czwartek, 30 grudnia 2010

Na okoliczność końca roku

Chyba nawet nie zauważyłam, kiedy minął ten rok. Jak każdy rok miał tyle samo miesięcy, tygodni, dni, godzin, minut i sekund - co każdy miniony. A jednak wydaje się, że czas w XXI wieku mija jakby szybciej niż dawniej. I ciągle nam go brakuje... Żyjemy w takich czasach, że już nie wiemy, czy to my rządzimy czasem czy czas rządzi nami? I dlatego potrzebne są takie momenty zatrzymania - pozwalające nam na zakończenie pewnych spraw i na rozpoczęcie nowych. Można powiedzieć takie nowe początki. Dobrym początkiem może być każdy poniedziałek, każdy nowy miesiąc, ale chyba nie ma bardziej znamiennego momentu na nowy początek, niż rozpoczynający się Nowy Rok. Dobrze jest w takim momencie podsumować i zamknąć to co za nami i z nadzieją (mniejszą lub większą) wejść w przyszłość.

Tak się składa, że najczęściej otrzymywanymi przez nas drobnymi prezentami na przełomie roku są kalendarze. I gdzie tu się nimi „obwiesić”?
W naszym domowym pokoju ‘biurowym’ mam trzy kalendarze. Jeden z nich pomaga mi śledzić teraźniejszość. Jest niewielki - zawiera tylko 12 małych słupków z nazwami miesięcy i wypisanymi datami. Wisi na poziomie mojej twarzy. Jedno spojrzenie wystarcza, abym wiedziała jaki jest dzień.
Drugi kalendarz służy mi do wybiegania w przyszłość. Jest dużo większy, bo potrzebuję troszkę miejsca, aby zapisywać w nim ważne sprawy, wydarzenia, które mają mieć miejsce w przyszłości, a o których nie powinnam lub nie chcę zapomnieć. Ten na 2011 rok nie jest jeszcze zbyt zapełniony, ale hasła brzmią ciekawie: 5 stycznia spotkanie grupy „Kobiety Razem”; 9 stycznia prowadzę Betę; 13 stycznia spotkanie pastorskie; 19 stycznia biopsja guza tarczycy; 12 lutego projekcja filmu „Maria Magdalena”; 14 lutego przyjeżdża Dorotka; 26 marca spotkanie z Jagodą; itp.
I mam jeszcze jeden kalendarz - on jest najpełniej zapisany. Każdego wieczoru to, co w nim zapisuję jest już przeszłością. Jest tam opisany cały przebieg każdego dnia z mojego życia (mojej aktywności w jego różnych dziedzinach), z uwzględnieniem również tego, co działo się w życiu mojego męża/moich bliskich, i osób, które w tym dniu pojawiły się w moim życiu. Staram się, aby nic mi nie umknęło. Bardzo często, gdy przez dwa, trzy dni zapomnę o zrobieniu zapisków - nie jestem w stanie sięgnąć pamięcią dalej niż na jeden dzień wstecz. Tak wiele się dzieje, a pamięć okazuje się bardzo zawodna...

Teraz kiedy rok 2010 się kończy, często kartkuję swój kalendarz i przeglądam się w jego historii. I cieszę się, że mam ją utrwaloną, bo dzięki temu mogę powiedzieć - TO NIE BYŁ ZŁY ROK. Piszę nie był zły, bo bywały lepsze…
Na pewno był to trudny rok z powodu ważkich a nawet bolesnych decyzji i dużych zmian, jakie podjęliśmy dla naszego życia.
Na pewno był to ciekawy, chociaż momentami niełatwy rok - dla mnie i dla mojego męża - w kontekście naszej pracy.
Na pewno był to dobry rok dla nas obojga i naszych najbliższych w kontekście rodzinnym, chociaż nie zabrakło w nim momentów dramatycznych. W tym roku szczególnie cieszyliśmy się bliskością naszych dzieci (syna i synowej), które zamieszkały po sąsiedzku. A główną naszą radością było przebywanie z wnuczką - opieka nad nią i obserwowanie jej dynamicznego rozwoju. Ktoś, komu znane jest obcowanie z dwuletnim dzieckiem wie, co mam na myśli. Wracając do dramatycznych momentów, to był taki jeden acz porządny - udar mojego męża, zakończony ewidentnym Bożym cudem uzdrowienia. Więcej o tym piszę w poście "Post Scriptum".  Może w mniej dramatyczny sposób, ale ja też w tym roku podupadłam na zdrowiu.

Przede mną Nowy Rok. Wchodzę w niego z  wieloma sprawami wymagającymi rozwiązania, o których wiem, że nie znikną w nocy 31 stycznia wraz z wybiciem godz. 00:00. Ze sprawami, które sprawiły, że określam ten rok jako niezły, ale nie dobry. Dlatego, życzę sobie, aby poniższy fragment wiersza ks. H. Czembora skłonił mnie do bardziej optymistycznego spojrzenia na nadchodzący rok. Nawet jeżeli pewne sprawy pozostają wciąż nierozwiązane…

…nowy rok zaprasza do nowych dni
zachęca do zwiększonego wysiłku.
Obiecuje, że możliwy jest nowy początek
i odbudowa życia na gruzach przeszłości.
Na granicy starego i nowego roku
spotyka się przeszłość z przyszłością,
rezygnacja z nadzieją,
przegrana z nową szansą na zwycięstwo.
To w Chrystusie Bóg daje nam zwycięstwo,
gdy zwątpienie ustąpi miejsca wierze,
gdy beznadziejność rozświetli nadzieja,
gdy On doprowadzi nas do zwycięskiego życia.

I Wam też tego życzę.

czwartek, 23 grudnia 2010

Świąteczne życzenia


*
Życzenia
Świąteczne

Pochylmy się nad tym żłobkiem
nie tylko z sentymentu i przyzwyczajenia,
bo tak przecież lubimy kolędy.
Lecz z wiarą i przeświadczeniem,
że istotnie jest w tej tajemnicy żłobka
zawarte przesłanie o Bożej miłości do nas.
Dzięki takiemu spojrzeniu możemy znaleźć
źródło nowych sił, nowej nadziei
i nowej wiary w prawdziwy sens życia.
Oby nadchodzące Święta Pamiątki Narodzenia Pańskiego
stały się dla nas okazją do wewnętrznego przeżycia,
po którym nastąpi w nas
pokój wbrew niepokojowi tego świata,
radość wbrew odczuwanemu nieraz smutkowi,
nadzieja wbrew beznadziejności istnienia!
Obyśmy zobaczyli Zbawienie Boże!

Życzą,
Wala i Paweł Jaroszowie

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Zaduma nad Świętami Bożego Narodzenia

Bardzo intrygującą dla mnie sprawą jest - przedstawiona w drugim rozdziale Ew. Łukasza - reakcja różnych postaci na fakt narodzenia Jezusa. Aniołowie ogłaszali. Pasterze „śpiesząc się” przyszli, by oddać pokłon narodzonemu i zaraz potem rozbiegli się, aby głosić tą wspaniałą nowinę. Symeon i Anna modlili się i prorokowali. A w tym samym czasie, w stajence, widzimy Marię głęboko zadumaną. „Maria zaś zachowywała wszystkie te słowa, rozważając je w swoim sercu.” (Łuk. 2:19)

Odnoszę coraz częściej wrażenie, że obecnie, bardziej niż czegokolwiek innego, potrzebujemy spróbować podejść do Bożego Narodzenia w taki sposób, jak to zrobiła Maria. Oczywiście, że mamy wielbić Boga i dzielić się dobrą wiadomością, jak to robili pasterze, ale czy „pośpiech” ma być tym słowem, które najlepiej opisze atmosferę naszych Świąt?

