wtorek, 27 lipca 2010

Z prywatnego archiwum: "Po szóste - NIE ZABIJAJ!"

Już chwilę czasu temu miałam przywilej (razem z moim mężem) uczestniczyć w bardzo ciekawym sympozjum organizowanym przez Zakład Medycyny Paliatywnej przy warszawskim Centrum Onkologii. Nasza wspólnota miała bliskie relacje z Ursynowskim Hospicjum, stąd też zaproszenie na to sympozjum dotarło do nas bezpośrednio stamtąd.
Sympozjum dotyczyło bardzo aktualnej kwestii – kwestii eutanazji. Temat ważny nie tylko w medycynie, ale również w duszpasterstwie.
Uczestnikami sympozjum byli głównie pracownicy medyczni, ale nie zabrakło też osób duchownych (o czym świadczyła nasza obecność). Głównymi mówcami byli nie tylko Polacy. Na sympozjum przyjechały delegacje z Holandii (wspomnę, że jest jedyny kraj, gdzie zalegalizowana jest eutanazja); przyjechali też Włosi, Francuzi, Ukraińcy. Byli to lekarze, prawnicy, filozofowie. Niestety, duchowni, z powodu sprzeciwu Holendrów, nie zostali dopuszczeni do głosu. Jednak wątek teologii katolickiej, dotyczący kwestii życia i śmierci w ścisłym związku z teologią i światopoglądem św. Augustyna i Tomasza z Akwinu, był bardzo mocno uwypuklony przez większość mówców. Co - w rezultacie - było bardzo dobre dla całości dyskusji. Mimo to, szkoda, że głos ‘protestancki’ nie miał szansy zabrzmieć, chociaż byliśmy przygotowani na wszelką ewentualność, szczególnie w momencie, gdy ktoś pozwolił sobie na komentarz, i tu cytuję: katolicy podchodzą do kwestii eutanazji inaczej, a Holandia, która jest protestancka - inaczej. Próba sprostowania (niestety, tylko w kuluarach) tego stereotypowego myślenia na niewiele, niestety, się zdała...
Nie będę tu przytaczała temat treści wysłuchanych podczas sympozjum wykładów. Mogę jednak z ulgą stwierdzić że - w reprezentowanych na tym sympozjum krajach europejskich - nikt nie zamierza zbyt szybko i pochopnie legalizować eutanazji. Większość lekarzy i prawodawców jest zdecydowanie na NIE.
I pozwólcie, że przytoczę tu, dla lepszego zrozumienia problemu, definicję eutanazji z książki autorstwa Jacka Cottrella, wydanej przez ChIB, „Trudne pytania - biblijne odpowiedzi”. Pisze on: Eutanazja jest słowem pochodzenia greckiego i oznacza dosłownie „łatwą śmierć” lub „dobrą śmierć”. Termin ten zazwyczaj odnosi się do skrócenia życia osoby przeżywającej trudne do zniesienia cierpienie. Jedna z definicji obejmuje to w następujący sposób: „Eutanazja jest celowym zabijaniem istot ludzkich dla ich własnego dobra”. Stąd powszechnie używany termin „zabijanie z miłosierdzia”. Cytat pochodzi ze str. 223 i zaznaczam: autor - chrześcijanin/protestant - jest przeciwny eutanazji.
Aby nie pozostawić tego tematu bez jakichś ważnych dla nas, ludzi wierzących, wniosków czy wskazówek, chciałabym przytoczyć kilka cennych myśli z artykułu bp Ryszarda Borskiego (luteranina), który na łamach miesięcznika „Zwiastun” (18/2006) omawia temat „Życie - Bożą własnością”. W artykule swoim odnosi się on do kwestii eutanazji w kontekście szóstego przykazania. Pisze on:
[...] Przykazanie to dotyczy relacji pomiędzy ludźmi w kontekście poszanowania życia ludzkiego jako daru i własności Bożej, którym Bóg i tylko On jako jego Dawca i Pan ostatecznie może dysponować. [...]
Indywidualne decydowanie o przerwaniu cudzego życia jest zabronione. [...] Każdy powinien pamiętać, że jego własne życie i życie innych ludzi, krewnych lub obcych, przyjaciół lub wrogów, jest Bożą własnością, o której trwaniu lub przetrwaniu tylko Bóg może decydować. [...]
Żądanie chorego, aby go uśmiercić, jest z jego strony dążeniem do samobójstwa. [...] Eutanazja jest przekroczeniem przykazania zarówno przez żądającego śmierci, jak i przez tych, którzy ją zadają.
Zasadniczym motywem dokonania eutanazji jest skrócenie cierpień nieuleczalnie chorego człowieka. Mówi się w tym kontekście o prawie do godnego umierania. Cierpienie zostaje tym samym usunięte poza obszar ludzkiej godności. Tymczasem cierpienie jest częścią zarówno ludzkiego życia, jak i umierania. Godność i wielkość wielu ludzi okazywały się właśnie w cierpieniu i poprzez cierpienie. Chrześcijanin wie, że u podstaw jego zbawienia i życia wiecznego legło cierpienie Boga-Człowieka, Jezusa Chrystusa. Bez Jego cierpienia nie byłoby zbawienia. Właśnie Jego cierpienie nadaje szczególnej godności także ludzkiemu cierpieniu. [...]
Wróćmy jeszcze na chwilę na salę konferencyjną Centrum Onkologii. Starsza kobieta czyta wiersz chorej terminalnie pacjentki. Napisała go kilka dni przed śmiercią. Wiesz ten kończy się słowami: NIECH ŻYJE ŻYCIE!
Niestety, nie posiadam tego wiersza. Chciałabym jednak na zakończenie tego rozważania przytoczyć inny wiersz, którego autorką jest Katarzyna Zychla. Przeczytajcie go, proszę:
Życie...
życie – filiżanka pełna słońca o smaku pomarańczy
wystarczy przestać się martwić
odliczać łzy odliczać smutki
oglądać się za siebie przed każdym zakrętem
gdy Bóg nam szepta, że warto się radować
w koszyczki dłoni zbierać ciepło serca
gdy Bóg daje skałę by dom budować...
trzeba słuchać i trzeba budować!
życie – tak mija szybko jak pierwszy przebiśnieg
szkoda czasu na odgadywanie kolejnej godziny
gdy Bóg za rękę prowadzi na wzgórza
cień dolin trzeba z wdzięcznością zostawić
i żyć trzeba 

żyć pięknie
żyć naprawdę
żyć wierszem 

żyć prozą – wiosennym deszczem
żyć trzeba z miłością, z pasją i sensem
naprawdę – nie trzeba nam więcej...

niedziela, 25 lipca 2010

piątek, 16 lipca 2010

Z prywatnego archiwum: "Na temat aborcji myśli luźno poskładane"

Zauważyłem, że każdy, kto opowiada się za aborcją, już miał szansę się urodzić. Ronald Regan 

