wtorek, 31 grudnia 2013

Życzenia na Nowy Rok 2014

Niech prostują się przed tobą twoje drogi,
A wiatr niech zawsze wieje ci w plecy.
Niech słońce zawsze świeci ci w twarz,
A deszcz łagodnie zrasza twoje pola.
niech Bóg - aż spotkamy się znów -
Ukryje cię w swej dłoni i niech cię strzeże.

stare błogosławieństwo irlandzkie










Z poświątecznej perspektywy

Od kilku dni coś mi w duszy gra. Jeszcze sama nie wiem, jak to wyrazić, abyście mnie właściwie zrozumieli.
Chodzi mi chyba o istotę tych i każdych innych Świąt.

Mianowicie, wspominając te Święta, stwierdzam, że to były mile, spokojne, rodzinne Święta. Sympatyczna Wigilia w szerszym, kilku pokoleniowym rodzinnym gronie. Pierwszy dzień Świąt spędzony na pełnym odpoczynku. Nawet na nabożeństwo nie trzeba było się zrywać, bo zaczynało się w samo południe. Po nim, wiosenna aura zachęciła nas do spaceru po parku. W domu poobiednia drzemka. Całkiem zasłużona po dość intensywnie spędzonych kilku tygodniach. Drugi dzień Świąt spędzony w gronie najbliższej rodziny - dzieci z wnukami. Piękne Święta… .

Kiedy jednak bardziej się nad nimi zastanawiałam, to stwierdziłam, że takich powodów do rodzinnych spotkań, w mniej lub bardziej poszerzonym rodzinnym gronie, jest w ciągu roku wiele i wszystkie wyglądają podobnie. Celebrujemy dnie babci i dziadka, urodziny, rocznice, wigilie i święta… . Wszystko prawie tak samo. Różnicę, że jest to spotkanie świąteczne, czyni jedynie dekoracja i zestaw potraw na stole. 
Dlaczego tak jest? Chyba dlatego, że łączy nas wszystko, co ważne i dobre, oprócz tego najważniejszego - jedności duchowej. I w takiej sytuacji trudno jest nadać tym świątecznym spotkaniom głębszy, duchowy wymiar.

Po tej obserwacji troszkę się zasmuciłam, ale szybko znalazłam dla siebie pociechę. Dla mnie cały Adwent był jedną wielką Wigilią i jednym wielkim Świętem Pamiątki Bożego Narodzenia. 
Spędzałam go w różnych miejscach, na różnych  spotkaniach, z różnymi ludźmi. Z tymi, którzy chcieli usłyszeć, zrozumieć, poczuć coś więcej niż tylko gorączkę świątecznych zakupów, porządków i przygotowań. Chcieli zrozumieć ich ogólny sens i znaczenie. I to znaczenie bardziej osobiste też.
Ucieszyła mnie myśl, że zorganizowane przez nas wigilijne spotkania, dla niektórych, mogły być najpiękniejszym momentem tego roku, a może nawet kilku ostatnich lat. Dla niektórych - to były ostatnie takie chwile na tym ziemskim padole. Warto było przy nich być, pochylając się nad ich cierpieniem i bólem, kojąc go dotykiem, uśmiechem, ciepłym słowem. Być kolędą, jak to śpiewa Beata Bednarz.

A więc... Z poświątecznej perspektywy widzę, że miałam piękne Święta.
Piękne z wielu różnych powodów.







wtorek, 24 grudnia 2013

Kilka myśli na Święta, modlitwa i życzenia

Narodził się Zbawiciel 
Ciemności nocy rozświetliło światło, smutek zamienił się w radość, beznadziejność ustąpiła miejsca nadziei, czas spełnienia nastąpił po czasie oczekiwania - bo narodził się Zbawiciel, którym jest Chrystus Pan
Choć nic się nie zmieniło, to jednak wszystko jest inne. Człowiek wciąż odstępuje od Boga, ale Bóg przychodzi by go ratować, człowiek ściąga na siebie potępienie, ale otrzymuje szansę wybawienia, śmierć przerywa nić życia, ale zastąpi je nowe życie - bo narodził się Zbawiciel, którym jest Chrystus Pan
Raz jeden przyszedł na świat Boży Syn, ale wciąż przychodzi. Raz jeden anioł ogłosił radosną wieść a ona rozbrzmiewa przez wieki. Raz jeden wierzący oddali pokłon Dzieciątku a co roku wielbią Je w kolędach. Raz jeden była cicha noc a wciąż przeżywamy ją na nowo - bo narodził się Zbawiciel, którym jest Chrystus Pan. Radosne wieści milkną w mrokach niepamięci, ale Ewangelia rozbrzmiewa nieustannie. Rodzą się i umierają kolejne pokolenia, ale Syn Człowieczy żyje wiecznie, Tracą wartość kolejne prawdy i obietnice, ale obietnica Bożej Prawdy trwa niezmiennie. Dawne „dziś” już nie istnieje, ale to jedno „dziś” powtarza się wciąż - bo dziś narodził się nam Zbawiciel, którym jest Chrystus Pan.  Ks. Henryk Czembor

***

Najbardziej zdumiewającym wydarzeniem w historii ludzkości nie był dzień, w którym Bóg podzielił się swoją miłością, stwarzając człowieka na swój obraz i podobieństwo, lecz dzień, w którym z miłości do człowieka Bóg sam stał się jednym z nas. Ks. Karol Macura „Porządkowanie codzienności”

***

Radosna Nowina! 
Co to jest radosna nowina? Radosną nowiną jest to, że Bóg stał się człowiekiem, żeby jako człowiek przeżył całe ludzkie życie. 
Radosną nowiną jest to, że wszystko, co przeżył - samotność, bieda, śmierć - było drogą do zmartwychwstania. 
Żyjemy w czasach, w których mówi się dużo o naszej egzystencji, o naszym życiu na ziemi. Jedynym sensem życia jest poświęcić się dla kogoś, kochać kogoś - to stanowi o jego całości. Jezus przeżył całe ludzkie życie i nadał sens wszystkiemu, co nas może spotkać.  Ks. Jan Twardowski „Bliżej Jezusa” (zebrane wiersze i komentarze ewangeliczne)

***

Współczesny Adwent 
Czas wyciszenia i pokuty zagłusza skomercjalizowany jazgot, sztuczna wesołość i szaleństwo zakupów. Paradoksy w życiu przeciętnego chrześcijanina i Kościoła to: infantylny nastrój towarzyszący oczekiwaniu na najradośniejsze święta i brak radości, bo pod powierzchnią adwentowej tradycji czai się pustka. 
Znane z pocztówek bajkowe, zimowe pejzaże ze Stajenką w tle należałoby zastąpić apokaliptycznym obrazem tego, co naprawdę zaszło (Obj. Jana 12:1-5 i 7-9). [...] Dziś odczuwam potrzebę odmitologizowania powstałego w moim umyśle obrazu. Pamiętam ile trudu kosztowało mnie w późnym dzieciństwie zastąpienie klimatu ośnieżonej Stajenki palestyńskim krajobrazem i realiami ówczesnego życia. 
Dziś pragnę czegoś więcej. Chcę zobaczyć to, co stało się naprawdę. W Adwencie odkrywam nowy wizerunek przychodzącego na świat Dzieciątka Jezus. Odbywa się to w duchu walki. Tak jak wówczas trwał bój Ciemności z Jasnością, tak dzieje się i dziś. Jest to nieustanny bój o człowieka, jego duszę, jego zbawienie. 
Miłość nowonarodzonego Zbawiciela przekłada się w języku militarnym na walkę o pojedynczego szeregowca. To jest klimat współczesnych Świąt - aura niepokoju, wojen, terroru i zagrożenia naprzeciw walczącego o ciebie i o mnie Chrystusa. Z dniem narodzin Jezusa rozpoczęła się już Golgota. Walka trwa. Moim zadaniem jest stanąć po właściwej stronie... 
Rozważanie to pochodzi z książki Aleksandry Błahut-Kowalczyk pt. Nieuchronność. Jak pisze sama autorka: „Nieuchronność” - kolejny tomik biblijnych miniatur - jest próbą rozprawienia się z czasem mi darowanym, przeżytym przez ludzi i dzięki ludziom. Nieuchronność zmierza ku spotkaniu z Wiecznością i jej Panem.

