sobota, 30 października 2010

Kontrowersyjne święta

Dni 1 i 2 listopada zawsze budzą w kręgach chrześcijan ewangelicznie wierzących, czyli wierzących zgodnie z Pismem Świętym, silne emocje i gorącą dyskusję. Pomyślałam sobie, że warto będzie napisać na temat tych specyficznych świąt kilka słów.


Kult zmarłych posiada bardzo starą tradycję, jest on bowiem rówieśnikiem ludzkości. Znany był on we wszystkich cywilizacjach i religiach - począwszy od kultury egipskiej czy sumeryjskiej, jako najstarszych, do rozkwitu natomiast dochodzi w okresie Imperium Rzymskiego. (To tak po sąsiedzku - pomijam pozostałe kultury i kontynenty.)  Kult ten uzależniony był od specyfiki wierzeń danego narodu, panteonu danej religii oraz wyobrażeń na temat śmierci i tego, co po niej następuje. Kult zmarłych wynika ze stosunku do zmarłych: zarówno czci, jak i lęku przed nimi. Według wierzeń orientalnych i antycznego świata grecko-rzymskiego a też w religiach Celtów, Bałtów i Słowian, były trzy okresy, w których duchy zmarłych przodków powracały na ziemię. Dziwnym zbiegiem okoliczności, okresy te w obecnym kalendarzu chrześcijańskim pokrywają się z okresem świąt Bożego Narodzenia, Wielkiej Nocy i Wszystkich Świętych...(!?)

Korzenie święta Wszystkich Świętych Kościół chrześcijański przez pierwsze trzy wieki swojego istnienia charakteryzują dwa elementy: prześladowanie i czystość nauki. Czwarty wiek staje przed chrześcijaństwem otworem. Edykt Mediolański (313 r.) wydany przez cesarza Konstantyna, opowiada się za chrześcijaństwem, jako religią obowiązującą w Imperium Rzymskim. Chrześcijanie z prześladowanych stają się prześladowcami, co spowodowało masowe „nawrócenia” przerażonych pogan, którzy wchodząc do nowej religii, wnosili ze sobą całe systemy kulturowo-obrzędowe pobożności pogańskiej. Przyjmując i wchłaniając pogańskie obyczaje, kościół nadawał im jedynie chrześcijańską formę i nazwę. Jedną z nich był kult zmarłych zastąpiony kultem świętych. Święto Wszystkich Świętych obchodzone jest od VII wieku. Wtedy to starożytny Panteon (budynek poświęcony wszystkim bóstwom czczonym w Imperium) 1-go listopada 609 r. został, przez papieża Bonifacego IV, poświęcony i przekształcony w świątynię chrześcijańską - w kościół pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny i Wszystkich Świętych (chodziło o męczenników wiary). Oficjalnie jednak święto to do kalendarza kościelnego zostało wprowadzone nieco później, bo za pontyfikatu Grzegorza IV, w 834 r. Tego dnia czci się świętych w szczególny sposób, prosząc ich o wstawiennictwo u Boga.

W zasadzie rozróżniamy:
„Wszystkich Świętych” - 1-go listopada - ten dzień poświęcony jest pamięci wszystkich świętych w niebie; powinien być dniem radosnym. Oczywiście, ci święci, to nie wszyscy święci, ale ci oficjalnie uznani przez Kościół Rz-K.
„Dzień Zaduszny” - 2-go listopada - dzień poświęcony pamięci wszystkich zmarłych: „Sens tego święta, (wypowiedź dotyczy Dnia Zadusznego) polega na tym, że Kościół przypomina nam tajemnicę czyśćca i mobilizuje wszystkie swoje dzieci na ziemi do niesienia pomocy tym zmarłym braciom, którzy potrzebują od nas pomocy. Najbardziej skuteczną pomocą dla dusz w czyśćcu cierpiących jest nasza modlitwa ale przede wszystkim - Msza święta. [...] Mamy się modlić za naszych zmarłych, aby zostali zbawieni. Oni wtedy z nieba wstawiają się za nami - jest to prawda obcowania świętych.[...]” (wyp. Ks. Dr Tomasza Małkińskiego)

A co na to Słowo Boże:
„A jak postanowione jest ludziom raz umrzeć, a potem sąd.” Hebr. 9:27
„Rzekł Jezus: Jam jest zmartwychwstanie i żywot; kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie.” Ew. Jana 11:25
„Ożyją twoi umarli, twoje ciała wstaną, obudzą się i będą śpiewać ci, którzy leżą w prochu, gdyż twoja rosa jest rosą światłości, a ziemia wyda zmarłych.” Izaj. 26:19
„I wydało morze umarłych, którzy w nim się znajdowali, również śmierć i piekło wydały umarłych, którzy w nich się znajdowali, i byli osądzeni, każdy według uczynków swoich.” Obj. 20:13

Dziwne zwyczaje i wierzenia związane z tym świętem praktykowane również dzisiaj:
- palenie świec i lampionów na grobach zmarłych, pozwalających im znaleźć drogę powrotną do ich miejsca spoczynku,
- praktykowanie modlitw za zmarłych - wierzono i wierzy się, że modły i ofiary składane w intencji zmarłych skrócą cierpienia ich dusz przebywających w czyśćcu i zapewnią im wieczny spokój,
- rozniecanie ognisk na cmentarzach, rozstajach dróg i w obejściach, aby wskazywać drogę błądzącym duszom,
- przygotowywanie potraw dla duchów zmarłych - wiara, że w noc poprzedzającą święto zmarli wracają do swych domów na posiłek,
- zostawianie uchylonych drzwi wejściowych, aby dusze zmarłych mogły odwiedzić swoje domy,
- przynoszenie na groby ulubionych potraw i przedmiotów zmarłych itd., itp.

A co na to Słowo Boże:
„Tak mówi Pan: Nie wdrażajcie się w zwyczaje narodów...” Jer. 10:2-5
„Umarli nie ożyją, duchy zmarłych nie wstaną z martwych...” Izajasz 26:14 (aż do dnia zmartwychwstania)
„...między nami a wami rozciąga się wielka przepaść, aby ci, którzy chcą stąd do was przejść, nie mogli, ani też stamtąd do nas nie mogli się przeprawić.” Ew. Łuk. 16:26
„Niech nie znajdzie się u ciebie... wywoływacz duchów..., ani wzywający zmarłych; gdyż obrzydliwością dla Pana jest każdy, kto to czyni...” V Mojż. 18:10-12

Różny stosunek do „Święta Zmarłych" w kościołach chrześcijańskich i innych religiach:
Kościół katolicki - to święto jest uzasadnione wiarą w czyściec; modlitwy i msze za zmarłych mają im dopomóc w skróceniu kar czyśćcowych.
Kościół prawosławny - prawosławni nie wierzą w czyściec, mimo to przywiązują dużą wagę do modlitwy za zmarłych.
Kościół ewangelicki - ewangelicyzm nie zna modlitwy przyczynnej za zmarłych, praktykuje natomiast wspomnienia pośmiertne; odbywają się one w tzw. dzień zaduszny lub w ostatnią niedzielę przed pierwszą niedzielą adwentu; na taki akt kommemoracyjny składają się zazwyczaj słowo biblijne, pieśń i modlitwa; modlitwa ta nie ma charakteru przyczynnego, a przeważnie zawiera dziękczynienie za błogosławieństwo, jakim Bóg obdarzył rodzinę, kościół, społeczeństwo przez życie wspomnianej zmarłej osoby; modli się też o pozostałych przy życiu członków rodziny.
Żydzi - w judaizmie nie obchodzi się „Święta Zmarłych”, tradycyjnie w miesiącu sierpniu i wrześniu odwiedzane są groby bliskich, na których jako symbol pamięci zostawia się kamień.
Muzułmanie - nie mają święta na wzór „Święta Zmarłych”; pamiętają o grobach swych bliskich szczególnie w okresie Ramadanu; nie obchodzą też zbyt długo żałoby, gdyż byłoby to dla nich wyrazem braku zaufania Allachowi.
Buddyści - w tym dniu obchodzą święto „głodnych duchów”, którym składają ofiary z pokarmów.
Chrześcijanie ewangeliczni - nie obchodzą tego święta; w Prawie Mojżeszowym i Słowie Bożym w ogóle, nie znajdują poparcia dla kultu zmarłych; pozostaje po nich jedynie wspomnienie i należny szacunek - tego samego i my powinniśmy przestrzegać; nasz obowiązek, to pamięć po naszych przodkach i dbałość o ich groby, wolne od jakichkolwiek oczekiwań, przesądów i zabobonów.