Przyznaję szczerze, że nie mam jakiegoś sprecyzowanego pomysłu na zwarte odniesienie się do tego trudnego tematu. Wiem tylko jedno - tematu aborcji nie należy pomijać w środowisku ewangelicznym. A nawet, jeśli go odsuniemy na bok, to wcześniej czy później „sam przyjdzie”. I chyba tak się stało… Bo to raczej nie przypadek, że w niemal w jednym  czasie zgłosiła się do naszej wspólnoty pewna młoda studentka pielęgniarstwa, która pisze pracę magisterską na temat protestanckiego podejścia do aborcji oraz powstała potrzeba zorganizowania spotkania ze Svietłaną Macari z Mołdawii, która prowadzi działalność antyaborcyjną.
Od tamtej pory stałam się bardziej wyczulona na temat aborcji, a raczej... na temat życia i na to, jak jest ono przedstawiane w Biblii czy w innej literaturze chrześcijańskiej.
Jeśli chodzi o Biblię, to chyba nie ma piękniejszego fragmentu dotyczącego naszego powstawania niż Psalm 139:13-16 Bo Ty stworzyłeś nerki moje, ukształtowałeś mnie w łonie matki mojej. Wysławiam Cię za to, że cudownie mnie stworzyłeś. Cudowne są dzieła Twoje i duszę moją znasz dokładnie. Żadna kość moja nie była ukryta przed Tobą, choć powstałem w ukryciu, utkany w głębiach ziemi. Oczy Twoje widziały czyny moje, w księdze Twej zapisane były wszystkie dni przyszłe, gdy jeszcze żadnego z nich nie było. 
Natomiast Ps. 119:73a mówi: Ręce twoje uczyniły mnie i ukształtowały… 
A Hiob w 10:8a,10-12a pisze Twoje ręce ukształtowały mnie misternie i uczyniły… Czy nie wylałeś mnie jak mleko i nie sprawiłeś, że stężałem jak ser? Zastanawiam się czy Hiob w ten sposób opisuje moment poczęcia? I dalej kontynuuje: Przyoblekłeś mnie skórą i ciałem i pospinałeś mnie kośćmi i ścięgnami. Życiem i łaską obdarzyłeś mnie... 
Z kolei sam Bóg mówi do proroka Jeremiasza w 1:5 Wybrałem cię sobie, zanim cię utworzyłem w łonie matki, zanim się urodziłeś, poświęciłem cię. 
A Ps. 71:6 głosi Tyś pomocą moją od łona matki mojej. Tyś był podporą moją od urodzenia.
Byliśmy w Bożym umyśle zanim znaleźliśmy się w łonie naszej matki. To nie nasi rodzice nas stworzyli - Bóg to uczynił. I nie ma znaczenia, w jaki sposób zostaliśmy poczęci. Czy stało się to w wyniku gwałtu, czy urodziliśmy się kobiecie, która miała każde dziecko z innym facetem, czy może przyszliśmy na świat zaplanowani. Bóg nas stworzył! I czyż nie potwierdza tego Ps. 127:3 Oto dzieci są darem Pana, podarunkiem jest owoc łona...?
Dodam, że ktoś ze współczesnych powiedział: Stworzenie nowego życia jest znakiem Boga dla nas, że nie zrezygnował z tego świata
Andrew Stanley w swojej książce „Journey from slavery to freedom” (Podróż od niewolnictwa do wolności) napisał: A więc, skoro to Bóg stworzył każdą istotę ludzką żyjącą na tej ziemi, to czy ktokolwiek może mieć prawo do tego, aby zabijać - czy to płód czy też narodzonego/żyjącego człowieka? 
Boże (VI) przykazanie jest bardzo konkretne. Brzmi jednoznacznie, po prostu: Nie zabijaj. Dlaczego więc ludzie mają problem z jego właściwym zrozumieniem? Jeśli są niewierzący, to odpowiedź jest prosta, bo nie wiedzą, co czynią (użyję tu słów Jezusa z Ew. Łukasza 23:34).
Bardziej jednak martwi mnie fakt, że tzw. wierzący nie mają jednoznacznego zdania w tej kwestii. Bo jak tu podejść do kwestii aborcji? Czy, stosując zasadę Augustyna - traktować ją jako sprawę pierwszorzędną (tu wymagana jest jedność) czy jako sprawę drugorzędną (tu gwarantowana jest wolność wyboru)? Czy aby na pewno w tej szczególnej kwestii możemy powiedzieć - niech każdy pozostanie przy swoim zdaniu? Chyba nie. Niestety, to, czym nas bombarduje i karmi współczesny świat, spowodowało, że stępiło się nasze duchowe rozróżnienie. W jednym z artykułów w chrześcijańskim magazynie „Cel” (numer zimowy z 2008) czytamy słowa Robertsa Liardona, cytuję: Kościół musi być Kościołem absolutów. Musimy wiedzieć, co jest dobre, a co złe i we właściwym momencie umieć się opowiedzieć. Rolą liderów i nauczycieli jest pouczyć lud Boży o różnicy pomiędzy tym, co święte, a tym, co nieświęte, a także o różnicy pomiędzy tym, co nieczyste, a tym, co czyste. Autor czerpie te słowa z księgi Ezechiela 44:2.
Natomiast pewien irlandzki mąż stanu i polityk, Edmund Burke, powiedział: Jedyną rzeczą konieczną do tego, aby zatriumfowało zło, jest to, aby dobry człowiek niczego nie zrobił… Dlatego, przed każdym - wierzącym w Boga i w Jego standardy postępowania człowiekiem - stoi poważne zadanie przeciwstawienia się złu.
Na zakończenie przytoczę jeszcze dwa cytaty:
F. Schiller napisał: Ten, kto z całych sił czynił dobro w swoim czasie, uczynił je dla wszystkich czasów.
A M. Rej stwierdził: Nie jest mądry, kto wiele spraw umie, lecz kto złe od dobrego rozeznać rozumie.
Myślę, że to właśnie rozróżnienie pomiędzy dobrem i złem jest w podejściu do aborcji kluczową sprawą.
Zachęcam do poszerzenia swojej wiedzy na temat świętości życia, w kontekście VI przykazania, w następujących chrześcijańskich pozycjach książkowych:
Witold Benedyktowicz, Co powinniśmy czynić, ChAT, Warszawa 1993;
Jack Cottrell, Trudne pytania. Biblijne odpowiedzi, ChIB, Warszawa 2005;
Gary R. Collins, Poradnictwo chrześcijańskie, ChIB, Warszawa 2005;
Billy Graham, Vademecum chrześcijańskiego doradcy, Wydawnictwo Słowo i Życie, 1990;
Nancy Michels, Aborcja - przywrócić życiu sens, Wydawnictwo Credo, Katowice 2005;
Katarzyna Zychla, Tajemnica Magdaleny, Wydawnictwo Koinonia, 2007.
Polecam gorąco świadectwo Gianny, kobiety, która nie powinna żyć.
A to zajawka z filmu, który w pewnej części inspirowany był jej historią: October Baby.



czwartek, 15 lipca 2010

Kącik dobrej książki

„Dochodzenie w sprawie Stwórcy” autor Lee Strobel, wyd. Credo, 2007. Dziennikarz (chrześcijanin) bada dowody naukowe przemawiające za istnieniem Boga. Jest to zestawienie i podsumowanie argumentów na rzecz inteligentnego projektu, w oparciu o zebrane wywiady z uznanymi ludźmi nauki. Książka trudna, chociaż nie czyta się jej źle - dzięki lekkości narracji. Przeczytałam i zachęcam do jej przeczytania wszystkich, którzy interesują się tym tematem.

Wychodząc poza treść książki, chciałam podzielić się z wami pewną (dłuższą) myślą zaczerpniętą z artykułu dr Józefa Kajfosza (W sprawie Stwórcy, mag. CEL, nr/2007): Argumenty naukowe na rzecz inteligentnego projektu są naprawdę przekonujące, jednak nie stanowią one, i nigdy nie będą stanowić, dowodu istnienia Stwórcy. Czy nie mamy więc żadnych skutecznych argumentów, by przekonać niewierzących o słuszności naszej wiary w Boga, Stwórcę Wszechświata? Z pewnością mamy, ale nie należy do nich roztrząsanie kwestii naukowych. Z pewnością nikt z nas - ewangelicznie wierzących chrześcijan - nie doszedł w ten sposób do wiary w Boga. Może takie rozważania były pomocne, ale duchowy przełom, odkrycie istnienia osobowego Boga jako Stwórcy i Zbawiciela nastąpiło w naszym wnętrzu, poprzez akt nadnaturalnego objawienia. To konkretne, realne misterium, zwane nowym narodzeniem z Ducha, sprawia, że człowiek uzyskuje pewność. Wchodzi w posiadanie dowodu. Nie jest to rezultatem przyjęcia jakichś racjonalnych argumentów, lecz osobistego przeżycia. To nie domena umysłu - lecz serca. Dzięki temu żadne argumenty nie mogą tej pewności podważyć, tego dowodu obalić. Kto w taki sposób odkrył istnienie osobowego Boga i nawiązał z Nim intymny kontakt, nie ma żadnych wątpliwości co do aktu stworzenia. [...] Nie jesteśmy więc skazani li tylko na naukowe argumenty kreacjonizmu, ponieważ dzięki duchowej relacji z Bogiem znamy Go jako Stwórcę.



„Stworzenie a ewolucja” 
podtytuł: Trzy ujęcia z perspektywy chrześcijańskiej. Pod Redakcją: J.P Moreland, J.M. Reynolds. Wyd. Credo, 2008.

Kolejna książka z serii DEBATY przedstawia trzy dominujące w ewangelikaliźmie nurty chrześcijańskiego kreacjonizmu: kreacjonizm młodej Ziemi, kreacjonizm starej Ziemi oraz ewolucję teistyczną. Autorzy oprócz zaprezentowania swych poglądów, mają możliwość skomentowania pozostałych opcji. Wypowiadają się również zaproszeni do dyskusji naukowcy spoza tych nurtów.

Znakomita okazja dla każdego, kto poszukuje w miarę zwięzłego przeglądu rozmaitych ujęć problemu pochodzenia i istnienia Wszechświata oraz genezy życia na Ziemi z perspektywy uwzględniającej biblijny opis stworzenia.

Zainteresowanych tematem odsyłam do książki wydawnictwa Vocatio „Sąd nad Darwinem” Philippa E. Johnsona. 

