chciał duszę swoją zachować straci ją, a kto by utracił duszę swoją dla mnie i dla ewangelii, zachowa ją.” Ew. Marka 8:35

W 1949 r. młody misjonarz Jim Elliot napisał w swoim pamiętniku słowa, które mogą być swego rodzaju parafrazą powyższego wersetu: „Nie jest głupcem ten, kto oddaje coś, czego nie może zatrzymać, aby zyskać to, czego nie może stracić.” Jim Elliot w wieku 29 lat oddał swoje życie w ofierze Bogu. Dla wielu nas fakt, że pozwalamy Bogu używać nasze życie zgodnie z Jego wolą, służąc Mu i w tej służbie dożywając szczęśliwej starości, jest równoznaczny ze złożeniem Bogu swojego życia na ofiarę (w myśl Rzymian 12:1 mamy słuszność tak rozumując). Jednak Jim Elliot dosłownie oddał swe życie w ofierze. Został brutalnie zamordowany przez członków prymitywnego szczepu Indian południowo-amerykańskich, do których starał się dotrzeć z przesłaniem Ewangelii.

1. A więc zysk czy strata?
Mamy zwyczaj trzymać wszystko w zaciśniętej dłoni. Co więcej, rodzimy się z rękoma zaciśniętymi w pięści. A potem całe życie uczymy się rozkurczać dłoń - palec po palcu. Każdy z nas, kto zaznał uścisku maleńkiej łapki niemowlęcia na swoich włosach wie, że można stracić garść włosów zanim się ten uścisk rozluźni.

Czym dla nas jest zysk? Dla wielu jest to jednoznaczne ze stanem posiadania. Stąd:
·        Naszą obsesją jest gromadzenie (wiem, bo niedawno robiłam w domu porządki - większość z  rzeczy, które posiadam, nie stanowi żadnej wartości użytkowej, bardziej sentymentalną - jedyna ich korzyść to taka, że stanowią mniej lub bardziej tandetną ozdobę, na której zbiera się kurz).
·        Mamy potrzebę zatrzymywania wszystkiego. Tak na wszelki wypadek. (W ciągu kilku dni bez bólu wyrzuciłam mnóstwo rzeczy, które przeleżały na półkach całe lata i nigdy mi się do tej pory nie przydały).
·        Wzbraniamy się przed dawaniem, wolimy otrzymywać - mało znam prawdziwych dawców, sama do nich nie należę. Myślę, że dawcy są wyjątkami, większość z nas lubi być obdarowywana. Niektórzy ludzie nie potrafią już inaczej funkcjonować, jak tylko na zasadzie, że coś im się należy. Są pełni roszczeń i nieuzasadnionych oczekiwań, w zamian nie dając nic, nawet słowa dziękuję.
·        Żyjemy w ciągłym strachu przed utratą czegoś - znam wielu ludzi, którzy stali się niewolnikami swoich dóbr: samochodu, domu i tego, co w nim jest. To tylko Hiacynta, z doskonałego angielskiego serialu komediowego, nie była pocieszona faktem, że dokonano już kilku włamań do domów na jej osiedlu, a jej został pominięty. Przyznaję, doświadczenie straty jest bolesne. Jako młode małżeństwo, na tzw. dorobku, zostaliśmy okradzeni. Z przykrością odkrywaliśmy brak termosu, kawy, elektrycznej maszynki do golenia, słowników językowych... Na początku lat osiemdziesiątych nie tak łatwo było odzyskać (odkupić) utracone rzeczy. Mówię tu tylko o stratach materialnych. Ale są ludzie, którzy żyją w ciągłym strachu przed utratą pracy, zdrowia, życia... Taki irracjonalny strach nie pozwala im właściwie funkcjonować i w rezultacie rzeczywiście mogą stracić przynajmniej, jak nie zdrowie, to pracę.

A tak naprawdę to:

Czy możemy cokolwiek zatrzymać, zabrać ze sobą na wieczność? I Tym. 6:7 mówi „Albowiem niczego na świat nie przynieśliśmy, dlatego też niczego wynieść nie możemy.” Nic nam po tym, co gromadzimy, przechowujemy, dostajemy, co pilnie przez lata naszego życia strzeżemy. Nigdzie ze sobą tego nie zabierzemy, nie zatrzymamy tego na wieki, a na pewno już nie na to życie po drugiej stronie. Niektórym jednak wydaje się, że może się uda. Tak na pewno myśleli faraonowie. Dziś ich bogactwem cieszą się turyści, szczycą muzea, albo chlubią mniej lub bardziej uczciwi kolekcjonerzy sztuki.

Czego zatem nie możemy stracić? Dalej  w I Tym 6:17-19 jest napisane „Bogaczom tego świata nakazuj, ażeby się nie wynosili i nie pokładali nadziei w niepewnym bogactwie, lecz w Bogu, który nam ku używaniu wszystkiego obficie udziela. Ażeby dobrze czynili, bogacili się w dobre uczynki, byli hojni i chętnie dzielili się z innymi, gromadząc sobie skarb jako dobry fundament na przyszłość, aby dostąpić żywota prawdziwego.”  Okazuje się, że nie gromadząc, ale dając z siebie to, co najlepsze możemy zyskać najwięcej.