Kwestia pochówku i żałoby Myślę, że znowu możemy nauczyć się czegoś dobrego od narodu wybranego. Żydzi odnosili się do śmierci z głębokim szacunkiem. Prawo było jednoznaczne w kwestii pochówku, każdy - bogaty czy biedny, król czy niewolnik, mądry czy głupi, uczciwy czy bandyta - ma prawo spocząć po śmierci w grobie. Grób, jako miejsce pochówku, nie był dla Żydów obojętną sprawą. (Pamiętamy historię Abrahama, który upatrzył sobie miejsce na grób dla swojej żony Sary; czy też Józefa, którego pragnieniem było, aby jego kości powróciły do Kanaanu; i wreszcie grób, w którym pochowano Jezusa - należał on do jednego z najbogatszych mieszkańców Jerozolimy.) U Żydów ciało zmarłego składano do grobu po uprzednim umyciu, namaszczeniu wonnościami (mirra, nard, aloes) i owinięciu całunem. Jego twarz przykrywano płócienną chustą, a ręce owijano bandażami. Co roku grób powlekano warstwą białego wapna. Żałoba po pogrzebie trwała 7 dni. Śmierć dla Żydów była jednym z podstawowych elementów życia, dlatego szybko powracało ono do normy. Najlepszym tego przykładem jest król Dawid, który po śmierci swojego synka powiedział takie słowa: „Teraz zaś, gdy zmarło, po cóż mam pościć? Czy mogę je jeszcze przywrócić życiu? To ja pójdę za nim, a nie ono powróci do mnie.” II Sam. 12:23

Co mówi Boże Słowo odnośnie smutku i żałoby:
„Zawołajcie płaczki, aby przyszły, poślijcie po najroztropniejsze, by przybyły. Niech się śpieszą i niech zaśpiewają nad nami pieśń żałobną.” Jer. 9:16,17
„Któż uczyni moją głowę źródłem wody, a moje oczy fontanną łez, bym mógł dniem i nocą opłakiwać zabitych córy mojego ludu?” Jer. 8:23
„...Płaczcie z tymi, którzy płaczą.” Rzym. 12:15
„I zapłakał Jezus.” (po śmierci Łazarza) Ew. Jana 11:35
Śmierć bliskiej osoby jest najbardziej traumatycznym i stresującym przeżyciem w życiu człowieka. Żałoba może trwać nawet do pięciu lat. Nikt nam nie broni smucić się po stracie naszych bliskich, tęsknić za nimi. Pamiętajmy i wspominajmy naszych zmarłych, czyniąc to w duchu ewangelii, aby Słowu Bożemu ujmy nie przynoszono. (Tytus 2:5b)

Bibliografia:
„Leksykon religii od A do Z” - praca zbiorowa; „Poczet papieży” - Jan Wierusz Kowalski; „Panorama historii Kościoła” - H. Turkanik; „Obyczaje krajów biblijnych” - Fred H. Wight;  „Tak żyli ludzie: Hebrajczycy” - Peter Connolly; „Co powinniśmy czynić” - W. Benedyktowicz; „Christianity a ready defence” - Josh McDowell; „Pasmo” - listopad 2001; Internet.


Polecam:
"Zborownik" 2010.10.24 Czy w dzień Wszystkich Świętych możemy chodzić na groby? Odpowiada Edward Czajko
Ze śmiercią tak nie do twarzy - Beata Jaskuła-Tuchanowska

piątek, 29 października 2010

Dlaczego Bóg dopuszcza zło i cierpienie?

Przed każdym poważnym i myślącym człowiekiem stają problemy życiowe, które domagają się rozwiązania. Do nich należy odwieczne pytanie o sens zła, cierpienia i śmierci. W obliczu dwóch wojen światowych, holokaustu, Hiroszimy i Nagasaki oraz wydarzeń z 11-go września 2001 roku problem istnienia zła i cierpienia staje się jednym z fundamentalnych problemów naszych czasów. Nie ma jasnych odpowiedzi, nie ma prostych rozwiązań. Trzeba więc znaleźć winnego. Najlepiej Boga. Człowiek XX i XXI wieku  nie pyta już: „Jak Bóg może dopuścić tak wiele zła?”, lecz pyta: „Czy może istnieć Bóg, który dopuszcza tyle zła?” .

Czy jesteśmy w stanie, my wierzący, wybronić Boga z tych zarzutów? Pewni teologowie i filozofowie chrześcijańscy podjęli się tego. Teodycea (poj. filozof.) oznacza usprawiedliwienie Boga przed zarzutem, że jest On odpowiedzialny za zło w świecie, ponieważ w swej wszechmocy i dobroci mógłby do niego nie dopuścić. Ewangelicki teolog Karol Barth powiedział: „Problem teodycei milknie w obliczu ukrzyżowanego Boga... Cierpienie jest cieniem tego, co stało się na krzyżu...”.
To powiedział uczony, a czy my, na przysłowiowy chłopski rozum, moglibyśmy podjąć dyskusję na tak trudny temat? Oto kilka wniosków przydatnych w naszej argumentacji:
- Zło jest nieodłącznie związane z darem wolnej woli; wykorzystywanie wolności dla wyboru grzechu jest główną przyczyną zła i cierpienia na świecie; ludzie są za to odpowiedzialni - nie Bóg!
- Wiele nieszczęść wynika bezpośrednio z fałszywego wyboru dokonywanego przez określonych ludzi i w określonych sytuacjach.
- Pewnych, choć nie wszystkich cierpień, doznajemy za sprawą sądu i kary Bożej; Bóg zazwyczaj dopuszcza cierpienie po to, byśmy stali się lepsi, aby uformował się nasz charakter.
- Szatan - Zły może czynić zło aż po dzień Sądu Ostatecznego.
- Bóg sam jest wielkim Męczennikiem; doświadczył On w pełni problemu zła, czyniąc bezgraniczną ofiarę poprzez dobrowolne poświęcenie Swojego Syna.

Tak, Bóg mógłby wyplenić zło. Mógłby zapanować nad złem w każdej chwili, ale musiałby dokonać tego w sposób zupełny. Co by się stało, gdyby Bóg postępował z każdym człowiekiem stosownie do jego uczynków? „Zapłatą za grzech jest śmierć...” - Rzym.6:23. Psalm 130:3 mówi: „Jeżeli będziesz zważał na winy, Panie, Panie, któż się ostoi?”. Rozważmy, co by to oznaczało dla naszego własnego życia? Kto z nas pozostałby tutaj jutro? Jakże wdzięczni powinniśmy być Bogu, że „nie postępuje z nami według grzechów naszych ani nie odpłaca nam według win naszych. Lecz jak wysoko jest niebo nad ziemią, tak wielka jest dobroć Jego dla tych, którzy się Go boją.” (Psalm 103:10-11)

„...Wielka jest dobroć Jego dla tych, którzy się Go boją.” ...Jak, w takim razie, rozumieć cierpienie w życiu człowieka wierzącego? Chociażby przykład Joba - klasyczna, plastycznie przedstawiona historia cierpienia człowieka uczciwego i sprawiedliwego. Spróbujmy wyjaśnić to tak: Chrześcijanin cierpi, jak każdy inny człowiek - nie jest wcale człowiekiem zwolnionym od cierpienia (przykłady z życia wielu postaci biblijnych); co więcej, cierpienie dla chrześcijanina nie może być czymś dziwnym, musi on być gotowy do zaakceptowania go we własnym życiu: „Najmilsi! Nie dziwcie się, jakby was coś niezwykłego spotkało, gdy was pali ogień, który służy doświadczeniu waszemu...” I Piotr 4:12; „Dobre przyjmujemy od Boga, czy nie mielibyśmy przyjmować i złego?” Job 2:9.

Chrześcijanin doznaje bólu fizycznego i psychicznego - chrześcijanie nie otrzymali jakiejś szczepionki ochraniającej przed odczuwaniem tragedii, bólu i cierpień nań przychodzących (Job przeklinał dzień swoich narodzin; Psalmy pokazują żal, smutek i narzekanie dzieci Bożych; Treny czyli Lamentacje, to płacz Jeremiasza nad Jerozolimą), ale jednak: „Zewsząd uciskani, nie jesteśmy jednak pognębieni, zakłopotani, ale nie zrozpaczeni, prześladowani, ale nie opuszczeni, powaleni, ale nie pokonani...” II Kor.4:8-9.

Wszelkie cierpienie ma określoną granicę - nie trwa bez końca. „Bo tylko chwilę trwa gniew Jego, a życzliwość Jego całe życie. Wieczorem bywa płacz, ale rankiem wesele...” Psalm 30:6. „Weselcie się z tego, mimo że teraz na krótko, gdy trzeba, zasmuceni bywacie różnorodnymi doświadczeniami...” I Piotr 1:6. „Dotąd nie przyszło na was pokuszenie (doświadczenie), które by przekraczało siły ludzkie; lecz Bóg jest wierny i nie dopuści, abyście byli kuszeni (doświadczani) ponad siły wasze, ale z pokuszeniem (doświadczeniem) da i wyjście, abyście je mogli znieść...” I Kor. 10:13.

Pozostaje więc odpowiedzieć sobie na pytanie - dlaczego chrześcijanin ma cierpieć?   
„Ażeby wypróbowana wiara wasza okazała się cenniejsza niż znikome złoto, w ogniu wypróbowane, ku chwale i czci, i sławie, gdy się objawi Jezus Chrystus...” I Piotr 1:7. Tak więc: Przeciwności życiowe pomagają chrześcijaninowi odpowiedzieć sobie na pytanie: Dlaczego wierzę w Boga, dlaczego ufam Jezusowi, dlaczego Jemu służę? Wiara chrześcijanina musi być wypróbowywana. Wiara dojrzewa w cierpieniach. Jeśli dzisiaj nie masz żadnych problemów - możesz mieć je jutro. Czy twoja wiara wytrzyma próbę? Czasami nasza reakcja na cierpienie, bardziej jeszcze niż samo cierpienie, decyduje o tym, czy doświadczenie życiowe było dla nas błogosławieństwem, czy nie. „Próby, które teraz przechodzimy, wydadzą się kiedyś znikome wobec tego, co Bóg przez nie osiągnął.”
Job powiedział takie słowa: „Choćby mnie zabił Wszechmocny - ufam, i dróg moich przed Nim chcę bronić?” Job 13:15 - Biblia Tysiąclecia  Czy ty też możesz tak powiedzieć?

