wtorek, 31 grudnia 2013

Życzenia na Nowy Rok 2014

Niech prostują się przed tobą twoje drogi,
A wiatr niech zawsze wieje ci w plecy.
Niech słońce zawsze świeci ci w twarz,
A deszcz łagodnie zrasza twoje pola.
niech Bóg - aż spotkamy się znów -
Ukryje cię w swej dłoni i niech cię strzeże.

stare błogosławieństwo irlandzkie










Z poświątecznej perspektywy

Od kilku dni coś mi w duszy gra. Jeszcze sama nie wiem, jak to wyrazić, abyście mnie właściwie zrozumieli.
Chodzi mi chyba o istotę tych i każdych innych Świąt.

Mianowicie, wspominając te Święta, stwierdzam, że to były mile, spokojne, rodzinne Święta. Sympatyczna Wigilia w szerszym, kilku pokoleniowym rodzinnym gronie. Pierwszy dzień Świąt spędzony na pełnym odpoczynku. Nawet na nabożeństwo nie trzeba było się zrywać, bo zaczynało się w samo południe. Po nim, wiosenna aura zachęciła nas do spaceru po parku. W domu poobiednia drzemka. Całkiem zasłużona po dość intensywnie spędzonych kilku tygodniach. Drugi dzień Świąt spędzony w gronie najbliższej rodziny - dzieci z wnukami. Piękne Święta… .

Kiedy jednak bardziej się nad nimi zastanawiałam, to stwierdziłam, że takich powodów do rodzinnych spotkań, w mniej lub bardziej poszerzonym rodzinnym gronie, jest w ciągu roku wiele i wszystkie wyglądają podobnie. Celebrujemy dnie babci i dziadka, urodziny, rocznice, wigilie i święta… . Wszystko prawie tak samo. Różnicę, że jest to spotkanie świąteczne, czyni jedynie dekoracja i zestaw potraw na stole. 
Dlaczego tak jest? Chyba dlatego, że łączy nas wszystko, co ważne i dobre, oprócz tego najważniejszego - jedności duchowej. I w takiej sytuacji trudno jest nadać tym świątecznym spotkaniom głębszy, duchowy wymiar.

Po tej obserwacji troszkę się zasmuciłam, ale szybko znalazłam dla siebie pociechę. Dla mnie cały Adwent był jedną wielką Wigilią i jednym wielkim Świętem Pamiątki Bożego Narodzenia. 
Spędzałam go w różnych miejscach, na różnych  spotkaniach, z różnymi ludźmi. Z tymi, którzy chcieli usłyszeć, zrozumieć, poczuć coś więcej niż tylko gorączkę świątecznych zakupów, porządków i przygotowań. Chcieli zrozumieć ich ogólny sens i znaczenie. I to znaczenie bardziej osobiste też.
Ucieszyła mnie myśl, że zorganizowane przez nas wigilijne spotkania, dla niektórych, mogły być najpiękniejszym momentem tego roku, a może nawet kilku ostatnich lat. Dla niektórych - to były ostatnie takie chwile na tym ziemskim padole. Warto było przy nich być, pochylając się nad ich cierpieniem i bólem, kojąc go dotykiem, uśmiechem, ciepłym słowem. Być kolędą, jak to śpiewa Beata Bednarz.

A więc... Z poświątecznej perspektywy widzę, że miałam piękne Święta.
Piękne z wielu różnych powodów.