***

Panie nasz, niepojęty Boże, pokaż nam drogę do Ciebie. Stoimy bezradni w ciemności, a Ty jesteś światłością świata. Niepokój nas męczy i rozpacz, a Ty jesteś naszym pasterzem. Nie Twoich słuchamy przykazań, bo inni tyle chcą od nas. O, daj nam nareszcie być sobą, pokaż nam drogę do Ciebie. Prawdziwej nas naucz miłości, objaw nam wiarę i nadzieję. Dotknij nas, Panie, swą dłonią, bądź drogą, radością i życiem. (autor nieznany)

***

Uczyńmy te Święta czasem uwielbienia. Jezus dzisiaj nie jest bezbronnym dzieciątkiem  w tym miejscu, gdzie się urodził, ale jest Panem tego świata. Z tego powodu, Święta te nie powinny być dla nas tylko emocjonalnym uniesieniem, ale uświadomieniem sobie prawdy, że Jezus Chrystus przyjdzie wkrótce po raz drugi.





Wiersz z dedykacją...

... dla mieszkańców warszawskiej Pragi

Lud, który chodzi w ciemności, ujrzy światło wielkie, nad mieszkańcami krainy mroków zabłyśnie światłość. Ks. Izajasza 9:1


Czy się narodzisz?

W cichy, grudniowy, śnieżnobiały wieczór
Zaglądam do domów ludzi nieznanych
Widzę jak się bawią, martwią
Śpią i zamyślają
I jak u niektórych pustka z oczu bije
Jedni są szczęśliwi
Mają siebie, dzieci
Inni z boleścią na twarzy i skłonioną głową
Jedni uśmiechnięci, inni odurzeni
Jedni są szczęśliwi, inni strachu pełni
... I szukam wśród ludzi Ciebie dobry Panie

Jesteś ukryty w małym pudełku
Zakurzonej księdze
Wyschniętym kropidle
Wisisz na krzyżu z umęczoną twarzą
Albo leżysz w żłóbku
Mały, nieruchomy

Jak to się dzieje, że rodzisz się tylko
Wśród nocnej ciszy i w małej stajence
A moc truchleje jedynie w kolędzie
Dlaczego Ty, taki święty,
Żywy, wielki, wieczny
Umarłeś w domach tylu ludzi grzesznych?

Może w ten cichy, grudniowy,
Śnieżnobiały wieczór
Narodzisz się
W sercach ludzi utrudzonych
Wniesiesz bogactwo życia i nadziei
Na lepsze jutro
Na szczęście w wieczności...


Ewelina Tołopiło, Malinowy Śnieg, 2006.





Hej, kolęda, kolęda...!

Niedawno usłyszałam w TV czy w Radio, że o Świętach możemy zacząć myśleć, kiedy na falach eteru zabrzmi „Last Christmas” zespołu „Wham”. Zdziwiły mnie te wieści z jednego podstawowego  powodu - treści tej ‘christmasowej’ piosenki. Z dodatkowym zastrzeżeniem do osoby samego wykonawcy (Georga Michela). Jakoś nie pasuje mi on do roli heralda, ogłaszającego, że zbliża się kolejne Boże Narodzenie.

Oczywiście, dalej tego wątku nie zamierzam rozwijać. Bardziej chcę się skupić na tym, że współczesna kultura robi wszystko, aby ograbić Boże Narodzenie z jego prawdziwego znaczenia. Dlatego, stare dobre kolędy giną ostatnio w gąszczu ‘jingle bellsów’ i im podobnych. Szczególnie zauważalne jest to w nagraniach, puszczanych przez radio czy w sklepach. 
Ktoś zauważył, że śpiewa się o srebrnych dzwoneczkach, brzęczących dzwoneczkach, dzwoneczkach przy saneczkach, a przestało się śpiewać o dzwonach kościelnych, ogłaszających narodziny Dzieciątka w żłobie. A przecież melodyjne, bogate i głębokie w treść kolędy niezliczoną liczbę pokoleń informowały o prawdziwym powodzie tych świętych dni.  

To właśnie kolędy śpiewamy w tym radosnym okresie pamiątki Bożego Narodzenia. Niedawno przemówiły do mnie te myśli: Kolędy, ich słowa, jak piękna katecheza, prowadzą nas ku poznaniu tajemnicy Emmanuela, „Boga z nami”. Wraz z pasterzami pochylamy się w nich nad żłóbkiem małego Jezusa, towarzyszymy Marii i Józefowi w ich troskach i biedzie, stajemy się świadkami pokłonu mędrców ze Wschodu. W kolędach objawiana jest największa tajemnica świata: „w ciemną noc, brodzącą w jasności promienistej” przedwieczne „Słowo ciałem się stało i zamieszkało między nami”. Oto „Chrystus Pan się rodzi, by nas wyswobodzić”- rodzi się w ubóstwie „Pan wszego stworzenia”! Kolędy mówią nam prawdę o Bogu, który „tak umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego uwierzy nie zginął, ale miał żywot wieczny” (Ew. Jana 3, 16). Ukazują również najgłębszy sens wydarzenia nocy betlejemskiej - tajemnicę wcielenia w perspektywie Paschy. On przychodzi po to, aby stać się barankiem ofiarnym! Kolędy każą nam w pewnym momencie opuścić czas Jezusowego dziecięctwa i wraz z Nim wejść w rzeczywistość obumierania i śmierci - w rzeczywistość krzyża… Przez śmierć dążąc wraz z Nim ku zmartwychwstaniu i życiu! Zachwycony tym bożonarodzeniowym i paschalnym dziełem człowiek, rozpoznając w tym dobroć i miłość Bożą, jednoczy się wraz z innymi w śpiewie, by odpowiedzieć Stwórcy radosnym uwielbieniem!

Przytoczono tu zaledwie kilka wybranych zdań ze znanych polskich kolęd. To naprawdę jest tylko kropla w morzu. Ostatnio mój mąż poświęcił dłuższą chwilę, aby przyjrzeć się wielu znanym kolędom. Jakież to głębokie i ewangeliczne treści w nich są zawarte!

