wtorek, 29 września 2015

Pewnej sierpniowej niedzieli

Niedziela, 16.08.2015 r., leniwe przedpołudnie w domu rodzinnym w Jeżowie Sudeckim. Wstałam po pierwszej chłodnej, rześkiej nocy tego upalnego lata. W oddali słyszę warkot samolotu. To pewnie lata ktoś z Aeroklubu Jeleniogórskiego. Jak znam życie, wkrótce pojawi się nad naszym domem. „Gdyby to był śp. Rysiek Szpieć, to pomachałby mi skrzydłami :-)” - pomyślałam, wspominając dobrego znajomego.

Przyjechałam do Jeżowa na 88 urodziny mojej mamy. Goście wyjechali wczoraj, a ja zostałam sama, zanurzając się w lekturze książki „Lotnictwo Kotliny Jeleniogórskiej” - autorstwa Tadeusza Kaczmarka i Stanisława Błasiaka. Po wnikliwym kartkowaniu (książka jest dosyć gruba - nie zdążę przed wyjazdem przeczytać całości), odkrywam, że książka ta z każdą stroną nabiera dla mnie szczególnego znaczenia.  Przede wszystkim, uświadamiam sobie, że są to moje ostatnie takie chwile w moim rodzinnym domu, który za jakiś czas będzie miał nowego właściciela. Całe moje dzieciństwo i wczesna młodość związane były z tym miejscem, z Sudetami, z Kotliną Jeleniogórską, a tym samym z jej lotniczą specyfiką i historią. Dane mi przecież było mieszkać w domu Edmunda Schneidera, który w roku 1928 założył we wsi Grunau (obecnie Jeżów Sudecki) fabrykę szybowców.
 
W fabryce tej, po wojnie, mój tato podjął pracę. Wpierw jako komendant ochrony, potem planista, następnie jako kierownik Zakładów Szybowcowych (w latach 1958-1963), a od roku 1974 jako kierownik nowopowstałego działu remontowego szybowców na tzw. Górze Szybowcowej. Tam czuł się najlepiej, pracując przy szybowcach aż do swojej emerytury (wczesne lata 80-te). Pamiętam, kiedy w 1983 roku na Górze Szybowcowej spłonął największy hangar ze znajdującymi się w nim  szybowcami, pomieszczenia warsztatowe i administracyjne oraz wieża widokowa, mój tato postanowił już nigdy tego miejsca nie oglądać. Udało mi się go jednak do tego przekonać, kiedy kilka lat później teren pogorzeliska uporządkowano i Góra Szybowcowa znowu zaczęła tętnić życiem.

Wracam do książki. Jej autorami są piloci Aeroklubu Jeleniogórskiego. Nie są historykami, ale pasjonatami lotnictwa i szybownictwa. Z treści książki wynika, że ich największym pragnieniem jest, aby bogata historia Jeżowa Sudeckiego i okolic, jako mekki polskiego szybownictwa, nie została zapomniana wraz z odejściem tych, którzy tę historię tworzyli.

Autorzy zadbali też o to, aby w książce znalazły się informacje historyczne na temat całego regionu i, te dla mnie najciekawsze, na temat Jeżowa Sudeckiego. Przeszłość i teraźniejszość przeplatała się w ich opowieściach o tym urokliwym zakątku Polski. „Kalendarz skrzydłami pisany” sięga aż roku 1785, kiedy to nad Jelenią Górą przeleciał pierwszy balon. Kończy się zaś na 31 grudnia 2014 r. Jedną trzecią tejże książki zajmują właśnie te dane historyczne, dotyczące historii lotnictwa, szybownictwa, spadochroniarstwa, modelarstwa - z czasów przedwojennych (niemieckich) i powojennych (polskich). Współcześnie dochodzi jeszcze historia lotniarstwa. Część ta jest bogato ilustrowana archiwalnymi zdjęciami z zasobów wymienianych w książce bohaterów - twórców historii lotnictwa jeleniogórskiego.