***

Temat powyższy przygotowałam kilka lat temu. Pamiętam, że korzystałam z jakiegoś dobrego materiału, niestety, gdzieś zapodziałam bibliografię.
Na zakończenie kilka myśli i wierszy.

„To samo słońce, które topi masło, może utwardzić glinę.”

„Bóg szepcze do nas w chwilach szczęśliwości, mówi poprzez nasze sumienie, ale krzyczy pośród bólu; jest to Jego megafon, przy pomocy którego porusza głuchy świat...” C.S. Lewis

„Dopiero kiedy zmiażdżymy płatek lawendy, w pełni poczujemy jej woń; gdy ściśniemy pomarańczę, wycieknie z niej słodki sok. Podobnie rzecz ma się z bólem i cierpieniem. To one wydobywają woń i słodycz Jezusa z naszego życia.” D. Watson

Tym, którzy cierpią...
Nie przestajesz pytać,
nocą i we dnie:
DLACZEGO?
Panie, dlaczego właśnie mnie
dotknęła Twoja mocarna ręka?!
Płaczesz, do wnętrza trzewi,
choć sztuczny uśmiech jak udręka
plącze się po zmarszczkach
twojej twarzy.
Zapomnieć chciałbyś:
na chwilę, na moment, na minutę...,
lecz twoja krew i ciało
pamięcią nieprzemijającej boleści
są zatrute.
Musisz
pogodzić się z Bogiem i żyć!
A odpowiedź...
za życia progiem zrozumiesz,
tak miało być.
                        Beata Tuchanowska


***
Panie, jestem przekonana,
że problem. z którym teraz się borykam,
z takim udręczeniem
i wszechogarniającym mnie strachem,
albo mnie złamie,
albo mnie umocni.
Zastanawiam się tylko... które?
Moje drogie dziecko,
jeśli szczerze Mi ufasz,
złamię cię i umocnię!
                         Ruth Calkin (tłum. w.j.)

Kącik dobrej książki

Książki o cierpieniu

Cierpienie jest nieodłącznym elementem naszego życia. Na każdego z nas przychodzi taki moment, że najłatwiej jest nam zidentyfikować się z samym Jobem (Hiobem) i jego pytaniami dotyczącymi sensu cierpienia i sensu życia w jego cieniu oraz pytaniami dotyczącymi roli Boga w tym wszystkim. Nasze półki uginają się od książek, których autorzy próbują odpowiedzieć na typowe ‘hiobowe’ pytania, które nie zmieniły się w swojej treści od tysiącleci. O trzech z nich słów kilka.

Understanding Job, Lim Kou, USA, 2003r.
Jest to refleksja nad znaczeniem i celem Hiobowego cierpienia. Książka jest próbą odpowiedzenia na trudne pytania: Dlaczego Bóg przyzwolił, aby szatan tak dotkliwie dokuczył Hiobowi? Dlaczego Hiob załamał się pomimo swojej moralnej i duchowej renomy? Dlaczego Bóg nie odpowiadał wprost na kłopotliwe pytania Hioba? Czy szatan triumfował? Czy Bóg był usatysfakcjonowany z postawy Hioba? Czy Hiob był zwykłą, bezradną ofiarą w rywalizacji pomiędzy Bogiem a szatanem? Czy w całym tym wydarzeniu jest jakiś sens?
Treść tej książki jest oparta na kazaniach głoszonych w jednym z chrześcijańskich kościołów. U jej podłoża leży przekonanie, że Księga Hioba jest księgą o głębokim znaczeniu, poprzez którą Bóg pragnie uczyć nas głębokich prawd - prawd, które są najistotniejsze, aby z całego serca  żyć życiem pełnym niezłomnego poświęcenia Bogu.

Smutek, C.S. Lewis, Wydawnictwo Esprit, Kraków, 2009r.
„Smutek” nie jest zwyczajną książką. To pamiętnik. Ta książka, to człowiek emocjonalnie obnażający się w swoim Getsemane. Opowiada o bólu nie do wytrzymania, pustce i żalu po utracie osoby bliskiej, jaki niewielu spośród nas będzie musiało znosić. Bo im większa miłość, tym większe cierpienie. Im silniejsza wiara, tym mocniej szatan szturmuje jej fortecę.

Lewis miał odwagę wściekle wrzeszczeć na Boga, wątpić i wierzgać. To część zdrowego przeżywania bólu, do której rzadko ktoś nas zachęca. Miał odwagę, aby się przyznać do powątpiewania w to, co z taką pewnością siebie głosił. A tym, co prześwieca przez ostatnie strony jego dziennika, jest afirmacja miłości do zmarłej Joy i jej miłości do niego - i to, że kontekstem dla tej miłości jest miłość Boga. Świadczyć mogą o tym dwa znamienne fragmenty (jeden z początku, drugi z końca dziennika).
Pierwszy: A gdzie tymczasem jest Bóg? Oto jeden z najbardziej niepokojących symptomów. Kiedy jesteś szczęśliwy, tak szczęśliwy, że nie odczuwasz żadnej potrzeby Boga… zostajesz - lub tak ci się przynajmniej wydaje - przyjęty z otwartymi ramionami. Ale zwróć się do Niego w rozpaczliwej potrzebie, kiedy wszelka inna pomoc zawodzi - z czym się spotykasz? Z drzwiami zatrzaśniętymi przed nosem, zaryglowanymi od wewnątrz. Rygiel zasunie się z hałasem raz i drugi. A potem cisza. Możesz śmiało odejść. Bo im dłużej będziesz czekał, tym cisza będzie stawała się głębsza.
Drugi: Kiedy stawiam Bogu pytania, nie otrzymuję odpowiedzi. Lecz to dość szczególny brak odpowiedzi. Już nie zamknięte drzwi. Raczej milczące, z pewnością nie pozbawione współczucia spojrzenie. Tak jakby On nie potrząsał głową w odmowie, lecz uchylał pytanie. Jakby mówił: „Spokojnie, dziecko. Ty nie rozumiesz”.

Rozczarowany Bogiem, Philip Yancey, Wydawnictwo „Pojednanie”, Lublin, 1993r.
I ten autor również stawia szczere pytania, których niewielu ma odwagę postawić głośno: Gdzie jest Bóg, który zakasałby rękawy i wkroczył z mocą w moje życie? Czy Bóg gra nie fair? Czy Bóg milczy? Czy Bóg się ukrywa? Yancey stawia pytania i szuka na nie odpowiedzi. I jak zwykle zaskakuje. To u niego lubię.

Mnie zaskoczył tym, że w pierwszej części książki (książki, którą napisał po kilkutygodniowej lekturze Biblii w samotności) pokazał mi Boga, który wkroczył w życie Swojego ludu, który grał fair, który nie milczał i który się nie ukrywał. Boga, który w ostateczności objawił się nam i przemówił do nas przez Jezusa Chrystusa. Czy takim Bogiem można być rozczarowanym? Nie! To raczej On ma tysiące powodów, by Sam być rozczarowanym.
Yancey pisze: Bóg odpowiedział na pytanie o niesprawiedliwość nie słowami, lecz osobistą wizytą - wcieleniem. Jezus to żywy dowód z krwi i kości pokazujący nam, co Bóg czuje w związku z niesprawiedliwością. On wziął na siebie ciężar życia, ciężar fizycznej rzeczywistości w jej najbardziej niesprawiedliwej postaci. Mówiąc krótko udzielił ostatecznej odpowiedzi na wszystkie dręczące nas pytania na temat dobroci Boga.

W drugiej części książki autor skupia się na człowieku - jego podejściu do trudów życia. I tutaj nie można podać lepszego przykładu, jak tylko osobę Hioba.
Ta część zainspirowała mnie wieloma cennymi myślami: 
- odnośnie Księgi Hioba: Głównym tematem tej księgi nie jest cierpienie: Gdzie jest Bóg, gdy cierpimy? Głównym tematem jest wiara: Gdzie jest Hiob, gdy cierpi?
- Hiob jest jedynie najwyrazistszym przykładem tego, co wygląda na powszechne prawo wiary. Wiara, którą Bóg ceni, rozwija się najlepiej, gdy wszystko załamuje się, gdy Bóg milczy, gdy ogarnia nas mgła.
- Paul Tournier powiedział: Gdy nie ma już dłużej żadnej możliwości wątpienia, nie ma też już żadnej możliwości wiary.
- Psalm 23 jest wzorem wiary dziecięcej. Psalm 22 - wzorem wierności, głębokiej, bardziej niewytłumaczalnej wiary. Życie z Bogiem musi obejmować dwa rodzaje wiary: możemy mieć chwile niezwykłej bliskości, gdy każda modlitwa wysłuchiwana jest w realny sposób i gdy Bóg wydaje się nam bliski i pełen troski o nas. Możemy też doświadczać „mgły”, kiedy to Bóg pozostaje milczący, gdy nic nie działa według ustalonych reguł, a wszystkie obietnice biblijne wydają się jaskrawo fałszywe. Wierność oznacza nauczenie się, aby ufać, że poza zasięgiem mgły Bóg w dalszym ciągu panuje i nie porzucił nas, niezależnie od tego, co może nam się wydawać.
- Jedną z ważnych lekcji płynących z Księgi Hioba jest to, że możesz powiedzieć Bogu wszystko. Zrzuć na Niego swój smutek, gniew, wątpliwość, zgorzknienie, zdradę, poczucie rozczarowania - On przyjmie wszystko.