wtorek, 24 grudnia 2013

Kilka myśli na Święta, modlitwa i życzenia

Narodził się Zbawiciel 
Ciemności nocy rozświetliło światło, smutek zamienił się w radość, beznadziejność ustąpiła miejsca nadziei, czas spełnienia nastąpił po czasie oczekiwania - bo narodził się Zbawiciel, którym jest Chrystus Pan
Choć nic się nie zmieniło, to jednak wszystko jest inne. Człowiek wciąż odstępuje od Boga, ale Bóg przychodzi by go ratować, człowiek ściąga na siebie potępienie, ale otrzymuje szansę wybawienia, śmierć przerywa nić życia, ale zastąpi je nowe życie - bo narodził się Zbawiciel, którym jest Chrystus Pan
Raz jeden przyszedł na świat Boży Syn, ale wciąż przychodzi. Raz jeden anioł ogłosił radosną wieść a ona rozbrzmiewa przez wieki. Raz jeden wierzący oddali pokłon Dzieciątku a co roku wielbią Je w kolędach. Raz jeden była cicha noc a wciąż przeżywamy ją na nowo - bo narodził się Zbawiciel, którym jest Chrystus Pan. Radosne wieści milkną w mrokach niepamięci, ale Ewangelia rozbrzmiewa nieustannie. Rodzą się i umierają kolejne pokolenia, ale Syn Człowieczy żyje wiecznie, Tracą wartość kolejne prawdy i obietnice, ale obietnica Bożej Prawdy trwa niezmiennie. Dawne „dziś” już nie istnieje, ale to jedno „dziś” powtarza się wciąż - bo dziś narodził się nam Zbawiciel, którym jest Chrystus Pan.  Ks. Henryk Czembor

***

Najbardziej zdumiewającym wydarzeniem w historii ludzkości nie był dzień, w którym Bóg podzielił się swoją miłością, stwarzając człowieka na swój obraz i podobieństwo, lecz dzień, w którym z miłości do człowieka Bóg sam stał się jednym z nas. Ks. Karol Macura „Porządkowanie codzienności”

***

Radosna Nowina! 
Co to jest radosna nowina? Radosną nowiną jest to, że Bóg stał się człowiekiem, żeby jako człowiek przeżył całe ludzkie życie. 
Radosną nowiną jest to, że wszystko, co przeżył - samotność, bieda, śmierć - było drogą do zmartwychwstania. 
Żyjemy w czasach, w których mówi się dużo o naszej egzystencji, o naszym życiu na ziemi. Jedynym sensem życia jest poświęcić się dla kogoś, kochać kogoś - to stanowi o jego całości. Jezus przeżył całe ludzkie życie i nadał sens wszystkiemu, co nas może spotkać.  Ks. Jan Twardowski „Bliżej Jezusa” (zebrane wiersze i komentarze ewangeliczne)

***

Współczesny Adwent 
Czas wyciszenia i pokuty zagłusza skomercjalizowany jazgot, sztuczna wesołość i szaleństwo zakupów. Paradoksy w życiu przeciętnego chrześcijanina i Kościoła to: infantylny nastrój towarzyszący oczekiwaniu na najradośniejsze święta i brak radości, bo pod powierzchnią adwentowej tradycji czai się pustka. 
Znane z pocztówek bajkowe, zimowe pejzaże ze Stajenką w tle należałoby zastąpić apokaliptycznym obrazem tego, co naprawdę zaszło (Obj. Jana 12:1-5 i 7-9). [...] Dziś odczuwam potrzebę odmitologizowania powstałego w moim umyśle obrazu. Pamiętam ile trudu kosztowało mnie w późnym dzieciństwie zastąpienie klimatu ośnieżonej Stajenki palestyńskim krajobrazem i realiami ówczesnego życia. 
Dziś pragnę czegoś więcej. Chcę zobaczyć to, co stało się naprawdę. W Adwencie odkrywam nowy wizerunek przychodzącego na świat Dzieciątka Jezus. Odbywa się to w duchu walki. Tak jak wówczas trwał bój Ciemności z Jasnością, tak dzieje się i dziś. Jest to nieustanny bój o człowieka, jego duszę, jego zbawienie. 
Miłość nowonarodzonego Zbawiciela przekłada się w języku militarnym na walkę o pojedynczego szeregowca. To jest klimat współczesnych Świąt - aura niepokoju, wojen, terroru i zagrożenia naprzeciw walczącego o ciebie i o mnie Chrystusa. Z dniem narodzin Jezusa rozpoczęła się już Golgota. Walka trwa. Moim zadaniem jest stanąć po właściwej stronie... 
Rozważanie to pochodzi z książki Aleksandry Błahut-Kowalczyk pt. Nieuchronność. Jak pisze sama autorka: „Nieuchronność” - kolejny tomik biblijnych miniatur - jest próbą rozprawienia się z czasem mi darowanym, przeżytym przez ludzi i dzięki ludziom. Nieuchronność zmierza ku spotkaniu z Wiecznością i jej Panem.