Jim Elliot w swoim pamiętniku napisał też takie słowa: Otwórz me dłonie, abym był gotowy na przyjęcie kalwaryjskich gwoździ, tak jak były otwarte dłonie Chrystusa, abym oddając Ci wszystko mógł być uwolniony również od rzeczy, które mnie związują.”
To bardzo ważne słowa. Często dopiero wtedy, gdy Bóg coś nam zabierze, w sposób mniej lub bardziej bolesny, odkrywamy, jak byliśmy tym czymś związani. To może być nawyk, to może być praca, to może być hobby, to może być relacja, to może być konkretna rzecz.

Jim Elliot mówi w tym zdaniu o Chrystusie. Tak, Chrystus wiszący na krzyżu miał otwarte dłonie. Rozłożone ramiona. W oznace całkowitego poddaństwa „...który chociaż był w postaci Bożej, nie upierał się zachłannie przy tym, aby być równym Bogu, lecz wyparł się samego siebie, przyjął postać sługi i stał się podobny ludziom; a okazawszy się z postawy człowiekiem, uniżył samego siebie i był posłuszny aż do śmierci, i to do śmierci krzyżowej.” Filip. 2:6-8

2. Obraz otwartych dłoni.

Co oznaczają otwarte dłonie:
·        Są gotowe, aby przyjąć cokolwiek Bóg chce nam dać - a Bóg daje nam tylko dobre rzeczy. Niestety, my mamy zupełnie inne zrozumienie dobra i dlatego czasem buntujemy się i nie chcemy przyjąć tego, co Bóg nam daje - buntujemy się na chorobę, na stratę pracy, na zmianę planów, na staropanieństwo, na bezpłodność.
·        Są gotowe, aby oddać Bogu, cokolwiek On zażąda - Bóg przeważnie żąda od nas całkowitego oddania się Sobie, podporządkowania Jemu naszego życia. Jeśli cokolwiek nam zabiera, to są to rzeczy, które zaczęły stanowić przeszkodę w naszej relacji z Nim - Bóg przestał być na pierwszym miejscu w naszym życiu - myślę, że każdy z nas jest doskonale świadomy tego, kiedy to się dzieje.
·       Trzymają, ale nie zatrzymują; zachowują, ale nie traktują za swoją własność. Nie przywiązujmy się do niczego zanadto, nie strzeżemy niczego zazdrośnie. Job wyraził to najlepiej słowami: „Pan dał, Pan wziął, niech będzie imię Pańskie błogosławione.” 1:20b

„Nie jest głupcem ten, kto oddaje coś, czego nie może zatrzymać, aby zyskać to, czego nie może stracić.” J.E.

Tak trudno jest nauczyć się otwierać swoje ręce. Nasze ręce są przyzwyczajone pracować chwytnie, zaborczo. (Kiedyś, mój mały synek słowami i ruchem ręki prosił: „Dziadek daj bułek…”) Otwarta dłoń oznacza oddanie. (Na czym polega karmienie wiewiórek? - orzech spoczywa w otwartej dłoni.) Otwarcie rąk wymaga wysiłku.

Otwórzmy nasze dłonie:
·        trzymajmy naszą teraźniejszość - mając nasze dłonie otwarte
·        trzymajmy naszą przyszłość - mając nasze dłonie otwarte Ktoś powiedział: Nie bój się jutra, Bóg już tam jest...
·        trzymajmy nasze marzenia, plany, pragnienia - mając nasze dłonie otwarte (piosenka Mate’o – Jezus, dla Jezusa...)

Czasem patrzę na młodych ludzi i widzę, jak miotają się w swoich życiowych planach. Dzisiaj jedne, a jutro już drugie ze swoich wyborów nazywają Bożym planem dla siebie. Modlą się o coś, deklarują, że Bóg się do tego przyznał, pobłogosławił. Za jakiś czas następuje zmiana planów i padają podobne deklaracje. Czy Bóg jest naprawdę taki nieuporządkowany? On, gdy w Gen. 3:14,15 określił swój plan zbawienia - realizuje go zgodnie tym, co powiedział i przeprowadzi go aż do końca. Kiedy wybrał sobie naród, nie porzucił go dla innego, pomimo że naród ten zawodził Go wielokrotnie, będąc nieposłusznym, niewiernym, oddającym się bałwochwalstwu. Problem nie tkwi więc w Bogu, ale w tym, że nie potrafimy, albo nie chcemy stanąć przed Nim z otwartymi dłońmi i z Nim konsultować naszą teraźniejszość i przyszłość.
Św. Augustyn napisał: Zawierz swą przeszłość miłosierdziu Boga, swoją teraźniejszość - Jego miłości, a swoją przyszłość - Jego opatrzności.”

·        trzymajmy naszych najbliższych - mając nasze dłonie otwarte
Jakże trudno jest rodzicom wypuścić z gniazdka swoje dzieci, które Bóg daje nam tylko na pewien czas na własność... Jakże często żona lub mąż zaborczo pilnują swojego współmałżonka. Oczywiście, ja też jestem przeciwna dzieleniu się mężem z innymi kobietami J Ale, często dzieje się tak, że partner przeszkadza współmałżonkowi w pielęgnowaniu relacji z Bogiem, ze kościołem, w zaangażowaniu się w służbę.

Bądźmy gotowi brać od Boga i oddawać Mu to, co On chce nam zabrać.

Pamiętacie historię z Genesis 22:2? Kiedy to Bóg mówi do Abrahama: „Weź syna swego, jedynaka swego, Izaaka, którego miłujesz, i udaj się do kraju Moria, i złóż go tam w ofierze całopalnej na jednej z gór, o której ci powiem.”

