niedziela, 21 stycznia 2024

Dziwne koleje losu...


Jak to się wszystko stało?

Prawie tydzień dojrzewałam do tego, aby to, co urodziło się w mojej głowie wieczorem 6 stycznia 2024 roku, przelać wreszcie na ekran komputera (bo już nie na papier :-)

Wracałam wtedy z pięknego Noworocznego Koncertu Wiedeńskiego i zastanawiałam się nad tymJak to się wszystko stało? Jak to się stało, że jako mieszkanka Piaseczna, więcej czasu spędzam na Pradze-Południe, a dodatkowo fakt ten zostaje zauważony i doceniony przez lokalne władze? Jak to się stało, że pan Tomasz Kucharski/Burmistrz Pragi-Południe, w geście docenienia, zaprasza nas na tak piękny koncert, uzasadniając swoją decyzję wieloma miłymi słowami pod naszym adresem, nazywając nas - mnie i Pawła - "całorocznymi mikołajami"? Zaprawdę dziwne są te koleje losu. Gdyby ktoś przepowiedział mi takie sytuacje na początku lat 90-tych, powiedziałabym, żeby... między bajki to włożył.

Byłam żoną pastora

A co działo się w moim życiu wtedy (na początku lat 90.) i przez kolejne 20 lat? Byłam żoną pastora, w pełnym wymiarze godzin zaangażowaną w życie naszej kościelnej wspólnoty. Wspierałam męża w organizowaniu życia kościoła. Zajmowałam się sprawami duchowymi i administracyjnymi. Wychodziłam naprzeciw wszelkim potrzebom (szczególnie wtedy, kiedy nasza wspólnota była jeszcze nieliczna). Byłam katechetką (ciocią w szkółce niedzielnej), opiekunką/edukatorką młodzieży, animatorką działań dla kobiet, redaktorką wspólnotowego dwutygodnika.

Zjeździliśmy Polskę wzdłuż i wszerz, i po skosach :-)

Współorganizowałam razem z mężem zimowiska i letnie obozy dla młodzieży, wyjazdy wakacyjne dla rodzin z naszej wspólnoty. Moim zadaniem było znalezienie pensjonatu w ciekawym zakątku Polski, organizacja bazy kulinarnej oraz zapewnianie atrakcji turystycznych. Zjeździliśmy Polskę wzdłuż i wszerz, i po skosach :-) Byliśmy w Czechach, na Słowacji, na Litwie, w Austrii. Dodatkowo, kiedy nie było z nami jakiegoś zacnego gościa (zaprzyjaźnionego pastora), na zmianę z mężem przygotowywałam wykłady, pomagające słuchaczom dojrzewać duchowo i nie tylko (nasze wykłady miały bardzo praktyczne wskazówki odnoszące się do wielu dziedzin życia).

Książki, artykuły, audycje radiowe i mój własny blog

Miałam swoje ustalone nawyki i rutynę dnia, co pozwalało mi zajmować się nie tylko obowiązkami, ale również tym, co mnie rozwijało, interesowało, pozwalało angażować się w różne inne działania. Dużo czytałam, pisałam artykuły do kilku czasopism chrześcijańskich. Założyłam swojego bloga. Nagrałam kilkanaście autorskich audycji w Radiu Chrześcijanin. Byłam też gościem ponad trzydziestu audycji o podobnym profilu (w audycji Akademia Pięknego Życia, realizowanej przez Jagodę Markiewicz).

Studia, szkolenia, konferencje

Szkoliłam się - po to, aby podnosić swoje kwalifikacje w pomaganiu innym ludziom. Przed 40-ką podjęłam studia na ChAT i ukończyłam je w stopniu magistra. Ponadto byłam osobą wszędobylską; bywałam na różnych seminariach i konferencjach, gdzie nawiązywałam ciekawe kontakty, szczególnie z kobietami podobnymi sobie (podobne zainteresowania, pasje, pragnienia).