W tymże temacie polecam również:

sobota, 23 października 2010

Szkolenie mojego życia

Po domu rozchodzi się miły zapach parzonej kawy. Wyjątkowej kawy - to kawa wzbogacona smakiem orzechów macadamia. To była jedyna rzecz, o którą poprosiłam moją koleżankę, aby przywiozła mi ze swojego pobytu na Hawajach. Intensywny i smakowity zapach sprawia, że powracają wspomnienia. Jak ten czas szybko leci... To już prawie siedem lat! Siedem lat od jednego z piękniejszych epizodów mojego życia. Popijając kawę przeglądam album ze zdjęciami (tak - album, ze zdjęciami z tradycyjnej kliszy!; to były początki fotografii cyfrowej i zdjęcia cyfrowe, które mam, nie są najlepszej jakości). Sięgam po piękny kolorowy przewodnik „Hawaje - archipelag magiczny”. Przeglądam notatki i zapiski. W swoim komputerowym archiwum odnajduję słowa, które napisałam w lutym 2004 roku. Oto one:  
W swoim, dość aktywnym, życiu chrześcijańskim dane mi było uczestniczyć w wielu szkoleniach, seminariach czy konferencjach nauczających, których celem było pogłębienie mojej praktycznej wiedzy biblijnej, moich kwalifikacji do służby czy przygotowanie mnie do nowych wyzwań i zadań. Każde z tych wymienionych wydarzeń było wyjątkowym przeżyciem i stanowiło dla mnie źródło wiedzy nie tylko na temat Boga, kościoła, służby, ale również mnie samej.
A jednak, koroną tych wszystkich moich edukacyjnych doświadczeń, było miesięczne szkolenie dla liderów chrześcijańskich na Hawajach. I nic to nie ma wspólnego z miejscem, chociaż Bóg - znając moje upodobania do zwiedzania i turystyki - zadbał również o to, abym mogła zobaczyć co nieco z tego przepięknego, egzotycznego zakątka ziemi. Wartość tego szkolenia leży w tym, że miało ono wpływ na bardzo istotne zmiany, jakie dokonały się w moim myśleniu, szczególnie w moim podejściu do ewangelizacji i służby.
Na pięknej wyspie Maui, w ośrodku szkoleniowym Haggai Institute (obiekt, warunki akomodacji, wyżywienie, obsługa na poziomie kilku gwiazdkowego hotelu) w gronie 60 pięknych, egzotycznych kobiet zaangażowanych w służbę kościoła, z 30 różnych krajów świata, mogłam czerpać wiedzę, której wartości nie da się mierzyć w ludzkich kategoriach. Tam nie stawiano nam ocen. To dalsze moje życie i wykorzystanie tej wiedzy w służbie pokaże  czy warto było we mnie inwestować. Czy okażę się dobrym szafarzem Bożych darów. (Myślę, że już pokazało)
Teraz, pokrótce, spróbuję napisać o tematycznej zawartości całego szkolenia. Głównie słuchaliśmy na temat ewangelizacji i przywództwa, było też kilka pobocznych, ale potrzebnych tematów. Wykłady dotyczące ewangelizacji słusznie rozpoczęto od przedstawienia nam biblijnego mandatu (nakazu) do tego dzieła. Potem spokojnie mogliśmy przejść do studiowania różnorodnych modelów i sposobów ewangelizacji, do ewangelizacji w pluralistycznym świecie (w takim świecie aktualnie żyjemy), ewangelizacji wśród hindusów i muzułmanów - religie te są najliczniej reprezentowane na naszym globie. Mówiliśmy też na temat ewangelizacji wśród dzieci. (U nas panuje niż demograficzny, ale w Azji, Afryce i Am. Łac. 50% populacji to ludzie poniżej 15-roku życia). Nie sposób też było pominąć tak ważnego tematu, jak mobilizowanie i przygotowywanie wierzących do ewangelizacji. Wykłady dotyczące sztuki porozumiewania się w ogóle, nie pominęły tak istotnego zagadnienia, jakim jest zrozumiałe komunikowanie Ewangelii ludziom niewierzącym. Przy komunikowaniu pełnej treści Ewangelii nie powinno zabraknąć wezwania do podjęcia przez naszego rozmówcę decyzji na powiedzenie Bogu tak lub nie. Jeśli tego nie zrobimy, cały nasz wysiłek ewangelizacyjny idzie na marne. Miałyśmy też możliwość poznawania i ćwiczenia się w dziedzinie używania środków audio-visualnych do przekazu ewangelii (AVangelism) - począwszy od odręcznych rysunków, poprzez slajdy z projektora do bajek, szerokie zastosowanie OHP, wszechobecny dzisiaj power-point czy produkcje radiowe lub filmowe (np. dobrze nam znany film "Jezus" czy film Mela Gibsona "Pasja", wchodzący wtedy na ekrany).
Kolejny blok wykładowy, to długie godziny spędzone na poznawaniu sztuki bycia liderem - przywódcą. Mówiliśmy o ogólnych zasadach przywództwa oraz o cechach efektywnego przywództwa. W tym też o umiejętności stawiania sobie i ludziom, którym się przewodzi, jasnych celów i wizji. Lider to ktoś, kto jest gotowy na zmiany, zwane też paradygmatami, nawet jeśli nie do końca rozumie potrzebę tych zmian. Dużo uwagi poświęciliśmy podstawowej cesze lidera - integralności, która jest po prostu spójnością wszelkich cech charakteru, postaw życiowych, celów, zachowań. Lider musi być zintegrowany - nie może to być osoba o kilku twarzach. Wiele wspólnego z integracją ma kwestia tzw. szafarstwa czyli zarządzania wszystkim, co posiadamy od Boga (talenty, czas, finanse...). Lider nie ma lekko - Bóg będzie sądził go podwójnie surowo...
I na deser, coś wybitnie kobiecego: "Rola kobiety w domu, kościele i społeczeństwie". O tym, to mogłabym napisać cały odrębny artykuł (co też zrobiłam). Książkę Audrey Bowie (naszej wykładowczyni) "Being God's woman",  po powrocie do Polski,  przerobiłam w grupie kobiet z naszego kościoła.
***
Jestem ogromnie wdzięczna Bogu za ten czas. To, że wciąż we mnie inwestuje oznacza dla mnie, że wciąż chce mnie używać, że nie rezygnuje ze mnie na rzecz młodszych, mądrzejszych. Bycie narzędziem w Jego ręku, to dla mnie przywilej, ale też ogromna odpowiedzialność.
Dziękuję również Bogu, że mogłam zobaczyć inny - piękny świat. Mogłam cieszyć oczy cudownością Jego stworzenia, a także posmakować hawajskiej kultury. Mahalo Akua Aloha! (Dziękuję Ci, Boże Miłości!)

Tyle wspomnień.
Zapraszam na stronę Haggai InstitutePolski akcent na tejże stronie znajdziecie tutaj.


Na zdjęciach:
- lei tradycyjny wieniec hawajski wykonany z orzechów kukui (jest to drzewo stanowe),
- hibiskusy z ogrodów HI; hibiskus żółty jest stanowym kwiatem Hawajów,
- kwiat plumerii, również z ogrodów HI, z tych kwiatów robiłam sobie żywe lei na różne uroczystości,
- Iglica 'Ioa, komin lawowy - malownicza skała w Dolinie 'Ioa, tutaj kręcono sceny z filmu King Kong,
- czarna lawa zastygła w morzu; wschodnie wybrzeże Maui - w drodze do Hana,
- po powrocie, rodzinne zdjęcie w typowych hawajskich koszulach



poniedziałek, 18 października 2010

Kącik dobrej książki

Podobieństwo o synu marnotrawnym

To tytuł chyba jednego z najpiękniejszych, najlepiej znanych, najczęściej przytaczanych, najchętniej głoszonych przez kaznodziejów podobieństw Jezusa.
Od razu powinnam zaznaczyć, że Jezus wiele nauczał w podobieństwach, ale ich nazwy, jakie znajdujemy na kartach Biblii nie mają charakteru natchnionego - podobnie jak podział na rozdziały, wersety i tytuły poszczególnych fragmentów (zostały dodane później). Rzeczy te bardzo pomagają czytelnikowi w poruszaniu się po tekście biblijnym, ale są dalekie od doskonałości a w sytuacji „podobieństwa o synu marnotrawnym” sugerują niejako jedną interpretację tego tekstu.
Stąd chyba najczęściej słyszymy i sami utożsamiamy się z interpretacją, że głównym bohaterem tego podobieństwa jest ów syn - młody, grzeszny, rozrzutny, marnotrawny.
Najczęściej, ale nie zawsze. Coraz częściej zdarza nam się słyszeć kazania, w których analizie poddani są trzej bohaterowie tego podobieństwa: syn młodszy, syn starszy i ojciec.
Napisano też wiele książek na temat tego podobieństwa.
Mnie urzekły dwie.