...syna swego
...jedynaka swego
...którego miłujesz
-         to było wbrew wszelkiej logice - a co z obietnicą wielu pokoleń, narodów, jeśli zabiję swego jedynego syna?
-         to było wbrew wszelkim rodzicielskim uczuciom - jak ja, ojciec, mam zabić swojego syna?

A jednak
-         to było do zaakceptowania - to Bóg dał Abrahamowi jego syna i miał prawo go z powrotem odebrać
-         to było wytłumaczalne - bo przecież Bóg, który uczynił bezpłodne i stare łono Sary płodnym, mógł swobodnie przywrócić Izaaka z powrotem do życia

Bóg nie prosi nas o nic, co nie ma sensu z Jego punktu widzenia. (Chociaż, nasz punkt widzenia może być całkiem odmienny.) Kiedy my przywiązujemy się do czegoś za bardzo - to coś zaczyna nas oddzielać od Boga. A Bóg jest Bogiem zazdrosnym. Tak naprawdę, to nie Izaaka lecz Abrahama pragnął otrzymać w ofierze Bóg na górze Moria. Bóg chciał mieć Abraham dla Siebie.
Abraham okazał się człowiekiem otwartych rąk. Kiedy nasze ręce otwierają się, aby dać Bogu to, co mamy najlepszego, to tak naprawdę otwierają się one również po to, aby otrzymać od Boga to, co ma On dla nas najlepsze. Czyż nie sprawdziło się to w życiu Abrahama? A w życiu wielu z nas?

3. Błogosławieństwo otwartych rąk:

Bóg nigdy nie zabiera nam więcej niż nam dał.


Jezus odpowiedział: Zaprawdę powiadam wam, nie ma takiego, kto by opuścił dom albo braci, albo matkę, albo ojca, albo dzieci, albo pola dla mnie i dla ewangelii, który by nie otrzymał stokrotnie, teraz, w doczesnym życiu domów i braci, i sióstr, i matek, i dzieci, i pól, choć wśród prześladowań, a w nadchodzącym czasie żywota wiecznego.Ew. Marka 10:29-30

Życie z otwartymi rękami - gotowymi, aby wziąć, ale też oddać - jest ogromnym wyzwaniem. To czasem kosztuje wiele bólu, poświęcenia. Czasem ceną jest  śmierć, tak jak to było w przypadku Jima Eliota. Pięć lat przed swoją śmiercią napisał : „Tylko ja o tym wiem, że moje życie jest już pełne. Czas umierać, bo mam wszystko, co tylko młody człowiek mieć może, przynajmniej wszystko, co ten młody człowiek mieć może. Gotów jestem na spotkanie z Jezusem.” Wyobrażacie sobie siebie piszących takie słowa w wieku 24 lat? A jednak to nie był jakiś tam młodzieńczy idealizm. Jim Elliot czuł, że Bóg może oczekiwać jego największego poświęcenia. Oddania swojego życia. Jim był na to gotowy, dlatego napisał: „Wiem, że moje nadzieje i plany, co do siebie samego, nie mogą być lepsze niż te, które On ułożył i spełnił.” (piosenka Mate’o „Jezus, dla Jezusa...)

W 2003 roku, 47 lat po śmierci Jima Elliota, jego żona Elisabeth Elliot powiedziała: „Zawsze czułam, że stało się dokładnie to, co Bóg chciał, aby się stało.” (Polecam jej książkę W cieniu Wszechmogącego.)
Śmierć najbliższej osoby - nie ma większego traumatycznego przeżycia w życiu człowieka. Ta młodziutka wdowa znalazła w sobie tyle siły, aby z małym dzieckiem pozostać w Ameryce Południowej i kontynuować pracę swojego męża pośród tego samego plemienia. Jej miłość i przebaczenie zdobyło  morderców jej męża dla Chrystusa.

Jej dłonie były otwarte. A twoje?

***

Przysłowie żydowskie mówi:
Rodzimy się z zaciśniętymi pięściami, ale umieramy z otwartymi dłońmi.
Dlaczego tak późno?


czwartek, 13 stycznia 2011

Kącik dobrej książki

Książki o modlitwie

„Największą tragedią w życiu nie jest modlitwa, która nie została wysłuchana, lecz ta, która nie została wypowiedziana.” F.B. Meyer
Modlitwa jest nazywana oddechem naszej duszy. Bolesna prawda jest jednak taka, że, gdybyśmy oddychali z taką częstotliwością, jak się modlimy, to chyba już dawno byśmy pomarli.
Henri Nouwen, w ostatnim roku swojego życia, poczynił takie szczere wyznanie: Prawda jest taka, że kiedy się modlę, nie odczuwam zbyt wiele ekscytacji, jeśli w ogóle. Nie mam żadnych pozytywnych emocji, fizycznych doznań ani wizji. Moje pięć zmysłów pozostaje nieporuszone - żadnych niezwykłych zapachów, niezwykłych dźwięków, niezwykłych obrazów, niezwykłych chwil. […] Nic nie czuję. Dotychczas żyłem w przekonaniu, że im bardziej się zestarzeję i zbliżę do końca swojego życia, tym łatwiejsza stanie się modlitwa. Jednak jest wręcz przeciwnie. Określenie takie jak ciemność i posucha wydają się najlepiej opisywać moje obecne życie modlitewne. Myślę, że jego doświadczenie nie jest obce wielu chrześcijanom.