Duże projekty i współpraca z innymi kobietami

Byłam otwarta na angażowanie się we wspólne projekty i we wszelką współpracę z kobietami z innych wspólnot i organizacji parakościelnych dla podejmowania dużych wyzwań. Np. zaowocowało to powstaniem komitetu organizacyjnego „Kobiety Razem” i zorganizowaniem trzech ciekawych wydarzeń w Teatrze Roma (dla około 1000 kobiet każde).

Po co to wszystko piszę?

Nie piszę tego wszystkiego, aby się chwalić. Jest to retrospektywne podsumowanie przeszłości (jej wycinka - wiele aspektów pomijam)). I skłamałabym, gdybym napisała, że to wszystko działo się jak w mydlanej bańce - przy zero problemów, stresów, trudnych chwil. Nic bardziej mylnego. Owszem, tąpnięć (posługuję się terminologią górniczą) i zakrętów życiowych bywało wiele. Jak to w życiu. I jak to bywa, kiedy pracuje się z ludźmi i dla ludzi.

          Zdrowotne tąpnięcia

Niektóre z tych trudnych doświadczeń negatywnie wpłynęły na mój stan zdrowia. Mojego męża również. Równo 12 lat temu nastąpiło nie tąpnięcie, ale zawał (wciąż pozostaję w terminologii górniczej), a ten nasz życiowy zakręt okazał się być prawie zakrętem śmierci. Przeżyliśmy, ale na kilka miesięcy to traumatyczne doświadczenie pozbawiło nas chęci do życia, do jakiegokolwiek działania, a nawet do kontaktów z ludźmi.

Nagły zwrot akcji

I wtedy (była to połowa 2012 roku), jak dar z nieba spadła nam na głowę ARKA - w przenośni i dosłownie :-) Z dnia na dzień weszłam w buty po moich teściach (założycielach fundacji) i już nic nie było tak samo. Zatraciłam się w ogarnianiu, porządkowaniu, koordynowaniu prac w Arce. Głównie tych porządkowych, pomocowych, administracyjnych. Krok po kroku - z pomocą męża i innych wolontariuszy, ale przeważnie sama, bo tak lubię - przywracałam poszczególnym pomieszczeniom ich pierwotne przeznaczenie: bibliotece, pokojowi dla wychowawców, biurom, magazynkom kuchennym, magazynkowi sportowemu i mojemu sekretnemu magazynkowi z dekoracjami i innymi skarbami.

Nowe oblicze Arki

Wspólnymi siłami stworzyliśmy piękną świetlicę dla dzieci, klub dla młodzieży, salonik na spotkania w kameralnym gronie, jadalnię w tyrolskim klimacie (meble przywiezione z mojego rodzinnego domu). Zrewitalizowaliśmy (to takie modne dziś określenie) biura fundacji z salą narad Zarządu. (Nadal trwają prace mojego męża nad siłownią i studiem muzycznym). Wszystkie te działania okupione były ciężką fizyczną pracą, a ponieważ moją zmorą jest pedantyzm, to nie spoczęłam, dopóki wszystko nie było w idealnym porządku. Musiało i nadal musi być w idealnym porządku! :-) Arka stała się miejscem ciepłym, przytulnym, zapraszającym.

Jest tylko jedno "ale"  

Jest tylko jedno "ale" - na wszystko inne, co było kiedyś dla mnie ważne, zaczęło mi brakować sił i czasu. Przykład: Kiedyś czytałam 3 książki w miesiąc, a teraz trzy książki przez trzy miesiące :-( Zasypiam w połowie rozdziału. Łatwiej jest mi się skupić na filmie, więc oglądam, póki nie zaczyna mi przeszkadzać własne chrapanie :-) Mam swoje ulubione typy filmów - jak to mówi mój mąż: "Trudne filmy zawsze wybierasz”. Tak już mam i tego nie zmienię. Ale dobrą akcją i kryminałem nie pogardzę :-)