Pośpiech staje się naszym sposobem na życie, a szczególnie w okresie Świąt. Zakupy. Sprzątanie. Dekorowanie. Jedzenie. Koncert chóru. Zakupy. Rodzinne spotkania. Pieczenie. Zakupy. Pójście do kościoła. Wigilia w pracy. Adwentówka grupy kobiet. Jedzenie. Pakowanie słodyczy. Zakupy. Przygotowanie wystroju w biurze, w klubie, w kościele... Gwiazdkowa Niespodzianka. Zakupy. Jeżdżenie. Jedzenie.

A potem - pomiędzy godziną 17-tą, począwszy od dnia Wigilii, po godzinę 21-ą drugiego dnia Świąt - wizytujemy ciotkę Franię, dziadków, kuzyna Edka, drugich dziadków i wreszcie... po około 400 kilometrach drogi docieramy do domu, aby na krótko spocząć, przed naszym własnym świątecznym drzewkiem.

Za wiele tego, jak na jedną „cichą, świętą noc”. I nawet zabrakło nam czasu, żeby zapytać: Po co to wszystko? Osobiście, lubię odwiedziny (ale mam na to aż dwanaście miesięcy w roku!). Cieszą mnie kościelne imprezy, wspólne uczty i zabawy - jest miejsce i na to. Ale, jeśli nigdy nie zatrzymamy się wystarczająco długo, aby zastanowić się, zadumać tak jak Maria, to wszelkie nasze działania będą bezproduktywne.

A więc, może w to Boże Narodzenie, uda mi się znaleźć czas, aby przykucnąć na chwilę pod ścianą stajenki, albo przy ognisku (jak pasterze), albo nad przeczytaną historią biblijną... i pomyśleć trochę. Kim jest to Dziecko? Dlaczego Bóg posłał Je na świat? Jaki jest mój stosunek do Niego? Jak fakt Jego narodzin wpłynął na moje życie?


Wam też życzę takich radosnych rozważań!

czwartek, 16 grudnia 2010

Wywiad z poetką


Korzystając z okazji, że znowu spotykamy się z Beatą (zapraszam do przeczytania wcześniejszego posta) i Święta mamy za tydzień - zamieszczam piękny wiersz Beaty.

Refleksja nad Świętami Bożego Narodzenia

Czekamy na ten dzień.
Cieszymy się jak dzieci.
Będzie wolne i znowu spotkamy się z rodziną.
Może nawet jakieś szlachetne postanowienie
wyjmiemy zza pazuchy czy zakamarków pamięci
akurat nie spełnione, bo w zeszłym roku tak jakoś, nie wyszło.

Sprzątamy domostwa,
i stroimy choinki, i kupujemy prezenty.
Zapożyczamy się, niech wszyscy wiedzą jak bardzo jesteśmy przejęci.

Śpiewamy kolędy o Jezusku
co lula i cichutki jest nad wyraz.
O pasterzach i bydełku, co Pana swego chwalą.
Życzymy sobie wszystkiego i uśmiechamy się mile.

Jutro zapomnimy o Dzieciątku, co w żłobie,
zapomnimy, że dawno temu wyrosło,
że On został ukrzyżowany i zmartwychwstał,
że jest duchem obecny między nami.
Zapomnimy aż do następnych Świąt.


Jak mało w nas z Dzieciątka,
jak wiele w nas z dziecka, domagającego się tylko świętowania.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Kobieta Warta Królestwa



Magda Grabowska jest doradcą małżeńskim oraz wykładowcą na konferencjach kobiecych. Wraz z mężem służy w ramach organizacji „Ruch Nowego Życia”. Jest matką trzech dorosłych już synów. Jej pasją jest praktyczne studiowanie Słowa Bożego, czego owocem jest wspomniana książka.

Jak pisze wydawca (Oficyna Wydawnicza „Vocatio”):
Jest to książka głównie dla kobiet i o kobietach. Osnowę dla jej treści stanowi biblijna Księga Rut.
Tak się składa, że Rut jest jedną z moich ulubionych bohaterek biblijnych. Nawet, w oparciu o analizę jej postawy, przygotowałam kiedyś, na spotkanie dla kobiet, temat: „Gdy sprawy źle się mają”. Kiedy więc tylko zobaczyłam, że na polskim rynku,w dziale ‘literatura chrześcijańska’, pojawiła się nowa książka, książka dla kobiet i książka polskiej autorki - natychmiast ją kupiłam. W tym samym mniej więcej czasie mogłam bliżej poznać się z Magdą, gdyż pracowałyśmy razem w jednym zespole, przygotowującym konferencję dla kobiet „Barwy Życia”.

Jednak główną bohaterką tej książki jest każda z Czytelniczek, bo każda z nich może w tej książce odnaleźć siebie. Książka nie tylko porusza głębokie prawdy duchowe, ale odnosi się także do praktycznych spraw życia codziennego.
To mnie najbardziej w tej książce ujęło - to przeplatanie się codzienności z głęboką duchowością. Okazuje się, że nawet najbardziej szara i przytłaczająca codzienność może nas wynosić na duchowe wyżyny. Tego doświadczyłyśmy wędrując z wdową Rut do Betlejem, towarzysząc wraz z nią pogrążonej w depresji Noemi, zbierając razem z nią kłosy, szukając razem z nią sposobu na polepszenie swojej sytuacji życiowej.

Można ją potraktować jako przewodnik do osobistej refleksji lub do dyskusji w grupie kobiet.
Pisałam ostatnie zdanie w liczbie mnogiej, ponieważ skorzystałam z sugestii wydawcy i zaproponowałam wspólne studiowanie tej książki gronu kobiet, z którymi spotykam się od ‘nastu’ lat na tzw. Spotkaniach Babskich.

Pytania w niej zawarte mogą być świetnym kluczem do rozmowy, zachęcania, budowania i wzajemnego pomagania sobie, gdyż nie chodzi tylko o samą przyjemność poznawania nowych treści, ale o to, byśmy miały siłę zmieniać nasze życie. Byśmy stawały się coraz piękniejsze, dojrzalsze, lepsze. By poprawiały się nasze relacje z ludźmi, z samymi sobą i oczywiście z Bogiem. By każda z Czytelniczek mogła stać się Kobietą Wartą Królestwa.
Wierzę, że było to udziałem każdej z nas podczas ponad roku pracy nad tą książką. Ta książka stała mi się bardzo bliska. Jak bliska? O tym może świadczyć jej tragiczna kondycja: kolorowo pokreślona, z zapiskami na marginesach, z dopiskami pod rozdziałami - pomysły na dopełnienie tematu, przeważnie wierszami lub innymi cennymi cytatami, z notatkami na temat tego, czym ja chciałam się podzielić. Nawet zdarzyło mi się ją czymś oblać - bardzo z tego powodu ubolewam. I ma jeszcze coś. Stempelek… Tak to nazywam. Jest to taki szczególny odcisk na okładce - odcisk uzębienia mojego kota, który ‘ostemplowuje’ wszystkie ksiązki, które aktualnie czytam :-).