"Modlitwa", John Bunyan, Towarzystwo Upowszechniania Myśli Reformowanej „Horn”, Świętochłowice, 2005r.
John Bunyan (1628-1688) był człowiekiem modlitwy. Może dlatego, że wiele czasu spędzał w więzieniu - za głoszoną wiarę. To w więzieniu powstała klasyka pt. „Wędrówka Pielgrzyma”. Dane mi było być w Bedford a Anglii - zobaczyć więzienie, w którym był osadzony; dom, w którym mieszkał (obecnie muzeum); jego pomnik w centrum miasteczka; a też niektóre miejsca, które służyły Bunyan’owi jako rzeczywiste ilustracje do jego książki (np. Pałac Piękny).

Książka „Modlitwa”, składająca się z dwóch części: Modlitwa w duchu i Tron łaski, stanowi sekret ‘kuchni duchowej’ autora.
Bunyan o modlitwie pisze tak: Modlitwa jest Bożym ustanowieniem do użytku publicznego, jak i prywatnego. Ustanowienie to przyprowadza tych, którzy posiadają ducha błagania, do wspaniałej znajomości z Bogiem. Stanowi ona ponadto potężne działanie, jako że przynosi wspaniałe rzeczy zarówno temu, który się modli, jak i tym, których dotyczy modlitwa. Jest ona kluczem otwierającym Boże serce i narzędziem, dzięki któremu dusza, choć początkowo pusta, staje się napełniona.
Autor, w swojej książce, stosuje następującą metodę:
Po pierwsze - pokazuje, czym jest prawdziwa modlitwa.
Po drugie - pokazuje, co to znaczy modlić się duchem (I Kor. 14:15).
Po trzecie - pokazuje, co to znaczy modlić się duchem i również rozumem (I Kor. 14:15).
Po czwarte - wskazuje na użycie i zastosowanie tego, o czym mowa wyżej.

W tym krótkim opisie tej książki, godna zacytowania jest rozbudowania definicja modlitwy. Bunyan, bardzo szczegółowo omawia poszczególne elementy tej definicji. Naprawdę, warto to omówienie przeczytać. A czym, zdaniem autora, jest prawdziwa modlitwa? Modlitwa to szczere, wrażliwe, pełne uczucia wylewanie serca lub duszy przed Bogiem, poprzez Chrystusa, w mocy i przy wsparciu Ducha Świętego, w celu otrzymania tego, co Bóg obiecał lub co jest zgodne z Jego Słowem, dla dobra Kościoła, przy podporządkowaniu się w wierze woli Bożej.

"Modlitwa, czy to działa?", Philip Yancey, Wydawnictwo „Credo”, Katowice, 2010r.
Jak pisze wydawca: Książka ta nie daje gotowych recept i prostych odpowiedzi. Nie teoretyzuje. Autor mówi o własnych przeżyciach i doświadczeniach. Przytacza relacje ludzi. Swój obraz modlitwy maluje ostrożnie, z rozwagą. Są tam nadzieje, wątpliwości, są pobożne życzenia i nieraz gorzkie rozczarowanie. Mogę się tu podpisać i powiedzieć - nic z tych rzeczy nie jest mi obce.

Nie ukrywam - Philip Yancey jest moim ulubionym autorem książek o tematyce chrześcijańskiej. Ta konkretna książka towarzyszyła mi w jednym z najtrudniejszych, a może w najtrudniejszym okresie mojego życia - kiedy mój mąż leżał w szpitalu, po świeżo przebytym udarze. Stąd w moim opisie, tych długich i trudnych dni, znalazło się miejsce na wybrane z tej książki myśli. Myśli, które dawały mi pocieszenie. (Zapraszam TUTAJ.)

Trudno jest tu przelać myśli o książce, która ma 450 stron. Czytałam ją, jeżdżąc do szpitala miejskimi środkami lokomocji, czytałam ją w zaciszu szpitalnego korytarza, czytałam ją czuwając przy łóżku wciąż ‘nieobecnego’ męża. Jej strony pokreślone są kolorami tęczy a też zwykłym długopisem. Rogi są pozaginane, bo akurat niczego do pisania nie było pod ręką. Z tą książką związane są silne emocje, które mną targały - lęk, niepewność, ból, smutek, duchowa niemoc. Ale też były inne emocje - pokój, nadzieja, wiara w to, że modlitwa jednak działa. Mówi się: Książka - nierozdzielny towarzysz, przyjaciel bez interesu, domownik bez naprzykrzania (Ignacy Krasicki). Tym właśnie ta książka była dla mnie. Połączyła mnie z nią bardzo silna więź…

"Power through prayer", E. M. Bounds, Authentic Media, India, 2006r.
Książka Edwarda Mc Kendree Bounds’a (1835-1913) określana jest przez wielu jako „the greatest book on prayer ever written” - najwspanialsza książka o modlitwie, jaka kiedykolwiek została napisana lub „one of the truly great masterpieces on the theme of prayer” - jedno z prawdziwych dzieł sztuki na temat modlitwy.

W zasadzie książka, prawie w całości, adresowana jest do kaznodziejów (pastorów, liderów). Tytuły niektórych rozdziałów są wymowne: Zapotrzebowanie na mężów modlitwy, Modlitwa gwarantuje sukces służbie, Zacznij dzień modlitwą, Modlitwa jest oznaką duchowego przywództwa, Modlący pulpit (begets) robi Modlące ławki (słowo begets ma zastosowanie w powiedzeniu „pieniądz robi pieniądz”, stąd to zapożyczenie).
Niektóre rozdziały skierowane są do ludzi siedzących naprzeciwko kazalnicy. Np: Kaznodzieje potrzebują modlitw innych ludzi.

