„A u tych wszystkich wierzących było jedno serce i jedna dusza i nikt z
nich nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne” (Dz. Ap. 4:32).
Przytaczając powyższe wersety,
nie zamierzam namawiać nikogo do dosłownego ich stosowania - w kontekście dóbr
materialnych. Użyte w tych wersetach określenia: jedno serce, jedna dusza,
wszystko wspólne wskazują mi na wyjątkową
jedność, miłość, więź, bliskość pomiędzy ludźmi, którzy tworzą daną wspólnotę.
Myślę, że najlepiej jest to odnieść do konkretnego kościoła lokalnego, zboru
czy tzw. kongregacji.
Pamiętam, że kiedy ponad 20 lat
temu zakładaliśmy razem z mężem nową wspólnotę kościelną, marzyło nam się, aby
taka właśnie ona była. Oczywiście, nie udało nam się to w 100%, ale byliśmy sobie
małym, bardzo rodzinnym zborem. Cieszyliśmy się nawzajem swoimi radościami i
sukcesami. Martwiliśmy się problemami i troskami jedni drugich, nosząc brzemiona
innych. Celebrowaliśmy swoje urodziny i ważne jubileusze. Odkrywaliśmy zakopane
talenty. Umieliśmy docenić te wykorzystane w służbie dla Pana. Wyjeżdżaliśmy
razem na pikniki, majówki, grzybobrania. Coroczne wyjazdy wakacyjne naszej
wspólnoty dowodziły tego, że dobrze było nam razem.
Nie bylibyśmy ludźmi, gdyby
wszystko szło idealnie. Nie szło. Nawet w najlepszej rodzinie zdarzają się
kryzysy. I nie ze wszystkich kryzysów wychodzi się zwycięsko. Nam się nie udało
(po 18 latach). Ale mimo wszystko już kilkakrotnie spotkaliśmy się w mniejszym
lub większym gronie, wciąż pielęgnując stare dobre zwyczaje: wypad za miasto,
prawdziwą ucztę miłości przy wspólnie zastawionym stole, wspomnienia, rozmowy,
śpiewanie Bogu na chwałę.
Kiedy przysłowiowy los zmusił
mnie i mojego męża do popróbowania służby w innej wspólnocie, szybko odkryłam,
jak wielkie są zalety małej społeczności. Właśnie ze względu na jej rodzinny
charakter. Oczywiście, są ludzie, którzy preferują małe zbory i są ludzie,
którzy dobrze czują się w masie. Czasem wynika to z potrzeby bycia bardziej
anonimowym. I generalnie nie ma w tym nic złego.
Zauważyłam jednak, że w dużych
wspólnotach częściej dochodzi do powstawania tzw. klik. I chcę o nich właśnie
napisać słów kilka. Natchnął mnie do tego pewien artykuł, który przeczytałam w
chrześcijańskim czasopiśmie „Today’s
Christian Women” (9/10 2009). Nie ukrywam też, że skłoniły mnie do tego
moje, bardzo świeże doświadczenia.
Otóż, klik - takich kółek
wzajemnej adoracji - może w kościele być wiele. Bez głębszego wnikania w ich
specyfikę, rozróżniam kilka: klika przyjaciół pastora - smutne, ale prawdziwe;
równie smutne, ale prawdziwe to klika wrogów pastora; klika starych przyjaciół
i dobrych znajomych; klika ‘psiapsiułek’; klika ekonomiczna - dobieranie się
odpowiednio do wielkości pierścienia; klika związana ze statusem społecznym
(wykształcenie, rodzaj wykonywanej pracy); kliką też może stać się grupa domowa.
Klika - to zamknięta grupa ludzi, skupiona tylko i wyłącznie na własnych potrzebach.
Nie ma nic gorszego w relacjach
międzyludzkich w kościele, niż bycie niezauważonym, osamotnionym, pozostawionym
samemu sobie. Kimś, komu sprzedaje się na przywitanie uśmiech numer siedem i
nie proponuje niczego więcej. Wiem, co piszę… . Wiem ile, będąc w służbie,
dawałam siebie ludziom, aby nie czuli się pominięci. Wiem też ile, będąc chwilowo
poza służbą, otrzymuję od innych. W momencie, kiedy zauważenia i przytulenia
potrzebuję najbardziej… .
Dlatego, wiedziona własnym
doświadczeniem, obserwacją a też osobistą potrzebą, chcę tu postawić kilka pytań,
które, po zastanowieniu, pomogą komuś z was otworzyć się na nowych ludzi.
Sprawią, że dobrze znane grono przyjaciół, stanie się otwartym gronem braci i
sióstr w Chrystusie.
Oto one (zapożyczyłam je z
przeczytanego artykułu):
Niech te pytania pomogą wam w
Boży sposób spojrzeć na relację z innymi ludźmi, na przyjaźń z nimi. W
kościele, ale też w sąsiedztwie. W pracy. Również w rodzinie.
Odwiedzający kościół "Pine Pont", mogli wyczuć pomiędzy obecnymi subtelny podział na kliki.
***
Podaję za Władysławem Kopalińskim: Klika
popularnie, pogardliwie - koteria. ekskluzywna grupa osób popierających
się nawzajem z życiu publicznym, aby zapewnić sobie korzyści, na które inaczej
trzeba by było zasłużyć. Z. franc. clique - banda, zgraja (do aż tak dalekiego porównania się nie posuwam :-).