Wspomnę jeszcze, że książka ta towarzyszyła mi w bardzo trudnych momentach mojego życia. Wtedy, kiedy życie mojego męża było zagrożone. Omawiałyśmy - dokładnie w tym czasie, kiedy zmagał się z chorobą i leżał w szpitalu - serię ważnych tematów. Tytuły dwóch z nich brzmiały: "Nasza postawa wobec trudności i cierpienia pokazuje na stan naszego serca" (to było dokładnie 4 dni po udarze mojego męża), "Nasza postawa wobec okoliczności i wyzwań życia pokazuje stan naszego serca". Po powrocie z jednego ze spotkań napisałam do przyjaciół: …Piszę dopiero teraz, bo przed chwilą wróciłam ze „Spotkania Babskiego”. Miałyśmy bardzo fajny temat: "Nasza postawa wobec trudności i cierpienia pokazuje stan naszego serca". Było to rozważanie oparte na Księdze Rut (według książki Magdy Grabowskiej „Kobieta Warta Królestwa”). Oczywiście oparłyśmy się na Noemi, która stała się Marą z powodu tego, że w obliczu trudnych doświadczeń pozwoliła sobie na narzekanie, oskarżanie Boga i gorycz. Kiedy wcześniej myślałam o tym temacie, przygotowując się do niego, to nie wiedziałam, że będzie on dla mnie swego rodzaju egzaminem praktycznym. Z reguły nie jestem osobą narzekającą i poddającą się przeciwnościom. Problemy, zamiast mnie paraliżować, bardzo często wywołują u mnie nadaktywność :-). Jest jednak jedna charakterystyczna rzecz, której piękny opis znalazłam kiedyś w I Mojżeszowej 15:12 "A gdy zachodziło słońce, ogarnął Abrama twardy sen, wtedy też opadały go lęk i głęboka ciemność". Ze mną bywało podobnie - w dzień aktywna, odpychająca od siebie lęk i smutek, a w nocy... Kochani - teraz nie mam tych lęków. Śpię spokojnym snem. Nie lękam się i ciemność mnie nie ogarnia. To chyba taki stan miał na myśli ap. Paweł, kiedy pisał o spokoju, który przewyższa wszelki rozum. Mam pokój Boży i dziękuję Wam, bo wiem, że Wy go dla mnie wymodliliście…
Chyba już nic więcej nie muszę dodawać.

Zachęcam do spotkania z Magdą. A jeśli nie jest to możliwe - to do kupienia jej książki. W dobie Internetu nie jest to trudne. Spotkanie odbędzie się w siedzibie Zboru Stołecznego Kościoła Zielonoświątkowego, przy ul. Siennej 68/70. Wejście boczne, od ulicy Siennej (domofon nr 4 - drzwi będą otwarte). Proszę zejść do podziemia. Autorka książki opowie nam coś o sobie, podzieli się też refleksją biblijną. Na spotkaniu będzie możliwe zakupienie książki „Kobieta Warta Królestwa” (z autografem :-).

sobota, 11 grudnia 2010

Zaproszenie na wernisaż



Stenia jest moją przyjaciółką. Kobietą, która w wielu dziedzinach mojego życia była dla mnie wzorem, inspiracją. Szczególnie odnoszę się tu do służby/pracy z kobietami.

Z zaproszenia na wernisaż jasno wynika, że Stenia jest malarką. Wyjątkową malarką.
Pewien recenzent jej prac, pan Janusz Cegieła napisał tak: Słowo „prace” nie oddaje istoty tych swobodnych, obdarzonych kolorem szczodrze jak z rogu obfitości, pełnych fantazji, poetyckich, powiedziałbym zdarzeń. Są lekkie i wydają się przychodzić łatwo. Swoboda środków malarskich, nigdy rygoryzm, pozwala autorce przenosić się w mgnieniu oka z jednej rzeczywistości w drugą. Ze świetnego portretu dziecka potrafi zrobić całą symfonię barw i form. Znane elementy codzienności nakładają się na fantazyjne wariacje pejzażu, barwne, rozwibrowane jak niesamowita kwiecista łąka. Nawet mały, nostalgiczny pejzażyk, z zabłąkaną na górskiej ścieżce postacią, tchnie ludzką troską, współczuciem, miłością, trochę sobą zawstydzoną. Ale nie jest to malarstwo skromne, w żadnym razie ascetyczne, raczej już pełne jakby z trudem hamowanego temperamentu i energii, pełne miłości nie tyle samego malarstwa, co życia w każdym z jego przejawów.

Kiedy myślę o Steni, to przypomina mi się hasło z ulotki konferencji dla kobiet „Barwy Życia”, którą ja i Stenia, i grono innych kobiet zorganizowałyśmy. Przy Steni, która również  była jedną z mówczyń, zamieściłyśmy zdanie - Stwórca twórcy. Zdanie to połączyłam z piękną myślą Steve Stockmana: Po drugiej stronie kosmosu, po drugiej stronie czasu, Bóg przeszedł przez chaos i zaczął snuć swe wyobrażenia. Kolory - niebieski, zielony, czerwony i żółty. Wszystkie w pewien sposób ze sobą się mieszały. Jak wyglądałby kolor zielony obok niebieskiego, z cieniutką złotą nicią pomiędzy nimi? Góry. Oceany. Plaże. Rzeki. Drzewa. Kaniony. Doliny. Kształty, faktury, zapachy i smaki. Wszystkie te pojęcia istniały w Bożej wyobraźni jeszcze zanim On zdecydował się je urzeczywistnić i stworzyć Swoje artystyczne arcydzieło – świat. Bóg był Stwórcą. Pierwszą rzeczą, jaką się o Nim dowiadujemy z Pisma Świętego jest to, że był artystą. Bóg stworzył mężczyznę i kobietę na podobieństwo Swoje. Niewątpliwie, artyzm Steni to iskra Boża.

Stenia opowiada o sobie tak: Moi dziadkowie i ciocia byli artystami. Dorastałam więc w domu pełnym obrazów. Nic dziwnego, że moim mottem życiowym stały się słowa: „Sztuka będzie moim mężem, obrazy moimi dziećmi”. Na moje dzieciństwo wpływ miały Biblia, obrazy i fortepian. […] 
Dopiero śmierć Ojca pozwoliła mi spojrzeć na życie z innej perspektywy. Zaczęłam się zastanawiać, jaki jest jego sens i cel. Moim nowym mottem stały się słowa C. S. Lewisa: „Wszystko, co nie jest wieczne, jest wiecznie nieaktualne”, a moją życiową pasją - poznawanie Boga i czynienie Go poznanym. Ukończyłam akademię sztuki, wyszłam za mąż, urodziłam siedmioro dzieci. Patrzenie na nie jako na piękno Bożego stworzenia dawało mi większą satysfakcję niż malowanie. Mój czas był wypełniony zajęciami domowymi i spotkaniami z ludźmi. Czasem, kiedy ktoś ze znajomych artystów pytał mnie, czy wystawiam, opowiadałam: „Tak, pieluchy na balkonie”. Kiedy najmłodsza córka poszła do szkoły, zaczęłam malować. 
Pięć lat temu odwiedziły mnie koleżanki. Uznały, że nie powinnam chować swoich obrazów i zorganizowały dla mnie wernisaż. To dało początek kolejnym wystawom. Podczas wernisaży i wystaw mam okazję opowiadać o działaniu Boga w moim życiu. Odkąd oddałam pędzel Bogu, malowanie sprawia mi radość na tyle, na ile zbliża mnie do ludzi. Jestem wdzięczna Bogu, że poznałam prawdę o Jego miłości, że jest hojnym dawcą, który powiedział: „Ja przyszedłem, aby dać wam życie i aby wasze życie było obfite”. Teraz mogę tworzyć rzeczy, które mają znaczenie, i wprowadzać piękno w dusze i w życie innych ludzi. Obserwuję to, co ukazuje mi Bóg, aby zaświadczyć o tym pędzlem.