Myślę jednak, że uczciwy czytelnik powinien przeczytać całość książki, czerpiąc ogromną korzyść z jej treści - dla własnego dobra. Nie przyzwyczajając się zbytnio do myśli, że to tylko duchowi przywódcy muszą się modlić J.

* Dopisuję te słowa 13 sierpnia 2011r. Podczas domowych porządków natknęłam się na polskie wydanie tej książki - „Moc przez modlitwę”. Przetłumaczona ona została pięknie przez Józefa Prowera, a wydana w 1992r. przez wydawnictwo Misja Literatury Chrześcijańskiej, z Bielska Białej. W książce znajduje się dedykacja: Mojemu kochanemu Mężowi i Pastorowi, z życzeniami błogosławionej i owocnej służby kaznodziejskiej. 

***
Inną, wspaniałą książką na temat modlitwy, jest książka Andrew Murray’a „Szkoła modlitwy”. (Chrześcijański Instytut Biblijny) Niestety, mój prywatny egzemplarz stoi zapewne u kogoś znajomego na półce. Ale u kogo…?

Na zakończenie cytat: Źródło prawdziwej mocy tkwi w modlitwie. Modlitwa jest sekretem sukcesu w Królestwie Miłości. Niespokojne i pełne porażki życie wielu ludzi mogłoby zostać przemienione, gdyby stało się życiem modlitwy. To, co nie kosztuje, nic nie jest warte. Modlitwa kosztuje. Kosztuje wiele. Kto chce modlić się, musi się zaprzeć samego siebie, musi cały swój czas i siłę poświęcić na służbę Bogu. Dzień bez modlitwy jest dniem bez błogosławieństwa, a życie bez modlitwy, jest życiem bez mocy. Ewa von Tiele-Winckler





poniedziałek, 10 stycznia 2011

Chrześcijanin a "świat"

Czy wolno przyjaźnić się z niewierzącymi?
Wykład przygotowany na „Kurs BETA”, 9 stycznia 2011r.

Sugerowany tekst:
II Kor. 6:14-18
Nie chodźcie w obcym jarzmie z niewiernymi; bo co ma wspólnego sprawiedliwość z nieprawością albo jakaż społeczność między światłością a ciemnością? Albo jaka zgoda między Chrystusem a Belialem, albo co za dział ma wierzący z niewierzącym? Jakiż układ między świątynią Bożą a bałwanami? Myśmy bowiem świątynią Boga żywego, jak powiedział Bóg: Zamieszkam w nich i będę się przechadzał pośród nich, i będę Bogiem ich, a oni będą ludem moim. Dlatego wyjdźcie spośród nich i odłączcie się, mówi Pan, i nieczystego się nie dotykajcie; a ja przyjmę was i będę wam Ojcem, a wy będziecie mi synami i córkami, mówi Pan Wszechmogący.

Jakub 4:4
Wiarołomni, czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem, to wrogość wobec Boga? Jeśli więc kto chce być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga.

Po przeczytaniu tych dwóch fragmentów, mogłabym odłożyć swoje notatki i powiedzieć -chrześcijanie nie mogą mieć żadnej przyjacielskiej relacji z ludźmi spoza Kościoła (w tym też z niewierzącą rodziną). Tak, te wersety czarno na białym pokazują, w jakich sytuacjach niemożliwa jest społeczność ze światem.
Ale prawda o świecie i o naszym stosunku do świata jest bardziej złożona, I dlatego, aby głębiej wejść w ten temat i zrozumieć go, należy wyjaśnić sobie kilka pojęć.

Chociażby pojęcie „przyjaźni” (Encyklopedia PWN wydana przez Agorę, 15 tom):
Przyjaźń - wg filozofów starożytnych to dzielenie życiowych powodzeń i niepowodzeń, jedność w szlachetnych zamierzeniach, a przyjaciel to "drugie ja" (Teofrast z Eresos), "połowa duszy mej" (Horacy); przyjaźń jest cnotą, złotym środkiem między wadami wrogości i pochlebstwa; cechami idealnej przyjaźni są: zaufanie i wierność, życzliwość i szczerość; Arystoteles wyróżnił 3 rodzaje przyjaźni: opartą na wzajemnej korzyści, na przyjemności, na doskonałości. Z tej definicji wynika, że przyjaźń to ogólnie bardzo pozytywne zjawisko.

Teraz inne pojęcie:
Belial - w polskim przekładzie Belial występuje tylko raz, ale w tłumaczeniach ang., niem., ukr. czytamy o nim kilkakrotnie w Starym Testamencie. Określenie to oznacza „bez wartości”; przeciwnik Chrystusa, szatan. Po tym wyjaśnieniu, chyba nikt z was nie ma ochoty na przyjaźń z Belialem.

Ale, już samo słowo/pojęcie
Świat - w rozumieniu biblijnym ma wiele znaczeń.

W Starym Testamencie (słowo tebel) oznacza nie tylko ziemię, ale w szerszym znaczeniu cały wszechświat. Używa się tu przeważnie dwóch wyrazów: niebo i ziemia. W Starym Testamencie przeważa pozytywna ocena świata: jest on dziełem Boga a zarazem świadectwem Jego majestatu, mocy i dobroci.