Pierwsza z nich to książka Henri J.M. Nouwena pt. „Powrót Syna Marnotrawnego” a  w podtytule: Rozważania o ojcach, braciach i synach. (Wyd. ZYSK i S-ka, Poznań, 2006r.)
Jest to urzekające studium obrazu Rembrandta w kontekście tekstu biblijnego z Ew. Łukasza 15:11-32. Zajęło ono autorowi kilka lat.

Utożsamiając się z młodszym synem, Nouwen pisze: […] Ilekroć szukam miłości tam, gdzie nie można jej znaleźć, jestem synem marnotrawnym. Dlaczego nie zauważam miejsc, gdzie znajduje się prawdziwa miłość, i z uporem poszukuję jej gdzie indziej? Dlaczego stale opuszczam dom, w którym zostałem nazwany dzieckiem Bożym, umiłowanym swego Ojca? Ciągle zdumiewam się tym, jak mogę brać dary Boże - zdrowie, dary intelektualne czy emocjonalne - i używać ich, by robić wrażenie na ludziach, zyskiwać poklask i pieniądze, konkurować o nagrody, zamiast rozwijać je na chwałę Bożą. Tak często zanoszę je w ‘dalekie strony’ i zaprzęgam w służbę zdobywania świata, który nie zna ich prawdziwej wartości. To prawie tak, jakbym chciał udowodnić sobie i światu, że nie potrzebuję Bożej miłości, że mogę żyć własnym życiem. […]

W rozdziałach poświęconych starszemu synowi, przemówiły do mnie te słowa Nouwena: […] Wierze musi towarzyszyć wdzięczność - przeciwieństwo rozgoryczenia. Rozgoryczenie i wdzięczność nie mogą z sobą współistnieć, ponieważ rozgoryczenie uniemożliwia spostrzeganie i doświadczenie życia jako daru. Moje rozgoryczenie mówi mi, że nie otrzymuję tego, na co zasługuje. Przejawia się ono zawsze w zazdrości.
Wdzięczność wychodzi poza ‘moje’, ‘twoje’ i sięga prawdy, że całe życie jest czystym darem. W przeszłości zawsze traktowałem wdzięczność jako spontaniczną odpowiedź na świadomość otrzymanych darów, ale teraz widzę, że wdzięczność może być przeżywana jako ćwiczenie. Ćwiczenie wdzięczności jest wyrazem wysiłku, dzięki któremu uznaję, że wszystko, czym jestem i co posiadam, jest mi dane jako dar miłości, dar, który winien być świętowany z radością. […]

O Ojcu czytamy takie słowa: […] Oto Bóg, w jakiego chcę wierzyć: Ojciec, który od początku stworzenia wyciągał ręce w miłosiernym błogosławieństwie, nikomu się nigdy nie narzucając, ale zawsze czekając; nigdy nie opuszczając rąk w rozpaczy, ale zawsze mając nadzieję, że Jego dzieci powrócą, aby On mógł wyrzec do nich słowo miłości i złożyć swe umęczone dłonie na ich ramionach. Jego jedynym pragnieniem jest błogosławić. […]

Dla czytelnika wyzwaniem może stać się końcowy wniosek autora. Brzmi on: Stać się Ojcem. Nouwen twierdzi: Skoro jesteśmy w domu Ojca jako Jego synowie i córki, możemy być jak On, kochać jak On, być dobrzy i troskliwi jak On.  (Przeczytaj: Ew. Łuk. 6:32-36) I dalej pisze: To jest rdzeń ewangelicznego przesłania. Ludzie powołani są do tego, by wzajemnie się kochać na sposób Boży. Jesteśmy powołani do tego, by kochać się wzajemnie taką samą, nieegoistyczną, wychodzącą naprzeciw miłością. […] Jezus jest prawdziwym Synem Ojca. Stanowi dla nas wzór, jak stać się Ojcem. […] Jezus pokazuje nam, czym jest prawdziwe synostwo. Jest młodszym synem, który nigdy się nie zbuntował. Jest starszym synem, który nigdy nie był rozgoryczony. We wszystkim posłuszny Ojcu…[…]

Jest jeszcze jeden fragment, który mocno mnie poruszył i który może być wprowadzeniem do kolejnej ksiązki, którą chcę polecić.
Nouwen, w jednym z podrozdziałów „Prawdziwy marnotrawca”, pisze: Dotykam tu niepojętej tajemnicy - Jezus sam stał się dla nas synem marnotrawnym. Opuścił dom swego niebieskiego Ojca, poszedł w dalekie strony, rozdał wszystko, co miał, i powrócił przez krzyż do domu swego Ojca. Wszystko to zrobił nie jako syn zbuntowany, ale jako syn posłuszny, wysłany, aby sprowadzić do domu zagubione dzieci Boże. […]

Może warto tu wyjaśnić sobie, co oznacza słowo: „marnotrawny”.  „Marnotrawny” to inaczej „rozrzutny”, „trwoniący”. Niewiele tego, ale wystarczająco dosadnie. Na tyle, aby powstała książka pt. „Prodigal God”. W dosłownym tłumaczeniu - Marnotrawny Bóg; Bóg trwoniący Swoją miłość. W podtytule: Recovering the Heart of the Christian Faith (Przywracanie sedna wierze chrześcijańskiej).
Autor Timothy Keller. Wydawnictwo „DUTTON”, USA, 2008r.

Według mojej wiedzy książka ta nie została jeszcze przetłumaczona na język polski. Szkoda, ponieważ sama nie czuję się kompetentna, aby cytować (wcześniej je tłumacząc) przemawiające do mnie myśli. Musicie mi uwierzyć na słowo, że ten, okrzyknięty C.S. Lewis’em XXI wieku, autor używa tej najbardziej znanej przypowieści, aby w sposób nieoczekiwany (bo jak można nazwać Boga ‘marnotrawnym’?) objawić czytelnikowi poselstwo o nadziei i o zbawieniu. Treść tej książki skierowana jest do sceptyków i ludzi poszukujących; do ludzi religijnych i niewierzących; do grzeszników i do moralistów.

Keller dokonuje bardzo prostego podziału ludzi otaczających Jezusa na dwie kategorie: „celników i grzeszników”, odnosząc tę kategorię do osoby młodszego brata oraz „faryzeuszy i uczonych w Piśmie”, identyfikując ich ze starszym bratem. Obydwaj bracia znajdują się na straconej pozycji - są zgubieni (w pojęciu zgubienia, jakie znajdujemy w trzech następujących po sobie w Ew. Łukasza podobieństwach: o zgubionej owcy, o zgubionym groszu, o zgubionym synu). Uczciwy czytelnik, w dalszym opisie tych dwóch kategorii, odnajdzie siebie i odkryje, że potrzebuje Ojca, który rozdaje Swoją miłość ‘rozrzutnie’. I dla każdego nawróconego grzesznika jest gotowy przygotować wspaniałą ucztę. 

To tyle na dziś. Nie myślę, że wrócę jeszcze kiedyś do tego tematu, ale jestem przekonana, że ta piękna przypowieść nadal będzie inspirować wiele osób, co owocować będzie kolejnymi książkami o synach, braciach i Ojcach.

poniedziałek, 11 października 2010

Pamiętajcie na wodzów waszych...

Pamiętajcie na wodzów waszych, którzy wam głosili Słowo Boże,
a rozpatrując koniec ich życia, naśladujcie wiarę ich. Hebr. 13:7

W minioną sobotę odbyło się kolejne warszawskie spotkanie Pokolenia Wiecznie Młodych. Które? - już nie zliczę. A ‘warszawskie’ - dlatego, że cztery ogólnopolskie zjazdy Pokolenia Wiecznie Młodych odbyły się w Ostródzie. Kim są (i byli - bo pamiętamy również o tych, którzy odeszli) ci Wiecznie Młodzi? To wodzowie i przewodnicy, ojcowie duchowi, nauczyciele Słowa, ciocie katechetki i cała rzesza oddanych służbie na Niwie Pańskiej mężów i kobiet Bożych, którzy zaangażowani byli w służbę w latach 50-tych aż do dziś dnia. (Psalm 92:14-16)
Jako osoba, która dojrzewała duchowo pod okiem wielu z nich, traktuję bycie na tych spotkaniach jako ogromny przywilej. A moja służebna rola (pomagam w czym mogę i jak potrafię) jest wyrazem mojej wdzięczności i szacunku względem tych ludzi.