***

Panie nasz, niepojęty Boże, pokaż nam drogę do Ciebie. Stoimy bezradni w ciemności, a Ty jesteś światłością świata. Niepokój nas męczy i rozpacz, a Ty jesteś naszym pasterzem. Nie Twoich słuchamy przykazań, bo inni tyle chcą od nas. O, daj nam nareszcie być sobą, pokaż nam drogę do Ciebie. Prawdziwej nas naucz miłości, objaw nam wiarę i nadzieję. Dotknij nas, Panie, swą dłonią, bądź drogą, radością i życiem. (autor nieznany)

***

Uczyńmy te Święta czasem uwielbienia. Jezus dzisiaj nie jest bezbronnym dzieciątkiem  w tym miejscu, gdzie się urodził, ale jest Panem tego świata. Z tego powodu, Święta te nie powinny być dla nas tylko emocjonalnym uniesieniem, ale uświadomieniem sobie prawdy, że Jezus Chrystus przyjdzie wkrótce po raz drugi.





Wiersz z dedykacją...

... dla mieszkańców warszawskiej Pragi

Lud, który chodzi w ciemności, ujrzy światło wielkie, nad mieszkańcami krainy mroków zabłyśnie światłość. Ks. Izajasza 9:1


Czy się narodzisz?

W cichy, grudniowy, śnieżnobiały wieczór
Zaglądam do domów ludzi nieznanych
Widzę jak się bawią, martwią
Śpią i zamyślają
I jak u niektórych pustka z oczu bije
Jedni są szczęśliwi
Mają siebie, dzieci
Inni z boleścią na twarzy i skłonioną głową
Jedni uśmiechnięci, inni odurzeni
Jedni są szczęśliwi, inni strachu pełni
... I szukam wśród ludzi Ciebie dobry Panie

Jesteś ukryty w małym pudełku
Zakurzonej księdze
Wyschniętym kropidle
Wisisz na krzyżu z umęczoną twarzą
Albo leżysz w żłóbku
Mały, nieruchomy

Jak to się dzieje, że rodzisz się tylko
Wśród nocnej ciszy i w małej stajence
A moc truchleje jedynie w kolędzie
Dlaczego Ty, taki święty,
Żywy, wielki, wieczny
Umarłeś w domach tylu ludzi grzesznych?

Może w ten cichy, grudniowy,
Śnieżnobiały wieczór
Narodzisz się
W sercach ludzi utrudzonych
Wniesiesz bogactwo życia i nadziei
Na lepsze jutro
Na szczęście w wieczności...


Ewelina Tołopiło, Malinowy Śnieg, 2006.





Hej, kolęda, kolęda...!

Niedawno usłyszałam w TV czy w Radio, że o Świętach możemy zacząć myśleć, kiedy na falach eteru zabrzmi „Last Christmas” zespołu „Wham”. Zdziwiły mnie te wieści z jednego podstawowego  powodu - treści tej ‘christmasowej’ piosenki. Z dodatkowym zastrzeżeniem do osoby samego wykonawcy (Georga Michela). Jakoś nie pasuje mi on do roli heralda, ogłaszającego, że zbliża się kolejne Boże Narodzenie.