środa, 14 lipca 2010

Z prywatnego archiwum: "Rozmyślania o życiu i śmierci"

Chwilę zastanawiałam się nad tym, czy powinnam umieszczać na blogu rozważanie o takiej tematyce. I stanęło na tym - że tak. Ten temat „siedzi we mnie” i to zarówno pod wpływem przeczytanych przeze mnie niedawno dwóch książek: „Blask Życia” (Bob Vander Plaats, Wydawnictwo „W drodze”) i „Za ostatnim uderzeniem serca” (Mark Cahill, Wydawnictwo Jakub), jak też pod wpływem studium Księgi Hioba. On (ten temat) tak okupował moje myśli, że nie zaznałam spokoju, póki nie przelałam ich na papier. A więc, proszę, czytajcie...
Może niektórych z was to rozśmieszy, innych zaskoczy, a jeszcze innych zszokuje informacja - chociażby ze względu na mój młody wiek:), że...
...od dłuższego czasu na tablicy korkowej, nad moim biurkiem, przyczepiona jest karteczka z napisem „Moje epitafium”, a pod nim werset z Ks. Izajasza 38:12b ...zwinąłeś jak tkacz moje życie, odciąłeś mnie od krosien...
Nie wiem dlaczego - może to ma związek z dawną wizytą w małym tkackim warsztaciku w Gerlachovie na Słowacji, którego właścicielka pokazała mi jak tka się wzorzyste chodniki - ale ten opis rozstania się z życiem mnie zachwycił. Dzieło Tkacza zostało zakończone - niczego już nie można dopleść i niczego już nie można wypruć. Jedyne, co należy zrobić, to odciąć nitkę i zwinąć w rulon swoje dzieło, dopóki nie znajdzie się dla niego właściwego miejsca przeznaczenia (np. niebo lub piekło - w kontekście wspomnianej książki Za ostatnim uderzeniem serca…).

I tu, w tym w moim rozmyślaniu, nie powinno zabraknąć słów psalmisty z Psalmu 139:13-16. Pozwólcie, że przytoczę go w pięknym tłumaczeniu Leopolda Staffa: Wysławiam Cię, żeś stworzył mnie w sposób cudowny. Przedziwne są dzieła Twoje. Tyś ukształtował nerki moje i utkał mnie w żywocie matki. Poznałeś mą duszę od dawna. Nie ukryła się żadna kość moja przed Tobą, choć zostałem utworzony w ciemności, utkany w głębiach łona. Zarodek mój widziały oczy Twoje i w księdze Twej zapisane były wszystkie dni przyszłe, choć żaden z nich nie istniał. A mistrz Jan z Czarnolasu, w tym samym Psalmie, misterne dzieło Naszego Tkacza opisał słowami: … gdziem ja rósł osobliwym kunsztem wiązany…

Niedawno, czytając Księgę Hioba, dwukrotnie natknęłam się na tkacki motyw. Hiob zauważył w 7:6, że naszedni są szybsze niż tkackie czółenko... I chyba łatwo nam jest się zgodzić z tą obserwacją. Czółenko tkackie, to taka szpula z nicią w kształcie czółna.  Wprawny tkacz tak szybko tka swoje dzieło, że obserwator nie jest w stanie nadążyć za czółenkiem przerzucanym z jednej strony przesmyku na drugą. Patrząc wstecz na minione lata możemy jedynie powiedzieć: Tak szybko się utkały... Jednak to od tkacza zależy, kiedy uzna czy dzieło jest już ukończone czy też nie. I chociaż czasem może nam się zdarzyć, że zawołamy tak jak wołał cierpiący Hiob w 6:9: ...Oby Bóg… podniósł ręce i przeciął nić mego życia!... To jednak ta suwerenna decyzja należy do Boga, ...gdyż - jak Hiob stwierdza dalej w 14:5 - jego (czyli człowieka) dni są ustalone, liczba jego miesięcy postanowiona u Ciebie, gdy Ty wyznaczyłeś mu kres, którego nie może przekroczyć... „Happy end” w życiu Hioba, który umarł stary i syty dni jak stwierdza 42:17 i dodałabym jeszcze, że szczęśliwy, pokazuje nam, że z niczym nie należy się spieszyć. A szczególnie z życzeniem śmierci.

W Księdze Hioba czytamy też wiele pięknych - poetyckich, choć nie zawsze pozytywnych, opisów naszego ziemskiego życia i przemijania. Wspomniany werset 7:6: moje dni są szybsze niż tkackie czółenko i przemijają bez nadziei; lub 7:16:  moje dni są tylko tchnieniem; czy 8:9 - nasze dni są cieniem na ziemi; a dalej 9:25 i 26: moje dni były szybsze niż goniec, uciekły, nie widziały nic dobrego; przemknęły jak łodzie z trzciny, jak orzeł, który rzuca się na żer; w rozdziale 13:28 mówi: moje życie rozpada się jak spróchniałe drzewo lub jak szata przeżarta przez mole; a w 14:1 i 2: człowiek zrodzony z niewiasty żyje krótko i jest pełen niepokoju; wyrasta jak kwiat i więdnie; ucieka jak cień i nie ostaje się...

Zauważyłam, że w tych wersetach, jak refren, powtarzają się słowa: moje dni, nasze dni, moje życie. I tym razem powróciłam myślami do książki „Blask życia”. Te ‘moje dni’, to ‘moje życie’ - to będzie ta kreska na moim nagrobku. Ten czas przeżyty przeze mnie pomiędzy dniem moich urodzin a dniem mojej śmierci. I zmodyfikowałam troszeczkę tekst autora pod swoim kątem, cytuję: […] Ta kreska pomiędzy datą urodzin i śmierci będzie symbolizowała wkład, jaki wniosłam w istnienie świata. Zaczęłam widzieć w tej kresce symbol wpływu, który podczas swojego życia wywrę na świat. Od tamtej pory zamiast kontemplować liczbę dni, skupiam się na kontemplacji ich znaczenia. Nieważne, ile będzie mi dane żyć - Bóg pragnie, abym wniosła w życie świata swój wyjątkowy wkład. Ważne jest, abym swoją „kreskę” przeżyła jak najlepiej.[…]

Dalej autor książki „Blask życia” zachęca: Nikt z nas nie wybrał sobie dnia narodzin, nie wiemy też, ile dni dzieli nas od śmierci, jednak każdy może zdecydować, jak będzie przeżywać swoją teraźniejszość. Zrób postanowienie, że będziesz więcej się uśmiechać, częściej ryzykować, kochać goręcej, mniej narzekać, pomagać swoim bliźnim, odnosić się życzliwie do innych, sprzątać nie swój bałagan, przebaczać i mówić „przepraszam” i „dziękuję”, że pomodlisz się za przyjaciela, ale też za nieznajomego, nauczysz się czegoś nowego, wyznaczysz sobie nowy cel. Krok po kroku, wybory jakich dokonujesz dzisiaj, zapisują historię twojego życia. Nieważne, czy pozostały ci tylko godziny, czy długie lata życia, podejmuj decyzję, że postarasz się coś zmienić, że przeżyjesz swoją „kreskę” z pasją i nadasz znaczenie każdej chwili.
Wracając jeszcze na chwilę do Hioba - chciałabym tak jak on – zanim, cytuję jego słowa: nić mojego życia zostanie przecięta (6:9), tudzież palik mojego namiotu zostanie wyrwany (4:21), bądź w starości zejdę do grobu, jak snop sprzątnięty bywa we właściwym czasie (5:26) - mogła zawołać, parafrazując 19:25-27: Lecz ja wiem, że Odkupiciel mój żyje i że jako ostatni nad prochem stanie! Że potem… uwolniona od swego ciała, będę oglądać Boga. Tak! Ja sama Go ujrzę i moje oczy zobaczą Go, nie kto inny. Moje nerki zanikają we mnie za tym tęskniąc.

***
Na zakończenie jeszcze kilka pięknych tekstów.

Psalm 39:5-7 (też z motywem tkackim):
Daj mi, Panie, poznać kres mój
I jaka jest miara dni moich,
Abym wiedział, że jestem znikomy!
Oto na szerokość dłoni zmierzyłeś dni moje
okres życia mojego jest jak nić przed Tobą.
Tylko jak tchnienie jest wszelki człowiek, choć pewnie stoi.
Zaprawdę, człowiek przemija jak cień.


Śpiewnik Pielgrzyma, jest to refren pieśni nr 240:
Jednak wiem, komum ja uwierzył
I nic z Chrystusem mię nie rozłączy.
Jam swe życie Mu powierzył
I wiem, dokąd zajdę z Nim.

makatka życia
wyszywam
nierównym ściegiem
raz grubszą raz cieńszą
nitką przeżyć
kolory nie zawsze przemyślane
supełków wątpliwości aż nadto
od czasu do czasu pusta przestrzeń
bo słów zabrakło...