Co takiego działo się na ostatnim spotkaniu? Zgromadziło się liczne pokolenie 50+ z byłego Zjednoczonego Kościoła Ewangelicznego. Serdecznym powitaniom nie było końca - chyba dlatego, że rzadko zdarza się nam widywać. Szczęśliwi są ci, którzy mogą spotykać się raz, dwa razy do roku. Program tych spotkań jest przewidywalny: śpiewamy stare pieśni; oglądamy baaaaardzo stare zdjęcia i te nowsze - ze spotkań z ostatnich lat; wspominamy stare dobre czasy; wspominamy tych, którzy odeszli; nie brakuje czasu miejsca na refleksję ze Słowa Bożego i modlitwę; elementem zamykającym spotkanie jest poczęstunek przygotowany z przyniesionych smakołyków (pyszne sałatki, ciasta…). Ta część trwa stosunkowo długo, bo wszyscy szukają możliwości porozmawiania z kimś dawno niewidzianym. Gdzie nie rzucić okiem, zawsze widzi się uśmiechnięte, zagadane grupki, grupeczki.
Tegoroczne spotkanie, jak zwykle możemy zawdzięczać niestrudzonej Danusi Ryżykowej. Honory gospodarza pełnił brat Tadeusz Jarosz (to w budynku jego fundacji spotkaliśmy się po raz kolejny). Słowo wstępne (Psalm 103:1-5) i modlitwę poprowadził brat Edward Czajko. Kazanie ze Słowa Bożego wygłosił brat Waldemar Lisiecki. Wybrany przez niego tekst to Psalm 92:1-16, ze szczególnym zwróceniem uwagi na w. 14 i 15. W części wspomnieniowej wróciliśmy myślami do Ewy Mazanek i Aliny Lewczuk, które odeszły w minionych latach.


W związku z tym spotkaniem dzielę się refleksją, która powstała w 2007 roku, po pierwszym ostródzkim zjeździe Pokolenia Wiecznie Młodych.

***

Nasz wyjazd od Ostródy wzbudził w moim sercu wiele refleksji. Patrząc na tych, którzy kiedyś, w przeszłości mi usługiwali, myślałam o swoim życiu, o swojej służbie... Nasze pierwsze zimowisko (ja i Paweł) zorganizowaliśmy w domu moich rodziców w 1985r. A potem... To już poszło jak lawina: zimowiska, obozy letnie, konferencje, praca katechetyczna, spotkania młodzieżowe (przy okazji - po drodze - powstał zbór :-). W pamięci zacierają się liczby i daty, ale twarze i imiona wciąż pozostają żywe. I to nie tylko te utrwalone na taśmach wideo czy na zdjęciach, w pieczołowicie przechowywanych albumach, ale głównie w sercu.
Bardzo różnie potoczyły się losy naszych podopiecznych. Jedni są powodem naszej radości i dumy (niezależnie, gdzie teraz mieszkają i służą). U drugich cieszy sam fakt, że są w Panu. Z powodu innych boli serce. Bo są tacy, co odeszli od Boga, a też tacy, którzy odwrócili się do nas plecami... I tak bywa...

Myśląc o nich wszystkich, zaczęłam się zastanawiać czy pamiętają...,  a jeśli nie to, czy kiedyś sobie przypomną? Czy naprawdę dopiero wtedy - kiedy zaczynamy mieć siwą głowę, a tych, którzy byli naszymi przewodnikami do Boga, zaczyna ubywać - czy naprawdę dopiero wtedy zaczynamy sobie przypominać, doceniać, naśladować...? Chciałoby się powiedzieć: Śpieszmy się szanować, tych, którzy nam służą, tak szybko odchodzą...

Ze wstydem przyznaję, że jestem pierwszą, która nie powinna sięgać po kamień.Tak naprawdę, to dopiero ostatnie lata obudziły we mnie świadomość tego, jak ważna jest historia (historia kościoła w Polsce) i jak ważne jest docenienie tych, którzy tę historię tworzyli. Dlaczego? Ponieważ w tym wszystkim zawiera się również moja osobista historia. Dlatego jestem szczęśliwa, że główne kościoły/denominacje ewangeliczne w Polsce mają spisaną swoją historię. Cieszę się, że na półkach naszych zborowych sklepików pojawiają się takie książki jak: Polityka państwa wobec Zjednoczonego Kościoła Ewangelicznego w Polsce (1947-1989) Jana Mironczuka, czy Jak powstawały pieśni ze Śpiewnika Pielgrzyma Andrzeja Byrta lub książka Tadeusza Żądło Józef Prower i wiele, wiele innych.

A wracając do naszych wodzów... Jestem wdzięczna Bogu, że tam w Ostródzie, dał mi możliwość powiedzenia jednemu z nich: Kazik, czy wiesz, że jesteś moim duchowym ojcem? Dziękuję Ci za wpływ jaki wywarłeś na moje duchowe życie na obozach w Radomierzu i Wetlinie (tam w 1977r. nawróciłam się). Niestety, nie pamiętam czy powiedziałam kiedyś podobne słowa nieżyjącemu już Tolkowi Matiaszukowi (tak szybko odszedł, zaskakując nas swoją śmiercią). Dlatego, moim pragnieniem jest wykorzystać każdą nadarzającą się okazję, aby podziękować tym wszystkim, którzy jeszcze pozostali...

Snując dalej swoje refleksje, doszłam do wniosku, że nie byłabym tu, gdzie jestem, gdyby nie wiara mojej Mamy. To niesamowite, młoda 17-letnia dziewczyna wirami wojny wyrzucona została z rodzinnych stron (Polesie) na roboty do Niemiec (Mazury) w 1944r. Już nigdy nie wróciła do swoich, a jednak jej wiara - ukształtowana podczas duchowego przebudzenia na Polesiu (nawróciła się cała rodzina mojej Mamy, a ona sama, w 1943r., przyjęła chrzest z rąk prezbitera Grzegorza Bajko), dzięki takim ludziom jak Konstanty Jaroszewicz, Jerzy Sacewicz, Grzegorz Bajko, Bolesław Winnik, prekursorom chrześcijaństwa Chrystusowego na tych ziemiach -  nie zachwiała się. Świadectwo życia - starszych od niej o kilka lat młodzieńców Pawła Bajko i Józefa Wróbla (kiedy się nawrócił, rodzice wyrzucili go z domu i zniszczyli mu Biblię) - na trwałe pozostało w jej pamięci. Ileż to razy wracała do tych dawnych lat w swoich wspomnieniach...

Dla mnie świadectwem jest to, że z dala od bliskich zawsze szukała społeczności wierzących. Po wojnie znalazła „przytulisko” w Kościele Baptystów w Giżycku. Potem losy rzuciły ją aż na ziemie zachodnie, do Jeleniej Góry. Zanim znalazła ‘swoich’ (zbór we Lwówku - Kościół Zielonoświątkowy) nie pogardziła społecznością z Adwentystami i Badaczami Pisma. Byle bliżej wierzących i czytających Słowo Boże. Dzisiaj jest członkiem Kościoła Zielonoświątkowego w Jeleniej Górze (dawniej placówka Lwówka Śląskiego), a jej pastor nazywa ją filarem zboru (w tym roku skończyła 83 lata).
Kiedy myślę o tym, to zastanawiam się: czy ja postępowałabym podobnie? Czy tak silne są moje duchowe więzi z tymi, którzy budowali moją wiarę? Tak rzadko o nich wspominam... Może mam gorszą pamięć niż moja Mama? A może mam w sobie mało wdzięczności? Kiedy przesłałam jej egzemplarz książki Pawła Bajko Z dziejów Kościoła Chrystusowego w Polsce, powiedziała mi przez telefon: Walciu... czytam, oglądam (świetny pomysł na wydruk starych zdjęć w sepii), płaczę, modlę się i dziękuję Bogu... Przyznaję, takie momenty chwytają za serce i są bardzo pouczające...

Podczas pobytu w Ostródzie, zdałam sobie sprawę, że w pewnym sensie historia mojej Mamy zatoczyła spiralę. Przebywając w tym pięknym ośrodku Kościoła Chrystusowego miałam społeczność z drugim i trzecim pokoleniem wierzących, pochodzących z jej rodzinnych stron... Niektórzy z nich stali się moimi duchowymi przewodnikami, inni są po prostu moimi przyjaciółmi, jak Paweł Wróbel, Marysia Jakoniuk - moja Mama pamięta ich, kiedy byli malutkimi dziećmi, Ninka Hury - to dzieci Józefa Wróbla, który był dla mojej Mamy bohaterem wiary.

Kończąc, wspomnę jeszcze, że te przemyślenia spowodowały we mnie pewne postanowienia. Otóż, chcę pamiętać o moich wodzach i chcę naśladować ich wiarę. I chcę kontynuować swoją służbę, nie zniechęcając się tym, że ktoś może nawet o niej nie wspomni. Pragnę, aby Psalm 71:17-18 był moim mottem: Boże, uczyłeś mnie od młodości mojej, a ja aż dotąd oznajmiam cudowne sprawy Twoje. Toteż i do starości, gdy już siwa będę, nie opuszczaj mnie, Boże, aż opowiem o ramieniu Twoim temu pokoleniu, a wszystkim następnym o potędze Twojej!  

środa, 6 października 2010

Boże Dożynki

Kolorowa, złota polska jesień. Moją uwagę zwracają stragany pełne tegorocznych płodów ziemi. Głównie ciągnie mnie w te miejsca, gdzie mogę podziwiać dynie o różnorodnych kształtach, kolorach i rozmiarach. Polecam Lesznowolę (droga z Piaseczna na Magdalenkę). Zadaszenia straganów zdobią warkocze uplecione z cebuli, czosnku, papryki. Warto zrobić zapas na zimę a przy okazji ozdobić nimi kuchnię. Kiedy tak oglądam, dotykam, kupuję - myślę o Bogu, który znowu okazał Swą dobroć.