Oczywiście, dalej tego wątku nie zamierzam rozwijać. Bardziej chcę się skupić na tym, że współczesna kultura robi wszystko, aby ograbić Boże Narodzenie z jego prawdziwego znaczenia. Dlatego, stare dobre kolędy giną ostatnio w gąszczu ‘jingle bellsów’ i im podobnych. Szczególnie zauważalne jest to w nagraniach, puszczanych przez radio czy w sklepach. 
Ktoś zauważył, że śpiewa się o srebrnych dzwoneczkach, brzęczących dzwoneczkach, dzwoneczkach przy saneczkach, a przestało się śpiewać o dzwonach kościelnych, ogłaszających narodziny Dzieciątka w żłobie. A przecież melodyjne, bogate i głębokie w treść kolędy niezliczoną liczbę pokoleń informowały o prawdziwym powodzie tych świętych dni.  

To właśnie kolędy śpiewamy w tym radosnym okresie pamiątki Bożego Narodzenia. Niedawno przemówiły do mnie te myśli: Kolędy, ich słowa, jak piękna katecheza, prowadzą nas ku poznaniu tajemnicy Emmanuela, „Boga z nami”. Wraz z pasterzami pochylamy się w nich nad żłóbkiem małego Jezusa, towarzyszymy Marii i Józefowi w ich troskach i biedzie, stajemy się świadkami pokłonu mędrców ze Wschodu. W kolędach objawiana jest największa tajemnica świata: „w ciemną noc, brodzącą w jasności promienistej” przedwieczne „Słowo ciałem się stało i zamieszkało między nami”. Oto „Chrystus Pan się rodzi, by nas wyswobodzić”- rodzi się w ubóstwie „Pan wszego stworzenia”! Kolędy mówią nam prawdę o Bogu, który „tak umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego uwierzy nie zginął, ale miał żywot wieczny” (Ew. Jana 3, 16). Ukazują również najgłębszy sens wydarzenia nocy betlejemskiej - tajemnicę wcielenia w perspektywie Paschy. On przychodzi po to, aby stać się barankiem ofiarnym! Kolędy każą nam w pewnym momencie opuścić czas Jezusowego dziecięctwa i wraz z Nim wejść w rzeczywistość obumierania i śmierci - w rzeczywistość krzyża… Przez śmierć dążąc wraz z Nim ku zmartwychwstaniu i życiu! Zachwycony tym bożonarodzeniowym i paschalnym dziełem człowiek, rozpoznając w tym dobroć i miłość Bożą, jednoczy się wraz z innymi w śpiewie, by odpowiedzieć Stwórcy radosnym uwielbieniem!

Przytoczono tu zaledwie kilka wybranych zdań ze znanych polskich kolęd. To naprawdę jest tylko kropla w morzu. Ostatnio mój mąż poświęcił dłuższą chwilę, aby przyjrzeć się wielu znanym kolędom. Jakież to głębokie i ewangeliczne treści w nich są zawarte!

O kolędzie pięknie pisze ksiądz Karol Macura: Gdy zamilknie szelest kas wielkich marketów, gdy ucichnie stukot koni mechanicznych, zamkniętych w silnikach, wtedy przyjdzie upragniona cisza… A w ciszy tej cudownie rozpłynie się zapach wniesionej choinki i aromat pieczonych ciasteczek. Zimowy zmrok rozświetli światło świecy. W tę ciszę wchodzi kolęda, niosąc na swych skrzydłach ewangelię o obdarowaniu świata nadzieją. Przychodzi do nas opowieść o Bogu, który nas umiłował tak bardzo, że z miłości sam stanął miedzy nami w osobie Jezusa Chrystusa.

Przyznaję się - ja nie czekam z kolędą na tę ostatnią chwilę. W naszym domu słuchamy kolęd od pierwszego grudnia. I wcale to nie ma związku z tym, że mniej więcej w tym samym czasie puszczono w radiu po raz pierwszy „Last Christmas”. Po prostu, dla mnie zaczyna się Adwent, z perspektywą zbliżających się Świąt. Kolędy umilają mi ten czas oczekiwania.