Może spotkamy się na wernisażu Steni?

czwartek, 9 grudnia 2010

Audycja Radiowa - po konferencji Głosu Prześladowanych Chrześcijan



Wbrew prawu głosi Ewangelię… w Radio Chrześcijanin

W sobotę 11 grudnia 2010 wyemitowany zostanie obszerny wywiad, który przeprowadziłem 13 listopada z pastorem Maćkiem Wilkoszem, prezesem Stowarzyszenia „Głos Prześladowanych Chrześcijan” oraz z  „bratem Victorem”, podczas jego pobytu w Polsce na Ogólnopolskiej Konferencji GPCh. Victor jest ewangelistą z Malezji. Ze względu na jego bezpieczeństwo nie podaję nazwiska. Usłyszycie, jak stał się chrześcijaninem oraz o tym,  jaka  jest  sytuacja  religijna  chrześcijan  w  muzułmańskiej  Malezji.

Zapraszam w sobotę 11 XII na godz. 20.00.
Powtórka we wtorek 14 XII o godz. 15.45Paweł Jarosz

Zachęcam do wysłuchania tej zapowiadanej w moim wcześniejszym poście audycji. w.j.


środa, 8 grudnia 2010

Fenomen nowego życia 1

Do wpisania tego tekstu na bloga zainspirował mnie pewien piękny wiersz, który nasi Przyjaciele przysłali mojemu mężowi na urodziny. Wiersz zamieszczę w drugiej części. Wygrzebałam więc, w moich komputerowych plikach, swoje stare studium Biblii na temat nowego życia w Jezusie. I pomyślałam sobie, że może warto je troszkę odkurzyć i podzielić się z Wami myślami, które dał mi wtedy Bóg.

Otóż, Bóg przygotował dla każdego z nas nowy początek, nowy start w nowe  życie w bliskiej społeczności z Bogiem. Życie, które zostawia z tyłu przeszłość, której nie jest w stanie zmienić, i podąża za Chrystusem, swoją przyszłością i swoją wiecznością w chwale Bożej.

Ale zacznijmy od początku:

1. Boże wymaganie:

Ew. Jana 3,3: „...Jezus rzekł mu: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego.”
Ew. Jana 3,5: „Odpowiedział Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do Królestwa Bożego.”

Wszystko jest jasne, aby znaleźć się w Królestwie Bożym wymagane jest Boże narodzenie. Niebiańskie odnowienie całego człowieka - jego duszy, ducha i ciała.
Narodzenie się z Ducha jest dla nas zrozumiałe - tylko Duch Święty może dokonać w nas tego dzieła (być jego motorem).
Ale, jak rozumieć narodzenie z wody? Jeśli przyjęlibyśmy, że chodzi tu o chrzest - wtedy musielibyśmy przyjąć doktrynę, że chrzest jest niezbędny do zbawienia, a to znaczy, że łotr na krzyżu nie mógłby  znaleźć się w raju. Łatwiej jest więc przyjąć, że woda może tu być obrazem oczyszczającego działania Ducha Świętego. Bóg wielokrotnie w Swoim Słowie używa właśnie tego porównania.
Ezechiel 36,25: „I pokropię was czystą wodą, i będziecie czyści od wszystkich waszych nieczystości i od wszystkich waszych bałwanów oczyszczę was.”
Bóg nie pozostawia więc człowiekowi większego wyboru. W Ew. Jana 3,7 słyszymy wyraźny nakaz: „...Musicie się na nowo narodzić.” Jest to wymaganie stawiane całej ludzkości - w wymiarze indywidualnym. Każda osoba potrzebuje nowego narodzenia, aby móc znaleźć się w Królestwie Bożym.

2. Czy są inne drogi?

Galacjan 6,14-15: „Co zaś do mnie, niech mnie Bóg uchowa, abym miał się chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa, przez którego dla mnie świat jest ukrzyżowany, a ja dla świata. Albowiem ani obrzezanie, ani nieobrzezanie nic nie znaczy, lecz nowe stworzenie.

Ap. Paweł konfrontuje tu fałszywą pobożność z prawdziwą. Z jednej strony widzimy obrzezanie - reprezentuje ono ten element zewnętrzny, ludzki; formalną, zewnętrzną religijność; własne wysiłki w celu uzyskania zbawienia. Z drugiej - krzyż Chrystusa i nowe stworzenie. Doskonałe dzieło Chrystusa na krzyżu, dzięki któremu zostajemy odkupieni, i dzięki któremu następuje w naszych sercach  wewnętrzna przemiana, dokonana przez Ducha Świętego, ku naszemu odrodzeniu i uświęceniu.
Owo, duchowe odnowienie może mieć swoje jedyne źródło w zjednoczeniu z Chrystusem. I to wystarczy. Żadne zewnętrzne czynniki nie są w stanie nas zmienić - jedyna motywacja i moc pochodzi od Ducha Bożego.

To stworzenie jest nowe. Nowe w sposobie myślenia, w sposobie radowania się (uciechy) i ukierunkowywania swojej energii. Człowiek nagle znajduje się w nowym świecie, do którego dostał się w momencie nowego narodzenia.
Tak więc, człowiek nie potrzebuje być tylko ukrzyżowany z Chrystusem (dla świata), potrzebuje on także być na nowo stworzony. A dokonać tego może jedynie Bóg. Nie zależy to absolutnie od niczego, czego człowiek dokonał, czy chciał  dokonać. Nie zależy to od żadnych przywilejów, które wydaje się człowiekowi, że mu się należą. Człowiek, ze swojej strony, niczego nie jest w stanie wnieść do tego aktu nowego stworzenia.
W Słowie Bożym powiedziane jest, że dla Boga nie jest ważne czy ktoś jest Żydem, czy Grekiem (Gal. 3,28), ale to, czy człowiek został odrodzony, czy nie; czy został odnowiony przez Ducha Świętego, czy nie - czy stare rzeczy odeszły do przeszłości i wszystko stało się nowe.
Dla Boga nie mają znaczenia zewnętrzne oznaki naszej pobożności - On patrzy jedynie na serce i na wnętrze człowieka (I Samuelowa 16,7b). Patrzy, czy zostało ono odnowione i uświęcone Jego Duchem. Tylko to się u Boga liczy.

3. Co więc Bóg pragnie nam dać?

Ezechiel 11,19-20: „Wtedy Ja dam im nowe serce i nowego ducha włożę do ich wnętrza; usunę z ich ciała serce kamienne i dam im serce mięsiste, aby postępowali według moich przepisów, przestrzegali moich praw i wykonywali je. Wtedy będą moim ludem, a ja będę im Bogiem.”

4. Jak się nazywa taki stan?

Rzymian 6,4: „Pogrzebani tedy jesteśmy wraz z nim przez chrzest w śmierć, abyśmy jak Chrystus wskrzeszony został z martwych przez chwałę Ojca, tak i my nowe życie prowadzili.”

Chrzest jest czymś więcej, niż symbolem śmierci - jest prawdziwym uczestnictwem w śmierci Chrystusa. Dla Ap. Pawła uczestnictwo w śmierci Chrystusowej jest rzeczywistością zaistniałą poprzez chrzest i stoi na początku życia chrześcijańskiego Ap. Paweł nie uduchawia tu kwestii nowego życia - nie mówi o jakimś mistycznym wskrzeszeniu do nowego życia, nowego istnienia. Mówi o prowadzeniu nowego życia, „chodzenia w nowym życiu” - dosłownie w j. gr. „i my w nowości życia zacznijmy chodzić”. A więc chodzi mu o moralną postawę chrześcijanina.
Umrzeć z Chrystusem, to nic innego, jak umrzeć dla grzechu i powstać w Chrystusie do nowego życia - życia w posłuszeństwie i sprawiedliwości. Do życia nie dla siebie samych, ale dla Tego, który zmarł dla nas i powstał z martwych.
To nowe życie zostaje uaktualnione nowymi zasadami, nastawione na inny cel i koniec, i przynosi nowe owoce świętości.