O kolędzie pięknie pisze ksiądz Karol Macura: Gdy zamilknie szelest kas wielkich marketów, gdy ucichnie stukot koni mechanicznych, zamkniętych w silnikach, wtedy przyjdzie upragniona cisza… A w ciszy tej cudownie rozpłynie się zapach wniesionej choinki i aromat pieczonych ciasteczek. Zimowy zmrok rozświetli światło świecy. W tę ciszę wchodzi kolęda, niosąc na swych skrzydłach ewangelię o obdarowaniu świata nadzieją. Przychodzi do nas opowieść o Bogu, który nas umiłował tak bardzo, że z miłości sam stanął miedzy nami w osobie Jezusa Chrystusa.

Przyznaję się - ja nie czekam z kolędą na tę ostatnią chwilę. W naszym domu słuchamy kolęd od pierwszego grudnia. I wcale to nie ma związku z tym, że mniej więcej w tym samym czasie puszczono w radiu po raz pierwszy „Last Christmas”. Po prostu, dla mnie zaczyna się Adwent, z perspektywą zbliżających się Świąt. Kolędy umilają mi ten czas oczekiwania.

Słucham tych wszystkich starych, głębokich w treści kolęd. Polskich, amerykańskich. W różnych wykonaniach i aranżacjach. Od kilku lat zadomowiła się u nas płyta Beatki Bednarz - „Świątecznie”.  To mieszanka znanych kolęd i zupełnie nowych, napisanych współcześnie. 
I tu - niespodzianka. Te nowe kolędy niosą piękne przesłanie ewangeliczne. Niczym nie zacieniają treści i sensu corocznego świętowania i kolędowania.

Nie dalej, jak wczoraj dane mi było słuchać na żywo Beatki, podczas koncertu w radiowej Trójce. (Beatko, dziękujemy za zaproszenie!) Andrzej Niedźwiecki, zapowiadający jej koncert, powiedział: Beata nagrała najpiękniejszą płytę na Wielkanoc „Pasja Miłości” i najpiękniejszą płytę na Boże Narodzenie „Świątecznie”. W pełni się z nim zgadzam. Koncert był wspaniały. Moja siostra, która słuchała koncertu transmitowanego przez radio, napisała w SMS-ie: Koncert był pięknie ewangelizujący...

Wyszłam z koncertu zbudowana faktem, że jednak tradycja dobrej kolędy z przesłaniem, tej starej i tej nowej kolędy, nie zaginie. Z głębią ich słów nie jest w stanie konkurować „Last Christmas”, ani  „All I want for Christmas is you” , ani cała rzesza temuż podobnych pioseneczek, które się nawet o Boże Narodzenie nie otarły.





sobota, 21 grudnia 2013

Służba jest przyjemnością...


„Spałam i śniłam, że życie jest samą przyjemnością, obudziłam się i spostrzegłam, że życie jest służbą na rzecz innych. Służyłam i zobaczyłam, że służba jest przyjemnością.” Matka Teresa z Kalkuty

Te słowa ‘wpadły mi w oko’ całkiem niedawno. W okresie najbardziej wytężonej grudniowej działalności, której oddałam się całkowicie, zaczynając od 3 grudnia.
Wszystko, co w tym minionym okresie zrobiłam, było działaniem z myślą o drugim człowieku. Było służeniem. Nie chcę, aby to brzmiało, jak chwalenie się. Pysznie. Nie! Jest to po prostu cała prawda o tym, jak wygląda rokrocznie moje życie, już od ponad trzydziestu lat. Niezależnie od miejsca, w którym postawił mnie Bóg.

A Bóg, ponad rok temu, postawił mnie w miejscu zwanym „Arka”, na dalekiej warszawskiej Pradze. Trzy razy w tygodniu pokonuję, wraz z moim mężem, dystans prawie 30 kilometrów, aby tam służyć ludziom. Dorosłym, kobietom i po trosze dzieciom i młodzieży. (Jeśli - posprzątanie i uporządkowanie pokoju katechetów i wychowawców - można pod tę kategorię podciągnąć :-)

Żaden inny miesiąc, jak właśnie grudzień, nie pozwala mi, w taki namacalny sposób, odkryć tego, że służba jest przyjemnością. Oczywiście, z wiekiem też odczuwam, że jest dużym wysiłkiem fizycznym, że powoduje zmęczenie, ból kręgosłupa, a czasem ból głowy. Ale plusy służenia innym przewyższają towarzyszące temu minusy.

Dzisiaj miałam pierwszy luźniejszy dzień. Mogłam zrobić świąteczne zakupy. Ugotowałam bigos i wypatroszyłam karpie. Teraz siedzę i piszę, przeglądając swój kalendarz. Co takiego działo się w grudniu w mojej służbie? Ano wiele:

3 grudnia - z pomocą kilku osób dekorowałam Arkę;
5 grudnia - uczestniczyłam w spotkaniu czwartkowym, podczas którego wypisałam dedykację do kilkudziesięciu Nowych Testamentów; robiłam zapisy na „Podróż do Betlejem” - ponieważ, w tak zwanym ‘międzyczasie’, zarezerwowałam termin w Zakościelu i autokar; towarzyszyłam dzieciom przy ubieraniu choinki i przy ‘mikołajkach’;
6 grudnia - odbierałam  z mężem paczki na Gwiazdkową Niespodziankę, aż z Pabianic; w tym dniu padał śnieg i szalał orkan Ksawery; droga powrotna trwała 4,5 godziny, ale zdążyłam wrócić na nagranie dwóch audycji dla Akademii Pięknego Życia;
10 grudnia - wraz z ekipą z Arki odbierałam z Banku Żywności produkty ze zbiórki świątecznej; przez kolejnych kilka godzin, wraz z dwójką innych osób, przygotowywałam Torby Świąteczne;
14 grudnia - służyłam wszelką niezbędną pomocą podczas Wernisażu, który miał miejsce w Arce; a wieczorem robiłam pakieciki niespodzianki dla naszych dorosłych podopiecznych;  
15 grudnia - razem z mężem zorganizowałam wigilię dla wolontariuszy zaangażowanych w Arce; wszystkich, poczynając od prezesa, na panu kierowcy kończąc;
17 grudnia - wraz z dwiema dzielnymi pomocnicami przygotowałam prawie 40 paczek świątecznych dla ‘Arkowych’ dzieci i młodzieży; a wieczorem, z innymi pomocnikami, wydawałam Torby Świąteczne;
18 grudnia - od świtu przygotowywałam pakieciki na wigilię do Hospicjum; ich zawartość to: Nowy Testament, „Słowa pokrzepienia i pociechy”, książka „Jezus twoim przeznaczeniem”, pakiet „Rodzina wygrywa” z dwoma filmami i świadectwami sportowców; podczas wigilii w Ursynowskim Hospicjum Onkologicznym towarzyszyło nam, mi i Pawłowi, kilkoro solistów z Sienna Gospel Choir - od kilku lat stanowimy zgraną ekipę; i uff… zdążyliśmy na „Jasełka”, w których nasza wnusia grała jeżyka, a też, ku naszej radości, ogłoszono, że szopka - wykonana przez nią i jej rodziców - zdobyła pierwsze miejsce w konkursie, organizowanym przez przedszkole;
19 grudnia - przed południem, razem z Pawłem, byliśmy gośćmi na wigilii dla seniorów (50+) w Społeczności Chrześcijańskiej „Puławska”; stamtąd pośpieszyliśmy do „Arki”, abym mogła przygotować salę na spotkanie wigilijne dla naszych stałych uczestników czwartkowych spotkań; było odświętnie, uroczyście i rodzinnie.