Słucham tych wszystkich starych, głębokich w treści kolęd. Polskich, amerykańskich. W różnych wykonaniach i aranżacjach. Od kilku lat zadomowiła się u nas płyta Beatki Bednarz - „Świątecznie”.  To mieszanka znanych kolęd i zupełnie nowych, napisanych współcześnie. 
I tu - niespodzianka. Te nowe kolędy niosą piękne przesłanie ewangeliczne. Niczym nie zacieniają treści i sensu corocznego świętowania i kolędowania.

Nie dalej, jak wczoraj dane mi było słuchać na żywo Beatki, podczas koncertu w radiowej Trójce. (Beatko, dziękujemy za zaproszenie!) Andrzej Niedźwiecki, zapowiadający jej koncert, powiedział: Beata nagrała najpiękniejszą płytę na Wielkanoc „Pasja Miłości” i najpiękniejszą płytę na Boże Narodzenie „Świątecznie”. W pełni się z nim zgadzam. Koncert był wspaniały. Moja siostra, która słuchała koncertu transmitowanego przez radio, napisała w SMS-ie: Koncert był pięknie ewangelizujący...

Wyszłam z koncertu zbudowana faktem, że jednak tradycja dobrej kolędy z przesłaniem, tej starej i tej nowej kolędy, nie zaginie. Z głębią ich słów nie jest w stanie konkurować „Last Christmas”, ani  „All I want for Christmas is you” , ani cała rzesza temuż podobnych pioseneczek, które się nawet o Boże Narodzenie nie otarły.





sobota, 21 grudnia 2013

Służba jest przyjemnością...


„Spałam i śniłam, że życie jest samą przyjemnością, obudziłam się i spostrzegłam, że życie jest służbą na rzecz innych. Służyłam i zobaczyłam, że służba jest przyjemnością.” Matka Teresa z Kalkuty

Te słowa ‘wpadły mi w oko’ całkiem niedawno. W okresie najbardziej wytężonej grudniowej działalności, której oddałam się całkowicie, zaczynając od 3 grudnia.
Wszystko, co w tym minionym okresie zrobiłam, było działaniem z myślą o drugim człowieku. Było służeniem. Nie chcę, aby to brzmiało, jak chwalenie się. Pysznie. Nie! Jest to po prostu cała prawda o tym, jak wygląda rokrocznie moje życie, już od ponad trzydziestu lat. Niezależnie od miejsca, w którym postawił mnie Bóg.

A Bóg, ponad rok temu, postawił mnie w miejscu zwanym „Arka”, na dalekiej warszawskiej Pradze. Trzy razy w tygodniu pokonuję, wraz z moim mężem, dystans prawie 30 kilometrów, aby tam służyć ludziom. Dorosłym, kobietom i po trosze dzieciom i młodzieży. (Jeśli - posprzątanie i uporządkowanie pokoju katechetów i wychowawców - można pod tę kategorię podciągnąć :-)

Żaden inny miesiąc, jak właśnie grudzień, nie pozwala mi, w taki namacalny sposób, odkryć tego, że służba jest przyjemnością. Oczywiście, z wiekiem też odczuwam, że jest dużym wysiłkiem fizycznym, że powoduje zmęczenie, ból kręgosłupa, a czasem ból głowy. Ale plusy służenia innym przewyższają towarzyszące temu minusy.

Dzisiaj miałam pierwszy luźniejszy dzień. Mogłam zrobić świąteczne zakupy. Ugotowałam bigos i wypatroszyłam karpie. Teraz siedzę i piszę, przeglądając swój kalendarz. Co takiego działo się w grudniu w mojej służbie? Ano wiele:

3 grudnia - z pomocą kilku osób dekorowałam Arkę;
5 grudnia - uczestniczyłam w spotkaniu czwartkowym, podczas którego wypisałam dedykację do kilkudziesięciu Nowych Testamentów; robiłam zapisy na „Podróż do Betlejem” - ponieważ, w tak zwanym ‘międzyczasie’, zarezerwowałam termin w Zakościelu i autokar; towarzyszyłam dzieciom przy ubieraniu choinki i przy ‘mikołajkach’;
6 grudnia - odbierałam  z mężem paczki na Gwiazdkową Niespodziankę, aż z Pabianic; w tym dniu padał śnieg i szalał orkan Ksawery; droga powrotna trwała 4,5 godziny, ale zdążyłam wrócić na nagranie dwóch audycji dla Akademii Pięknego Życia;
10 grudnia - wraz z ekipą z Arki odbierałam z Banku Żywności produkty ze zbiórki świątecznej; przez kolejnych kilka godzin, wraz z dwójką innych osób, przygotowywałam Torby Świąteczne;
14 grudnia - służyłam wszelką niezbędną pomocą podczas Wernisażu, który miał miejsce w Arce; a wieczorem robiłam pakieciki niespodzianki dla naszych dorosłych podopiecznych;  
15 grudnia - razem z mężem zorganizowałam wigilię dla wolontariuszy zaangażowanych w Arce; wszystkich, poczynając od prezesa, na panu kierowcy kończąc;
17 grudnia - wraz z dwiema dzielnymi pomocnicami przygotowałam prawie 40 paczek świątecznych dla ‘Arkowych’ dzieci i młodzieży; a wieczorem, z innymi pomocnikami, wydawałam Torby Świąteczne;
18 grudnia - od świtu przygotowywałam pakieciki na wigilię do Hospicjum; ich zawartość to: Nowy Testament, „Słowa pokrzepienia i pociechy”, książka „Jezus twoim przeznaczeniem”, pakiet „Rodzina wygrywa” z dwoma filmami i świadectwami sportowców; podczas wigilii w Ursynowskim Hospicjum Onkologicznym towarzyszyło nam, mi i Pawłowi, kilkoro solistów z Sienna Gospel Choir - od kilku lat stanowimy zgraną ekipę; i uff… zdążyliśmy na „Jasełka”, w których nasza wnusia grała jeżyka, a też, ku naszej radości, ogłoszono, że szopka - wykonana przez nią i jej rodziców - zdobyła pierwsze miejsce w konkursie, organizowanym przez przedszkole;
19 grudnia - przed południem, razem z Pawłem, byliśmy gośćmi na wigilii dla seniorów (50+) w Społeczności Chrześcijańskiej „Puławska”; stamtąd pośpieszyliśmy do „Arki”, abym mogła przygotować salę na spotkanie wigilijne dla naszych stałych uczestników czwartkowych spotkań; było odświętnie, uroczyście i rodzinnie.

Wczoraj ‘zeszło ze mnie powietrze’ :-). Zwykle tak się czuję, kiedy, po wytężonym wysiłku fizycznym i psychicznym, przychodzi chwila wytchnienia. Nie miałam sił na zbyt wiele, cały dzień bolała mnie głowa, ale to nie powstrzymało mnie od oglądania zdjęć, na których utrwaliliśmy wydarzenia tego miesiąca. 
Oglądałam, wybierałam i po drobnej obróbce wrzucałam na FB. Na stronę „Przyjaciele Praskiej Arki”.

Jesteś na FB? Jeśli tak, to zajrzyj na tę stronę koniecznie i polub ją! Jestem pewna, że już poprzez samo oglądanie poczujesz, że służba jest przyjemnością. I, że życie jest przyjemnością, jeśli jest służbą na rzecz innych.

I chociaż nigdy nie śniło mi się, że życie jest samą przyjemnością, ponieważ przeważnie w moich  snach pojawiają się sprawy do załatwienia, rzeczy do zrobienia i problemy do rozwiązania - związane właśnie ze służbą, to stwierdzam, że jawa jest o wiele piękniejsza. Po prostu, rzeczywistość służby jest piękna. Nawet, jeśli czasem okupiona jest stresem, zniechęceniem, wypaleniem.