(Kasia Zychla)
Tkasz mi życie
Tkasz mi życie niewiadomymi.
Dopiero, kiedy dzień minie,
odczytuję obrazy jak na tkaninie,
podpisane przez Ciebie czułym Słowem
z Ewangelii.
Mogłabym się zagubić w pytaniach.
Mogłabym bać się odpowiedzi,
ale życie mi tak układać pomagasz,
żebym się radowała
drobiazgami.
Za to najbardziej Cię kocham,
że miłość mi wkładasz w mijające chwile,
we łzach uczysz szukać ukojenia,
cokolwiek zdarzy się jeszcze i jeszcze,
cokolwiek napiszą w gazetach.
Tobie przedłożone moje niepokoje
zamieniasz w ptaki i odlatują cicho,
a ja zostaję z pączkiem róży w dłoniach
i rozkwitam na nowo ufnością.
bo Jesteś, mój Stwórco.
Jesteś STAŁOŚCIĄ.
(Kasia Zychla)

***
namiot naszego ciała
nietrwały kruchy
z trwogą chroniący
rdzeń duszy
rozpadnie się nagle
uderzony jak piorunem
zwyczajną starością
zostanie dusza
naga i bezbronna
w ogniu Słowa
w miłości spojrzenia
swego Stwórcy

(Kasia Zychla)

***
Moje życie to tkanie - między Bogiem a mną,
Nie ja wybieram kolory - On pracuje wciąż.
Częstokroć wplata smutek, a ja w próżnej dumie
Zapominam, że spód widzę, a On i górę.
Gdy krosno umilknie, a czółenka razem z nim,
Rozwinie Bóg płótno i wyjaśni wtedy mi,
Po co sprawnym dłoniom Tkacza różne ciemne nici,
Potrzebne tak jak złote i srebrne, by mógł wzór uchwycić. 
(autor nieznany)

Nigdy nie bądź całkiem bez zajęcia, lecz albo czytaj, albo pisz, albo módl się, albo rozważaj, albo zajmuj się jakąś pracą dla dobra wspólnego. 
T. a Kempis

Nie my decydujemy o długości naszego życia, ale my mamy wpływ na to, jak je przeżyjemy. 
źr. Nasz codzienny chleb

Mistrz tkacki wybrał nici twego temperamentu, sploty twego charakteru, ściegi twojej osobowości - wszystko, zanim jeszcze się narodziłeś. Max Lucado, Wieloryb nie może latać












wtorek, 13 lipca 2010

Wpływy ewangelisty Łukasza... cz.3

Moja hierarchia wartości w kontekście nauki Jezusa.
Wydaje mi się, że moja hierarchia wartości jest już raczej ustabilizowana. Dla mnie bardzo ważne są: Bóg, Kościół, służba i ludzie, którym służę - ci w Kościele i ci poza nim. I traktuję to wszystko bardzo kompleksowo - prawie jak nierozerwalną całość. Po Bogu (ze wspomnianymi przyległościami) jest rodzina.

W odniesieniu do innych ludzkich wartości, to Bóg przez wiele lat uczył mnie, *że nieważne jest wykształcenie - chociaż należy się uczyć, a ja lubię się uczyć; *że nieważne są dobra materialne - chociaż cieszy mnie każdy drobiazg; *że nieważna jest pozycja społeczna moich przyjaciół - najważniejsze jest, by kochali Boga; *że nieważne jest moje zewnętrzne piękno - ale ten mój wewnętrzny urok, który, jeśli go mam, będzie na pewno zauważony przez innych; *że nieważne jest, co myślą o mnie ludzie, którzy nie rozumieją mojej wiary, mojego stylu życia - ważne jest natomiast, abym zawsze była świadectwem i aby moje życie podobało się Bogu; *że nieważne jest to, co reprezentuje sobą człowiek, którego spotykam na swojej drodze, ale ważne jest, by widzieć w nim kogoś, kto potrzebuje Bożej miłości i przebaczenia; *że nieważne jest, co ja o kimś myślę, ale co o tym kimś myśli Bóg; i wreszcie, *że nieważne jest, że moje życie tu na ziemi nie zawsze jest usłane różami - najważniejsza jest perspektywa wieczności w niebie. 

poniedziałek, 12 lipca 2010

Z prywatnego archiwum: "Usłysz Jego wołanie"

W stworzeniu dotykam palcami Boga! Johannes Kepler (matematyk i astronom niemiecki)
Im dłużej studiuję przyrodę, tym bardziej staję przed dziełami Stwórcy pełen zdumienia i podziwu. Podczas pracy w moim laboratorium modlę się. Ludwik Pasteur (francuski chemik i mikrobiolog)

Zachwycanie się pięknem Bożego stworzenia można uznać za jedną z moich życiowych pasji. Czemu mogę to zawdzięczać? Myślę, że w głównej mierze temu, że wyrosłam w górach, w przepięknych Sudetach. I temu, że mój rodzinny dom otaczały pola, łąki i lasy, a w bajkowym ogrodzie moich rodziców rosły niezliczone gatunki kwiatów i krzewów. Jakże brakowało mi tego (i wciąż brakuje) po przeniesieniu się na stałe do Warszawy. Podejrzewam, że to właśnie ta moja tęsknota za ‘utraconym rajem’ spowodowała, że mój zachwyt nad Bożym stworzeniem tylko się spotęgował.
Kilkanaście lat temu postanowiłam przeczytać całą Biblię pod kątem Bożego stworzenia. Wtedy, kiedy to robiłam, nie było jeszcze ‘komputerowych’ Biblii i konkordancji. Czytając stronę po stronie, wypisywałam do zeszytu wszystkie wersety, które mówią o Bożym akcie stworzenia, o Jego działaniu w przyrodzie, o samej przyrodzie i różnych zjawiskach w niej zachodzących. „Maczkiem” zapisałam 88 stron formatu A5. Czasem sobie myślę, że argumenty dotyczące dzieła stworzenia, jakie tam znalazłam, pomogłyby nie jednemu kreacjoniście. Gdyż mam takie wrażenie, że nasz głos (dodam głos ludzi wierzących) w dyskusji z ewolucjonistami ogranicza się często do odwoływania się do pierwszych dwóch rozdziałów księgi Genesis...

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Otóż niedawno przeczytałam pewną inspirującą książkę. Pokusie jej kupienia nie mogłam się oprzeć, chociaż - z racji tego, że kupowałam ją w Szkocji - była stosunkowo droga, jak na moją kieszeń. Tytuł książki brzmi „Hear His call - meeting God admidst Creation” / Usłysz Jego wołanie - spotykanie Boga pośród stworzenia. Autorem książki jest Jon Plunkett - Irlandczyk mieszkający w Szkocji.

Ta książka nie jest niczym innym, jak zachętą do tego, abyśmy częściej chcieli spotykać się z Bogiem, w miejscach dzikich, odległych, odludnych. Jezus przecież tak robił. On często udawał się w dzikie miejsca, aby tam spotkać się ze swoim Ojcem. Podobnie ma się sprawa z Bogiem. On też lubił spotkania z ludźmi w ustronnych miejscach. W Biblii mamy wiele przykładów na to, że Bóg nawoływał różnych ludzi do spotkania z Nim w dzikich miejscach - na pustyni, na szczytach gór, w jaskiniach... Dlaczego w naszym życiu nie mogłoby być podobnie?

Autor książki wierzy, że nawołanie do spotkania z Bogiem w takich miejscach, jest nawołaniem skierowanym do wszystkich ludzi wierzących. Z tego właśnie powodu napisał tę książkę. I nie tylko... Od wielu lat, z powodzeniem, organizuje specjalne wypady w dzikie tereny Szkocji. Wypady te nazywa duchowymi ekspedycjami.
Od razu pomyślałam sobie, że wypady, które organizujemy jako wspólnota, nie są tak ‘dzikie’, ale też możemy się pochwalić duchowymi ekspedycjami w Tatry, Pieniny, Sudety czy w Alpy. Szczególnie utkwiła mi w pamięci sytuacja, kiedy w Austrii na szczycie góry Schafberg (1783m.n.p.) naszą grupę ‘połknęła’ nagle deszczowo-gradowa chmura? Mieliśmy o czym rozmawiać przez cały wieczór... I dzięki bratu Adolfowi (właścicielowi ośrodka, w którym przebywaliśmy) kontynuowaliśmy nasze rozmowy przez cały poranek - podczas Kurze theologische Diskussion czyli Krótkiej teologicznej dyskusji na temat Ile jest nieb? :-). Zacytuję, co napisałam w naszym dzienniku dnia 18-go sierpnia 2003r.: Kiedy docieramy na szczyt, mamy jeszcze szczęście przez krótką chwilę podziwiać zapierające dech widoki. Potem doświadczmy niesamowitego zjawiska - zostajemy nagle wessani przez chmurę, która chociaż pojawiła się przy nas bezszelestnie, dotarła do nas z ogromną prędkością. Jak lawina. Nie pozostało nam nic innego, jak ukryć się w schronisku. Tych, którzy zwlekali, dopadła ulewa i gradobicie. Nikt jednak nie narzekał. Wprost przeciwnie, tam na górze uświadomiliśmy sobie, jak wspaniałym Stwórcą jest nasz Bóg.