Jedno ze zdjęć na długo przykuwa moją uwagę. To zdjęcie mojego domu. Przypuszczam, że zrobione jest w latach przedwojennych. Dom został zbudowany w 1935 r. Nigdy nie widziałam swojego domu w takiej odsłonie. Nawet na bardzo starych zdjęciach rodzinnych otoczenie domu prezentuje się inaczej. Jest więcej drzew i krzewów, a górka jest porośnięta iglakami. Niesamowita pamiątka. Przy okazji dowiaduję się, że Góra Kwoka, na której stoi mój dom, nazywała się kiedyś Górą Kukułki. Obie nazwy uważam za trafione. Kukułka zawsze nam śpiewała, a raczej kukała, koło domu. A Kwoka, kiedy nie była jeszcze zarośnięta krzewami, wyglądała jak kokosz wysiadująca jaja.

Pozostałe 2/3 książki to noty biograficzne twórców lotnictwa i szybownictwa na terenie Kotliny Jeleniogórskiej w latach 1921-2014. Nie brakuje tu wielu niemieckich nazwisk, a pośród nich to kluczowe - Edmund Schnaider, to jemu zawdzięczała swoje istnienie Szkoła Szybowcowa i Zakłady Szybowcowe (powstały w 1928 r.). Wśród wielu, wielu nazwisk wymieniony jest też mój tato - Julian Mentel. (Przyznaję, z pisownią mojego rodowego nazwiska zawsze były problemy :-). W metryce mam Mętel…)

Interesujący jest klucz doboru nazwisk. Jak piszą autorzy: „w wyborze tym kierowaliśmy się słowami Stanisława Latwisa: Pilot, inżynier, tapicer, blacharz - w stolicy czy na cichym szybowisku jest lotnikiem; każdy, kto choć o milimetr pcha naprzód lotnictwo, jest lotnikiem. Wszystko jedno też, czy będziemy głośni, czy tylko codzienną mrówczą pracą pchamy lotnictwo naprzód.” Rozpoznaję znane mi nazwiska. Na załączonych zdjęciach rozpoznaję twarze.  Chciałoby się jeszcze więcej osób dopisać, których nazwisk tu nie ma, ale autorzy  wyjaśniają: Nie wszyscy byli zainteresowani byśmy o nich pisali. Mówimy więc tylko o tych, którzy byli nam znani, których życiorysy uzyskaliśmy od ich rodzin, przyjaciół lub z opracowań historycznych.

Chwila przerwy od lektury. Wyjęłam ze starej komody szufladę i ponownie przejrzałam, znajdujące się w niej czarno-białe fotografie. Szczególnie skupiłam się na tych, które związane były z pracą taty. Były to zdjęcia z zakładów, z tzw. szybowiska; zdjęcia kolegów taty; zdjęcia z różnych imprez ‘zakładowych’: potańcówki, ‘choinki zakładowe’, wycieczki. Fajne czasy… . Myślę, że wpływ na to wszystko miała specyfika tego miejsca. To nie była zwykła fabryka, to była praca połączona z pasją.

W moim domu też mam kilka pamiątek związanych z pracą taty w Zakładach Szybowcowych. Garść zdjęć, jakiś jubileuszowy dyplom uznania, kilka medali za zasługi. Jednak najważniejszą pamiątką jest drewniany model szybowca „Bocian”, własnoręcznie wykonany przez mojego tatę. Z tego, co wiem wykonał ich więcej - różne i w różnej skali.