W Nowym Testamencie słowo świat (słowo kosmos) ma niejedno znaczenie: jest to wszechświat stworzony na początku, płaszczyzna życia ludzkiego i mieszkanie ludzkości, również ziemia wraz ze swoimi bogactwami, teren działalności misjonarskiej, na którym należy głosić Ewangelię. Słowo to jest używane także przenośnie i może oznaczać wielką liczbę ludzi zgromadzonych w jednym miejscu, publiczność, ludność świata. Słowo kosmos ma to samo znaczenie co słowo oikumene (świat zamieszkały, nasz dom, domostwo - od tego słowa pochodzi słowo ekumenia).

Jak widzimy, określenia te nie mają żadnej etycznej konotacji. Boże dzieło stworzenia jest po prostu dobre.

Witold Benedyktowicz pisze: Są jednak w Nowym Testamencie miejsca, które kwalifikują świat ujemnie pod względem etycznym. Wtedy świat oznacza np. ludzi obojętnych bądź wrogo usposobionych do Jezusa i jego uczniów (nas Jego naśladowców) lub świat oznacza po prostu domenę szatana (miejsce jego panowania - miejsce pogrążone w złem).
Świat nie ma Ducha Świętego, ale posiada własnego ducha. Ci, którzy mają tego ducha świata są „z tego świata”, natomiast uczniowie Jezusa nie są z tego świata.
Świat jest też przedmiotem sądu i zmiłowania Bożego. Sąd i dzieło zbawienia dotyczą kosmosu jako ludzkości, ale nie w izolacji od całego stworzenia.
Refleksja dogmatyczna i etyczna nie prowadzi do wniosku, że świat jest sam z siebie zły, ale też nie ignoruje zła na świecie. Dlatego, dyrektywa odłączenia się od świata nie powinna być zachętą do izolacji w getcie kościoła i potępiania świata jako takiego.
Chodzi tu raczej o krytyczny dystans wierzących w stosunku do istniejących struktur i instytucji życia ludzkiego, obciążonych piętnem grzechu. Dystans ten nie zwalnia od solidarności z ludźmi i częścią stworzenia uwikłanymi w zło, będące następstwem grzechu.
W Liście Jakuba 1:27 czytamy: Czystą i nieskalaną pobożnością przed Bogiem i Ojcem  jest to: nieść pomoc sierotom i wdowom w ich niedoli i zachowywać siebie nie splamionych przez świat. (Przykład: Gwiazdkowa Niespodzianka w Domu Sztuki.)
Chrześcijanin wie coś o solidarności grzechu i, jakkolwiek jest świadom powołania do świętości, to jednocześnie pamięta, że jest powołany i usprawiedliwiony tylko z łaski przez wiarę: wie, że jest usprawiedliwionym grzesznikiem. „Albowiem wszyscy zgrzeszyli…” Marcin Luter używał takiego określenia: Simul iustus et peccator - zarazem sprawiedliwy i grzesznik.
Zaś C. S. Lewis powiedział kiedyś: Chrześcijanin ma wielką przewagę nad innymi ludźmi i to nie dlatego, że jest mniej upadły niż oni, czy mniej skazany na życie w upadłym świecie, ale dlatego, że wie, iż jest upadłym człowiekiem w upadłym świecie.

I dlatego, zamiast patrzeć z pogardą na rzesze grzeszników wokół nas i oddzielać się od nich murem świętości, spróbujmy utożsamiać się z nimi. W jaki sposób? Włodzimierz Marcinkowski proponuje takie rozwiązanie: Postawmy siebie samych w położenie każdego człowieka. Celnik bijący się w piersi i wołający: Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu - to właśnie ja. Opodal celnika stoi faryzeusz z miną wyrażającą zadowolenie z samego siebie - czyż to właśnie nie ja sam? Niechże duchowo przypadniemy do stóp Chrystusa, jak owa wszetecznica polewająca nogi Jego łzami. A głowę wonnościami. Judasz sprzedający Chrystusa - czyż to nie ja także, o Panie! Oto Piotr w noc pokuszenia grzejący się przy cudzym ogniu i zapierający się swego Nauczyciela. I to ja też. A oto ci, którzy już doświadczyli na sobie mocy Ewangelii, przebaczenia i wolności od grzechu, pokoju… Czyż nie stosuje się i to także do mnie?

Nie miejmy do świata podejścia obojętnego ani ambiwalentnego. Ambiwalencja to postawa charakteryzująca się jednoczesnym występowaniem pozytywnego jak i negatywnego nastawienia do obiektu - w naszym stosunku do świata może to być żal i nienawiść zarazem. I wtedy nie robimy nic. Lepiej byłoby jednak, aby była to nienawiść do grzechu i miłość do grzesznika. Taka postawa popycha nas do działania. Ambiwalencja świata powinna być przezwyciężona w ofiarnym zaangażowaniu na rzecz świata i w odpowiedzialności za świat. Cud wcielenia i ofiara na krzyżu są nieodpartym wezwaniem do tego, aby brać odpowiedzialność za świat na siebie i urzeczywistniać chrześcijańską służbę.  