Wczoraj ‘zeszło ze mnie powietrze’ :-). Zwykle tak się czuję, kiedy, po wytężonym wysiłku fizycznym i psychicznym, przychodzi chwila wytchnienia. Nie miałam sił na zbyt wiele, cały dzień bolała mnie głowa, ale to nie powstrzymało mnie od oglądania zdjęć, na których utrwaliliśmy wydarzenia tego miesiąca. 
Oglądałam, wybierałam i po drobnej obróbce wrzucałam na FB. Na stronę „Przyjaciele Praskiej Arki”.

Jesteś na FB? Jeśli tak, to zajrzyj na tę stronę koniecznie i polub ją! Jestem pewna, że już poprzez samo oglądanie poczujesz, że służba jest przyjemnością. I, że życie jest przyjemnością, jeśli jest służbą na rzecz innych.

I chociaż nigdy nie śniło mi się, że życie jest samą przyjemnością, ponieważ przeważnie w moich  snach pojawiają się sprawy do załatwienia, rzeczy do zrobienia i problemy do rozwiązania - związane właśnie ze służbą, to stwierdzam, że jawa jest o wiele piękniejsza. Po prostu, rzeczywistość służby jest piękna. Nawet, jeśli czasem okupiona jest stresem, zniechęceniem, wypaleniem.

Kiedy, po 30 latach, podsumowuję dzisiaj swoją służbę na rzecz innych, widzę, że Boże powołanie jest nieodwołalne. Możemy przechodzić przez różne rozczarowania, zranienia, porażki, zniechęcenie i wypalenie, a jednak w Bożej mocy jesteśmy w stanie podnieść się, jak Feniks z popiołów, i służyć Bogu z takim samym zaangażowaniem i entuzjazmem, jak to kiedyś bywało. Mimo przybywania lat, chorób i codziennych życiowych trosk. 

I chyba dlatego lubię grudzień…

***

Dodatek dnia następnego.

Wczoraj oglądałam program dokumentalny o Albercie Schweitzerze. Bardzo spodobało mi się to, co powiedział: „Starajcie się zawsze zrobić coś dobrego, nawet jeśli są to małe rzeczy, zrobione dla potrzebujących. I niech jedyną zapłatą będzie przywilej uczynienia tego. Wasze życie będzie bogatsze, piękniejsze i szczęśliwsze. Pamiętajcie, nie jesteście sami na tym świecie”.











Audycja Świąteczna

Zapraszam na chwilę wytchnienia w trakcie świątecznych przygotowań.






środa, 4 grudnia 2013

Kącik dobrej książki

Janet i Geoff Benge, John Wesley – Jego parafią był świat, Wydawnictwo Pojednane, Lublin 2010

Kiedy myślę o Johnie Wesley’u kilka rzeczy automatycznie przychodzi mi na myśl. Pierwsza to jego słowa: Czyń wszelkie możliwe dobro, za wszelką cenę, na wszelkie możliwe sposoby, we wszystkich możliwych miejscach, w każdym możliwym czasie, wobec wszystkich ludzi, tak długo, jak to tylko możliwe. Drugą rzeczą jest metodyzm, ruch religijny, którego był współtwórcą i przywódcą. Trzecia rzecz to moje wyobrażenie o mężczyźnie na koniu, przemierzającym Wielką Brytanię i głoszącym Ewangelię (nawet jedno z miejsc takich nabożeństw pod chmurką widziałam), przyczyniając się do duchowego przebudzenia. Czwarta rzecz, to jego pieśni religijne (chociaż to brat Johna, Charles, napisał ich więcej).

Proponowana tu książka w bardzo uporządkowany sposób systematyzuje moją wiedzę na temat tego męża Bożego. I chociaż to nie jedyna książka o Wesley’u, jaką posiadam w swoim księgozbiorze, to właśnie ją czytało mi się z dużą przyjemnością. Może dlatego, że już przyzwyczaiłam się już do stylu i formuły autorów. Z zainteresowaniem więc śledziłam jego losy, począwszy od dzieciństwa, poprzez młodzieńcze poszukiwanie sensu życia, misyjną porażkę wśród amerykańskich Indian, po prawdziwe nawrócenie i wreszcie oddaną i wieloletnią służbę, aż po zgon. W książce czytamy: Odszedł, jak przystało na metodystę: bez skarg, bez narzekania na ból, jedynie w radosnym oczekiwaniu na spotkanie ze swoim wiecznym Zbawicielem.

John Wesley żył w latach 1703-1791. Podaje się, że przejechał konno czterysta tysięcy kilometrów (w Anglii, Irlandii i Walii). Wygłosił podczas tych wędrówek czterdzieści tysięcy kazań. Sam zwykł mówić: „Moją parafią jest świat…” i chociaż nie miał na swoim koncie zbyt wielu podróży, to cały dzisiejszy chrześcijański świat może korzystać z jego duchowej spuścizny.


Janet i Geoff Benge, Mary Slessor – Odważnie do Calabaru, Wydawnictwo Pojednane, Lublin 2010

Była błękitnooką, rudowłosą Szkotką. Jej codzienność wypełniała ciężka praca w przędzalni i czytanie książek. Szczególnie tych o misjach. Zainspirowana osobą Davida Livingstone’a, postanowiła dokonać w swoim życiu diametralnej zmiany. Jedyną opcją był wyjazd na misję. Mając 28 lat, na miejsce swojej służby wybrała Calabar (Nigeria). Przez kolejne trzydzieści dziewięć lat życia głosiła Ewangelię pośród różnych plemion afrykańskich. Złych, zdradzieckich i niebezpiecznych.

Służyła lecząc chorych, ratując życie bliźniętom skazywanym na śmierć z powodu tego, że rodziły się bliźniętami. Negocjowała warunki pokoju pomiędzy walczącymi plemionami. Sprzeciwiała się złemu traktowaniu kobiet i niewolników. Uczyła ludzi czytać i pisać. Dokądkolwiek szła, zawsze śpiewała i mówiła o pokoju.
Afrykanie nazwali ją Eka Kpukpro Owo: Matka Nas Wszystkich.

Kiedy zmarła, w jej pogrzebie wzięła udział ludność z trzech regionów plemiennych Calabaru. Kiedyś sobie wrodzy i nienawidzący siebie nawzajem, teraz zjednoczeni w Chrystusie i zasmuceni utratą swojej Białej Mamy

Niezwykle inspirująca była to postać. Samotna biała kobieta, bez broni i bez eskorty, która chodziła boso, nosiła prostą suknię i nie zakładała kapelusza. Warto poznać jej historię.

Żyła w latach 1848-1915.


Frank i Marie Drown, Misja wśród łowców głów – Jak Boże przebaczenie przemieniło plemiennych wrogów, Pojednanie, Lublin 2011

Frank i Marie Drown byli misjonarzami w Ekwadorze. Spędzili tam trzydzieści siedem lat, głosząc Ewangelię dwu wrogim plemionom: Szuarom i Atszuarom.

Wyjechali na misję, kierowani radą: Wyjeżdżając na pole misyjne każdy z was musi zabrać ze sobą czterech ludzi: człowieka duchowego, intelektualnego, społecznego i fizycznego. … Musicie cieszyć się doskonałym zdrowiem fizycznym; poświęconą Bogu praktyczną inteligencją; zdolnością do nawiązywania głębokich przyjaźni…; i musicie zbudować silne życie duchowe… .