Fenomen nowego życia 2

5. Jaki przebieg ma ta przemiana i co ona implikuje?

Efezjan 4,22-24: „Zewleczcie z siebie starego człowieka wraz z jego poprzednim postępowaniem, którego gubią zwodnicze żądze. I odnówcie się w duchu umysłu waszego, a obleczcie się w nowego człowieka, który jest stworzony według Boga w sprawiedliwości i świętości prawdy.”

Ciekawy obraz - zmiana brudnego ubrania na czyste. Czy nie czujemy się w takich sytuacjach od razu lepiej?
Nowy człowiek (nazwany przez Słowo Boże nowym stworzeniem) - to nowy status człowieka. To człowiek, który według II Piotra 1,4 staje się uczestnikiem Boskiej natury. Człowiek stworzony według Boga w sprawiedliwości i świętości prawdy. To jest ta Boska natura. Można też powiedzieć, że ta sprawiedliwość odnosi się do II-ej tablicy przykazań (dotyczy obowiązków nowego człowieka względem ludzi), a świętość do I-ej (względem Boga).

6. Czy jest to tylko coś jednorazowego do przeżycia?

Kolosan 3,10: „A przyoblekli nowego człowieka, który się odnawia ustawicznie ku poznaniu na obraz tego, który go stworzył.”

* ustawicznie - to nie coś, co ustaje, ale coś, co jest:  stałe, nieprzerwane, bezustanne, ciągłe, wieczne / wg. „Słownika wyrazów bliskoznacznych”

Przyoblekanie nowego człowieka zachodzi w sposób ciągły. Można to określić na różne sposoby:
-stała przemiana człowieka
-duchowa przemiana
-wewnętrzna przemiana
-przemiana serca i ducha (Ezechiel 11,19)
-przemiana umysłu (Rzymian 12,2)

Czemu to służy? Służy to, zbliżaniu się do obrazu Tego, który nas stworzył:
- ku poznaniu - przemiana ku temu, aby  Chrystus był w nas poznany (aby widoczne było w nas dzieło Ducha Świętego - Jego owoc i uczynki sprawiedliwości)
- ku uznaniu według obrazu Tego (org. grecki) - na podobieństwo (aby zobaczono w nas podobieństwo, obraz Chrystusa)

7. A jak to wygląda w praktyce?
II Koryntian 5,17: „Tak więc jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe.”

- nowe stworzenie - ta fraza mówi o niesamowitej przemianie; przemianie, która dokonuje się w człowieku i dokonać jej nie może żadna siła, tylko Boża. Chrześcijanin w Chrystusie rzeczywiście staje się nowym stworzeniem - nie tylko posiada od tej chwili odmienne standardy i sądy, niż otaczający go świat, ale również staje się obywatelem całkowicie nowego świata.

- stare przeminęło - stare opinie, podejścia, plany, pragnienia, zasady i zwyczaje przeminęły - poszły w kąt.

wszystko stało się nowe - człowiek przyjmuje zupełnie nowe jakości, nowe prawdy, nowe zasady, nowe zrozumienie celu swojego istnienia i przeznaczenia; nowe uczucia i nowe cele wypełniły i opanowały jego wnętrze.

8. A jak dalece możemy zapomnieć o przeszłości? 

Izajasz 43,18-19a: Nie wspominajcie dawnych wydarzeń, a na to, co minęło, już nie zważajcie! Oto ja czynię rzecz nową: Już się rozwija, czy tego nie spostrzegacie?...
Czyli, jak to mówi mój znajomy kaznodzieja Wally - zero chwały dla szatana. Nie rozkoszujcie się tym, jacy byliście źli. W swoich świadectwach zachowajcie właściwą równowagę: mniej o przeszłości, a więcej o teraźniejszości i waszej nadziei na przyszłość.

9. I... Koniec! Acha, obiecany wiersz.

„Przypowieść o Narodzeniu Pańskim” 

W pewnym człowieku narodził się Chrystus.
Ale ów człowiek nie słyszał
Anielskich harf,
Ani śpiewu pasterzy,
Ani nie przyniósł w darze Chrystusowi
Złota i mirry
Na podobieństwo trzech Mędrców.
Ni e miał złota i mirry,
Ani nie uważał się za mędrca.
Ofiarował  Mu natomiast
Swoją samotność,
Swoje cierpienia,
Swoje grzechy,
Swoją biedę,
Swoje upadki,
Po prostu
Wszystko, co posiadał.
Powiedział:
-Ty zawsze polujesz na człowieka, Panie.
Upodobałeś sobie mnie,
Chociaż nie wiem dlaczego...
Tak się narodził Chrystus w pewnym człowieku.
                                           Roman Brandstaetter

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Kącik dobrej książki

„Malinowy śnieg” Od kilku lat na rynku literatury chrześcijańskiej obecna jest ciekawa  pozycja książkowa. Jest to tomik poezji, autorstwa Eweliny Tołopiło, o bardzo sympatycznym tytule - „Malinowy Śnieg”. Pomysł graficzny wydania tej niewielkiej książeczki jest również sympatyczny i urokliwy - cieszy bogactwem pastelowych kolorów. „Odręczna” czcionka sprawia wrażenie, jakby autorka pozwoliła nam po prostu zajrzeć w swoje prywatne zapiski.
Ponieważ podarowałam „Malinowy Śnieg” mojej siostrze - Dorocie, to przy okazji wykorzystałam sytuację, aby poprosić ją o napisanie kilku słów na temat tego tomiku.

Oto, co napisała:
 „Każdego dnia trzeba posłuchać choćby krótkiej piosenki, przeczytać dobry wiersz, obejrzeć piękny obraz, a także, jeżeli to możliwe, powiedzieć parę rozsądnych słów” powiedział  Johan Wolfgang Goethe.

Przede mną Malinowy Śnieg Eweliny Tołopiło - kieszonkowy tomik urokliwych wierszy, zanurzonych w codziennym naszym trwaniu.
Jaka jest twórczość Eweliny?
Prosta. Każdy tekst to swoista miniatura poetycka, a jednocześnie przekaz niezakłócony niezwykłą, wyszukaną metaforyką. Padają słowa jednoznaczne i zrozumiałe, utrwalające magiczne piękno, które wzrusza, każe zatrzymać się nad wierszem, odkryć go dla siebie.
Kobieca. Takie od serca pogaduszki - okruchy naszej codzienności ułożone w pajdę smakowitego chleba, zwyczajne i niezwyczajne klimaty naszego babskiego trwania.
Pogodna. Świat co prawda niejednokrotnie popada w mokrą depresję, ale nawet paskudna jesień ma wiele uroków i ciepła: to czas ucieczki w głęboki fotel i w siebie, to zapach herbaty i wymuszone spowolnienie. I wiara, że w perspektywie jest radosna radość. 
Czytając Malinowy Śnieg, chciałoby się zawołać z innym poetą: Nic mi, o świecie, radości twej zmącić niezdolne. I dla tego odkrycia warto sięgnąć po wiersze Eweliny Tołopiło.

 Anna Kamieńska, znana polska poetka, powiedziała: „Odkrywamy w poezji coś z prawdy własnego serca”. Oto prawdy, które wyczytały w wybranych wierszach Eweliny Topiło słuchaczki kolegium nauczycielskiego, moje „uczennice”.  Dorota Bator

Urodziny
... Wiersz można zinterpretować jako opis stanu uczuć w dniu urodzin, kiedy po głowie chodzą różne myśli o własnym życiu i o życiu w ogóle. To dzień refleksji i zadumy nad tym, co było, co jest i co będzie. Dziwne, że ten wiersz do mnie trafił... Niedawno miałam urodziny i podobnie żegnałam się z bólem i troską przeszłości, wypowiadałam wojnę mękom teraźniejszości.
... Odczytuję ten wiersz również w odniesieniu do każdego nowego dnia, który zostawia minione chwile gdzieś z tyłu. Ceni się to, co jest teraz. Teraz należy przemierzać  drogę, teraz należy coś pokonać, zrobić.
... Tytułowe Urodziny to może być również dzień, w  którym życie wkracza na nowy tor, na drogę do lepszej przyszłości. W ostatnich słowach wiersza dostrzegam światełko nadziei.
... Utwór nastawił mnie pozytywnie. (...) Teraz pełna gotowości  i wytrwałości będę wyczekiwać, co przyniesie mi przyszłość.  Dominika D.