Kiedy, po 30 latach, podsumowuję dzisiaj swoją służbę na rzecz innych, widzę, że Boże powołanie jest nieodwołalne. Możemy przechodzić przez różne rozczarowania, zranienia, porażki, zniechęcenie i wypalenie, a jednak w Bożej mocy jesteśmy w stanie podnieść się, jak Feniks z popiołów, i służyć Bogu z takim samym zaangażowaniem i entuzjazmem, jak to kiedyś bywało. Mimo przybywania lat, chorób i codziennych życiowych trosk. 

I chyba dlatego lubię grudzień…

***

Dodatek dnia następnego.

Wczoraj oglądałam program dokumentalny o Albercie Schweitzerze. Bardzo spodobało mi się to, co powiedział: „Starajcie się zawsze zrobić coś dobrego, nawet jeśli są to małe rzeczy, zrobione dla potrzebujących. I niech jedyną zapłatą będzie przywilej uczynienia tego. Wasze życie będzie bogatsze, piękniejsze i szczęśliwsze. Pamiętajcie, nie jesteście sami na tym świecie”.











Audycja Świąteczna

Zapraszam na chwilę wytchnienia w trakcie świątecznych przygotowań.






środa, 4 grudnia 2013

Kącik dobrej książki

Janet i Geoff Benge, John Wesley – Jego parafią był świat, Wydawnictwo Pojednane, Lublin 2010

Kiedy myślę o Johnie Wesley’u kilka rzeczy automatycznie przychodzi mi na myśl. Pierwsza to jego słowa: Czyń wszelkie możliwe dobro, za wszelką cenę, na wszelkie możliwe sposoby, we wszystkich możliwych miejscach, w każdym możliwym czasie, wobec wszystkich ludzi, tak długo, jak to tylko możliwe. Drugą rzeczą jest metodyzm, ruch religijny, którego był współtwórcą i przywódcą. Trzecia rzecz to moje wyobrażenie o mężczyźnie na koniu, przemierzającym Wielką Brytanię i głoszącym Ewangelię (nawet jedno z miejsc takich nabożeństw pod chmurką widziałam), przyczyniając się do duchowego przebudzenia. Czwarta rzecz, to jego pieśni religijne (chociaż to brat Johna, Charles, napisał ich więcej).

Proponowana tu książka w bardzo uporządkowany sposób systematyzuje moją wiedzę na temat tego męża Bożego. I chociaż to nie jedyna książka o Wesley’u, jaką posiadam w swoim księgozbiorze, to właśnie ją czytało mi się z dużą przyjemnością. Może dlatego, że już przyzwyczaiłam się już do stylu i formuły autorów. Z zainteresowaniem więc śledziłam jego losy, począwszy od dzieciństwa, poprzez młodzieńcze poszukiwanie sensu życia, misyjną porażkę wśród amerykańskich Indian, po prawdziwe nawrócenie i wreszcie oddaną i wieloletnią służbę, aż po zgon. W książce czytamy: Odszedł, jak przystało na metodystę: bez skarg, bez narzekania na ból, jedynie w radosnym oczekiwaniu na spotkanie ze swoim wiecznym Zbawicielem.

John Wesley żył w latach 1703-1791. Podaje się, że przejechał konno czterysta tysięcy kilometrów (w Anglii, Irlandii i Walii). Wygłosił podczas tych wędrówek czterdzieści tysięcy kazań. Sam zwykł mówić: „Moją parafią jest świat…” i chociaż nie miał na swoim koncie zbyt wielu podróży, to cały dzisiejszy chrześcijański świat może korzystać z jego duchowej spuścizny.


Janet i Geoff Benge, Mary Slessor – Odważnie do Calabaru, Wydawnictwo Pojednane, Lublin 2010

Była błękitnooką, rudowłosą Szkotką. Jej codzienność wypełniała ciężka praca w przędzalni i czytanie książek. Szczególnie tych o misjach. Zainspirowana osobą Davida Livingstone’a, postanowiła dokonać w swoim życiu diametralnej zmiany. Jedyną opcją był wyjazd na misję. Mając 28 lat, na miejsce swojej służby wybrała Calabar (Nigeria). Przez kolejne trzydzieści dziewięć lat życia głosiła Ewangelię pośród różnych plemion afrykańskich. Złych, zdradzieckich i niebezpiecznych.