Kiedy czytałam tę książkę, wciąż przypominałam sobie tych kilka ważnych zdań i ciągle na nowo odkrywałam, że sprawdzają się one doskonale w życiu tej pary misjonarzy i pozostałych towarzyszących im osób.

Ta książka to niesamowity zapis bardzo trudnej i niebezpiecznej, ale też pięknej i owocnej służby. Jej efekty mnie powalały. Już dawno nie czytałam opisu takiego głodu duchowego i otwartości na ‘głoszone słowa Boga’. Stawanie się ‘tikishmamtaicawaru’ - kimś, kto zgina swoje kolano, to znaczy klęka i modli się codziennie do Boga jest poruszające. Przyznaję, od tej książki trudno jest się oderwać. 

Zdałam sobie, przy okazji, sprawę, że misjonarz musi być wszystkim po trochę. Ewangelistą, kaznodzieją, zwykłym nauczycielem, lekarzem, rolnikiem, po trosze inżynierem, stolarzem, murarzem i dużo by tu jeszcze wymieniać. W cywilizowanych warunkach jest to zadanie dla supermena. A w dzikiej dżungli, warunkach zagrożenia zdrowia i życia? Tylko z Bogiem jest to możliwe. 
O tym, jak to się dobywało w tandemie Bóg i Frank Drown, musicie przeczytać sami.

Jedyne, czego mi brakowało w tej książce, to zdjęć. Zamieszczone są tylko zdjęcia współczesne (z roku 2010), z uroczystości dedykacji Biblii w języku Szuarów. Tu, chwała Bogu i lingwistom oraz tłumaczom za to wspaniałe dzieło.

***
Mam nadzieję, że zachęciłam Was do sięgnięcia po kolejną porcję książek misyjnych. Życzę inspirującej lektury, a ja tym czasem przygotuję dla Was nowe propozycje.



PISANE NA ZAMÓWIENIE BIULETYNU "IDŹCIE"




sobota, 30 listopada 2013

Nowa płyta Beaty Bednarz

Gorąco polecam nową płytę Beaty Bednarz. Jej zawartość tworzą pieśni z tzw. "Śpiewnika Pielgrzyma". Śpiewnik ten, choć rzadko we współczesnym kościele używany, przez młodsze pokolenia odsunięty do lamusa, wciąż zachwyca pięknymi treściami i melodiami.
Zresztą, w wykonaniu Beatki, wybrane na krążek pieśni, brzmią na miarę XXI wieku.

Beatka pisze:  Drodzy, na tym krążku dzielę się tym, co „gra” w moim sercu do wielu lat. Tych kilka pięknych, czasem bardzo prostych, a jednocześnie jakże głębokich pieśni, dotknęło kiedyś mnie mocno. Pisane z potrzeby serca i autentycznego przeżycia, pomimo upływu  czasu nie straciły na wartości. Dzisiaj, tak jak kiedyś, słychać w nich prawdę o zbawieniu, łasce i o wielkiej Bożej miłości. Zapomniane… chciałam przypomnieć w nowych, czasem zaskakujących aranżacjach. Mam nadzieję, że odkryjecie je na nowo.


Wybrane pieśni: O, jakże kocham; Czy znasz to Imię…; Ojcze Niebieski; Zwróć swój wzrok; Ku Tobie; Gdy na ten świat; Naucz modlić się; O ugnij mnie; Dlaczego w Twym oku…; Bliżej o bliżej; Gdy Ciebie otoczą; Barankowi cześć; Tak jaką jestem.






Płytę można zamówić w sklepiku B.B. - KLIKNIJ.










Poranne inspiracje

Boga znajdziemy w szarości dnia, w klęsce człowieczeństwa, w ludzkim nieszczęściu, w ciemnościach niewiedzy i niezrozumieniu szybko toczącej się historii świata albo nie znajdziemy Go wcale. Ks. ew. Marek Jerzy Uglorz 

Dziękuję Ci po prostu, za to, że jesteś. 
Za to, że nie sposób ogarnąć Cię
sercem, które jest nerwowe.
Za to, że taki bliski i taki daleki,
że we wszystkim inny.
Za to, że jesteś już odnaleziony
i nie odnaleziony jeszcze...
Ks. Jan Twardowski






piątek, 22 listopada 2013

Słów kilka o konferencji w Radości

W miniony weekend uczestniczyłam w bardzo wartościowej i ciekawej konferencji. Chociaż, gdybym kierowała się tematyką wykładów i warsztatów (patrz niżej), zapewne nie wybrałabym się na nią. Potraktowałabym ją jako kolejne szkolenie z dziedziny chrześcijańskiego poradnictwa, a tych mam już za sobą wiele. Tematy były dobrze mi znane, a niektóre nawet bardzo dobrze - np. przemoc w rodzinie, co, oczywiście, nie oznacza, że niczego nowego nie usłyszałam. Nie były też one tematami mojej pierwszej potrzeby. Wybrałam się więc na tą konferencję nie ze względu na siebie, ale ze względu na dziewięć innych kobiet, które mi towarzyszyły.

O życiu niektórych z nich wiedziałam trochę lub wiele. O niektórych prawie wcale. Intuicyjnie czułam jednak, że to są te właściwe kobiety, skoro zdecydowały się jechać. Treść konferencji nie była dla nich tajemnicą. Miały wcześniej szansę zapoznać się z treścią zapraszającego listu oraz ze szczegółowym programem. Włącznie z tytułami wykładów i warsztatów. Pojechały… .

Dla nich wszystkich było to pierwsze takie doświadczenie w życiu. Wyjątkowe wydarzenie. Konferencja dla ponad siedemdziesięciu kobiet, w komfortowym eleganckim  ośrodku, w pięknym zalesionym otoczeniu, z super obsługą, pysznym jedzeniem. I to wszystko nieodpłatnie - cały koszt konferencji pokryły trzy amerykańskie kościoły. Wielkie dzięki!!!

Konferencja zaczęła się świetnym wykładem. Wygłosił go jedyny mężczyzna w naszym gronie - Ireneusz Dawidowicz. Mówił na temat „Przełam potęgę przeszłości - bolesna przeszłość, jak zamknąć ten rozdział?”.  Badałam wzrokiem moje towarzyszki. Słuchały. Na żadnej twarzy nie widziałam grymasu typu: Co ja tu robię? Po wykładzie zadałam kontrolne pytanie: Podobało się?Tak - zgodnym chórem brzmiała odpowiedź. Potem już nie musiałam pytać. Widziałam, że są skupione, wzruszone, zaangażowane.  Były zadowolone i  zrelaksowane. Wzmocnione, dowartościowane i docenione. Tak wiele zrobione było, aby właśnie tak się poczuły. Może po raz pierwszy od bardzo dawna… .

Dwa dni konferencji zleciały nam bardzo szybko.  I wcale nie czułyśmy się zmęczone. Czas był wypełniony do granic, przerwa kawowa słownie „ jedna” , na szczęście był ciągły dostęp do źródełka :-). Program był intensywny, ale dynamiczny, dzięki temu, że często zmieniały się mówczynie i miejsca warsztatów. Miłym akcentem na zakończenie dnia była oczyszczająca  maseczka na twarz i … uroczysta kolacja na wzór amerykańskiego Święta Dziękczynienia. Przygotowana przez kilkunastoosobową grupę Amerykanów. Naprawdę, mnóstwo atrakcji było w tym konferencyjnym pakiecie. Że wspomnę o perfumach, koralach, książkach i innych drobiazgach. Przyjęto nas iście po królewsku. Jeszcze raz: Wielkie dzięki  - organizatorkom i sponsorom.