Natomiast autor, wspomnianej książki, jedno ze swoich zimowych górskich spotkań z Bogiem opisuje w ten sposób: Klęczałem tam, patrzyłem i czułem... Nade wszystko czułem ogromny zachwyt nad Stwórcą wszelkiego stworzenia, z Którym w tym momencie, bardziej niż kiedykolwiek dotąd, miałem szczególnie bliską i prawdziwą relację. Kiedy tak patrzyłem, to uczyłem się Go poznawać. Zobaczyłem jaki jest dokładny w szczegółach. Jak ogromna jest Jego moc. A Jego troska o to miejsce - zwane ziemią - jest niezmienna. Miałem wrażenie, że w tym jednym momencie nauczyłem się o Nim więcej, niż do tej pory przez całe swoje życie.

Dlatego i ja zachęcam - docierajmy do miejsc, które Bóg sam udekorował, w których objawia Swój charakter. Dzieło stworzenia, to kreatywna forma wyrażania przez Boga Jego dobroci, Jego chwały, Jego boskiej mocy i Jego wiecznej natury.

Czy zauważyliście, jak często lubimy śpiewać o Bożym Stworzeniu? Słowa takie jak: ...Dotknij gór niech zadymią, zabłyśnij błyskawicą..., albo ...Góry uklękną, morza podniosą głos, aby uczcić imię Twe..., lub ...Radosna myśl ku Tobie mknie - stworzyłeś świat, stworzyłeś mnie... czy wreszcie ...Gdy na ten świat spoglądam, wielki Boże, coś stworzył go wszechmocnym Słowem swym..., Gdy wznoszę wzrok ku jasnym światłom w górze i widzę gwiazd niepoliczony rój. Jak słońce tam i księżyc w swojej porze spokojnie bieg wciąż odbywają swój... Me serce w uwielbieniu śpiewa Ci, jak wielkimś Ty...
Czy nie wydaje wam się to śmieszne - śpiewanie takich pieśni siedząc w kościelnych ławkach? Zadajcie sobie pytanie: Kiedy ostatni raz z zachwytem patrzyłem na morze? A kiedy spojrzałem na Boże stworzenie ze szczytów gór? Czy naprawdę w tym zabieganym świecie znajduję czas, aby wyjść przynajmniej na balkon i spojrzeć w rozgwieżdżone niebo?
Jon Plunkett pisze: Widziałem ludzi osłupiałych w zachwycie nad tym, co uczynił Stwórca. Widziałem ludzi, którzy poprzez stworzenie lepiej poznali samego Boga. Słyszałem ich chwałę i uwielbienie płynące wzdłuż dolin i wznoszące się pośród wysokich lasów. Widziałem ludzi klęczących na swych kolanach na dywanach z jesiennych liści. Słyszałem wiele modlitw, których echo rozbrzmiewało nad czubkami drzew. Miałem przywilej słuchać wielu świadectw o zmienionym życiu. Świadectw o wzniosłych spotkaniach z Bogiem pośród Jego stworzenia...

Red Allen powiedział: 
Żyjemy tylko raz, ale jeśli żyjemy właściwie, to ten jeden raz wystarczy. Myślę, że istotnym elementem ‘właściwego’ przeżycia życia jest zwrócenie uwagi na świat, w którym żyjemy. Świat, który Ktoś stworzył specjalnie dla nas - jako wyraz Swojej miłości.

Nie znam autora tekstu tej piosenki, a nawet jej tytułu, ale chyba pasuje ona do tego, o czym mówiłam:

Już ziemia rozgrzana i kwiaty w pąkach
i pola zbożami się złocą.
I cisza wezbrana w pajęczych koronkach,
i dnie kolorowe i noce.
Zapachem żywicy i ptaków kwileniem
omszały sosnowy las pęka.
I człowiek olśniony i całe stworzenie
przed Bogiem klęka.

Stworzyłeś świat z gwiazd, barw i mgieł.
Stworzyłeś go, żeby trwał w imię Twe.
Radosna myśl ku Tobie mknie -
stworzyłeś świat, stworzyłeś mnie.

Na łąkach grające pszczół kapele
i nieba błękitny proporzec.
I liście szepczące jak usta w kościele
a w liściach imię Twe, Boże.
Przez chmury przecieka słoneczna pieszczota
i drzewa się modlą do Ciebie.
Na drogach człowieczej pozwalasz tęsknocie
odnaleźć Siebie.

Stworzyłeś świat...

sobota, 10 lipca 2010

Wpływy ewangelisty Łukasza... cz.4

Rozważanie nad pytaniem: Kiedy dobrze jest mówić o działaniu Boga w naszym życiu, a kiedy pozwolić, by mówiło ono samo za siebie?
W zasadzie trudno jest jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Sam Jezus postępował bardzo różnie i nie znalazłam jasnego wytłumaczenia - Dlaczego? Kiedy uzdrowił opętanego kazał mu iść do rodziny i opowiedzieć o wszystkim. Natomiast, kiedy uzdrowił córkę Jaira, kazał rodzinie milczeć na temat tego cudu. Dlaczego? Nie wiem. 

Myślę jednak, że nie można milczeć wtedy, kiedy Bóg dokonał w naszym życiu rzeczy spektakularnych, cudownych: wyrwał z nałogu, uzdrowił, uratował małżeństwo. Może jednak nie ma potrzeby trąbić o tym wszystkim i wokół, ale kiedy jest ku temu okazja, nie przegapić jej. 

Wtedy, kiedy nie można mówić, z różnych powodów - sytuacja nie pozwala, atmosfera jest nieodpowiednia, nasze świadectwo byłoby, jak rzucanie pereł między wieprze - słowa musimy zastąpić działaniem: właściwą postawą, moralnością, etyką, uczciwością, bezkompromisowością. 

Nasze życie samo w sobie ma być świadectwem i wtedy nie ujdzie ono (to świadectwo) uwadze bacznych obserwatorów. Wcześniej czy później zapytają... Chrześcijaństwo - inaczej naśladowanie Jezusa - ma być stylem naszego życia. Coś, co dla nas jest czymś naturalnym, oczywistym, wśród innych ludzi budzi podziw, szacunek i zainteresowanie. Wierzę, że nasze mówione świadectwo będzie miało większą moc, jeśli będzie poprzedzone świadectwem naszego codziennego życia. 

czwartek, 8 lipca 2010

Kącik dobrej książki

„Jak powstawały pieśni ze Śpiewnika Pielgrzyma” - jest to praca zbiorowa pod redakcją Andrzeja Byrta. Wydawca Bur Media, 2007.

Bardzo gorąco polecam tę ciekawą i bardzo wartościową książkę. Dzięki tej lekturze poznacie, jak wielkie dramaty kryły się za kulisami powstawania wybranych, uznanych za najpiękniejsze i najbardziej przemawiające (do dziś) pieśni. Słowa przelane na papier - przez autorów zagranicznych i rodzimych - oddają stan serc i ducha piszących. I są dla czytelnika, w połączeniu z historią powstawania tych słów, ogromnym zbudowaniem.

Naprawdę warto jest poznać,  jak powstały takie pieśni jak: Gdy na ten świat spoglądam wielki Boże..., Tak, jakim jest..., Za rękę weź mię, Panie..., Gdy pokój niebieski..., Królu mój, Królu chwały... i wiele innych. Zachęcam do przeczytania tej niewielkiej książeczki. Szkoda jedynie, że w śpiewniku tym nie ma pieśni Golgota, której autorką jest Halina Kudzin oraz Cudownej Bożej łaski Johna Newtona. Ale historie ich powstania znamy.

Dodam, że Bóg tak sprawił, że ostatnio mogłam pogłębić wiedzę na temat pieśni chrześcijańskiej dzięki serii artykułów ks. Adama Maliny Między zwrotkami (czasopismo Zwiastun Ewangelicki) oraz dzięki książkom Sharon James. W książce In trouble and in joy opisuje ona życie i twórczość Anne Steele i Frances Ridley Havergal; w książce Elizabeth Prentiss - More love to Thee opisuje życie i twórczość kolejnej wyjątkowej kobiety; a w książce The dawn of heaven breaks wspomina utwory tych autorów, którzy w szczególny sposób doświadczali wieczności już tu na ziemi.

Zachęcam, naprawdę warto zagłębiać się w takiego typu lekturze.

