środa, 23 listopada 2011

NIE - wobec przemocy cz.2


Zapraszam do udziału w konferencji "Strojem jej siła i godność" (KLIKNIJ).

wtorek, 22 listopada 2011

Philip Yancey był w Polsce

Tytułem wstępu

Marcin Bielski, szesnastowieczny pisarz, poeta, kronikarz, tak zachęcał do czytelnictwa: „A kto się kocha w czytaniu, bywa z Duchem w rozmawianiu. Niechaj tak zawsze będzie”.

Kocham się w czytaniu. Szczególnie książek o tematyce chrześcijańskiej. Nie umiem się od nich oderwać, mogę powiedzieć, że popadłam w nałóg - pozytywny nałóg. W parze, z moją miłością do czytelnictwa, idą pewne marzenia. Mianowicie, poznawanie autorów czytanych przeze mnie książek. Oczywiście, żyjących autorów :-). Okazuje się, że i takie marzenia się spełniają. W chwili obecnej mam już nawet trudność w doliczeniu się, z iloma autorami miałam możliwość się spotkać czy poznać. Z Polski i zagranicy. Z niektórymi (głównie z kobietami) połączyła mnie prawdziwa przyjaźń.
Nic więc dziwnego, że ucieszyła mnie wiadomość o przyjeździe do Polski mojego ulubionego pisarza chrześcijańskiego Philipa Yancey’a. Bez wahania podpisuję się pod tym, co mówi o nim Billy Graham:  Nie ma w świecie ewangelicznym innego pisarza, którego bym podziwiał i cenił bardziej.

W sobotę, 19 listopada 2011 r., planowana wizyta stała się faktem.

Philip Yancey w Warszawie

Prawie punktualnie, ja i mój mąż Paweł, dotarliśmy na miejsce spotkania. To „Dom Literatury” przy Krakowskim Przedmieściu. Polecam na fajne, kameralne konferencyjki do 150 osób. Zabytkowy obiekt z klimatem, miła obsługa, pyszna i niedroga restauracyjka.
To tyle o urokach miejsca. Żałuję jednego, że spotkanie z tak nietuzinkowym facetem, ze  względu na małą liczbę zainteresowanych, musiało się odbyć w tak małej salce. Jeszcze do dzisiejszego dnia, z tego powodu, boli mnie serce. A nawet, powiem wprost, wstydzę się, że „Warszawa dała plamę”. (Wyjaśniam ten archaizm - tak się mówiło za czasów mojej młodości, kiedy ktoś zrobił coś niewłaściwego.)

Konferencja trwała od godz. 9:00 do 18:00. Philip Yancey wygłosił 4 wykłady, każdy - z tłumaczeniem - zajął 90 minut. Piąta sesja, to były odpowiedzi na zadane przez uczestników pytania.
Przed nami stał człowiek skromny i pokorny. Człowiek o wielkiej mądrości i wiedzy - każdy wie na czym polega różnica. Bogaty w doświadczenia, czasami bardzo bolesne i trudne. Mężczyzna subtelny i wrażliwy. Mąż wielkiej wiary i wątpiący zarazem. Niewątpliwie człowiek modlitwy, chociaż wcale tak o sobie nie mówił. I wiele jeszcze odczuć można by było na jego temat wymieniać.
Yancey, ujął mnie dodatkowo tym, że nie tylko jest świetnym pisarzem. Okazał się być doskonałym mówcą i nauczycielem Słowa. Jego bardzo obrazowe przykłady (wręcz przypowieści) na długo pozostaną w pamięci słuchaczy. A obraz dużego ekranu (przesłanie świata, w którym żyjemy) i małego ekranu (przesłanie Jezusa) - kto wie, czy nie pozostanie w niej na zawsze. Zainteresowanych odsyłam do Wydawnictwa Credo - wszystkie sesje były nagrywane.

Poza sesją wprowadzającą, Philip Yancey poruszył trzy główne wątki (każdy podczas oddzielnej sesji), związane tematycznie z jego książkami: Zaskoczeni łaską, Modlitwa. Czy to działa? oraz Rozczarowany Bogiem. Odnosił się również do książki: Jezus, jakiego nie znałem i Sposób na niewidzialnego Boga. Mówił więc o łasce, o modlitwie i o zwątpieniu. Niewątpliwie były to słowa, dające nam wszystkim nadzieję, zachętę i zbudowanie.
Podczas sesji na pytania powiedział o swoich dalszych planach wydawniczych. Między innymi, zamierza napisać wspomnienia. Wydawnictwo Credo również ma w zanadrzu jakąś niespodziankę autorstwa Yancey’a.

Osobisty wątek

Trzecia sesja, dotycząca modlitwy, rozpoczęła się krótkim, 6-minutowym filmikiem. To było moje świadectwo. Dotyczyło ono książki „Modlitwa. Czy to działa?”. [KLIKNIJ] Książka ta towarzyszyła mi, w chyba najtrudniejszym - jak dotąd, momencie mojego życia. W okresie, kiedy mój mąż przebywał w szpitalu z powodu  wylewu krwi do mózgu. Książkę tę zaczęłam czytać na dzień przed tym wydarzeniem. Znajdowałam w niej wiele cennych myśli. Zawsze wychodziła naprzeciw moim potrzebom. Wiele myśli oddawało dokładnie to, co czułam i czym żyłam.