Ciepła i rodzinna atmosfera, stworzona przez organizatorki, sprawiła, że było nam tam ze sobą, i z 70-ką innych kobiet, bardzo dobrze. Poznałyśmy się lepiej, zbliżyłyśmy do siebie.  Odpoczęłyśmy fizycznie i duchowo. Wiele się nauczyłyśmy o sobie i o Bożej miłości do nas. Wiele wzruszeń i wylanych łez świadczyło o tym, że to był bardzo potrzebny kobietom czas. Cieszyłam się, że dla naszej licznej grupki znalazło się miejsce i serce.

***
Konferencję organizowały kobiety z Kościoła Chrześcijan Baptystów, w ramach Służby Kobiet tego kościoła. Konferencja odbywała się w dniach 16-17 listopada, w Radości, w ośrodku KChB. Poruszane były następujące tematy:
Przełam potęgę przeszłości,
Objawy depresji, lęku, wstydu,
Podnieście głowy swoje,
Rozerwać kajdany,
Duchowa walka,
Bądź piękna,
Ja wiem jakie myśli mam o Was… myśli o pokoju…,
4 prawa duchowego życia,
Moja historia,
Masz prawo.






wtorek, 19 listopada 2013

Maria czy Marta?

To jakiś cud! Mija już drugi wtorek, a ja jestem w domu. Nie znikam na długie godziny, które ostatnio spędzałam głównie na sprzątaniu i porządkowaniu. Wiem, że taki stan nie potrwa wiecznie, bo potrzeby są wielkie, ale przyjemna jest ta chwila wytchnienia.

Przyznaję, ciążyła mi już ta rola Marty (Ew. Łukasza 10:38-42), czego dawałam wyraz w kilku wcześniejszych postach. Niedawno zaczęłam zastanawiać się: Jak znaleźć złoty środek?
Czytając Biblię, widzę wyraźnie, że służba dla dobra ogółu jest w niej chwalona. O samym Jezusie napisane jest, że nie przyszedł, aby Mu służono lecz, aby służyć (Ew. Mateusza 20:28). 
Więc, w czym leży problem? Zajrzałam do różnych tłumaczeń Biblii, zwracając uwagę jakimi słowami została opisana posługa Marty: krzątała się koło różnej posługi; zajmowała się; była zajęta; pochłaniały ją liczne zajęcia. Zajrzałam do greckiego słownika i jedno z wyjaśnień, użytego w oryginale słowa, brzmiało: trudzić się tym, co zbyteczne; być zbędnie zajętym.

Ponieważ wiele ze mnie jest z Marty, aż tak niesprawiedliwa dla niej być nie mogę. Na pewno nie robiła niczego zbędnego, chcąc nakarmić gromadkę swoich gości. Więc w czym tkwił jej błąd? W pewnym angielskim tłumaczeniu znalazłam słowo: distracted - rozproszona. Marta, zajęta przygotowaniami, była rozproszona i skupiała się nie na tym, co powinno być w tym momencie w centrum jej uwagi.  

Zaczęłam poszukiwać w sobie objawów rozproszenia. W domu lepiej jest mi zorganizować sobie pracę i tzw. cichy czas. Czas z Bogiem. Mam już wyrobione konkretne nawyki.  Ale ‘w terenie’ bywa różnie. Ostatnio zauważyłam, że bywam tak zajęta, że zawsze ostatnia, albo spóźniona zasiadam, aby posłuchać  np. niedzielnego czy czwartkowego kazania. Często łapię się na tym, że myśl mi ucieka do spraw, które są do załatwienia po spotkaniu. Troszczę się i kłopoczę o wiele rzeczy (w. 41). Jedyny plus to taki, że na nikogo się nie uskarżam. (Poza pewnymi wyjątkami.)

Kolejny raz poruszona tym fragmentem Ewangelii, wzięłam sobie do serca słowa Jezusa: Maria bowiem dobrą cząstkę wybrała (w. 42).
I ja też, mimo że obciążona sprawami i obowiązkami nie do przerobienia, postanowiłam przywrócić swojemu życiu dawny balans. Powracając do tego, co kiedyś przychodziło mi tak łatwo: siedzieć u nóg Pana i słuchać Jego słowa (w. 39).   




sobota, 9 listopada 2013

W związku z kolejnymi urodzinami

Ostatnio dosyć często podróżuję, korzystając z publicznych środków lokomocji. Są to krótkie, weekendowe wypady. W taką podróż zabieram zwykle najmniejszą walizkę, jaką posiadam. Czekając na swoją kolej, przyglądam się bagażom, znikającym w luku autobusu. Niektóre z nich są naprawdę bardzo ładne, eleganckie, solidne. Zdarzają się kolorowe. Czasem wielkie. A pośród nich moja niewielka szarobura torba podróżna. Pocieszam się, że nie jest wyjątkiem. Podobnych mojej jest większość.

Kiedyś zastanawiałam się tak hipotetycznie, co by było, gdyby obsługa autobusu, przez pomyłkę chciała mnie uszczęśliwić jedną z tych wielkich, wypasionych damskich walizek? Co bym znalazła w środku?  Może eleganckie ubrania, które do mnie i na mnie absolutnie nie pasują. Buty, jakich nie lubię. Kosmetyki źle dobrane do mojej cery. Biżuterię niekoniecznie odpowiadającą mojemu stylowi.

Co straciłabym na tej hipotetycznej transakcji? W walizce nie byłoby moich ulubionych sukienek - to pewne. I dobranych do nich korali. Straciłabym mój kalendarz z zapiskami i album ze zdjęciami wnuków. Przepadłyby zabrane w podróż starannie wybrane książki. Pudełko z lekarstwami.
W rzeczywistości okazałoby się, że to, co może z zewnątrz wyglądało lepiej, zupełnie by mnie rozczarowało. 

Czy nie bywa tak czasem, że chcielibyśmy się zamienić z kimś nie na bagaż, ale na jego życie? Bo wydaje się takie dobre, bezproblemowe, bardziej atrakcyjne i pożądane niż nasze własne. A prawda jest taka, że tak naprawdę to nie wiemy nic, co dzieje się w życiu tej osoby. Ja sama, porównując się z innymi, wolałabym nie mieć zbyt wielu problemów, mieć grubszy portfel, mniejszą wagę, lepsze zdrowie. Ale kiedy, mając już 53 lata, podsumowuję uczciwie wszelkie swoje zasoby i błogosławieństwa, rodzinę, przyjaźnie, doświadczenia życiowe te dobre i te trudniejsze, radości i smutki, miłość bliskich i zachętę od ludzi, łaskę od Boga - to stwierdzam, że ten mój bagaż nie jest taki zły i tak naprawdę nie zamieniłabym go na żaden inny. Wcale a wcale…

***

Nie potrafię powiedzieć, w jakim jestem wieku, ciągle się zmienia :-). (A.A.Allen)

Zdjęcie zrobione 9.11.2013 na spacerze z mężem.