Poczucie niespełnienia

Wydawało się, że tak już ma być i jest OK. Przychodziły jednak takie momenty, kiedy czułam się, jakbym została z czegoś ograbiona. Z tych rzeczy, które przez dwadzieścia lat ukształtowały moją tożsamość i poczucie własnej wartości. Zaczęło mi brakować możliwości intelektualnego rozwoju, aktywności innej niż sprzątanie, pranie, dźwiganie, papierkowa robota. Zaczęłam czuć, że gdzieś zaprzepaszczam swój potencjał. Balansowałam na pograniczu depresji i wypalenia. Dodatkowo doskwierało mi to, że pewne rzeczy (projekty, w które wcześniej się angażowałam) toczą się już beze mnie. Biegną obok, równolegle, tylko sporadycznie przecinając się z moimi ścieżkami. Miałam wrażenie wypadnięcia z obiegu... Stopniowo też sama zaczęłam odsuwać się na boczny tor.

Realizuję się, służąc potrzebującym

Mój mąż niejednokrotnie zachęcał mnie, abym odważyła się przygotować jakiś temat na czwartkowe czy niedzielne spotkanie. Abym na spotkaniach dla kobiet (Kobiece Soboty) nie opierała się tylko na gościach, ale dzieliła się swoimi wykładami, przemyśleniami. Z czasem zaczęłam myśleć, że rzeczywiście mam tym ludziom coś do zaoferowania i powiedzenia. I podjęłam wyzwanie. Cieszyłam się, gdy ktoś z moich słuchaczy mówił, że "lubi mnie słuchać".  Nie ukrywałam radości, kiedy ktoś za znajomych mówił, że chętnie mnie zaprosi jako gościa - mówczynię na kobiecej konferencji. Niestety, tylko dwa takie zaproszenia doszły do skutku, pozostałe okazały się czczymi deklaracjami. To były dla mnie lekcje pokory...

Schowałam moje ambicje do kieszeni i dalej liczyłam cebulę :-)

To nawiązanie do tego, że niektórzy w Arce śmieją się ze mnie przynajmniej z dwóch powodów (mam nadzieję, że tylko z dwóch - o tych dwóch wiem): 1. Wala przyjedzie, chwyci za ścierkę i będzie przecierać blaty kuchenne. 2. Przywiozą towar do wydania ludziom i Wala będzie liczyć cebulę. (Dodam, że pozostałe produkty też liczę, aby każdy dostał sprawiedliwie.) A niech się śmieją :-)

To była tylko dygresja. Chciałam zakończyć ten akapit stwierdzeniem, że już nie mam parcia na błyszczenie gdziekolwiek indziej. Jest we mnie zgoda, że jestem potrzebna tym ludziom tutaj i wszystko, co przygotowuję, aby do nich powiedzieć, jest przygotowane z serca, pod ich potrzeby (a już dobrze ich znam) - merytorycznie i przystępnie. I to sprawia mi ogromną radość.

... połowę tych 12 lat przemieszkałam w Arce

Na koniec wspomnę, że prawie połowę tych 12 lat przemieszkałam w Arce. Powody były różne: ważne prace do wykonania, dodatkowe spotkania, całotygodniowe projekty, zasłużony odpoczynek wolontariuszy, wojna w Ukrainie i przyjmowanie uchodźców, i wreszcie rosnąca cena paliwa - przestało się opłacać jeździć do domu. W Arce uwiliśmy sobie miłe gniazdko w jednym z pokoi gościnnych. Do domu wracamy od czasu do czasu, ot tak, dla zdrowia psychicznego albo w związku z wizytami u lekarzy. No i zimą... nakarmić ptactwo - przynajmniej co piąty dzień muszę nasypać im spory zapas nasion.