Półtora roku później, napisałam o tej książce takie słowa: Trudno jest tu przelać myśli o książce, która ma 450 stron. Czytałam ją, jeżdżąc do szpitala miejskimi środkami lokomocji. Czytałam ją w zaciszu szpitalnego korytarza. Czytałam ją, czuwając przy łóżku wciąż ‘nieobecnego’ męża. Jej strony pokreślone są kolorami tęczy a też zwykłym długopisem. Rogi są pozaginane, bo akurat niczego do pisania nie było pod ręką. Z tą książką związane są silne emocje, które mną targały - lęk, niepewność, ból, smutek, duchowa niemoc. Ale też były inne emocje - pokój, nadzieja, wiara w to, że modlitwa jednak działa. Mówi się „Książka - nierozdzielny towarzysz, przyjaciel bez interesu, domownik bez naprzykrzania” (Ignacy Krasicki). Tym właśnie ta książka była dla mnie. Połączyła mnie z nią bardzo silna więź…

Jeśli ktoś dziś postawi mi pytanie: Modlitwa!? Czy to działa? odpowiem: Tak, działa!!!

Philip Yancey ponownie wszedł za pulpit. Nasze spojrzenia spotkały się.  „To ty?” - wskazał na mnie dłonią. „A to jest on?” - i skierował swój palec na Pawła. Pokiwaliśmy głowami. Nie wiem dlaczego, ale ‘spociły’ mi się oczy…
Poruszony sytuacją, Philip opowiedział nam o swoim dwa lata starszym bracie, który właśnie odbywa rekonwalescencję po przebytym udarze. „Ale on nie ma się tak dobrze, jak ty” - powiedział do Pawła, wpisując nam dedykację do książki: „Dla Walentyny i Pawła. Jesteście żywymi dowodami na to, że modlitwa czyni różnicę”.

Początek przyjaźni?

Jak wspomniałam na wstępie, z wieloma pisarkami i poetkami połączyła mnie bardzo zażyła przyjaźń. Czy tak będzie z Philipem Yancey’em? Nie wiem. Miałam (mieliśmy - ja i Paweł) ten przywilej spędzenia z nim znacznie więcej czasu, niż dane to było innym uczestnikom konferencji.
W poniedziałek, 21 listopada, kiedy cała ekipa „Credo” wróciła już do Katowic, do pracy, my zabraliśmy Philipa na wycieczkę do Kazimierza Dolnego. Opustoszały Kazimierz Dolny cały był nasz. Naprawdę! Byliśmy chyba jedynymi turystami. I pomimo tego, że zapowiadanego słońca nie było i chłód dawał się we znaki, udało nam się zobaczyć wszystkie, najciekawsze i najpiękniejsze zakątki miasteczka.
Zjedliśmy obiadek „U Fryzjera”, w lokalu, który słynie z żydowskiej kuchni. Jeśli ktoś jest ciekawy, jak smakuje ‘gęsi pipek’ - niech spyta Pawła :-). Ja polecam 'kreplach' - żydowskie pierogi..
Kończąc nasz pobyt spacerem po ulicy Krakowskiej, ulegliśmy pokusie wypicia gorącej czekolady w „Manufakturze Czekolady”. Poemat…

Rozstawaliśmy się z Philipem szczęśliwi, że mogliśmy pokazać mu trochę polskiego piękna i wdzięczni, że znaleźliśmy w nim wspaniałego kompana podróży oraz towarzysza do głębokich, poważnych, ale wcale nie nudnych rozmów o życiu i świecie, o wierze i Kościele.

Zakończenie

Teraz, kiedy piszę te słowa, Philip jest w drodze powrotnej do domu, do Colorado. Zdąży na Święto Dziękczynienia. Jak nam zapowiedział, podczas tej szczególnej kolacji opowie bliskim i przyjaciołom o swojej wizycie w Polsce. A zdjęcia obejrzą, zajadając czekoladowe praliny z kazimierzowskiej manufaktury.



wtorek, 15 listopada 2011

NIE - wobec przemocy cz.1


Kliknij zdjęcie, aby je powiększyć.


sobota, 12 listopada 2011

Przemoc domowa cz. 1

[…] Konferencja „Strojem jej siła i godność” odbędzie się w ramach 16. Światowych Dni Przeciw Przemocy, które rozpoczynają się 25 listopada Międzynarodowym Dniem Walki z Przemocą Wobec Kobiet, a kończą się 10 grudnia Międzynarodowym Dniem Praw Człowieka, których częścią jest Kampania Białej Wstążki.
Jako chrześcijanki chcemy dołączyć nasz głos sprzeciwu wobec przemocy i podkreślić wartość i godność każdej kobiety. Pragniemy wskazać, czym jest przemoc, jak się przed nią bronić i jak świadomie, w poczuciu wewnętrznej siły kierować swoim życiem. […]

***

Kilka słów o przemocy – rola Kościoła.
Są to fragmenty mojej pracy magisterskiej „Problem przemocy w małżeństwach na przykładzie środowisk chrześcijańskich”, z 2003 roku. (Chrześcijańska Akademia Teologiczna - katedra teologii praktycznej.) Po 8 latach widzę, że wiele się zmieniło w tej dziedzinie – na korzyść ofiar.

Wstęp

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie młoda kobieta. Matka czworga dzieci. Żona człowieka o ustabilizowanej pozycji lidera jednego z kościołów. „Walu - zapytała - czy masz chwilkę? Powiedz mi dlaczego wybrałaś taki temat na swoją pracę magisterską?”
Rozmawiałyśmy godzinę. Znałam jej sytuację rodzinną i życiową. Opis jej „szczęścia” zawarł się w trzech powyższych zdaniach: żona, matka, kobieta o uprzywilejowanej (dzięki mężowi) pozycji w kościele. Dalej, to już tylko było doświadczanie piekła, tu na ziemi. Była maltretowaną żoną. Ofiarą fizycznej i psychicznej przemocy ze strony najbliższej osoby. Dopiero po latach zdobyła się na podjęcie jakichś konkretnych kroków, w celu znalezienia dla siebie pomocy. Wcześniej, wstyd i poczucie winy powstrzymywały ją od tego. Nie szukała też pomocy na drodze prawnej z innego powodu. „Doświadczone” kobiety z kościoła przekonały ją, że rodzina jest najważniejsza, że może powinna coś zmienić w swoim postępowaniu. A może zaniedbuje męża w sferze seksualnej? Posłuchała. Ze skutkiem natychmiastowym - kolejna ciąża. W czasie trwania tej ciąży, kolejne pobicie. Tym razem musiał interweniować lekarz - mąż złamał jej rękę...
Takich sytuacji, jak ta, jest wiele.