Są pieśni, które się nie starzeją. Chociaż od czasu ich powstania minęły setki lub dziesiątki lat, a swoim stylem nijak nie pasują do dzisiejszej stylistyki muzycznej i językowej, to jednak są wciąż chętnie śpiewane. Ks. Adam Malina

***

„Józef Prower” - książka Tadeusza Żądło o człowieku rzeczy wielkich, niedocenianych i niezauważanych przez innych. Wydawnictwo Idea.

Ma ona nieocenioną wartość dla pokoleń chrześcijan wyrosłych w czasach tzw. ZKE (Zjednoczony Kościół Ewangeliczny). Chyba nie ma osoby, z tego kręgu, która nie znałaby brata Prowera albo przynajmniej nie słyszałaby o nim.

Dlaczego więc polecam tę książkę wam, którzy chodzicie z Bogiem krócej niż rok lub nie dłużej niż 18 lat? Bo myślę, że warto poznać losy ewangelicznego chrześcijaństwa, tu na ziemiach polskich, zaraz po II wojnie światowej. W czasach komuny. 

W takich właśnie okolicznościach żył i służył Bogu bohater tej książki - brat Józef Prower i jego „nawrócone skrzypce”. Był człowiekiem tak wszechstronnym, że nie da się nawet w skrócie wyliczyć jego zasług dla  Kościoła. O tym musicie przeczytać sami. Bo naprawdę warto jest poznać życie człowieka, który miał jednoznacznie uporządkowane zasady i priorytety swojego chrześcijańskiego życia oraz ustaloną hierarchię wartości i ważności spraw, którym się poświęcał. Już wtedy można było zauważyć, jak ta hierarchia wartości wyglądała: na pierwszym miejscu Bóg i Jego chwała, na drugim miejscu sprawy osobiste, rodzinne, zawodowe i wszystkie inne. Ta generalna zasada chrześcijańskiego życia była przez niego nie tylko wyznawana, ale i praktykowana.

I chyba dlatego, pomimo że od jego śmierci minęło 31 lat, świadectwo jego życia i dzieło jego życia wciąż mają ogromny wpływ na całe rzesze wierzących. Pozostawił po sobie niezatarte wspomnienie człowieka autentycznej wiary.

Polecam tę książkę, nie jako wybitne dzieło literackie, ale jako zachętę dla czytelnika, że można żyć dla Boga z pasją.

Na zakończenie informacja (cytat z tejże książki): W roku 1958 Prezydium Rady Zjednoczonego Kościoła Ewangelicznego otrzymało od władz zezwolenie na wydanie śpiewnika z nutami i śpiewnika tekstowego. Miał to być stary "Śpiewnik Pielgrzyma", oczywiście na nowo opracowany i przeredagowany. Od samego początku Józef Prower był mocno zaangażowany w tworzenie tego śpiewnika. [...] Pod jego kierownictwem, jako głównego redaktora, powstało dzieło pod tytułem "Śpiewnik Pielgrzyma", zawierający 873 pieśni. [...]

środa, 7 lipca 2010

Wpływy ewangelisty Łukasza... cz. 5

Modlitwa Pańska
W Biblii jest zapisanych ponad 150 modlitw. Są bardzo różnorodne. Długie, krótkie, dziękczynne, wstawiennicze, pokutne. Są to modlitwy spontaniczne albo zaplanowane, nastawione na konkretny cel. Jedne są nieschematyczne, inne bardzo uporządkowane. I dlatego powiem szczerze, że nie do końca traktuję Modlitwę Pańską, jako wzorcowy model czy przymiar. Wydaje mi się to być zbyt instrumentalne podejście i potraktowanie tej modlitwy. Z drugiej strony - w uproszczeniu oznaczałoby, że ludzie do tego momentu modlili się źle, niewłaściwie. Wobec tego należałoby wyrzucić z Biblii przynajmniej połowę Psalmów. A co z modlitwą Jabeza, którą Bóg wysłuchał, mimo że jej autor wyraził tylko swoją prośbę i to bardzo egoistyczną?

Myślę, że Modlitwa Pańska jest dobra dla ludzi, którzy rzeczywiście nie wiedzą jak się modlić. Podaje pewne ważne elementy modlitwy, ale nie uważam, że jeżeli któregoś z nich zabraknie, to nasza modlitwa będzie nieważna. Również, co do kolejności uważam, że czasem, aby naprawdę uwielbiać Boga (jest to pierwszy element M.P.), konieczne jest wpierw wyznanie grzechów (jest to czwarty element), bo inaczej nasza modlitwa dotrze tylko do sufitu.

Reasumując - podziwiam piękno Modlitwy Pańskiej, często się nią modlę, ale nie używam jej jako mantry ani też nie trzymam się sztywno jej ‘układu’. A w mojej osobistej modlitwie pomagają mi słowa apostoła Pawła: Podobnie i Duch wspiera nas w niemocy naszej; nie wiemy bowiem o co się modlić; jak należy, ale sam Duch wstawia się za nami w niewysłowionych westchnieniach (Rzym. 8:26). 

Z prywatnego archiwum: "Oto jestem... ...poślij kogoś innego"