Święto Żniw potwierdza wierność Boga względem człowieka:
Dopóki ziemia istnieć będzie, nie ustaną siew i żniwo, zimno i gorąco, lato i zima, dzień i noc (I Mojż. 8:22).

Święto Żniw świadczy o wielkiej dobroci Boga względem człowieka:
Nawiedzasz ziemię, zraszasz ją i wzbogacasz obficie; strumień Boży jest pełen wody, przygotowujesz zboże ich... Albowiem tak ją przygotowujesz: napawasz jej zagony, równasz jej skiby, rozmiękczasz ją deszczami, błogosławisz jej roślinom. Wieńczysz rok dobrocią swą, a drogi twoje ociekają tłustością. Stepowe pastwiska obficie są zroszone, a pagórki przepasują się weselem. Łąki przyodziewają się w stada owiec, a doliny okrywają się zbożem; wykrzykują radośnie i śpiewają  (Psalm 65:10-14). Zraszasz góry z górnych swych  komnat, ziemia nasyca się owocem, który stwarzasz. Sprawiasz, że rośnie trawa dla bydła i rośliny na użytek człowieka, by dobywał chleb z ziemi i wino, które rozwesela serce człowieka, oliwę, od której lśni się oblicze, i chleb, co wzmacnia serce człowieka (Psalm 104:13-15).

Święto Żniw jest dniem wielkiej radości:
...Radować się będą przed tobą, jak się radują w żniwa... (Izaj. 9:2)
Kto wychodzi z płaczem niosąc ziarno siewne, będzie wracał z radością, niosąc snopy swoje (Psalm 126:6).

Święto Żniw jest symbolem wielu wartości duchowych:
Rolą jest ten świat (Mat. 13:38). Siewcą jest Pan (Mat. 13:37 i Łuk. 8:5). Nasieniem jest Słowo Boże (Łuk. 8:11). Czasem siewu jest nasze życie, dane nam przez Stwórcę (Kazn. 11:6 i II Tym. 4:2). Wzrost zasianemu Słowu zapewnia Bóg: Ja zasadziłem, Apollos podlał, ale wzrost dał Bóg (I Kor. 3:6).
Jaki jest nasz siew duchowy, taki będzie urodzaj: Nie błądźcie, Bóg się nie da z siebie naśmiewać; albowiem co człowiek sieje, to i żąć będzie (Gal. 6:7). A powiadam: Kto sieje skąpo, skąpo też żąć będzie, a kto sieje obficie, obficie też żąć będzie (II Kor. 9:6).
Wszystkich żeńców duchowych czeka zapłata: Siejcie w sprawiedliwości, żnijcie w miłości, uprawcie nowy ugór, bo już czas szukać Pana, aby przyszedł i nauczył was sprawiedliwości (Ozeasz 10:12). A dobrze czynić nie ustawajmy, albowiem we właściwym czasie żąć będziemy bez znużenia (Gal. 6:9).
Żniwo nadejdzie szybciej niż my się spodziewamy: Czy wy nie mówicie: Jeszcze cztery miesiące, a nadejdzie żniwo? Otóż mówię wam: Podnieście oczy swoje i spójrzcie na pola, że są już dojrzałe do żniwa. Już żniwiarz odbiera zapłatę i zbiera plon na żywot wieczny, aby siewca i żniwiarz wspólnie się radowali (Jan 4:35,36). Liczba robotników na Pańskim zagonie zawsze była za mała: Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście więc Pana żniwa, aby wyprawił robotników na żniwo swoje (Mat. 9:37,38).

Święto Żniw mówi nam, jak powinniśmy pracować na Pańskim polu:
Winniśmy siać dobre ziarno (Mar. 4:14). Często musimy siać dobre ziarno ze łzami (Psalm 126:5). Powinniśmy siać zawsze, wszędzie i bez względu na okoliczności: Szczęśliwi jesteście, gdy możecie siać nad każdą wodą, woły i osły wszędzie puszczać wolno (Izaj. 32:20). Z rana siej swoje nasienie, a niech nie spoczywa twoja ręka do wieczora, bo nie wiesz, czy uda się to czy tamto, lub czy jedno i drugie jednakowo wypadną (Kazn. 11:6). Głoś Słowo, bądź w pogotowiu w każdy czas, dogodny czy niedogodny, karć, grom, napominaj z wszelką cierpliwością i pouczeniem (II Tym. 4:2). Kto zważa na wiatr, nigdy nie będzie siał, a kto patrzy na chmury, nie będzie żął (Kazn. 11:4).

Złote wiersze na Święto Żniw:
Błogosław, duszo moja, Panu
I wszystko, co we mnie, imieniu jego świętemu!
Błogosław, duszo moja, Panu
I nie zapominaj wszystkich dobrodziejstw jego!
On odpuszcza wszystkie winy twoje,
Leczy wszystkie choroby twoje.
On ratuje od zguby życie twoje;
On wieńczy cię łaską i litością.
On nasyca dobrem życie twoje,
Tak iż odnawia się jak u orła młodość twoja.
               
                                                Psalm 103:1-5 

Nawiedzasz ziemię, zraszasz ją i wzbogacasz obficie;
Strumień Boży jest pełen wody,
Przygotowujesz zboże ich...
Albowiem tak ją przygotowujesz:
Napawasz jej zagony, równasz jej skiby,
Rozmiękczasz ją deszczami, błogosławisz jej roślinom.
Wieńczysz rok dobrocią swą,
A drogi twoje ociekają tłustością,
Stepowe pastwiska obficie są zroszone,
A pagórki przepasują się weselem.
Łąki przyodziewają się w stada owiec,
A doliny okrywają się zbożem:
Wykrzykują radośnie i śpiewają. 

                                               Psalm 65:10-14




wtorek, 5 października 2010

O kwestii żydowskiej polemicznie

Swego czasu z uwagą wysłuchałam pewnej przedświątecznej refleksji (tuż przed Wielkanocą). Kaznodzieja, bardzo zaangażowany w służbę wśród przedstawicieli narodu izraelskiego (tu w Polsce), mówił dużo i głównie o żydowskim święcie Paschy.
Po jego usłudze (pomimo wielkiej sympatii i szacunku do niego) zaczęły się budzić we mnie pewne dylematy. Jak mam to rozumieć? O co w tym wszystkim chodzi? Czy jako chrześcijanie mamy obchodzić: Pamiątkę Wielkiej Nocy czy żydowską Paschę? Jeśli Paschę, to czy coś mi po drodze umknęło?
Moje poczucie dyskomfortu zaczęło się pogłębiać, a do głowy zaczęły się cisnąć różne myśli i argumenty dotyczące tego, co usłyszałam od naszego gościa. Powoli zaczęły one nabierać sensu i układać się w pewną całość. Dlatego postanowiłam swoje przemyślenia przelać na papier. Wspomnę jeszcze, że podzieliłam się swoimi rozterkami z moim mężem Pawłem, a on z kolei swoimi ze mną i... kolejnych kilka godzin spędziliśmy razem na studiowaniu Słowa pod kątem zagadnienia: Czy my chrześcijanie, aby dopełnić naszego zbawienia, mamy ‘nawracać się’ na judaizm?

Oto moje przemyślenia.

Okazuje się (w myśl usłyszanego nauczania), że aby być podobnym do Jezusa, chrześcijanin, tak jak Jezus, powinien chodzić do świątyni czy synagogi, przestrzegać żydowskich przepisów i świąt. Czy, aby na pewno? Dla mnie jest jasne po co Jezus chodził do świątyni i synagogi. Po to, aby w pierwszym rzędzie ogłosić Żydom swoją misję: Duch Pański nade mną, przeto namaścił mnie, abym zwiastował ubogim dobrą nowinę, posłał mnie, abym ogłosił jeńcom wyzwolenie, a ślepym przejrzenie, abym uciśnionych wypuścił na wolność, abym zwiastował miłościwy rok Pana (Łuk. 4:18,19). Jezus mówiąc te słowa nie miał na myśli tylko tych fizycznych przejawów kalectwa, choroby, więzienia. Jezus przyszedł, aby dać ludziom duchowe przejrzenie i uwolnienie, od czegoś w czym tkwili od stuleci np. w tradycji, w religijności, w grzechu.

I, czy rzeczywiście Jezus był takim grzecznym facetem, co to nie wadził nikomu? (Jeśli tak by było - umarłby, w późnej starości, śmiercią naturalną.) Skąd więc ta nienawiść faryzeuszy, uczonych w Piśmie, kapłanów? Skąd tak silne ataki z ich strony i zarzuty? Stąd, że Jezus głosił i robił rzeczy, które burzyły ich od wieków ustalony porządek. Nie polubili Go. Z jakim skutkiem? A z takim, że ...do swej własności przyszedł, ale swoi go nie przyjęli (Jana 1:11). I ukrzyżowali Go.