Szatan atakuje rodziny chrześcijańskie na całym świecie. Naruszanie nietykalności drugiej osoby przejawia się w bardzo rozmaity sposób - poprzez obrażanie, przeklinanie, krzyczenie, upokarzanie, słowne i emocjonalne maltretowanie, fizyczną i seksualną przemoc. I rzeczy te nie przychodzą od niewierzących, znajdujących się poza domowym ogniskiem wiary, lecz niestety mają miejsce w samym centrum naszej chrześcijańskiej zagrody.

Jesteśmy nauczani, że rodzina jest święta. Tak, rodzina jest święta, ale czy zawsze jest bezpieczna? Oceniając sytuację rodziny statystycznie, dochodzimy do wniosku, że kobieta, mężczyzna czy dziecko bardziej są narażeni na zranienia lub niewłaściwe traktowanie ze strony swojej własnej rodziny niż  spoza niej. Stawiając rodzinę chrześcijańską wysoko na piedestale, powinniśmy zdać sobie sprawę, że bardzo często to, czego doświadczają członkowie, niektórych rodzin, dramatycznie różni się od tego, co słyszą na temat rodziny zza kaznodziejskiego pulpitu lub na zajęciach katechetycznych.
Musimy zdać sobie sprawę z faktu, że rodziny dotyka kryzys i cierpienie. Są kobiety i dzieci, którzy przychodzą do kościoła w niedzielny poranek, a po nabożeństwie wracają do domów, w których atmosfera nie zapewnia im możliwości zdrowego fizycznego, umysłowego i emocjonalnego rozwoju.

Ci, którzy obwołują rodzinę podstawową komórką naszych narodów albo kościołów, powinni poczuć się odpowiedzialnymi za zajęcie się rodzinami w kryzysie. Teoretycy mogą wciąż wymalowywać przed nami obraz szczęśliwej rodziny, ale rzeczywistość dla wielu mężczyzn, kobiet i dzieci może mieć zupełnie inne oblicze.

Niestety, wydaje się, że kościoły mają tendencję do minimalizowania albo nawet zaprzeczenia faktom, że przemoc domowa szerzy się również na ich podwórku. (Moja prośba o przeprowadzenie anonimowej ankiety na temat przemocy w rodzinie wśród 200 kobiet, uczestniczek zorganizowanej dla nich konferencji, została przez organizatorów odrzucona i potraktowana za niedorzeczną.) Częstym powodem jest strach, że jeśli prawda wyjdzie na jaw, zniszczy to świadectwo kościoła wobec świata. Ale nie da się długo utrzymywać grzechu w tajemnicy. Jezus w Mt 10,26 mówi: „...nie ma nic ukrytego, co by nie miało być ujawnione, ani nic tajnego, o czym by się dowiedzieć nie miano.” Biblijnym rozwiązaniem nie jest ukrywanie przemocy, ale uporanie się z nią.

Problem jednak polega na tym, że wciąż trudno jest uwierzyć i przyznać się, że przemoc domowa ma miejsce w chrześcijańskich (i to nie tylko z nazwy) domach. I z tego powodu kościoły nie są należycie przygotowane ku temu, aby nieść pomoc sprawcom, ofiarom i ich dzieciom. Co gorsze, często się zdarza, że takie osoby są zniechęcane do szukania pomocy medycznej, doradczej, terapeutycznej, prawnej czy socjalnej. Jedynym rozwiązaniem dla ofiar przemocy w kościele wydaje się być uświęcone milczenie.

I dlatego moją pracę piszę z myślą kobietach i dedykuję kobietom, którym nie spełniły się marzenia o udanym, biblijnym małżeństwie. Kobietom, które cierpią i milczą, bo się wstydzą lub boją. Kobietom, które są przekonane, że taki los zamierzył dla nich Bóg. Kobietom, którym wmówiono, że na tym ma polegać uległość względem męża. Kobietom, którym poradzono utrzymać rodzinę - za wszelką cenę! Kobietom, którym nie uwierzono lub, które posądzono, że same sobie są winne i mają to, na co zasłużyły.
W naszych kościołach wiele jest takich kobiet. I będzie ich jeszcze więcej. Czy kościoły są gotowe nimi się zająć?


Przemoc domowa cz. 2

5.  2.  Obecność przemocy domowej w kościele

Maltretowana żona. Chrześcijański dom. Dwa określenia, które ze swojej natury powinny być sobie przeciwstawne. Z bólem jednak stwierdza się, że, niestety, tak nie jest. W ciągu ostatnich lat przeprowadzono w Stanach Zjednoczonych wiele badań, mających na celu stwierdzenie, czy w chrześcijańskich domach istnieje problem przemocy fizycznej wobec żon. Rozmawiano z wieloma kobietami, które opowiadały łamiące serca historie ze swojego życia, na temat doświadczanej przez nie przemocy.

Maltretowana żona może być przedstawicielką każdej klasy społecznej, grupy etnicznej, pochodzić z każdych warunków życiowych. Każdego tygodnia może siadać obok nas w ławce kościelnej. [...]