środa, 6 listopada 2013

Refleksja z Żytniej

W tym roku, na ewangelickim cmentarzu, przy ulicy Żytniej, spotkały się cztery pokolenia rodziny Jaroszów. Seniorka rodu, dwóch synów z żonami, troje dorosłych wnuków, w tym jeden z małżonką i dwoje prawnucząt. 

Ten cmentarz, z racji tego, że jest cmentarzem protestanckim, ma swoją specyfikę. Jest niewielki, bo i mniejszość wyznaniowa w Polsce jest mała. Daje to możliwość spotkania starych, dobrych znajomych. Wczesne godziny popołudniowe gwarantują, że spotkamy się z większością z nich. Te nieumawiane spotkania, ciepłe i radosne powitania, sprawiają, że atmosfera na cmentarzu tętni życiem. Z całym szacunkiem do tych, którzy odeszli. To przez pamięć o nich tu przyszliśmy. To o nich myślimy w zadumie, wspominając ich, rozmawiając o nich.

Oczywiście, również ze względów teologicznych (pisałam o tym trzy lata temu), charakter naszego wspominania tych, którzy odeszli, różni się od ogólnie przyjętego w naszym kraju. Nie modlimy się już o nich, ani do nich. Wierzymy, że ich dusze są już u Pana, a ich ciała czekają na chwalebne zmartwychwstanie. Myślę, że właśnie z tego powodu nie ma w nas smutku, a jedynie tęsknota, kojona radosną wizją pewnego spotkania.

Po powrocie do domu, mój mąż wrzucił na FB kilka cytatów:
Forrest Gump: Moja matka zawsze mówiła, że śmierć jest częścią życia.
Napis na nagrobku grobu Dawida Zapiska (młodego kibica chorego na nieuleczalną chorobę): Żyłem do końca swoich dni.
Ap Paweł: Dla mnie życiem jest Chrystus, a śmierć zyskiem...
Inny Paweł: Byłem bliski śmierci ale Pan mnie podźwignął. Dziś „na groby” moja żona poszła ze swoim mężem a nie do swojego męża...

I, oczywiście, jak to na FB bywa - włożył kij w mrowisko. Znalazło się kilka osób, które, ze świętym oburzeniem, ogłosiły, że one nie odwiedzają grobów swoich bliskich. I w ogóle „nie dokonują tych praktyk…”. Mogę się tylko domyślać, o jakie praktyki chodziło. Mam jedynie nadzieję, że zgarnięcie jesiennych liści z nagrobka i postawienie na nim bukietu chryzantem, nie ‘podchodzi pod paragraf’ :-).

Wtrąciłam się do dyskusji ze swoją argumentacją:
O tym, jak ważna była kwestia pochówku bliskich i świadomość tego, co się dzieje z ciałami zmarłych, wiele możemy się dowiedzieć z Biblii. Przykłady:  Abraham: śmierć Sary i nabycie grobu dla niej (I Mojż. 23 r.); Jakub: jego ostatnia wola i pogrzeb we wspólnym rodzinnym grobowcu - spora odległość z Egiptu, a jednak synowie spełnili wolę ojca (I Mojż. 49:29-50:21); Józef: jego ostatnia wola (I Mojż. 50:24-26), zabranie przez Mojżesza kości Józefa (II Mojż. 13:19), pochówek w Ziemi Obiecanej (Jozuego 24:32), wspomnienie tego faktu w Hebrajczyków 11:22 - jako przykład wiary Józefa. Proponuję przeczytanie wybranych fragmentów. Na pewno znalazłoby się jeszcze więcej.

Pamięć o tych, co odeszli jest dla mnie ważna. Źle bym się czuła, mówiąc o swoich bliskich ciepłe słowa, wspominając jak wiele dla mnie znaczyli, a zarazem zaniedbując miejsca, w których spoczywają. I naprawdę nie wiążą mnie tu żadne ‘praktyki’. Boleję nad tym, że duży dystans nie pozwala mi na częste odwiedzanie grobu mojego taty, ale wiem, że moja rodzina troszczy się o miejsce jego spoczynku należycie.

Mam też takie przekonanie - na okoliczność tego święta, jak i innych - że swoją otwartą postawą, nie idącą jednak na kompromis w moją wiarą, mogę łatwiej dotrzeć do ludzi z przesłaniem prawdy dotyczącej życia wiecznego. Przykład apostoła Pawła (spotkanie z Grekami na Areopagu) pokazał mi, że mądry chrześcijanin wykorzystuje każdy czas i miejsce na to, aby dać świadectwo Ewangelii.
Taki dzień, jak tu opisywany, daje świetny pretekst ku temu. Przykład z polskiej telewizji. W  „Dzień Dobry TVN” zaproponowano:  Zaproś rodzinę na obiad i porozmawiaj o śmierci

Wrócę jeszcze do naszego rodzinnego spotkania. Moja pięcioletnia wnuczka Hania z uwagą przyglądała się nagrobkom, pytając  swojego tatę, o co tu chodzi. Pojęcie ‘pochowani’, w tym kontekście, nie było dla niej zrozumiałe. To zupełnie coś innego niż zabawa w chowanego z dziadkiem. „Tata, ja i tak nie rozumiem tego cmentarza” - powtarzała, spacerując wąskimi alejkami.
A mały Julek podziwiał z wózka korony starych drzew.




piątek, 1 listopada 2013

Listopadowa zaduma nad przemijaniem

Życie nasze trwa lat siedemdziesiąt, a gdy sił stanie, lat osiemdziesiąt; a to, co się ich chlubą wydaje, to tylko trud i znój, gdyż chyżo mijają, a my odlatujemy. Psalm 90:10

Cmentarz, ogród ciszy. Tu ustaje czas biologiczny. Ale też właśnie tutaj dostrzegamy „czas poza czasem”. Ks. Karol Macura

W dniach listopadowych częściej myślimy o tych, co już odeszli, już odlecieli. Dom pozostał pusty, życie straciło swój kolor, choć zaciera bolesne rany po stracie. (Piotr Karel)

I dlatego poniższy wiersz dedykuję
„Tym, którzy pozostali”

Ile słów niepotrzebnych,
Ile gestów niechętnych
Ile czasu, ile dni zmarnowałeś.
Za późno nawet na żal.

Pamiętaj
kwiaty dawać żywym,
dobre słowa z uśmiechem,
miłość bez granic!

To nic, że czujesz się głupio.
Pogodzenie ze sobą,
pokój sumienia jest cenniejszy,
od spojrzeń uznających cię za słabego.

Pamiętaj, ci co odeszli
nie darują ci błędów,
nie uśmiechną się,
nie pocieszą,
to już się nie zdarzy.

Nie czekaj jutra,
co możesz dobrego uczynić
dzisiaj czyń.
Jutro może być zbyt późno.

Kochamy zbyt ospale,
dajemy opieszale,
wypominamy
a oni odchodzą zawsze zbyt szybko.