Refleksja po „Niedzieli Misyjnej”  - artykuł ten dedykuję Weronice i Szczepanowi Czajkom; młodym misjonarzom w RPA.
Czytanie książek zawsze było moją pasją. Szczególnie pamiętam ten okres, kiedy rozczytywałam się w książkach Alfreda Szklarskiego. Wraz w tytułowym bohaterem, Tomkiem, przenosiłam się oczami wyobraźni na odległe kontynenty i z zapartym tchem śledziłam jego niesamowite przygody. Z kolei, każdej mojej chorobie (nawet kiedy byłam już dorosłą kobietą :-) towarzyszyła moja ulubiona książka autorstwa Mariana Brandysa „Śladami Stasia i Nel” oraz „Z panem Biegankiem po Abisynii”. Kiedy już wyrosłam z dziecinnych opowieści - w daleki, fascynujący świat przenosiło mnie czasopismo „Poznaj świat”, które prenumerowałam oraz książki Arkadego Fidlera. Podróżnicze programy - Tony Halika czy Elżbiety Dzikowskiej - przyciągały mnie przed ekran telewizora niczym magnes. Sama nie wiem, skąd u mnie taka fascynacja miejscami, których nigdy nie będzie dane mi zobaczyć; ludźmi, których nigdy nie poznam (tak zakładam…).
Zauważyłam, że w miarę, jak rozwija się moja wiara i kształtuje się moja świadomość religijna, moje zainteresowanie Czarnym Lądem, amazońską dżunglą czy ludożerczymi narodami z Papui Nowej Gwinei nie maleje. Wprost przeciwnie - zaczynam jedynie patrzeć na te miejsca i na te ludy z innej perspektywy. Z perspektywy misji. Z takimi samymi emocjami, jakie towarzyszyły mi w dzieciństwie, a może nawet większymi, ‘pochłaniam książki’ o tematyce misyjnej. Wspomnę o takich tytułach jak: Sławni i nieznaniWieczność w ich sercachDziecko pokojuW cieniu WszechmogącegoW poszukiwaniu źródła… I wiele by tu wymieniać. Czytam książki wydane po polsku i książki wydane po angielsku. Czytam i coraz bardziej poznaję „misyjne serce” Boga. Jak to ujął  pastor Arek Kuczyński - poszerzyła się moja misyjna świadomość.
Ostatnio, w kontekście przygotowań do „Niedzieli Misyjnej” oraz wyjazdu Weroniki i Szczepana na misję, zaczęłam na nowo analizować pewne teksty Słowa Bożego, które potwierdziły mi, że sednem służby Kościoła jest misja. Ktoś inny napisał: „Główną misją Kościoła jest misja”.  I już słyszę tu głosy sprzeciwu, mówiące: Nie, główną misją Kościoła jest ewangelizacja! A ja na to jestem skłonna odpowiedzieć, że nie ma ewangelizacji bez misji i misji bez ewangelizacji. I do tego wniosku dochodzę na podstawie dwóch fragmentów ze Słowa Bożego. Idźcie tedy i czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem… (Ew. Mat. 28:19-20). …będziecie mi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi (Dz. Ap. 1:8). Te nakazy naszego Pana, Jezusa Chrystusa, raczej nie pozostawiają nam wyboru. To są imperatywy - nie prośby. Wszyscy jesteśmy posłani. Wszyscy mamy misję do wykonania. Kiedy wyobrażałam sobie tę ostatnią scenę - Jezusa żegnającego się z uczniami, zdałam sobie sprawę, że Jezus wymienia te wszystkie wskazane miejsca, jakby na jednym wdechu. On nie mówi - pójdziecie tam a potem tam, ale dopiero kiedy zewangelizujecie całą Jerozolimę. Gdyby tak rzeczywiście miało być, to chrześcijanie do tej pory przekonywaliby (co też czynią) ortodoksyjnych Żydów, że oczekiwany przez nich Mesjasz już dawno przyszedł. A Ewangelia? A Ewangelia nigdy nie dotarłaby do pogan. Aby tak się nie stało, Bóg posłużył się prześladowaniami, po to, by pierwszych chrześcijan, którzy zasiedzieli się troszkę w Jerozolimie, rozproszyć po całym im współczesnym świecie, co spowodowało szybkie rozprzestrzenianie się Ewangelii wśród pogan i rozwój Kościoła.
Wiem, że niektórzy mówią - ale tu w Polsce jest tak wiele pracy, wpierw tutaj musimy ewangelizować! Czy naprawdę nie jesteśmy krajem schrystianizowanym? Czy naprawdę nasi rodacy nie mieli szansy usłyszeć Ewangelii? Przynajmniej raz w swoim długim życiu? O. Smith napisał na temat misji takie słowa: Dlaczego tak niewielu ciągle słucha Ewangelii, podczas gdy tak wielu jeszcze nigdy jej nie słyszało? Co robił Jezus (i co nakazał czynić swoim uczniom) w sytuacjach, kiedy nie chciano Go słuchać? Odchodził z tych miejsc. Szedł tam, gdzie wiedział, że znajdzie słuchaczy. I nam polecił, słowami Ap. Pawła, czynić to samo: ... jak mają uwierzyć w tego, o którym nie słyszeli? A jak usłyszeć, jeśli nie ma tego, który zwiastuje? A jak mają zwiastować, jeżeli nie zostali posłani? (wydelegowani przez Zbór) Jak napisano: o jak piękne są nogi tych, którzy zwiastują dobre nowiny! (Przeczytaj cały fragment z Rzym. 10:12-17.)
Oczywiście, rozumiem troskę Braci i Sióstr o nasze rodziny, o naszych rodaków a nawet o naszych współbraci w wierze, którzy gdzieś tam pobłądzili. Inni też to zrozumieli (już dosyć dawno) i dlatego w pojęciu misji powstało bardzo ciekawe rozróżnienie. Mianowicie, na początku czterdziestych lat minionego stulecia powstało określenie „misja wewnętrzna”. Publicznie użył je po raz pierwszy profesor Lücke w Gettyndze, równocześnie zaś używano tej nazwy w kółku żywo tą sprawą zajętem, na czele którego stał Jan Henryk Wichern, pastor w Hamburgu. Przedtem używano wyrazu „misja” tylko dla oznaczenia pracy wśród pogan, lecz prawdziwie pogański stan niedowiarstwa, nędzy i upadku w szerokich warstwach ówczesnego społeczeństwa był przyczyną zastosowania tegoż pojęcia o misji do pracy nad masą upadłych śród samego chrześcijaństwa. Ta nazwa zawstydza chrześcijan, lecz tem głośniej nawołuje wszystkich wierzących do pracy… (za www.luteranie.pl)  A więc, zabierzmy się do pracy w tej „naszej Jerozolimie”! I pamiętajmy, mamy jej zdecydowanie mniej do wykonania, niż znikoma liczba tych, która nas opuści i wyjedzie na misję. Dlatego - zachęcajmy ich w tej służbie i błogosławmy, bo to dzięki takim, jak oni będzie głoszona ta ewangelia o królestwie po całej ziemi na świadectwo wszystkim narodom (bo Jezus odkupił dla Boga swoją krwią ludzi z każdego plemienia i języka, i ludu i  narodu (Obj. Jana 5:9) i wtedy nadejdzie koniec (Ew. Mat. 24:14).
I jeszcze ostatnia uwaga. Moja obecność na warsztatach misyjnych - wysłuchanie syberyjskich opowieści Michała Domagały, przyswojenie podanych przez niego i przez Jurka Marcola statystyk - uświadomiło mi jedną, niezmienną od dwóch tysięcy lat prawdę: Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście więc Pana żniwa, aby wyprawił robotników na żniwo swoje (Ew. Mat. 9:37-38).
Bóg pyta również ciebie (i mnie): Kogo poślę? I kto tam pójdzie? Nie odpowiadaj Mu: Oto, jestem…, ale...  poślij kogoś innego. Jedynie odpowiedź - Oto jestem, poślij mnie! - jest prawidłowa. Najważniejsza jest twoja gotowość. A czy to będzie misja zewnętrzna czy wewnętrzna? - Pan ci to objawi. Tak jak objawił to wielu innym przed tobą. Chcesz się o tym więcej dowiedzieć? Czytaj książki o misji: Sławni i nieznani - niezwykłe postaci z historii misji, Ruth A. Tucker, Vocatio; Cameron Townsend - Dobra Nowina w każdym języku, Janet & Geoff Benge, BSM; W cieniu Wszechmogącego, Elizabeth Elliot, Słowo i Życie; Wieczność w ich sercach, Don Richardson, Pojednanie; Dziecko pokoju, Don Richardson, Pojednanie; W poszukiwaniu źródła, Neil Anderson, Hyatt Moor, BSM; A Słowo przyszło w mocy, Joanne Shetler, Patricie Purvis, BSM; Syberia z okna misjonarza, Agnieszka i Michał Domagała, BSM.
Czytaj biuletyn informacyjny Biblijnego Stowarzyszenia Misyjnego „Idźcie”. Ten - jak to określam nasz chrześcijański „National Geographic” :-) - czyta się z zapartym tchem ‘od deski do deski’. Poruszające są w nim świadectwa i relacje polskich misjonarzy. Pokazuje on szczere misyjne dylematy. Dzieli się sukcesami misjonarzy i nie ukrywa ich porażek, poniesionego fiaska, duchowych rozterek... Kiedy czytam to czasopismo, leżąc wygodnie na swoim szezlongu, nie raz czuję się bardzo niekomfortowo, tym bardziej, że kiedyś we 'wstępniaku' Asia Marcol napisała: ... zawstydza on (miała na myśli konkretny artykuł) nie jednego z nas, którzy mając potrzebne dary i możliwości, siedzimy sobie spokojnie w domu i uprawiamy „misję kanapową”... . Na poprawę nastroju miałam jednak jeden argument - że nie zawsze leżę na kanapie czy pod gruszą :-). I chociaż nie jestem gdzieś daleko na misji, to jednak jestem głęboko przekonana, że to, co robię - mieści się w Bożym planie dla mnie.
To, co mogę robić, nie jadąc na misję, to modlić się o tych, którzy poświęcili misji całe swoje życie; często zdrowie, czasem rodziny i zdecydowanie na pewno życiowy komfort. Nie każdy zostaje misjonarzem, ale każdy może się o misjonarzy modlić…

wtorek, 6 lipca 2010

Z prywatnego archiwum: "Blask życia"