Przemoc wobec żon nie przejawia się tylko w domach, gdzie mąż jest alkoholikiem, jest niewierzący lub małżonkowie są po prostu tzw. nominalnymi chrześcijanami. Wiele maltretowanych kobiet, z którymi rozmawiano,  było (i jest) żonami liderów kościoła, diakonów, starszych, pastorów. [...] Tak więc, tragiczną prawdą jest fakt, że przemoc małżeńska ma miejsce również w wielu chrześcijańskich domach, a statystyki okazują się brutalne. Szacuje się, że na 60 zamężnych kobiet w kościele, 10 z nich doświadcza emocjonalnej i słownej przemocy ze strony współmałżonka, a 2-3 są maltretowane fizycznie przez swoich mężów.[...]
Dlatego, zadaniem kościoła jest niesienie ratunku, nadziei i uzdrowienia dla kobiet doświadczających tragedii przemocy domowej w swoich chrześcijańskich domach. [...] Słowami nadziei dla maltretowanych kobiet może być Boża obietnica zapisana w Ez 34, 27-28: „... poznają, że Ja jestem Pan, gdy połamię drążki ich jarzma i wyratuję ich z ręki ich ciemiężców..., będą bezpiecznie mieszkać i nikt nie będzie ich straszył.”[1]

Oczywiście, maltretowana kobieta może potrzebować daleko szerszej pomocy, niż może jej ofiarować kościół (czy pastor): prawnika, schronienia, pieniędzy na życie. Na pewno jednak potrzebna jej będzie troska ze strony lokalnej społeczności oraz pastora, który ofiaruje jej duchowe i emocjonalne wsparcie, mądrą radę i wskazówki.[2]


5.  3.  Pomoc ze strony lokalnej społeczności wierzących

Ofiara przemocy domowej nie będzie w stanie sama poradzić sobie ze swoim problemem i dlatego potrzebuje współczucia, pomocy i zaangażowania ze strony  lokalnej społeczności wierzących. Niestety, kościół bardzo często nie jest przygotowany do tego, aby radzić sobie z tak trudną sytuacją. Dlatego wiele kobiet w ogóle nie szuka pomocy i wsparcia w kościele, zwracając się tylko i wyłącznie do instytucji poza kościelnych.

Czasem, rezygnuje z pomocy liderów kościoła, zniechęcona ich niewłaściwym podejściem i niezrozumieniem swojej sytuacji. Bardzo często jest to niedowierzanie, że to, o czym ona mówi, może być prawdą. Czasem zamiast skupić się na sprawcy przemocy wyraźnie insynuuje się jej, że wina leży po jej stronie i powinna zmienić swoje postępowanie. A czasem wysyła się ją do domu, dając jej wcześniej wykład na temat poddania i posłuszeństwa mężowi, nadstawiania drugiego policzka oraz czerpania radości ze zniewag i razów. Popularna też jest lekcja o potrzebie przebaczania i miłowania swoich wrogów.

Bogu takie postawy liderów religijnych nie są obce. W Ez 34, 4 mówi do nich: „Słabej nie wzmacnialiście, chorej nie leczyliście, skaleczonej nie opatrzyliście, zbłąkanej nie sprowadziliście z powrotem, zagubionej nie szukaliście, a nawet siłą rządziliście gwałtem i surowo.”
Bóg powołuje Swój lud do służenia tym, którzy są zranieni i są w desperackiej potrzebie otrzymania pomocy i wsparcia. Dlatego lokalny kościół powinien:

1.      Być gotowym do zaangażowania się w tak trudną sprawę. Planować naprzód. Nie dać się zaskoczyć. Jeśli kościół naprawdę chce być oddany sprawie rodziny w dzisiejszym kulturalnym chaosie i być światłem w ciemnościach tego świata, to musi być przygotowany i mieć rozwinięte właściwe metody i struktury wsparcia. Powinien znać prawo i legalne sposoby niesienia pomocy ofierze i jej dzieciom. [...]

2.      Nie poddawać się. Być wytrwałym, gdyż bardzo łatwo jest zniechęcić się niepowodzeniami w rozwiązywaniu problemu przemocy domowej w rodzinie. Postępy są powolne, a czasem nie widać żadnych pozytywnych efektów. Jest to bardzo wyczerpująca służba i dlatego nie może ona spoczywać tylko na jednej lub kilku osobach. Słowo Boże zachęca, aby nie ustawać w czynieniu dobra (Ga 6, 9-10). Wstawiennicza modlitwa jest najlepszym wsparciem na linii frontu tej służby.

3.      Ustalić odpowiedni zakres niesienia pomocy ofierze i sprawcy. A to może dotyczyć pomocy mieszkaniowej, wyżywienia i odzienia, pomocy medycznej, ochrony, porad prawnych, pomocy społecznej, profesjonalnego poradnictwa, pomocy w znalezieniu pracy. Ale kościół nie musi robić wszystkiego - powinien być otwarty na skierowanie ofiary (i/lub sprawcy) do agencji rządowych, powołanych do radzenia sobie z tego typu problemami w rodzinie. Kościół musi uczynić wszystko w tym kierunku, aby pomóc zranionej osobie w procesie uzdrowienia i stawania się zdrowszym członkiem Ciała Chrystusowego.