                  Beata Jaskuła-Tuchanowska tomik „Kropla do kropli”







czwartek, 31 października 2013

Świadectwo Marcina Lutra

„Gdybyśmy od papieża otrzymali zapewnienie, że Bóg usprawiedliwia nas bez ludzkiej pomocy, a jedynie z samej łaski i miłosierdzia przez Chrystusa, wtedy gotowi jesteśmy go nosić nie tylko na rękach, lecz chętnie całowalibyśmy go także po nogach.
Ponieważ tego nie możemy osiągnąć, dlatego jesteśmy w imię Boże tak mocni i przekorni, że za nic na świecie nie ustąpimy ani na szerokość jednego palca. Prędzej możemy się zgodzić, gdy zajdzie potrzeba, oddać nasze dobra doczesne, cześć, honor, życie i cokolwiek jeszcze posiadamy. Natomiast oddać pełną pociechy Ewangelię, wiarę i Chrystusa samego, to jest za wiele i tego nie możemy, i nie chcemy znieść ani na to się zgodzić. [...]  
Tu trzeba być nieugiętym, twardym, upartym i przekornym. W tej sprawie będzie, gdy Bóg zechce, moja głowa bardziej twarda niż wszyscy moi nieprzyjaciele. W tej sprawie nie mogę być inny niż uparty, twardy, sztywny, nieugięty, dumny, a moim hasłem: Nie ustępuj nikomu.
Cieszę się też z całego serca, że w tej sprawie nazywają mnie rebeliantem i mówią, że jestem uparty i nieustępliwy.
Przyznaję się otwarcie, że gdy chodzi o tę sprawę jestem przekonany i uparty i jak Bóg da, takim pozostanę i nie ustąpię ani o włos.”

Takie jest świadectwo Lutra.

Kiedyś mówiono: „Twardy jak luterska wiara pod Cieszynem”. Czy tak jest jeszcze dzisiaj?

Reformator należał do tych, którzy mówią: „Lecz my nie jesteśmy z tych, którzy się cofają i giną, lecz z tych, którzy wierzą i zachowują duszę” (Hebr. 10:39)
Obyśmy i my do nich należeli, wtedy możemy mówić, że jesteśmy dziećmi Reformacji.

(źródło: Rozmyślania na każdy dzień „U nóg Zbawiciela”, 31 październik - ks. Alfred Jagucki)




środa, 23 października 2013

Człowieczy los

Wczoraj, na pobliskim cmentarzu komunalnym w Antoninowie, żegnaliśmy jednego z naszych praskich podopiecznych. Zmarł nagle, mając niespełna 50 lat.

Nie znaliśmy go długo. Zaledwie kilka miesięcy. Sprawiał wrażenie człowieka poszukującego Boga. Regularnie bywał na organizowanych przez nas spotkaniach, gdzie czytane było Słowo Boże. Gdzie śpiewano pieśni religijne i modlono się.

Chociaż Janek był samotnym i ubogim człowiekiem, znany był i lubiany przez ludzi z powodu uczynności  i gotowości do pomocy. Miał też dwójkę oddanych mu przyjaciół. To oni zajęli się sprawami formalnymi. I, jak to w takich sytuacjach bywa, obowiązek pochówku spoczął na praskim Ośrodku Pomocy Społecznej.

Gdzie warszawska Praga, a gdzie Antoninów? To jak dwa przeciwległe bieguny, ale dla nas z Piaseczna to po sąsiedzku. Obiecaliśmy Kazikowi i Joli, że będziemy na pogrzebie. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, zastaliśmy tylko samochód z trumną i drepczącego nerwowo księdza. Czy na kogoś czekamy? – zapytał. Musimy zaczynać. Dziś mam kilka pogrzebów…  Szłam sama w jednoosobowym kondukcie. Ksiądz i Paweł szli przed samochodem. Paweł miał szansę wyjaśnić księdzu skąd nasza obecność na pogrzebie.

Cmentarz w Antoninowie, zwany Południowym, jest nowym cmentarzem. Rozległy, zadbany, obsadzony młodymi drzewami. Tego dnia był skąpany w słońcu, mieniący się złotem jesieni. Szybko dotarliśmy na miejsce. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu, ksiądz podzielił się z Pawłem swoim czasem nad grobem. Szybko zmodyfikował liturgię i dzięki temu Paweł mógł powiedzieć kilka słów o rozmowie Jezusa z Marią i Martą, tuż po śmierci ich brata Łazarza. W kontekście pożegnania ze zmarłym Jankiem, zacytował słowa z tej rozmowy: Jam jest zmartwychwstanie i żywot; kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. A kto żyje i wierzy we mnie, nie umrze na wieki (Ew. Jana 11:25,26). Mężczyźni, podtrzymujący trumnę, przysłuchiwali się uważnie.

Wszystko trwało niecałe 10 minut. Ksiądz odszedł w pośpiechu. A my zostaliśmy, aby móc złożyć symboliczną różę na świeżo usypanej mogile. Na pożegnanie zaśpiewaliśmy Jankowi a’capella „Cudowną Bożą łaskę”. Tyle razy śpiewał ją razem z nami na naszych spotkaniach…

Wciąż mając nadzieję, że prascy przyjaciele Janka dojadą, powoli ruszyliśmy w stronę bramy. Idąc, baczniej przyjrzeliśmy się mijanym mogiłom. Tak, nie grobowcom, lecz zwykłym mogiłom, porośniętym kępami uschłej trawy. Nie dało się ukryć, że są to samotne groby zapomnianych ludzi. Sektor dla ubogich, chowanych przez państwo. Na niektórych tabliczkach widniały napisy NN mężczyzna, NN kobieta. Moją uwagę zwrócił młody wiek zmarłych, w przedziale 35-60 lat. Przyczyna śmierci tych ludzi nasuwała się sama. To takie smutne oblicze polskiej biedy.

Kiedy znaleźliśmy się w alejce prowadzącej ku wschodniej bramie, zobaczyłam ich. Masywną sylwetkę Kazika i szczuplutką Joli. A jednak przyjechali! Nie mieli szansy zdążyć, komunikacja tu kiepska. Prawie koniec świata. Zawróciliśmy z nimi do grobu Janka, po drodze dowiadując się więcej o jego życiu. Opuszczony przez rozwiedzionych rodziców, wychowywany wpierw przez babcię, potem przez Dom Dziecka. Osierocony, żył samotnie. Po latach spotkał swojego brata. Pochował go ze dwa miesiące temu. Pastorze, on bardzo się zmienił. On naprawdę bardzo poważnie myślał o tych sprawach, o których pastor do nas mówi. Dlatego przychodził i słuchał - dokończył opowieść Kazik.  

Razem stanęliśmy nad świeżą mogiłą. Do naszej pąsowej róży dołączyły kolejne. Kilka płatków spadło na ubitą ziemię. Staliśmy chwilę w milczeniu. Jola otarła oczy z łez. Spójrz tam - zwrócił się do niej Kazik, wskazując na jakieś szare budynki  - to będzie nasz punkt orientacyjny. Na pewno tu trafimy. Na wiosnę posiejemy trawkę i posadzimy kwiatki. Znowu spojrzałam na całe rzędy samotnych grobów. To piękne, że grób Janka czeka inny los.

***

Podwieźliśmy Kazika i Jolę na dogodny przystanek w centrum Piaseczna. Cała ta sytuacja bardzo zbliżyła nas do siebie. Kiedy pożegnaliśmy się, wiele myślałam o ogromnym zadaniu i odpowiedzialności,  jaka na nas spoczywa. Bóg dał nam tych wszystkich ludzi pod duchową opiekę. Jakże wielkim przywilejem jest im służyć.    

(Imiona zostały zmienione.)