Sweterek marzeń
... Sweterek ... ten może symbolizować nasze życie, które zbudowane jest z różnych chwil. Przypomina o tym wszystkim, co dla nas ważne: o zdarzeniach, marzeniach, mądrości, wątpliwościach. To my sami przez całe nasze życie dziergamy taki sweterek ... Należy pamiętać jednak o tym, że życie ma się tylko jedno i nie można powiedzieć: Albo wiesz co? Zrobię dwa.   Agata Cz.

Smutek
... Wiersz niesie przesłanie, że każdy smutek kiedyś minie. (...) Często spotykają nas przykrości, przeżywamy trudne chwile. Lecz bez względu na to, jak wielka jest wówczas nasza rozpacz i bezsilność, z pewnością miną. Wtedy znów możemy podnieść się z dna i spojrzeć na świat, na nowo go odkrywając.
... Smutek jest szary i szare są myśli smutnego człowieka, który nie dopuszcza do siebie żadnych krzepiących refleksji. (...)
... I choć czas jest nazywany wrogiem człowieka, to czas może sprawić, że smutek stanie się przeszłością i będzie coraz bardziej się od nas oddalał, stając się wspomnieniem pośród lepszych, coraz lepszych, aż w końcu wspaniałych i pięknych dni. Szkoda tylko, że smutny człowiek nie zawsze jest w stanie w to uwierzyć. Anna G.

Lepsza jutrzejszość
... Słońce, ogólnie przyjęty symbol Boskiej opatrzności, wróży nadejście bezpiecznego i nieuniknionego jutra.
... Z utworu płynie myśl, aby doceniać każdy dzień i z nadzieją oczekiwać na każdy kolejny.
... Należy pamiętać, że warto pokonywać wszelkie trudności, bo zachodzące słońce zwiastuje lepszą jutrzejszość, i pozwolić radować się sercu najmniejszymi drobiazgami. Małgorzata G.

W cieniu platana
... Życie nie zawsze przynosi nam same przyjemności, czasami są to gorzkie łzy, lecz trzeba powstać i dalej brnąć do przodu, bo to całe nasze życie jest w plamy.
... Musimy być szczęśliwi i czerpać z życia jak najwięcej i dawać z siebie jak najwięcej, uparcie dążyć do wyznaczonego celu. Należy być wdzięcznym za dar życia i mieć siłę do walki i obrony, do zmierzenia się z kolejnymi przeciwnościami losu, których w życiu nie ubywa. Urszula H.

Sama autorka pisze o sobie: Kiedyś powiedziałam do kogoś, że „nie umie” poezji. A ten ktoś poradził mi, bym spróbowała nauczyć się jej, bo poezja jest przychylna ludziom. I tak się zaczęło. Na samym początku Uciekałam przed czasem, by później już spisywać swoje myśli, nazywając je wierszydłami.
Malinowy Śnieg to efekt dość natarczywego zachęcania mnie przez Przyjaciół, za które jestem bardzo Im wdzięczna. Być może moje myśli zajrzą i do Twojego serca i znajdą tam bliźniacze dusze...?

***

I na koniec sympatyczny prezent pod choinkę:

Witam serdecznie,
Chciałabym zawiadomić, że nagraliśmy płytkę CD z recytacją 29 wierszy z Malinowego Śniegu. Koszt takiej płytki to 10 zł. A jeśli ktoś jeszcze nie ma tomiku to w promocji komplet kosztuje 20 zł.  Wiersze są recytowane przez 3 osoby przy muzyce Zbyszka Wierzchowskiego (mój pastor).

                                                                       Pozdrawiam serdecznie
                                                                                  Ewelina

Płytkę i poezję można zamówić bezpośrednio u autorki - Eweliny Tołopiło. 

środa, 1 grudnia 2010

Świąteczna magia

CZY ŚWIĘTA „BOŻEGO NARODZENIA” SĄ RZECZYWIŚCIE ŚWIĘTAMI PAMIĄTKI NARODZENIA JEZUSA CHRYSTUSA?

Wbrew pozorom nie jest to święto, które weszło do chrześcijańskiego kalendarza wraz z narodzeniem Chrystusa.
W dniu tym, w starożytnym Rzymie, poganie obchodzili (Sol Invictus) Święto Narodzin Niezwyciężonego Słońca.
Temu pogańskiemu zwyczajowi Kościół Katolicki uznał za właściwe przeciwstawić Chrystusa jako Słońce Sprawiedliwości i zamienił dzień Narodzin Niezwyciężonego Słońca na narodziny Zbawiciela Świata. Tak oto w IV wieku naszej ery (za cesarza Teodozjusza I Wielkiego) powstało Święto Bożego Narodzenia. (Przez pierwsze kilkadziesiąt lat obchodzono je 6-go stycznia, a potem przeniesiono na 25-go grudnia)
Nie od razu, oczywiście, w obecnym kształcie. Nim do tego doszło, ten chrześcijański zwyczaj przeszedł długi i skomplikowany proces historyczny, którego pierwsze stadia giną w pomroce dziejów. Zwyczaje ludowe i obrzędy religijne różnych wyznań, narodów i kręgów kulturowych nawarstwiały się na przestrzeni wieków, splatały ze sobą, łączyły w najróżniejsze formy, a każdy kraj zabarwił je specyficznymi cechami rodzimej kultury i nadał im własną treść. Warto wiedzieć, że związane z Bożym Narodzeniem tradycje, przestrzegane dziś w polskich domach, mają bogatą historię - często legendę.

Wigilia. W początkach chrześcijaństwa odbywały się w kościołach z okazji Narodzin Chrystusa, po nabożeństwie i ofierze mszy świętej, wspólne uczty zgody i miłości bratniej tzw. agape. Z początku bogobojne i skromne, z czasem przerodziły się w rozwiązłe biesiady. W trosce o dobre imię kościoła Sobór Laodycejski (IV wiek) wyraźnie ich zabronił. Odtąd chrześcijanie odbywali je wraz z rodziną i domownikami wyłącznie w swoich domach. Tak narodziła się wieczerza wigilijna. (vigiliare - z łac. czuwać - oznacza dzień przed ważnym świętem)

Do wieczerzy zasiadano, kiedy pojawiła się pierwsza gwiazdka, która przed wiekami wskazała pasterzom i mędrcom drogę do stajenki. Przy stole koniecznie musiała siedzieć parzysta liczba osób, nieparzysta - a zwłaszcza 13 - wróżyła niepomyślność. Kto był bez pary, ten następnej wigilii nie doczekał. Tradycja nakazuje, aby podczas wieczerzy zawsze było jedno wolne nakrycie symbolizujące pamięć o tych, którzy niegdyś zasiadali przy stole, a nie ma ich już wśród żywych (wierzono, że duchy zmarłych przodków odwiedzają w tym okresie domostwa). Było to także nakrycie dla zbłąkanego wędrowca. Od stołu nie można było wstać przed zakończeniem kolacji - wróżyło to niedoczekanie następnej.