4.      Zająć się sprawcą przemocy. Należy pamiętać, że odpowiedzialnością kościoła jest nieść pomoc (służyć miłosierdziem) ofierze i sprawcy przemocy. Sprawca przemocy nie może zostać odrzucony. On musi wiedzieć, że Bóg nienawidzi grzechu, ale kocha grzesznika. Bóg chce pomagać człowiekowi odbudowywać to, co on zniszczył. Zadaniem kościoła też jest budowanie, a nie burzenie.[3]
Oczywiście, postawa sprawcy przemocy może być bardzo różna. Niektórzy czują się usprawiedliwieni w swoim postępowaniu. Inni uznają grzeszność swojego postępowania, ale nie mają wystarczająco siły, aby go zaprzestać. Kolejni poddają się intensywnej terapii i programowi reedukacyjnemu.
Sprawca przemocy, który czuje się biblijnie powołany do tego, aby utrzymywać swoją żonę w ryzach poprzez fizyczne i emocjonalne maltretowanie, musi zostać poddany dyscyplinie kościelnej i skonfrontowany z faktem, że Bóg nienawidzi przemocy i oczekuje od ludzi pełnej poświęcenia miłości. [...]

Jak inaczej kościół może komunikować swoje pragnienie i gotowość do niesienia pomocy ofiarom przemocy domowej?
Poprzez poruszanie tego tematu tabu w modlitwach, w kazaniach, podczas spotkań grup studium biblijnego. [...]
Rozpoznanie przemocy domowej wśród członków społeczności wymaga również od kościoła zastosowania właściwej dyscypliny  biblijnej. Niestety, wiele maltretowanych kobiet skarży się na fakt, że ich agresywni mężowie nie zostali usunięci z rady kościoła, zawieszeni w obowiązkach nauczyciela w Szkółce Niedzielnej, czy nie odmówiono im udziału w przystępowaniu do Wieczerzy Pańskiej, nawet wtedy, gdy przemoc domowa w ich rodzinie była już sprawą jawną.[4] 



[1] Alsdurf J. & Ph., Battered into submission, „Christianity Today” June 16, 1989, s. 24-27.
[2] C. Clark Kroeger & N. Nason-Clark, No place for abuse, Inter Varsity Press, Downers Grove, Illinois, USA 2001, s. 62.
[3] T. Jackson, When anger burns, RBC Ministries, USA 1994, s. 29-30.
[4] Alsdurf J. & Ph., Battered into submission, „Christianity Today” June 16, 1989, s. 26-27.


Przemoc domowa cz. 3

Zakończenie

Przemoc w stosunku do kobiet jest światowym problemem zdrowotnym oraz główną kwestią z zakresu praw człowieka. Zjawisko to stało się tematem dialogu pomiędzy naukowcami klinicznymi, praktykami, prawnikami i ofiarami. Wyniki wielu badań wskazują, że najbardziej powszechną formą przemocy, związanej z płcią, jest przemoc wobec kobiet. [...]
Pierwsze ważne posunięcia prawne w obronie maltretowanych kobiet miało miejsce w czerwcu 1993 roku, podczas II Światowej Konferencji Praw Człowieka Narodów Zjednoczonych, zorganizowanej w Wiedniu.
W pracach poprzedzających konferencję, działacze zebrali ponad pół miliona podpisów ze 124 krajów świata pod petycją, domagającą się wprowadzenia tematu przemocy, związanej z płcią, pod obrady konferencji. W rezultacie, przemoc wobec kobiet została po raz pierwszy rozpoznana jako pogwałcenie praw człowieka - niezależnie od tego, czy aktów przemocy dokonywano w sferze publicznej czy też prywatnej.[1]

Problemem przemocy domowej w Polsce zaczęto zajmować się stosunkowo niedawno, chociaż historia przemocy w rodzinie jest stara jak świat. Można powiedzieć, że dopiero około siedmiu lat temu pojawiły się pierwsze pozycje książkowe na ten temat, wpierw w formie tłumaczeń z języka angielskiego, a później naszych rodzimych autorów. Oczywiście, nie można pominąć zasługi tych autorów, których artykuły na temat tego zjawiska pojawiały się w rodzinnych, społecznych i psychologicznych periodykach troszkę wcześniej.

Od około dwóch lat, zdaje się zauważać swego rodzaju „modę” na ten temat. Świadczą o tym programy telewizyjne i radiowe, artykuły w czasopismach, akcje przeciw przemocy, powstawanie organizacji niosących pomoc ofiarom przemocy. Na ulicach nie sposób nie zauważyć bilbordów z hasłem typu: Zupa była za słona... - i na pewno nie była to zachęta do nie nadużywania soli. Czy też bilbord z bokserem w tle - i tu też nie chodziło o  sport. Nowy prezydent Warszawy, Lech Kaczyński, już na samym początku swojej kadencji zaznaczył, że zamierza zająć się również i tym problemem. Ostatnio, ktoś rozsądny wpadł na pomysł, żeby uprościć biurokrację związaną z interwencją policji, a szczególnie w wypisywaniu tzw. Niebieskiej Karty. Gminy i samorządy mają jasno określone zadania i kroki postępowania.

Polska Deklaracja w Sprawie Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie brzmi:
1)      Każdy człowiek ma prawo do życia w środowisku rodzinnym.
2)      Człowiek doświadczający przemocy nie może być za nią obwiniany.
3)  Dzieci i młodzież mają prawo do wzrastania w bezpiecznym środowisku wolnym od przemocy, a obowiązkiem dorosłych jest im to zapewnić.
4)      Każdy człowiek doświadczający przemocy ma prawo do pomocy prawnej, psychologicznej i medycznej, bez naruszania jego godności osobistej.
5)      Każdy człowiek ma prawo do wiedzy potrzebnej do radzenia sobie z przemocą w rodzinie.
6)      Każdy człowiek ma prawo do przeciwdziałania przemocy w rodzinie.
7)      Każdy człowiek ma obowiązek udzielania pomocy ofiarom przemocy w rodzinie.

 Można powiedzieć, że ofiara przemocy nie jest już pozostawiona sama sobie. I chyba o to chodzi.