Służyła lecząc chorych, ratując życie bliźniętom skazywanym na śmierć z powodu tego, że rodziły się bliźniętami. Negocjowała warunki pokoju pomiędzy walczącymi plemionami. Sprzeciwiała się złemu traktowaniu kobiet i niewolników. Uczyła ludzi czytać i pisać. Dokądkolwiek szła, zawsze śpiewała i mówiła o pokoju.
Afrykanie nazwali ją Eka Kpukpro Owo: Matka Nas Wszystkich.

Kiedy zmarła, w jej pogrzebie wzięła udział ludność z trzech regionów plemiennych Calabaru. Kiedyś sobie wrodzy i nienawidzący siebie nawzajem, teraz zjednoczeni w Chrystusie i zasmuceni utratą swojej Białej Mamy

Niezwykle inspirująca była to postać. Samotna biała kobieta, bez broni i bez eskorty, która chodziła boso, nosiła prostą suknię i nie zakładała kapelusza. Warto poznać jej historię.

Żyła w latach 1848-1915.


Frank i Marie Drown, Misja wśród łowców głów – Jak Boże przebaczenie przemieniło plemiennych wrogów, Pojednanie, Lublin 2011

Frank i Marie Drown byli misjonarzami w Ekwadorze. Spędzili tam trzydzieści siedem lat, głosząc Ewangelię dwu wrogim plemionom: Szuarom i Atszuarom.

Wyjechali na misję, kierowani radą: Wyjeżdżając na pole misyjne każdy z was musi zabrać ze sobą czterech ludzi: człowieka duchowego, intelektualnego, społecznego i fizycznego. … Musicie cieszyć się doskonałym zdrowiem fizycznym; poświęconą Bogu praktyczną inteligencją; zdolnością do nawiązywania głębokich przyjaźni…; i musicie zbudować silne życie duchowe… .

Kiedy czytałam tę książkę, wciąż przypominałam sobie tych kilka ważnych zdań i ciągle na nowo odkrywałam, że sprawdzają się one doskonale w życiu tej pary misjonarzy i pozostałych towarzyszących im osób.

Ta książka to niesamowity zapis bardzo trudnej i niebezpiecznej, ale też pięknej i owocnej służby. Jej efekty mnie powalały. Już dawno nie czytałam opisu takiego głodu duchowego i otwartości na ‘głoszone słowa Boga’. Stawanie się ‘tikishmamtaicawaru’ - kimś, kto zgina swoje kolano, to znaczy klęka i modli się codziennie do Boga jest poruszające. Przyznaję, od tej książki trudno jest się oderwać. 

Zdałam sobie, przy okazji, sprawę, że misjonarz musi być wszystkim po trochę. Ewangelistą, kaznodzieją, zwykłym nauczycielem, lekarzem, rolnikiem, po trosze inżynierem, stolarzem, murarzem i dużo by tu jeszcze wymieniać. W cywilizowanych warunkach jest to zadanie dla supermena. A w dzikiej dżungli, warunkach zagrożenia zdrowia i życia? Tylko z Bogiem jest to możliwe. 
O tym, jak to się dobywało w tandemie Bóg i Frank Drown, musicie przeczytać sami.

Jedyne, czego mi brakowało w tej książce, to zdjęć. Zamieszczone są tylko zdjęcia współczesne (z roku 2010), z uroczystości dedykacji Biblii w języku Szuarów. Tu, chwała Bogu i lingwistom oraz tłumaczom za to wspaniałe dzieło.

***
Mam nadzieję, że zachęciłam Was do sięgnięcia po kolejną porcję książek misyjnych. Życzę inspirującej lektury, a ja tym czasem przygotuję dla Was nowe propozycje.



PISANE NA ZAMÓWIENIE BIULETYNU "IDŹCIE"