Na białym obrusie musiała stać nieparzysta liczba potraw. U chłopów było ich 7, w domach szlacheckich 9, a w pańskich 11. Później utrwaliła się liczba 12 postnych potraw - tylu, ilu było apostołów. Należało spróbować wszystkiego, choć po łyżeczce. Oczywiście, że te potrawy wigilijne nie mogą być ot, takie sobie, zwyczajne, ponieważ wszystko, co tego wieczora się dzieje, ma znaczenie magiczne albo wróżebne. Dziewczęta, które miesiły ciasto chlebowe, z nieobtartymi rękami biegły do sadu i dotykały drzew, dla lepszego urodzaju. Przy posiłku każdy dostawał swój kawałek placka, który powinien ugryźć, a resztę schować. Nazajutrz należało pieczywo obejrzeć. Gdy spleśniało - zły to omen. Dania powinny być złożone z darów naszych lasów, pól, i wód. I tak, na polskim wigilijnym stole miały prawo znajdować się wyłącznie potrawy z ziarna, mąki, kaszy, grzybów, owoców, orzechów, miodu, no i oczywiście, różnorakie dania rybne. Najstarszy z rodu miał obowiązek rzucić łyżką kutii ku powale i z przylepionych ziaren wnioskować o przyszłorocznym urodzaju. Z jedzenia wigilijnego trochę się bydłu i ptactwu domowemu dostawało, ale też i wilkom, aby później, nie proszone, do zagrody nie przychodziły. (Trzeba wspomnieć, że Wigilia to szczególny dzień zbratania między wszelkim stworzeniem. Temu służyć miało dzielenie się opłatkiem, który także do stajen i obór zanoszono. Wierzono też, że w noc wigilijną zwierzęta ludzkim głosem mówią.)

Owe wigilijne potrawy stały na stole słomą podściełanym - na znak narodzenia Jezusa w stajence. „Po wieczerzy można było z siana tego wróżyć: Długie i proste źdźbło oznaczało szczęśliwe długie życie, krótkie i pogięte - chorobę lub śmierć. Ta panna, która wyciągnie źdźbło zielone wyjdzie za mąż już wiosną, zwiędłe wróży długie czekanie, a żółte - staropanieństwo. Potem słomą tą drzewa owocowe obwiązywano, a to dla lepszego urodzaju lub dawano bydłu, aby się dobrze chowało. W czterech kątach izby, gdzie odbywała się wieczerza stawiano zgodnie z tradycją pogańskich godów cztery snopy zboża, aby dobrze się darzyło. Z przypadkowo wyciągniętych źdźbeł wnioskowano o urodzaju, a także o prognozie na długie życie. Parzysta liczba ziaren w kłosie oznaczała rychłe zamążpójście (lub ożenek).”

Dzielenie się opłatkiem właściwie rozpoczyna wigilię. Z łac. oblatum, czyli dar ofiarny. Zwyczaj pochodzi z pierwszych wieków chrześcijaństwa, gdy wierni podczas mszy odprawianej z okazji narodzenia Chrystusa przynosili do kościoła chleb, aby ofiarować go Bogu. Z tego chleba kapłani brali tylko tyle, ile potrzebowali do konsekracji, resztę rozdawali w kościele, jako znak duchowej jedności i miłości braterskiej. Cieniutkie opłatki pojawiły się w Europie około VIII w., w XV w. dotarły do Polski.

W trakcie wieczerzy wigilijnej śpiewa się lub słucha kolęd. W katolickich rodzinach powinno się pójść na Pasterkę. (Po której chadzano do potoku, by umyć nogi, aby się choroby nikogo nie imały.)

U powały obowiązkowo wieszano jemiołę, która miała przynosić rodzinie i domowi pomyślność.

A skąd się wzięła choinka? Zofia Kossak w „Roku Polskim” pisze tak: „Na równi ze światem antycznym, nasi przodkowie wierzyli, że zmarli zazdroszczą żywym pozostawania na ziemi. Żeby wiec nie narazić się im, co więcej, obłaskawić, zawieszano w polskich chatach u pułapu ścięty wierzchołek świerka, jodły lub sosny, zwany ‘podłaźniczką’. Zawieszano ją szczytem w dół nad stołem wigilijnym, i strojono tradycyjnie jabłkami, wydmuszkami z jaj i piernikowymi figurkami.” Z czasem podłaźniczkę zastąpiono niemiecką choinką (XVIII w.), stojącą już prosto, wierzchołkiem do góry. Choinka to symbol nadziei, długowieczności i zwycięstwa. Wiecznie zielone drzewko o czarodziejskiej mocy chroniącej przed złem. Jabłko według dawnych wierzeń było pokarmem dla zmarłych, zabezpieczało przed chorobami, pomagało w sprawach miłosnych, było symbolem miłości, mądrości i nieśmiertelności. Zabawki z wydmuszek (bombki od XIX w.) symbolizowały siłę odradzającego się życia, płodność i dobrobyt. Świece (lampki) to symbol ogniska domowego, oczyszczenia, wieczności. Mają też przypominać o przyjściu na świat światłości - Jezusa Chrystusa. Łańcuch to symbol węża-kusiciela.
Szopka Betlejemska - legenda głosi, że pierwszą szopkę zrobił św. Franciszek z Asyżu. (XIII w.) Oczywiście, Jezus nie narodził się w typowej dla nas stajence ani szopce, ale w grocie skalnej, która w tamtych rejonach służyła pasterzom i ich trzodom za nocne schronienie. Żłóbek zaś, był wykutym w skale wgłębieniem.

Święty Mikołaj. Legendarny św. Mikołaj żył na przełomie III/IV wieku i był biskupem Miry w Azji Mniejszej, znanym z dobrych uczynków i rozdawania prezentów. Był jednym z najważniejszych świętych prawosławia. W IX wieku „dotarł” do Europy Zachodniej. W XVI w. do domów niemieckich i holenderskich. Do Polski w XVII w. W dniu jego imienin dzieci w bogatych domach dostawały drobne podarki. Od stu lat Mikołaj odwiedza polskie domy w wieczór wigilijny. (Szwedzkie dzieci odwiedza 13-go grudnia święta Łucja. W Ameryce 25-go grudnia do dzieci przychodzi Santa Claus. Do dzieci niemieckich przychodzi Frau Berta. We Włoszech 6-go stycznia podarki przynosi dzieciom Wiedźma Befana, ... itd)

Od 25-go grudnia, po wigilii, rozpoczynało się kolędowanie. „Kolędnicy dla uświetnienia obchodu maskowali się w kozy, konie, wilki i ...niewiasty, które same do orszaku dołączyć nie mogły. Wodzili też z sobą kolędnicy turonia, czyli odzianego w skóry potwora z wielką drewnianą paszczęką. W kolędzie samo duchowieństwo chętnie brało udział. Ksiądz przyjeżdżał, życzył błogosławieństw wszelakich, o Królestwie Bożym prawił, czeladź domową z katechizmu egzaminując. Po wyjściu plebana panny biegły do stołka, na którym duchowny siedział; ta, co pierwsza na krześle usiadła, wróżyła sobie niedługie zamążpójście.”

Święto Trzech Króli. (Biblia nie określa ich liczby i nie podaje ich imion) Przybywali z daleka. Zwano ich mędrcami albo magami. Przynieśli w darze Jezusowi kadzidło - symbol boskości, złoto - oznaczające królewską władzę i mirrę - zapowiedź męczeńskiej śmierci.  Od wczesnego średniowiecza zaczęto nazywać ich z imienia: Kacper, Melchior i Baltazar. Od czasu renesansu ich święto przypada na 6-go stycznia. Kulinarnym rarytasem w to święto były potrawy szykowane z dodatkiem słodkich migdałów, które jako symbol radości, bogactwa, szczęścia w miłości, płodności - zarówno dla ludzi, zwierząt, jak i ziemi, stanowiły podstawę do kolejnej wróżby. Jest to też ostatni dzień, kiedy wypada jeszcze wręczać gwiazdkowe podarki i składać życzenia. „W tym dniu rozbiera się choinkę, usuwa świąteczne dekoracje. Czas świąt Bożego Narodzenia dobiegł końca. Nie napawało to jednak nikogo zbytnią melancholią, jako że wszystkich czekało teraz kilka tygodni karnawałowych uciech.” „Nie masz nad karnawał czasu weselszego. Ciemne poranki adwentu, kiedy to o piątej na roraty trzeba wstawać, weselszymi się stawały, jeśli tylko panna czy kawaler pomyślał o uciechach, jakie zawsze po świętym Sylwestrze nastają.”