Pozostaje jeszcze tylko kwestia roli kościoła. Ta sprawa stanowiła dla mnie główną motywację, aby zająć się tym niewygodnym dla kościoła problemem. I już nie chodzi tylko o to, że jest to temat wstydliwy dla kościoła, ale o to, że kościół nie jest przygotowany merytorycznie na stawienie czoła temu problemowi. Dlaczego tak uważam? Ponieważ osobiście znam kobiety, którym liderzy kościoła nie pomogli, bo nie wiedzieli jak. Przemoc domowa, jak, mam nadzieję, wykazała moja praca, jest problemem złożonym i wymaga bardzo indywidualnych rozwiązań - prawnych, socjalnych, terapeutycznych i duszpasterskich.

Nie chcę jednak brzmieć negatywnie. Wierzę, że w kościele istnieje olbrzymi potencjał ludzki. Coraz więcej osób (pastorzy, duszpasterze), zajmujących się poradnictwem rodzinnym na terenie własnego kościoła, zdobywa ku temu właściwą wiedzę i poszerza swoje  kwalifikacje.
Szkolenia, znajomość języków, obecność na rynku fachowej literatury, dostęp do Internetu są błogosławieństwem dla tych, którzy właściwie potrafią z tych narzędzi korzystać.

W  Jr 8, 22 pada pytanie: „Czy nie ma balsamu w Gileadzie? Czy nie ma tam lekarza? Dlaczego nie zabliźnia się rana córki mojego ludu?” Ktoś inspirowany tym fragmentem ułożył poniższą modlitwę:

„Drogi Stwórco,
prosimy Cię
otwórz nasze oczy, abyśmy widzieli
wszystkie kobiety cierpiące
w przeróżnych zakątkach świata.
Panie, daj nam uszy,
które usłyszą ich płacz
i serca, które nie zaznają spokoju,
zanim nie uczynimy wszystkiego,
co jest w naszej mocy,
aby wylać leczący balsam Gileadu
na ich rany.” 

Wierzę, że kościół dysponuje lekarstwem na leczenie ran i skutków przemocy domowej, nawet tylko z tego powodu, że choć w kościele nie ma miejsca na przemoc, to jest tam miejsce dla jej ofiar i sprawców. I na tym polega fenomen kościoła.




[1] A. Markowska, Przemoc wobec kobiety – zarys problematyki, „Problemy Rodziny” 1999, nr 3.


































Wierszyk na urodziny

Walentyna:
Cud dziewczyna
Witamina
Słodka jak jeżyna
Ciepła jak pierzyna
Kochana
Mądra i wesoła
Rozważna
& Romantyczna
& Empatyczna
Jedyna!

(Fajny, nieprawdaż?)


czwartek, 10 listopada 2011

wtorek, 8 listopada 2011

Cenniejsze niż perły...

Kilka dni temu koleżanka poprosiła mnie o udział w nagraniu audycji radiowej Radia Plus Warszawa, w ramach Mistrzowskiej Akademii Miłości. Audycja będzie związana z planowaną na grudzień konferencją „Strojem jej siła i godność” (Nie – wobec przemocy. Tak – dla godności.). Mój głos w audycji będzie związany z problemem przemocy domowej - przemocy wobec kobiet. Więcej o audycji i planowanej konferencji napiszę (i powiadomię) w odpowiednim czasie. W tym momencie postanowiłam wstawić swój archiwalny tekst z 2007 roku. Dotyczy on innej konferencji, ale temat kobiecego bólu i cierpienia, siły, godności i piękna jest ten sam.

***

Kiedyś, jako młoda nastoletnia dziewczyna przeżyłam dziwną przygodę. Jechałam na wakacje do cioci. Świat, oglądany z okna pociągu, był taki ciekawy... Stałam i patrzyłam na zmie-niające się wciąż krajobrazy, aż do momentu, kiedy nagle wpadło mi do oka ziarenko piasku.
Niestety, wszelkie zabiegi oku-listyczne nie należą do naj-przyjemniejszych... Wiedziałam, że zwykłe wywinięcie powieki byłoby najlepszym sposobem na usunięcie intruza,  ale ja próbowałam wszystkiego, tylko nie tego.
Jednak,  żadne przecieranie chusteczką, łzy i płukanie nie pomogło. Ostre ziarenko piasku zadomowiło się pod moją powieką, dotkliwie podrażniając i raniąc moje oko przez wiele dni.
Po pewnym czasie zauważyłam, że dolegliwości obcowania z intruzem są coraz mniej bolesne. Przeszkadzał mi już jedynie sam fakt, że pod moją powieką coś jest. Pewnego dnia zdobyłam się na odwagę. Wystarczyło wywinięcie powieki i zdecydowane usunięcie obcego ciała czystym gazikiem. Udało się! Ale to, co wtedy zobaczyłam, spowodowało moje ogromne zdumienie (!?). Mój uciążliwy lokator nie był już zwykłym ziarenkiem piasku. Po kilkunastu dniach pokrył się dokładnie taką samą tkanką, z jakiej zbudowana jest wewnętrzna strona powieki. Kto by pomyślał? Prawie wyhodowałam perłę...

Kilka lat później usłyszałam, że perła jest owocem bólu. (Uhum, coś wiem na ten temat - pomyślałam.) Symbolem cierpienia organizmu, w którym powstaje. Perły są tym piękniejsze, im większe było cierpienie mięczaka. Perły to łzy perłopławów.  