Kiedyś (w 2005r.), po wizycie w szkole dla dzieci niepełnosprawnych intelektualnie (przy ulicy Bełskiej), z okazji jednej z gwiazdkowo-niespodziankowych akcji, napisałam takie słowa: ... A wszystko zaczęło się do Grzesia. Tego szczególnego chłopca poznałam około dwóch (teraz już 6) lat temu. Nie mieszka w naszym bloku, ale często tu bywa z wizytą u cioci. Grześ, zapadł mi głęboko do serca, bo był ‘inny’ od wszystkich dzieci, jakie kiedykolwiek znałam. Jakże można było oprzeć się jego uśmiechniętej buzi, ciekawskiemu spojrzeniu i dotykowi jego ciągle ‘wędrujących rączek’, a to szczególnie w sytuacji, kiedy cię nimi obejmuje i woła: „Moja Tota!!!” (ciocia)… i nie pokochać go całym sercem.
To dzięki Grzesiowi trafiliśmy na Bełską. Po imprezie, jedna z wolontariuszek poczyniła bardzo ciekawą obserwację, cytuję jej słowa: Moją uwagę, w jednej z klas, przykuł taki oto obrazek: Pewien chłopiec, przeglądając zawartość paczki, nagle wyjął z niej coś (to był drewniany miś – przyp. aut.), przyjrzał się temu uważnie, po czym przyczepił to do wielkiej tablicy korkowej wiszącej za jego plecami. Szkoła ‘specjalna’? Oczywiście, że specjalna, bo jakiż uczeń by „normalną” szkolę traktował z taką troską i afektem.
Dwa lata później (2007r.), po kolejnej Gwiazdkowej Niespodziance, tym razem w Kole Pomocy Dzieciom i Młodzieży Niepełnosprawnej Intelektualnie w Ząbkach, mój mąż, Paweł, relacjonuje tak: Kiedy już pośpiewaliśmy kolędy i wytłumaczyłem dzieciom, jakim prezentem jest dla nas Jezus - używając swej „magicznej”, rozkładającej się w kształt krzyża, „kostki” (paczuszki) - przyszła pora na prawdziwe paczki. Muszę powiedzieć, że zawsze zadziwia mnie, w ‘jak inny sposób’ te dzieci (niepełnosprawne intelektualnie) podchodzą do tych darów. W odróżnieniu od dzieci, którym często niczego nie brakuje ani zdrowia, ani zabawek, one naprawdę potrafią cieszyć się każdym drobiazgiem. I robią to tak spontanicznie! Oglądaniu prezentów nie było końca; przymierzaniu czapeczek i szalików też. Co rusz to podchodziło do nas, któreś z dzieci, by podziękować za otrzymany dar (to już zapewne była inicjatywa mam). Dziewczynki wystawiały do całowania swoje buzie (także i mi!) ale zaraz odskakiwały z komentarzem: „Ała, ale pan kłuje tą brodą”. A jeden dorastający mężczyzna - Bartek, lat 14 - w dowód sympatii „pogilgał” ciocię Walę, sprawiając jej tym (i nam, obserwującym to zajście) nie lada uciechę. Śmiechu było co niemiara! Naprawdę, nie chciało się stamtąd wychodzić…
Nasza kolejna wizyta w Ząbkach w grudniu 2008r. dostarczyła nam kolejnych wzruszających doznań. Mój mąż tym razem opowiada: Oglądając zdjęcia, dziękowaliśmy Bogu za to wszystko, czego nauczył nas tego wieczoru. A nauczył nas naprawdę wiele! Dopiero widząc niepełnosprawność tych dzieci, czujemy wdzięczność Bogu za zdrowie - nasze, naszych dzieci i wnuków. Ale nie tylko to! Kiedy patrzyliśmy się na radość tych dzieci, ich prostolinijność, ich szczerą miłość, jaką okazywały nam - gościom, swoim opiekunom, ale i swoim kolegom - zrozumieliśmy, dlaczego Jezus powiedział, że musimy stać się tacy, jak one…
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo przeczytałam pewną piękną książkę. Zresztą, kupiłam ją z myślą o biblioteczce Koła Pomocy Dzieciom w Ząbkach... i już ją tam wysłałam. Tytuł tej książki brzmi „Blask życia”. Z podtytułem: Radość niepełnosprawnego dziecka. Autorem tej książki jest Bob Vander Plaats: chrześcijanin (to podstawowa informacja - bo treść/przesłanie książki wynika z wiary autora), trener, nauczyciel, wieloletni pryncypał szkoły, działacz społeczny zaangażowany w działania skupione na leczeniu i rehabilitacji osób z uszkodzeniami mózgowymi i niepełnosprawnością; w 2006r. kandydował na gubernatora stanu Iowa. I najważniejsza informacja - Bob Vander Plaats to ojciec Lucasa.
Lucas, jako jedyny z czterech jego synów, urodził się z ciężką niepełnosprawnością. I to o nim jest ta piękna książka. A właściwie nie o nim... ...ale o nas... O ludziach zdrowych, normalnie rozwiniętych i o tym, jak wiele od osób niepełnosprawnych możemy się nauczyć. I okazuje się, że to wcale nie zależy od stopnia niepełnosprawności. Lucas ma teraz 15 lat. Jego niepełnosprawność widać jak na dłoni. Ma nieproporcjonalnie dużą głowę, pokrytą kępkami włosów. Nie mówi. Jedyne, co potrafi robić to śmiać się i klaskać w dłonie. Krzykiem wyraża radość, a powodów ku temu zawsze znajdzie wiele. Krzykiem wyraża też ból - a życie jego jest wypełnione wielkim bólem i cierpieniem. Jest jednak przeważnie radosny, spokojny, zwykle cierpliwy, życzliwy, dobry, łagodny i kocha zupełnie za darmo.  Lucas ma bardzo słabe mięśnie. Dlatego nie chodzi. Raczej czołga się czy turla. Siedzi też tylko dlatego, że jego kręgosłup usztywniono operacyjnie. Człowiek bezduszny powiedziałby: „warzywo”. A jednak… Bob Plaats pisze: Lucas wiele mnie nauczył o rodzicielstwie, małżeństwie, dobroci Boga, naturze cierpienia, bezwarunkowej miłości oraz wartości codziennego życia. Tak wiele, że warto było napisać o tym książkę. I warto ją też przeczytać.
Dodam, że angielski tytuł tej książki brzmi Light from Lucas - można by to przetłumaczyć Światło bijące od Lucasa. Co na myśl przywodzi słowa Jezusa: ...niechaj świeci wasza światłość przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie... (Mat. 5:16). I chyba dlatego Bob Vander Plaats pisze w jednym ze swoich listów do synka: Jak wiesz, nie jesteś dzieckiem moich marzeń, ale jestem wdzięczny Bogu, że obdarował mnie właśnie Tobą. Uczysz mnie doceniać w życiu rzeczy, których wartość nigdy nie przemija. Jestem Ci za to dozgonnie wdzięczny. Lucas, jesteś dla mnie błogosławieństwem - i niech będzie tak dalej! Kocham Cię, synku!
Podczas lektury tej książki bardzo zainspirowała mnie pewna obserwacja, poczyniona przez autora na lokalnym cmentarzu: Każdy napis na grobie zawiera te same elementy statyczne, lecz kreska pomiędzy datą urodzin i śmierci symbolizowała wkład, jaki każda z tych osób wniosła w istnienie świata. Zacząłem widzieć w tej kresce symbol wpływu, który te osoby podczas swojego długiego lub wyjątkowo krótkiego życia wywarły na świat. Od tamtej pory zamiast kontemplować liczbę dni, skupiłem się na kontemplacji ich znaczenia. Nieważne, czy dane jest nam żyć minutę, czy sto lat - Bóg pragnie, aby każdy z nas wniósł w życie świata swój wyjątkowy wkład. Lucas nie przeżyje tak wielu dni, jak byśmy tego chcieli. Nie będą to też dni normalne, lecz jestem przekonany, że mają one swój sens. Mój syn swoim życiem zainspirował mnie do pełnych pasji poszukiwań swojego własnego celu oraz do zachęcania innych do podobnych poszukiwań. Nauczył mnie, jak ważne jest, abym swoją „kreskę” przeżył jak najlepiej. [...] Ta książka jest owocem mojej miłości do Lucasa i pragnienia, aby pomóc mu w wypełnianiu jego życiowego celu: inspirowania zdrowych ludzi do przeżywania swojego życia w sposób wyjątkowy…
Cieszę się, że mogłam przeczytać tę książkę po tym, jak bliżej poznałam problem niepełnosprawności. Te dzieci - z Bełskiej czy z Ząbek też wniosły w moje życie wyjątkowy blask. Myślę, że byłoby ono (to moje życie) zupełnie inne, gdybym nigdy nie poznała Grzesia, Bartka (który mnie gilgał :-), Jacka, Ewelinki czy pozostałych dzieci, których imion nie pamiętam. Jednak - ich uśmiechniętych buziek nigdy nie zapomnę…
Blask życia, Bob Vander Plaats, Wydawnictwo „W drodze”, Poznań 2008

poniedziałek, 5 lipca 2010

Wpływy ewangelisty Łukasza... cz. 6

Dbałość o stan serca. Dostosowanie życia do wyznawanej wiary.
Niewątpliwie największy wpływ na stan mojego serca ma to, czym je karmię. Dlatego, aby należycie o nie dbać, muszę właściwie dobierać pokarm dla mojej duszy. Najlepszym pokarmem jest obcowanie ze Słowem Bożym oraz trwanie w społeczności z innymi wierzącymi. 

To pozwala mi każdego dnia na nowo badać stan mojego serca, rozpoznawać jego słabe i mocne strony i pracować nad nim. Jest to dla mnie bardzo ważne, gdyż mam świadomość tego, że cokolwiek w moim sercu jest dobrego lub złego - tego nie da się ukryć. Jeśli zawartość mojego wnętrza będzie prawidłowa to to, co wypływać będzie ze mnie na zewnątrz będzie podobać się Bogu i ludziom.

Dostosowywanie życia do wyznawanej wiary zamknę w jednym słowie: integralność. Billy Graham podał taką jej definicję: Kiedy mówimy o integralności, jako o cesze moralnej, to mamy na myśli osobę, która jest taka sama wewnątrz, jak i na zewnątrz. Nie ma żadnej rozbieżności (sprzeczności) pomiędzy tym, co ona mówi, a co robi; pomiędzy tym, jak żyje, a tym, co o swoim życiu opowiada. Osobie zintegrowanej można zaufać, że nawet jeśli będzie tysiące mil z dala od domu, będzie tą samą osobą, jaką jest w swoim domu, w pracy lub w swoim kościele.