Jak to przełożyć na praktykę?
Porozmawiajmy o Jezusie, o którym powiedziano:
Przyszedł Syn Człowieczy, je i pije, a mówicie: Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników… (Łuk. 7:34) Z tych ostrych słów można się domyślać, że Jezusowi zarzucano przyjaźń ze światem.
A jak było naprawdę? Pięknie prawdę o Jezusie i Jego stosunku do świata oddaje książka P. Yancey’a „Jezus, jakiego nie znalem”. W rozdziale ósmym zatytułowanym „Misja - rewolucja łaski” pisze on tak:
…Im bardziej podejrzany był ktoś w oczach ogółu społeczeństwa, tym lepiej czuł się w obecności Jezusa. Wytykana palcami Samarytanka, oficer wojskowy podległy despotycznemu Herodowi, poborca podatkowy kolaborujący z Rzymem, kobieta, która do niedawna gościła u siebie siedem demonów - oto ludzie, którzy do Niego lgnęli.
Jezus był przyjacielem grzeszników. Lubili spędzać z Nim czas i garnęli się do Niego. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło (Łuk. 19:10) A zgromadzonym tłumom powiedział: Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają (Mat.9:12)
Zasada, jaką kierował się Jezus (i my powinniśmy się z tego uczyć), jest taka: obnażać wszelki skrywany grzech, a odpuszczać każdy dobrowolnie wyznany.
Jezus, słowem i czynem, obwieszczał nową, radykalną ewangelię łaski. Przeniósł On akcent z Bożej świętości (wyłączającej - święty/oddzielony) na Boże miłosierdzie (włączające). Jezus zadając sobie trud, by spotkać się z poganami, spożyć posiłek z grzesznikami i dotknąć chorych, poszerzył sferę oddziaływania Bożego miłosierdzia.

Chwilę wcześniej padł zwrot „getto kościelne” i „izolacja”. Ojciec Kościoła Ireneusz użył innego zwrotu - „oczy uzdrowione łaską”. I właśnie Jezus, swoim przykładem, wzywa Kościół nie do izolacji, nie do zamykania się w getcie, ale do spojrzenia na świat oczami uzdrowionymi łaską. Jego przykład i to wezwanie jest szczególnie aktualne dzisiaj, kiedy Kościół jest obecnie szanującą się wspólnotą, w której rozbitkowie życiowi (tacy, jak ci, którzy tłoczyli się wokół Jezusa) nie są zbyt mile widziani. Bo źle pachną, bo mają pogmatwane życie, bo są związani nałogami, bo… lista jest bardzo długa - bo np. są niewierzący i nienawróceni; czy to nie graniczy z absurdem? Nic bardziej błędnego - w Kościele zawsze powinno się znaleźć miejsce dla odrzuconych. Oni nie mają przyjść do Kościoła już zmienieni, to Kościół ma się stać miejscem ich przemiany. (Przykład: wieczór kolęd na ‘Zagórnej’ dla Kościoła Ulicznego.)

Bardzo wyraźnie, naszą misję do spełnienia w tym świecie, podkreślają słowa z Mat. 28:19-20 (Idźcie na cały świat!), powtórzone w Dz. Ap. 1:8 (Będziecie mi świadkami po krańce ziemi.).
I bardzo znamienna w tym kontekście jest arcykapłańska modlitwa Jezusa (Jana 17r). Czytamy w niej, między innymi, takie słowa: I już nie jestem na świecie, lecz oni są na świecie, a Ja do ciebie idę. Ojcze święty, zachowaj w imieniu twoim tych, których mi dałeś, aby byli jedno, jak my. Dopóki byłem z nimi na świecie, zachowywałem w imieniu twoim tych, których mi dałeś, i strzegłem, i żaden z nich nie zginął, prócz syna zatracenia, by się wypełniło Pismo. Ale teraz do ciebie idę i mówię to na świecie, aby mieli w sobie moją radość w pełni. Ja dałem im słowo twoje, a świat ich znienawidził, ponieważ nie są ze świata, jak Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich wziął ze świata, lecz abyś ich zachował od złego. Nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Poświęć ich w prawdzie twojej; słowo twoje jest prawdą. Jak mnie posłałeś na świat, tak i ja posłałem ich na świat; i za nich poświęcam siebie samego, aby i oni byli poświęceni w prawdzie. A nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy przez ich słowo uwierzą we mnie. Aby wszyscy byli jedno, jak Ty, Ojcze, we mnie, a Ja w tobie, aby i oni w nas jedno byli, aby świat uwierzył, że Ty mnie posłałeś. A Ja dałem im chwałę, którą mi dałeś, aby byli jedno, jak my jedno jesteśmy. Ja w nich, a Ty we mnie, aby byli doskonali w jedności, żeby świat poznał, że Ty mnie posłałeś i że ich umiłowałeś, jak i mnie umiłowałeś.
Tutaj wyraźnie widzimy, że naszym zadaniem jest być w świecie. To jest nasza misja.

Brytyjski ewangelista Leonard Ravenhill (1907-1994), powiedział kiedyś: Największy cud jaki Bóg może dzisiaj uczynić, to wziąć nieświętego człowieka z nieświętego świata, uczynić go świętym, a potem wysłać go z powrotem do nieświętego świata i sprawić, że żyjąc w nim pozostanie święty.

I tutaj, już na zakończenie, warto powiedzieć sobie o zagrożeniach i ostrożności. Niech przestrogą będą dla nas wersety biblijne:

1 Jana 2:15-17
Nie miłujcie świata ani tych rzeczy, które są na świecie. Jeśli kto miłuje świat, nie ma w nim miłości Ojca. Bo wszystko, co jest na świecie, pożądliwość ciała i pożądliwość oczu, i pycha życia, nie jest z Ojca, ale ze świata. I świat przemija wraz z pożądliwością swoją; ale kto pełni wolę Bożą, trwa na wieki.