Podczas ‘najdłuższego weekendu Europy’, w Zakościelu, w dwóch turach, miała miejsce kolejna edycja konferencji dla kobiet. Tegoroczna Tabita odbyła się pod hasłem „Perły”. Organizatorzy (Fundacja Pro-eM), jak zwykle zrobili wszystko, aby obecne na konferencji kobiety miały szansę odpocząć fizycznie, psychicznie i nabrać duchowego oddechu. Po prostu zalśnić świeżym blaskiem.
Program był atrakcyjny. Ściśle związany z tematem wiodącym. Obfity, ale nie męczący. Każda z kobiet miała możliwość uczestniczenia w ciekawych - wybranych zgodnie z własnymi zainteresowaniami i potrzebami - warsztatach. Ciężar prowadzenia warsztatów był równo rozłożony, pomiędzy amerykańskie i polskie prelegentki.
Bardzo cenne i ważne było nauczanie podczas czterech głównych sesji wykładowych. I tutaj, po raz kolejny zresztą, mogłyśmy zobaczyć, że sami nie wiemy, co posiadamy. Nie ujmując niczego z wykładów Patsy Riley i Sandie De Young, stwierdzam, że Agnieszka Crozier i Jagoda Markiewicz są wspaniałymi mówczyniami i nauczycielkami Słowa. I są prawdziwymi Perłami...
Wolny czas, kobiety spędzały troszcząc się o swoje potrzeby fizyczne i psychiczne. Wystarczyło tylko poddać się proponowanym zabiegom kosmetycznym; masażom; przynoszącemu ulgę, zbolałemu kręgosłupowi, dotknięciu chiropraktyka. Był czas na samotne spacery, na rozmowy, na wypicie pysznej kawy w kawiarence. Wydawnictwa chrześcijańskie nęciły ciekawymi propozycjami książkowymi - po promocyjnej cenie, oczywiście. Wernisaż malarstwa Steni Shaded był wspaniałym przeżyciem estetycznym i duchowym. (Ona też jest jedną z tych Pereł, których blask staje się staje się coraz bardziej intensywny.) Nie mogłyśmy też narzekać na pogodę. Mały deficyt ciepła został doskonale zbalansowany gorącą atmosferą konferencji.

Byłam na Tabicie już czwarty raz. I po raz kolejny byłam nie tylko jej uczestniczką. Moim zajęciem, tradycyjnie już, była drobna pomoc w tłumaczeniu oraz posługa duszpasterska. Przyznaję, że - w związku z tą posługą - tegoroczna konferencja była dla mnie wyjątkowa. Jeszcze nigdy, w tak krótkim czasie, nie przeprowadziłam tak wielu rozmów z kobietami. Otwierały przede mną swoje pełne bólu serca, szukając nie tyle gotowych rozwiązań i rad, co wysłuchania, empatii, otoczenia ramieniem, modlitwy. Każdą lukę, każdą wolną chwilę w programie przeznaczałam na spotkanie z kolejną Perłą i... jakże cenne to były chwile. Zastanawiałam się: Dlaczego tak się dzieje? Przyznaję, że jechałam na tę konferencję w nie najlepszym nastroju. Ktoś nieopatrznym słowem mnie zranił, sprawił przykrość. Ogarnęła mnie samo-żałość i przez całą podróż do Zakościela myślałam tylko o swoim nieszczęściu. Oj, jakąż byłam egoistką! Bóg - pokazując mi smutek, trudy życia i beznadziejność sytuacji wielu spotkanych przeze mnie tam kobiet - na długo (mam nadzieję, że na baaaardzo długo) wyleczył mnie z tego.
Z jakże wielkim bólem związane było powstawanie każdej z tych Bożych Pereł. Widziałam cierpienie towarzyszące procesowi stawania się kobietą - Perłą. Zrozumiałam, że kształtowanie naszego charakteru nigdy nie przebiega bezboleśnie. A zapieranie się samej siebie i ‘umartwianie’ starej natury, to bardzo bolesny proces, przez który, aby błyszczeć, wszystkie musimy przejść...
Sznur pięknych pereł, który otrzymałam (i pozostałe kobiety też) na zakończenie konferencji, stał się dla mnie podwójnym symbolem.
Symbolem wszystkich, licznie zgromadzonych w Zakościelu Pereł oraz...  symbolem wylanych tam łez, które Bóg skrzętnie zebrał. (...Zebrałeś łzy moje w bukłak swój, czyż nie są zapisane w księdze twojej? Psalm 56:9)
Jestem wdzięczna Bogu za tę konferencję. Wierzę, że wiele kobiet - Pereł, odzyskało tam na nowo swój blask i kolor. I cieszę się, że mogłam mieć w tym, jakiś minimalny, swój udział. 

***
Nie śmieje się szczerze, kto nie zaznał w życiu płaczu. Łza jest najdroższą perłą. S. Kierkegaard

***
Dzielna kobieta – trudno o taką – jej wartość przewyższa perły. Przyp. Salomona 31:10

Dzielna kobieta
jest...
jak drzewo zielone nad strumieniami wód
dojrzewający w sierpniowym słońcu kłos
jak róża świtem budząca się ze snu
uparta sekwoja sięgająca nieba...

Dzielna kobieta
jest...
jak wodna lilia piękna miłością Stworzyciela
słaba i silna jak trzcina na wietrze
czerpiąca radość zbawienia dzbanem serca
w troskliwych dłoniach niosąc modlitwę
o dom swój bliskich plany na przyszłość

Dzielna kobieta
jest...
cenniejsza od kosza najpiękniejszych pereł
w oczach Boga naczynie delikatne
z każdą jej łzą z każdym uśmiechem
każdy jej dzień każda jej chwila
kształtowana Słowami Mistrza
piękna

            (Katarzyna Zychla)




Jak być kobietą perłą?

Opracowane na podstawie refleksji  Steni Shaded.