Dzienny bilans kroków

Niedawno napisałam na FB: Z czystej ciekawości przejrzałam swój kalendarz z 2023 roku. Wyszło mi, że w Arce spędziłam (spędziliśmy z Pawłem) 191 pełnych dób, z czego połowa doby to była raczej fizyczna aktywność. (Nie liczyłam pojedynczych dni, kiedy spędzaliśmy w Arce kilka roboczych godzin, np. w niedzielę.) Przy czym, nawet w domu niewiele odpoczywam - wykonuję tu całą pracę biurową (w Arce nie znajduję na to sił i czasu). Pod choinkę Mikołaj przyniósł mi smartwatcha - to taki sprytny zegareczek, który nie tylko podaje czas, ale też monitoruje moje zdrowie: mierzy puls i ciśnienie i... uwaga: liczy kroki! I co on mi wyliczył? Że dziennie robię, po samej tylko Arce, 14 do 25 tys. kroków! Przynajmniej jedna trzecia tych kroków to pokonywanie schodów, których stopnie są za wysokie i mają dodatkowo nierówne wysokości. Zabójstwo dla moich kolan (które kwalifikują się do operacji). Dodając do tego jeszcze setki kilogramów paczek z żywnością podanych ludziom przez okienko wydawcze - trudno się dziwić, że wieczorem, kiedy wreszcie "doczołgam się" :-) do łóżka, ból sprawia mi nawet przekręcanie się z boku na bok. (Mój mąż pomógł mi ostatnio w 'wydawce' trzy razy i teraz rozumie te moje wieczorne stękania i kwękania.)

Uporczywe myśli w mojej głowie

Czasem, kiedy jestem bardzo zmęczona, zastanawiam się nad sensem tego wszystkiego i nad tym, na ile jeszcze starczy mi sił i entuzjazmu. I wtedy... przypominam sobie pewną starszą panią Krysię, która przychodzi do Arki na różne spotkania. Często przysiada się do mnie na krześle na korytarzu i mówi: "Kocham panią, pani Walu...". I nagle siły cudownie powracają.

Co przywraca mi siły

Siły powracają i satysfakcja jest, kiedy doświadczam/doświadczamy choć odrobiny docenienia od tych, dla których działamy i od tych, pod których czujnym okiem działamy :-) Niewątpliwie zaproszenie na Koncert Noworoczny było oznaką takiego docenienia. Rok wcześniej został mi przyznany przez lokalne władze samorządowe tytuł Wolontariuszki 10-lecia. Natomiast na ręce mojego męża przekazane zostały w minionych latach dwa dyplomy: jeden od Prezydenta Warszawy za wytrwałą pomoc Warszawiakom w czasie epidemii Sars-Cov-19; drugi od Burmistrza Pragi Południe za całokształt pracy Arki na rzecz mieszkańców tejże Dzielnicy.

I tyle podsumowania. Pora zakasać rękawy i nie zasypiać gruszek w popiele. Nowe wyzwania czekają. "Alleluja i do przodu!" - jak mawiał klasyk.

 

 

 

piątek, 12 stycznia 2024

Mędrcy ze Wschodu - autor Paweł Jarosz

 MĘDRCY ZE WSCHODU

 

Dziś trochę dłuższy tekst. Coś mi się urodziło w głowie i postanowiłem te moje myśli „przelać na papier” :-) Ale w temacie, jako że kilka dni temu wg. kalendarza kościelnego było Święto Trzech Króli. (Nie będę wchodził w dyskurs, czy to byli królowie, czy było ich trzech i jak, i kiedy trafili do Betlejem.)

 

Niedawno miałem okazję podzielić się z moimi czwartkowymi słuchaczami  myślą na temat misji Marii i Józefa. Panuje mylne przekonanie, że gdy Bóg daje nam jakąś misję do wypełnienia, to zabezpiecza też na to środki, czyli wyposaża nas we wszystko, co do tej misji jest nam potrzebne (np. mieszkanie, samochód, komputer, okrągłą pensję, itp.). A guzik prawda!

 

Czy Józef i Maria mieli kampera, którym podróżowali, złotą kartę, która otwierała im drzwi 4-gwiazdkowych hoteli, ubezpieczenie dające im najlepszą opiekę lekarską? NIE! Maria, w ostatnim miesiącu ciąży, jechała na chybotliwym grzbiecie osiołka, w przydrożnych gospodach nie znaleźli wolnego pokoju i wylądowali w stajence (jakkolwiek ona wyglądała). Później musieli jeszcze uciekać przed gniewem Heroda do Egiptu! A więc cały czas mieli pod górkę... Czy nie tak często jest w naszym życiu?