W tamtą niedzielę usłyszałam też, że w Jezusie wypełniły się dwa podstawowe święta żydowskie: Święto Paschy (krew zabitego baranka ratuje lud od śmierci) i święto Shawłot (święto nadania Prawa na Synaju - swoje wypełnienie znajduje w dniu zesłania Ducha Świętego, obiecanego nam przez Jezusa, kiedy to Prawo zostaje zapisane w sercach ludzkich). Jeżeli tak jest, to po co obchodzić święto Paschy w starej rozbudowanej formie, skoro sam Jezus uprościł ją do nieskomplikowanej formy Wieczerzy Pańskiej? Co więcej, Jezus dał nam zupełnie nową tradycję (inną od starotestamentowej). Nie tylko zastąpił paschę - wieczerzą, ale synagogi i świątynię zastąpił żywym kościołem, a sabat Dniem Pańskim (czyli niedzielą - dniem Swojego zmartwychwstania).

Dziwi mnie wobec tego to nauczanie i postawa wielu chrześcijan, która utwierdza Żydów w przekonaniu, że mają trwać w swojej tradycji, a przez to w swoim odrzuceniu Jezusa i nie przyjmowaniu Go, jako obiecanego Mesjasza, który już przyszedł, a nie dopiero ma przyjść! Dlaczego niektórzy chrześcijanie, zamiast głosić Żydom Chrystusa, przyłączają się do ich obrządków? Bo są piękne? I co z tego, skoro są bezużyteczne (Kol. 2:20-23). Jezus wypełniając je wszystkie „wykupił nas od przekleństwa zakonu” (Gal. 2:13a)!!! Jezus jest doskonałą ofiarą. Jezus jest arcykapłanem. Jezus poniósł karę za grzechy wszystkich. Jezus pojednał nas z Bogiem. Jezus wypełnił zakon. Ba, On ten zakon wypisał na tablicy naszych serc. On jest sprawcą i dokończycielem naszej wiary. Wiele można by jeszcze wyliczać. Dla dalszej lektury proponuję przeczytać list do Hebrajczyków.

Wydaje mi się, że niektórzy chrześcijanie zapomnieli o wielkim Bożym posłannictwie, które Jezus nam pozostawił. Brzmi ono tak: Idźcie tedy i czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem (Mateusza 28:19,20a). Gdzie indziej czytamy, że Ewangelia ma być głoszona wszelkiemu stworzeniu (Kolosan 1:23) i będziecie mi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi (Dz.Ap. 1:8). A ap. Paweł wyznaje: Albowiem nie wstydzę się Ewangelii Chrystusowej, jest ona bowiem mocą Bożą ku zbawieniu każdego, kto wierzy, najpierw Żyda, potem Greka... (Rzymian 1:16).  Dlaczego więc, wobec powyższych stwierdzeń, niektórzy chrześcijanie tracą czas na nawracanie innych chrześcijan na Judaizm, zamiast Żydów na Chrześcijaństwo? Zupełnie tego nie rozumiem. Wiem tylko jedno, jest to odwieczny problem Kościoła. Nie wierzycie? To przeczytajcie sobie cały list do Galacjan. Został on napisany przez ap. Pawła, który wcześniej prześladował Kościół (Gal. 1:12-13), a teraz całą swoją żydowską religijność poczytuje sobie za śmieci, w obliczu doniosłości poznania Chrystusa (Filipian 3:4-9). Paweł pisze do zboru, do którego zakradła się bardzo dziwna nauka (Gal.1:6-8): pewni żydowscy nauczyciele twierdzili, że konwertyci, nie będący Żydami, muszą poddać się obrzezaniu i muszą przestrzegać prawa żydowskiego - praktycznie muszą stać się Żydami (czy nie brzmi wam to znajomo?) - aby osiągnąć zbawienie (wg. Przewodnika po Biblii/Vocatio). Wiara w Chrystusa - to za mało. Apostoł Paweł był jednak odmiennego zdania i dlatego pisze: ...człowiek zostaje usprawiedliwiony nie z uczynków zakonu, a tylko przez wiarę w Chrystusa Jezusa, i myśmy w Chrystusa Jezusa uwierzyli, abyśmy zostali usprawiedliwieni z wiary w Chrystusa, a nie z uczynków zakonu, ponieważ z uczynków zakonu nie będzie usprawiedliwiony żaden człowiek (Gal. 2;16). ... teraz jednak, kiedy poznaliście Boga, a raczej, kiedy zostaliście przez Boga poznani, czemuż znowu zawracacie do słabych i nędznych żywiołów, którym ponownie, jak dawniej służyć chcecie? Zachowujecie dni i miesiące, i pory roku, i lata! (Gal. 4:9,10). Niechże was tedy nikt nie sądzi z powodu pokarmu i napoju albo z powodu święta lub nowiu księżyca bądź sabatu. Wszystko to są tylko cienie rzeczy przyszłych; rzeczywistością natomiast jest Chrystus. (Kolosan 2:16,17)

Cienie spełniły swoją rolę. Teraz RZECZYWISTOŚCIĄ JEST CHRYSTUS!!! I niech tak pozostanie. Gorąco zachęcam do lektury listów do: Hebrajczyków, Galacjan, Kolosan.

Gdyby bowiem pierwsze przymierze było bez braków, nie szukano by miejsca na drugie. Albowiem ganiąc ich, mówi: Oto idą dni, mówi Pan, a zawrę z domem Izraela i z domem Judy przymierze nowe. Nie takie przymierze, jakie zawarłem z ich ojcami w dniu, gdym ujął ich za rękę, aby ich wyprowadzić z ziemi egipskiej; ponieważ oni nie wytrwali w moim przymierzu, przeto Ja nie troszczyłem się o nich, mówi Pan. Takie zaś jest przymierze, które zawrę z domem Izraela po upływie owych dni, mówi Pan: Prawa moje włożę w ich umysły i na sercach ich wypiszę je, i będę im Bogiem, a oni będą mi ludem. I nikt nie będzie uczył swego ziomka ani też swego brata, mówiąc: Poznaj Pana, bo wszyscy mnie znać będą od najmniejszego aż do największego z nich. Gdyż łaskawy będę na nieprawości ich, a grzechów ich nie wspomnę więcej. Gdy mówi: Nowe, to uznał pierwsze za przedawnione; a to, co się przedawnia i starzeje, bliskie jest zaniku.  List do Hebrajczyków 8:7-13

***

I jeszcze inne wydarzenie.
Uczestniczyłam kiedyś w konferencji pt. „Mądrość płynąca z Tory”. Uwielbiam czytać cały Stary Testament nie tylko Pięcioksiąg. A dodatkowo lubię się uczyć. Jak tu nie skorzystać z takiej propozycji.
I rzeczywiście, usłyszałam wiele ciekawych i budujących rzeczy. Niestety, nie do końca podobała mi się atmosfera, stworzona głównie przez jednego z  wykładowców, który, w moim odczuciu, żartobliwie ale całkiem na poważnie, starał się zdyskredytować - nazwijmy to ‘zachodnie chrześcijaństwo’, Kościół chrześcijański, osiągnięcia teologii chrześcijańskiej. Dziwiło mnie, że jego żarty wzbudzają na sali śmiech, zamiast konsternacji...

Upraszczając - nie zgodziłam się z jego próbą udowodnienia wyższości judaizmu (nawet tego mesjanistycznego) nad chrześcijaństwem; wyższości języka hebrajskiego nad językiem greckim; wyższości myśli hebrajskiej nad myślą grecką (myśli wschodniej nad zachodnią).
Dlaczego? A choćby dlatego, że gdy nadeszła  pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego… (Gal. 4:4). Wiecie, kiedy się to stało? Dwa tysiące lat temu, kiedy cały antyczny świat mówił jednym językiem i nie był to język hebrajski (!), tylko była to greka (jej odmiana potoczna, ogólnie używana i rozumiana - tzw. koine). Żaden inny język, nigdy przedtem ani potem, nie spełnił tak ważnej roli dla ludzkości. (Dzisiaj naszym ‘koine’ jest język angielski :-)

I jeszcze dlaczego nie zgadzałam się z wywodami wykładowcy? Dlatego, że to właśnie ten grecki świat (zwany zachodnim), w swoim ograniczonym myśleniu (w prezentacji wykładowcy przedstawione to zostało w postaci miniaturowego prostokącika), przyjął zwiastowanie o Jezusie Chrystusie - Mesjaszu, Zbawicielu świata i zaniósł to zwiastowanie aż po krańce ziemi, do ludzi z różnych plemion, narodów i języków... A więc! To „ograniczeni Grecy” przyjęli Mesjasza. A Żydzi? Oni wciąż na Niego czekają (!). I zdziwią się, że Jego przyjście (na które i my czekamy) będzie już tym powtórnym...

Kończąc. Znam  słowa obietnicy Bożej, która w odniesieniu do Abrahama (ojca narodu żydowskiego) brzmi: …będę błogosławił błogosławiącym tobie, a przeklinających cię przeklinać będę; i będę w tobie błogosławione wszystkie plemiona ziemi… (I Mojż. 12:3). Jest w moim sercu miłość do narodu wybranego i pragnienie, aby jak najwięcej Żydów poznało Jezusa jako Mesjasza i Zbawiciela, bo jestem pewna, że droga do Boga jest jedna. I nie wiedzie ona przez system religijny jakim jest judaizm, ale przez żywą Osobę - przez poznanie i osobistą relację z Jezusem Chrystusem. I tego pragnę dla każdego Żyda chodzącego po tej ziemi.