Jak być kobietą perłą? - to długi i skomplikowany proces, ale w Jezusie wszystko jest możliwe:

1.    Perła jest wytworem żywego organizmu - w nas też musi zaistnieć to prawdziwe du-chowe życie, bez tego ożywienia nasza przemiana nie może być możliwa.

2.  Perła jest rzadkością - tylko w jednej małży, na zebranych ich kilkadziesiąt, można znaleźć perłę - to tak, jak Kościół jest mniejszością, naród wybrany jest resztką, liczba uczniów  i Jego naśladowców jest niewielka, prawdziwych Bożych kobiet też nie ma wiele.

3.  Perła jest owocem bólu - symbolem cierpienia organizmu, w którym powstaje; perły są tym piękniejsze im cierpienie mięczaka było bardziej dokuczliwe; perły to „łzy” perłopławów - kształtowanie nas też nie przebiega bezboleśnie; zapieranie się samej siebie, umartwianie starej natury, to bardzo bolesny proces.

4.   Czas tworzenia pereł jest bardzo długi - hodowla sztucznych pereł trwa minimum 7 lat - ale my nie chcemy być sztucznymi perłami; nie spodziewajmy się nagłych zmian w naszym życiu, do wielu rzeczy musimy dojrzewać powoli, w miarę tego, im więcej poznajemy i rozumiemy Boga i przez to same siebie.

5.   Perły powstają w ukryciu - nikt nie może obserwować ich powstawania - bardzo często tylko Bóg widzi i zna nasze zmagania i cierpienie, nasze porażki i zwycięstwa, nasze łzy.

6.  Perły są wrażliwe - nie mogą być łączone z innymi twardymi ozdobami, obumierają - w naszym życiu, symbolizować to może świętość - oddzielenie od świata dla Bożych celów; jeśli tego nie zrobimy - obumrzemy, bo świat zabije w nas Boże życie.

7.   Perła musi być noszona w świetle - aby jej blask jaśniał - my musimy odbijać blask Boga, jesteśmy odpowiedzialne za czas z Bogiem i regularną żywą społeczność z Nim.

8.   Perła wydaje światło - wcześniej pochłania je i kumuluje (inne kamienie i ozdoby odbijają światło) - nasze życie powinno mieć światło, bijące z naszego wnętrza, powstałe dzięki obcowaniu ze światłością świata - Jezusem.

9.   Perłom najbardziej szkodzi kwas, kurz, perfumy, lakier - należy je myć w mydlinach, aby odzyskały kolor - nam kobietom najbardziej szkodzi złość, narzekanie, zgorzknienie; potrzebujemy Bożego obmycia, abyśmy mogły znowu świecić Jego blaskiem.

10.  Wartość perły nie zależy od wielkości,  czy wagi - duże sztuczne perły to cienka powłoka, pokrywająca duże ziarna piasku, blask takiej perły jest gorszy - tak więc wartość perły zależy od blasku; już wiemy skąd możemy czerpać ten blask.

11.  O prawdziwości perły świadczy rysa - jest to miejsce jej przylegania do podłoża - nasze rysy, to może ślady po oderwaniu nas od rzeczy, które zbyt mocno nas w naszym życiu trzymały, oddzielając nas od Jezusa.

12.  Perła pokrywa to, co umiera - to pokryte powłoką ziarno piasku, może być również przyczyną jej śmierci; gdy perła nie ma dostępu do światła, ziarno eroduje w niej, a perła obumiera; aby nie doszło do „śmierci perły”, musi ona być w ciągłym kontakcie ze światłem, perły ukryte nawet w najpiękniejszych szkatułach obumrą - tak samo jest z nami, gdy żyjemy cieleśnie, nie różnimy się od niewierzących; musimy umartwiać to, co w nas jest ziemskiego, cielesnego; musimy umartwiać swoją starą naturę - wystawiając się na działanie Bożego światła; jeśli tak nie będzie, nasza stara natura uśmierci nas.

13.  Perła posiada właściwości lecznicze - za czasów Arystotelesa, napój ze sproszkowanych pereł podawano w przypadku trądu, ospy, febry - trąd jest symbolem grzechu, jako perły możemy pomagać ludziom, którzy cierpią z powodu tej strasznej choroby.


wtorek, 1 listopada 2011

Przemijanie

„Życie nasze trwa lat siedemdziesiąt, a gdy sił stanie, lat osiemdziesiąt; a to, co się ich chlubą wydaje, to tylko trud i znój, gdyż chyżo mijają, a my odlatujemy.” Psalm 90:10

W dniach listopadowych częściej myślimy o tych, co już odeszli, już odlecieli. Dom pozostał pusty, życie straciło swój kolor, choć zaciera bolesne rany po stracie... Dlatego poniższy wiersz dedykuję

 „Tym, którzy pozostali”

Ile słów niepotrzebnych,
Ile gestów niechętnych
Ile czasu, ile dni zmarnowałeś.
Za późno nawet na żal.

Pamiętaj
kwiaty dawać żywym,
dobre słowa z uśmiechem,
miłość bez granic!

To nic, że czujesz się głupio.
Pogodzenie ze sobą,
pokój sumienia jest cenniejszy,
od spojrzeń uznających cię za słabego.

Pamiętaj, ci co odeszli
nie darują ci błędów,
nie uśmiechną się,
nie pocieszą,
to już się nie zdarzy.

Nie czekaj jutra,
co możesz dobrego uczynić
dzisiaj czyń.
Jutro może być zbyt późno.

Kochamy zbyt ospale,
dajemy opieszale,
wypominamy,
a oni odchodzą zawsze zbyt szybko.

(Beata Jaskuła-Tuchanowska, tomik „Kropla do kropli”)