 

Ale czy na pewno Bóg się o nich nie troszczył? Czy odwrócił się do nich plecami? Czy zostawił ich samym sobie?  Też NIE!  I o tym jest Święto Trzech Króli. Bo dla nas, ludzi nie zawsze najważniejsza jest pomoc materialna, ale dobre słowo, docenienie, potwierdzenie, że idziemy (jedziemy) w dobrym kierunku! I kiedy tych zachęt zabraknie, czujemy się bardzo samotni, zapomniani „przez Boga i ludzi”...

Tymczasem Bóg posyła do nich kolejno: pasterzy (może to nie są to reprezentanci zbyt prominentnych sfer), a potem trzech królów (trzymając się terminologii kościelnej). A mędrcy przynoszą dary. Dary te mają charakter symboliczny - nie są, jak ktoś powiedział: wyposażeniem materialnym do misji.

 

I tu na horyzoncie pojawia się Wala i Paweł,  czyli my :-)  Kiedy rozpoczynaliśmy naszą przygodę z Arką na Pradze Południe w Warszawie - musieliśmy zaczynać wszystko „od początku”. Tak, była Arka - funkcjonalny budynek należący do fundacji EFPR. Ale brakowało finansowania, organizacji, personelu. Przed nami stał ogrom zadań - zaznaczę, że przy minimalnym wsparciu ze strony tych, którzy winni byli nas wspierać. Nasi holenderscy sponsorzy wycofali się wraz odejściem na wieczny spoczynek mojego ojca,  założyciela fundacji. Pierwsze lata to był czas wytężonej pracy: wysprzątania budynku i przywrócenia mu funkcjonalności, wygenerowania dochodów pozwalającymi na funkcjonowanie działań pomocowych i ewangelizacyjnych, stworzenia programów tych działań, znalezienia pracowników itp., itd.

 

Były też kłody rzucane nam pod nogi: nieprzychylne opinie, krzywdzące oskarżenia, ataki zmierzające do przejęcia budynku lub przynajmniej usunięcia nas (mnie i Wali) z Arki. Chwilami czuliśmy się jak Józef i Maria uchodzący nocą do Egiptu z niedojrzałym jeszcze dzieciątkiem (czytaj: Arką). Jedynym wsparciem dla nas byli nasi pastuszkowie: biedni i skromni ludzie przychodzący - nieprzerwanie od nastu lat - na Czwartkowe Obiady. To oni - swoją wdzięcznością, swoim  docenieniem, podziękowaniami - dodawali nam otuchy i chęci do kontynuowania tego dzieła. Oczywiście było też kilkoro przyjaciół którzy - choć przez telefon czy na Messengerze - chwalili naszą wierność, a niektórzy z nich wspierali nas datkami, byśmy służąc innym, sami nie znaleźli się w finansowych tarapatach.

 

I teraz przechodzę do sedna, czyli do „mędrców ze wschodu” (jak przedstawia ich Biblia Warszawska). Nie znamy ich rodowodu ani miejsca,  z którego przybyli. Najprawdopodobniej byli to pogańscy „maggoy” z Dalekiego Wschodu - astrologowie wertujący pradawne dokumenty i porównujący przepowiednie w nich zawarte ze współczesnymi dla nich wydarzeniami. A więc nie byli to nawet „chrześcijanie” -  jak byśmy to dziś określili. To oni właśnie przyszli z symbolicznymi darami,  bo uwierzyli w misję Marii i Józefa. Uwierzyli w Mesjasza.

 

Dziś chcę opowiedzieć Wam o takich współczesnych królach, magach, czy „mędrcach ze wschodu”...

Pomimo że nie doświadczyliśmy zbyt wiele wsparcia od rodzimych kapłanów i wsparcia płynącego z królewskiego pałacu (cokolwiek to może oznaczać), to Bóg posłał zachętę i wsparcie z zupełnie innej, nieoczekiwanej strony.