Drogi Czytelniku, może teraz spodziewałeś się, że wreszcie odpowiem na pytanie zawarte w podtytule. Jak widzisz, nie ma już na to miejsca. Ale zachęcam, pomyśl i odpowiedz sobie sam...

BIBLIOGRAFIA - podaję tytuły artykułów, z których korzystałam:
„Staropolskie świętowanie: karp, gorzałka, turoń, sanie” -  Maja Wolny; „Na wigilijnym stole (i w okolicy)” - Jerzy J. Kaczmarek; „12 dań, bo tylu było apostołów”; „16 wieków tradycji: Boże Narodzenie”; „Wół, osioł i inne zwierzęta czyli świadkowie Bożego Narodzenia”; „Dzisiaj wigilia” - Marzena Filipczak; „Wieczór słodkich migdałków”; „Prawosławne Boże Narodzenie”; „Rok Polski” - Zofia Kossak.

wtorek, 30 listopada 2010

Dary Adwentu

James Sandell - tłum. Wala Jarosz

Każdego roku z takim samym podnieceniem wyglądam świąt Bożego Narodzenia. Moim ulubionym zajęciem jest przygotowanie listy prezentów. Zauważyłem, że ostatnio moje życzenia są bardziej praktyczne. Zamiast prosić o rzeczy drogie, a czasem ekstrawaganckie, umieszczam na swojej liście prezentów rzeczy, które są mi po prostu potrzebne.

Z czasem zacząłem też odkrywać, że Bóg dał światu na Boże Narodzenie również praktyczny prezent. Bóg ofiarował swojego jednorodzonego Syna, Jezusa Chrystusa. Pomimo tego, że koszt tego prezentu był niewyobrażalnie wysoki, to Jezus nie stał się ekstrawaganckim darem, który należy położyć na widocznym miejscu na półce i podziwiać. Boży Syn to dar, którego każdy mężczyzna i każda kobieta potrzebuje każdego dnia.

Jezus jest najlepszym, najbardziej praktycznym prezentem, jaki kiedykolwiek ktoś mógłby otrzymać. Prezenty pod choinką, nawet najpraktyczniejsze, bledną w porównaniu z Nim. Umiejscowienie Jezusa na czele listy moich prezentów pozwoliło mi spojrzeć na święta Bożego Narodzenia z właściwej perspektywy.

W moim kościele wiele dzieje się podczas Adwentu. Naszym zwyczajem jest, każdego tygodnia grudnia, zapalanie kolejnej świecy adwentowej. Ta prosta czynność kojarzy mi się ze stopniowym odkrywaniem Bożego doskonałego prezentu.

Pierwszym darem jest nadzieja.
Ten kolorowy pakunek zawiera przypomnienie Bożych obietnic i Jego wierności. Nasz Niebiański Ojciec pozostaje zawsze wierny, nawet wtedy, gdy my zawodzimy. Tak więc, poprzez antycznych proroków, Bóg obiecał posłać Odkupiciela. Anioł polecił Marii nazwać go Jezus, gdyż to On miał zbawić swój lud od grzechów. Jezus uwolnił ludzkość od tyranii grzechu. Jezus pokonał śmierć i ofiarował prawdziwe życie tym, którzy za Nim podążą. Jezus obiecał nam, że nigdy nas nie opuści i nigdy nas nie porzuci. Zapewnił nas, że nic nie jest w stanie oddzielić nas o Niego. Zawsze możemy być pełni nadziei ponieważ nasz Pan jest blisko.

Drugim darem jest miłość.
Oddanie siebie jest wyrazem głębi prawdziwej miłości. Bóg objawił nam swoją miłość, kiedy my wciąż byliśmy jeszcze Jego wrogami. On kochał zbuntowanego człowieka, zanim ten uświadomił sobie Jego istnienie. Nasze ubogie zrozumienie oddania i miłości istnieje tylko dzięki temu, że Bóg pierwszy pokazał nam, co to znaczy kochać. Bóg tak ukochał świat, że poświęcił swojego jedynego Syna. Boża miłość do nas nigdy się nie skończy. Każdego dnia kieruje On naszymi krokami i podtrzymuje nas ramionami swojej wiecznej miłości. Bożej miłości nigdy nie ubędzie. Jej blask nigdy nie zblednie.

Trzecim darem jest radość.
Radość nie jest tylko ciepłym, upajającym uczuciem pojawiającym się przy szczególnych okazjach naszego życia. Bóg dał nam radość wypełniającą nas w każdych okolicznościach. Prawdziwa radość rodzi się z relacji z Bożym Synem, z Jezusem Chrystusem. Jakub w swoim liście radzi wierzącym, aby poczytywali sobie za powód do radości próby, przez które przechodzą. Ap. Paweł podkreśla, aby zawsze się radować... i za wszystko dziękować. Radość w każdym czasie, jest owocem relacji, jaką posiadamy z tym, który jest dawcą radości. Jego radość może być naszą radością każdego dnia. Żadne okoliczności nie są w stanie ograniczyć radości czerpanej od naszego Pana. Radość jest rzeczywistością przenikającą każdą dziedzinę naszego życia.

Czwartym darem jest pokój.
Pieśń aniołów objawia nam kolejny Boży dar. Pokój ludziom na ziemi. Boży pokój, to coś więcej niż zakończenie wojny czy konfliktu. Pokój w Jezusie chroni serc ludu Bożego. Boży wewnętrzny pokój rozwija się w nas dzięki pozycji, jaką mamy w Chrystusie. Przyjmując Go, stajemy się z Nim współdziedzicami Bożych dóbr. Wszystkie bogactwa niebios należą do nas. Boży pokój nie jest czymś, co objawi się dopiero w przyszłości. Jest to rzeczywistość w życiu każdego z tych, którzy sprawili Bogu przyjemność przyjmując Jego dar - dar Jego Syna.

Jest jeszcze jedna świeca - stawiamy ją do środka wieńca. Biała świeca adwentowa symbolizuje Chrystusa. Ukrywa w sobie tajemnicę, jak otrzymać i jak używać Boże dary. To ona przypomina nam, że mamy światło i życie tylko dzięki Jezusowi. Jego imię Emmanuel - Bóg z nami, oznacza, że Jezus otworzył nam drzwi do relacji z Bogiem. To codzienne obcowanie z naszym Panem jest dla nas źródłem nadziei, miłości, radości i pokoju przez cały rok.


Dary, które otrzymujemy od rodziny i przyjaciół przynoszą chwilową radość. Nawet najbardziej praktyczne prezenty starzeją się i zużywają. Boże dary, ofiarowane w Betlejem lata temu, są ciągle nowe i świeże każdego dnia. Prezenty, które otrzymaliśmy w Jezusie Chrystusie mają wieczną wartość. Nadzieja, miłość, radość, pokój nie potrzebują określonego czasu gwarancji. Ich jakość nigdy nie zawodzi. Boże dary promienieją jak świece na adwentowym wieńcu. Światło Bożych prezentów wypełnia nasze życie na zawsze.