List do Tytusa 2:11,12
Albowiem objawiła się łaska Boża, zbawienna dla wszystkich ludzi, nauczając nas, abyśmy wyrzekli się bezbożności i światowych pożądliwości i na tym doczesnym świecie wstrzemięźliwie, sprawiedliwie i pobożnie żyli.

Jozue 23:6-13
Starajcie się tylko nader usilnie o to, aby przestrzegać wszystkiego i czynić to, co jest napisane w księdze zakonu Mojżeszowego i nie odstępować od niego ani w prawo, ani w lewo, abyście się nie pomieszali z tymi narodami, które jeszcze pozostały u was, a imion ich bogów nie wspominali ani na nich nie przysięgali, nie służyli im i nie oddawali im pokłonów, tylko do Pana, Boga waszego, lgnijcie tak, jak czyniliście do dnia dzisiejszego. Pilnujcie się usilnie ze względu na wasze życie, aby miłować Pana, Boga waszego. Bo jeśli się odwrócicie i przylgniecie do resztki tych narodów, które pozostały u was, i będziecie zawierać z nimi małżeństwa, i pomieszacie się wy z nimi, a oni z wami, to wiedzcie, że Pan, Bóg wasz, tych narodów już nie wypędzi przed wami i one staną się dla was pułapką i sidłem, biczem na wasze boki i cierniem dla waszych oczu…

To tylko kilka słów przestrogi. W Biblii jest ich znacznie więcej i dotyczą wielu dziedzin naszego życia (np. małżeństwo mieszane). Nawet powyższy fragment o tym wspomina. Ale to już jest sam w sobie poważny temat.

A więc… Bezpieczną postawą jest bycie w świecie, ale trzymanie się z dala od jego niebezpieczeństw. Jedna z definicji przyjaźni mówi, że przyjaźń to jedność w szlachetnych zamierzeniach. My wiemy, jakie są Boże szlachetne zamierzenia dla świata i jakie są Boże zadania dla nas. Nasza obecność w świecie ma sens tylko wtedy, kiedy widzimy, że mamy szansę zrealizować swoje zadanie. Jeśli nie jest to możliwe - lepiej ustalić pewne bezpieczne granice, które ochronią nas przed tym, że to my zjednoczymy się z tą drugą stroną - niestety, już w znacznie mniej szlachetnych zamierzeniach. Ktoś niedawno mi wyznał: Zerwałam swoje relacje z przyjaciółmi ze świata, bo odkryłam, że jestem za słaba. Takie wyznanie, to nie powód, aby się wstydzić, to wyraz wielkiej pokory, ostrożności i mądrości.
Zbyt wielu chrześcijan ponosi na tym polu porażkę. Znałam i znam wielu młodych ludzi, którzy mówili: Idę na klasową imprezę, tylko po to, aby ewangelizować. Niestety, albo skończyło się na tym, że poczuli się, jakby rzucali perły między wieprze, albo to oni zostali ‘zewangelizowani’ na modłę tego świata. Do czego, niektórzy, ze wstydem się przyznawali. Co było korzystne, gdyż wzięli z tego doświadczenia właściwą lekcję.

Ewangelizacja przez przyjaźń jest najbardziej skuteczną ewangelizacją. (Przykład: powstanie USE.) Największe efekty mają osoby świeżo nawrócone. Im też najłatwiej jest wrócić tam, skąd wyszli. Dłużej wierzący tracą ten impet, zapał, świeżą radość ze zbawienia i pierwszą miłość. Tak czy inaczej, zachęcam do ewangelizacji przez przyjaźń. Z pewną radą, którą zapożyczyłam z hasła jednego z warszawskich kościołów: Wierni Bogu - przyjaźni ludziom. Postępuj więc w następującej kolejności: wpierw dbaj o wierność Bogu - a potem okazuj przyjaźń ludziom ze świata.

Dodam jeszcze, że kluczem do sukcesu w naszych relacjach ze światem jest nasza integralność. Znany kaznodzieja, dr Billy Graham, podał następującą definicję integralności, cytuję: Kiedy mówimy o integralności, jako o cesze moralnej, to mamy na myśli osobę, która jest taka sama wewnątrz, jak i na zewnątrz. Nie ma żadnej rozbieżności (sprzeczności) pomiędzy tym, co ona mówi a co robi, pomiędzy tym, jak żyje a tym, co o swoim życiu opowiada. Osobie zintegrowanej można zaufać, że nawet jeśli będzie tysiące mil z dala od domu, będzie tą samą osobą, jaką  jest w swoim kościele lub w swoim domu.

Bądź osobą zintegrowaną w obecności swojej niewierzącej rodziny, wobec swoich sąsiadów, w miejscu pracy czy nauki, w sklepie i na poczcie... Słowo Boże zachęca nas …abyśmy stali się nienagannymi i szczerymi dziećmi Bożymi bez skazy pośród rodu złego i przewrotnego, w którym świecicie jak światła na świecie (Filipian 2:15).  Ludzie to docenią. Teraz mogą się z Ciebie i Twojej wiary śmiać, naigrywać; nazywać Ciebie dewotem, fanatykiem czy nawet „moherowym beretem”. Do czasu, bo kiedy przyjdą na nich problemy i kłopoty - będziesz pierwszą osobą, do której przyjdą z prośbą o pomoc a nawet modlitwę. Gwarantuję Ci to z własnego doświadczenia. (Przykład: poranny SMS od naszych sąsiadów.)

Bądźmy światłem i solą dla tego świata (Ew. Mat. 5:16)