 

Nie będę się długo rozwodził na temat wielkości i ilości dotacji, jakie otrzymaliśmy od miejscowego Samorządu na nasze działania w ostatniej dekadzie. ( W zupełności zaspakajały one nasze potrzeby!)

 

Ale były też momenty (i nadal one są), kiedy dano nam odczuć docenienie naszej służby ze strony miejscowych władz. To, że otrzymaliśmy z rąk burmistrza dzielnicy Praga-Południe dyplom od Prezydenta Warszawy za wytrwałą pomoc społeczności Prażan w czasie epidemii Sars-Cov-19, to wynik naszej postawy: jako jedna z niewielu organizacji charytatywnych w Warszawie nie zamknęliśmy „się” przez cały czas pandemii, nadal pomagając darmową żywnością tym,  którzy stali w długich kolejkach przed Arką. (Dostosowaliśmy jedynie niektóre formy pomocy do restrykcji rządowych.)

 

Niedawno, jako placówka fundacji EFPR „Arka 2”, zostaliśmy wyróżnieni dyplomem uznania za całokształt pracy Arki na rzecz społeczności Pragi Południe. Dyplom wręczył mi Burmistrz Tomasz Kucharski. Dodatkowo Wala została wybrana Wolontariuszką Dziesięciolecia - też z inicjatywy lokalnych władz. Komisja przyznała Jej  ten tytuł w docenieniu ofiarnej służby na rzecz najbiedniejszych mieszkańców Pragi Południe.

 

W ciągu ostatniej dekady wielokrotnie dzwoniono do nas z Ratusza z zapytaniem, czy nie chcemy jakiejś pomocy rzeczowej lub finansowej. Zawsze używaliśmy tych środków na zapewnienie dodatkowych atrakcji naszym podopiecznym, np. wycieczki dla dzieci lub młodzieży. Dostawaliśmy też od Urzędu Dzielnicy pomoc rzeczową: np. żywą 3 metrową choinkę, paczuszki ze świątecznymi wiktuałami dla naszych podopiecznych (w liczbie ponad 100 rodzin), catering dla obsłużenia czterech różnych spotkań wigilijnych organizowanych w Arce - dla dzieci, młodzieży, dorosłych, seniorów.

 

Niecały tydzień temu zadzwoniła znajoma mi osoba z Urzędu,  pani Ewelina Lanc  z informacją, że szef, Pan Burmistrz Tomasz Kucharski kazał zapytać, czy państwo Jarosz nie wybraliby się na Wiedeński Koncert Noworoczny do Terminalu Kultury na Gocławiu. Odpowiedziałem, że skoro Pan Burmistrz zaprasza... Ale to, co przeczytaliśmy na stronie FB: Tomasz Kucharski Burmistrz Pragi-Południe przeszło nasze najszczersze oczekiwania. Okazało się, że w ocenie Pana Burmistrza jesteśmy „ludźmi o wielkim sercu” i jako „całoroczni mikołaje” - tu pojawiło się nasze zdjęcie w czapkach Mikołaja (zrobione podczas imprezy mikołajkowej dla dzieci) - zasługujemy na chwilę oddechu. I dlatego wybrał nas do tej nagrody. Wow! „Dziękujemy, Panie Burmistrzu”. Koncert był wspaniały!

 

Nie macie pojęcia, ile takie wyróżnienie dla nas znaczy! To jak dar przyniesiony przez mędrców. To takie serdeczne poklepanie po plecach ze słowami: „Robicie dobrą robotę. Trzymajcie tak dalej!”. Takie słowa/gesty dodają nam skrzydeł. Pan Bóg jest dobry, wie,  kiedy i kogo posłać, żeby dodać skrzydeł „jak u orłów” do dalszego wytrwałego pełnienia misji.

 

Tam, gdzie zawodzą kapłani i rodzimi królowie, tam Bóg posyła „mędrców ze wschodu”.