Nastrojona wspomnieniowo powoli zbieram się do wyjazdu do Warszawy. Szkoda, że nie mogę zostać choć jeden dzień dłużej. Postanawiam sobie, że następnym razem odbędę małą podróż sentymentalną po okolicy. Spojrzę na Zakłady, pojadę na Górę Szybowcową, a w Szkole Szybowcowej zajrzę do Izby Lotniczej Pamięci. Może uda mi się kupić płytę z multimedialną prezentacją 100-letnich dziejów szybownictwa w Jeżowie Sudeckim. Tak zrobię. Na pewno…
Zbliża się już wieczór, a ja wciąż słyszę warkot  silnika samolotu, który od czasu do czasu przelatuje nad naszym domem. Tylko ten pilot skrzydłami nie macha :-(.

***
Opis archiwalnych zdjęć:
1. Przed budynkiem Zakładów Szybowcowych - mój tato pierwszy z lewej. 
2. Mój dom - już w latach 50-tych.
3. Zabudowania Góry Szybowcowej.
4. Kasyno Lotnicze w Jeżowie Sudeckim - tu odbywały się zakładowe zabawy, później mieściła się szkoła. 
5. Piknik na czubku Kwoki. Poniżej widać budynki Szkoły Szybowcowej. W oddali samotny kościólek i Pogórze Kaczawskie. 








wtorek, 22 września 2015

Kobieca Sobota

Zapraszam serdecznie na pierwsze w sezonie 2015/2016 spotkanie z cyklu “Kobieca Sobota”. 
Szczegóły spotkania na ulotce. 
Zaznaczę, że tym razem wyjątkowo sama sobie udzieliłam głosu Emotikon smile.
Wierzę, że tematy, które przygotowałam, na podstawie trudnych doświadczeń biblijnego Józefa, spodobają się Kobietom.
Mam też dodatkową informację, że przewiduję w tym roku zaprosić mówczynie, które będą po raz pierwszy gościć w Arce.
Już mam umówione cztery wyjątkowe kobiety. Więcej szczegółów teraz nie zdradzę, oprócz tego, że posłuchać je będzie można w grudniu, styczniu, lutym i kwietniu.
Gorąco zachęcam,











Noblista w każdej dziedzinie

Niedawno obiegła świat informacja o chorobie nowotworowej jednego z byłych prezydentów USA - Jimmy Cartera. W wystąpieniu telewizyjnym, Jimmy Carter, odwołując się do swojej wiary powiedział:  „Miałem wspaniałe życie. Jestem gotowy na wszystko i wychodzę naprzeciw nowej przygodzie. Wszystko jest w rękach Boga, którego wielbię”. Postawa prawdziwie godna nagrody Nobla w dziedzinie niezachwianej wiary - gdyby taka nagroda była przyznawana.
(Więcej KLIKNIJ)

Kiedy oglądałam, w naszych „Wiadomościach”, tę krótką relację z konferencji prasowej z Jimmy Carterem, przypomniałam sobie, że kilkanaście lat temu z podobnym przejęciem przyjęłam inną informację, dotyczącą tego prezydenta. Mianowicie brzmiała ona, że w  Oslo, w Norwegii, 11 października 2002 r. „Norweski Komitet Nagrody Nobla zdecydował o przyznaniu Pokojowej Nagrody Nobla na rok 2002 Jimmy Carterowi za dziesiątki lat jego wysiłków w poszukiwaniu pokojowych rozwiązań w konfliktach międzynarodowych, w popieraniu demokracji i praw człowieka oraz promowaniu ekonomicznego i socjalnego rozwoju społeczeństw.”

Potem przeczytałam, że inny były prezydent, Bill Clinton, powiedział: „Nie jestem w stanie pomyśleć o kimkolwiek innym, kto by bardziej zasługiwał na tę nagrodę, niż właśnie Jimmy Carter. On wciąż inspiruje ludzi - młodych i starych, wszędzie - przez swoje pełne wigoru poszukiwanie pokoju, sprawiedliwości i lepszej jakości życia dla wszystkich mieszkańców ziemi.”
I rzeczywiście, Jimmy Carter, pokonał 156 kandydatów (117 kandydatów indywidualnych i 39 grupowych).

W niewielkim artykuliku, który wtedy powstał, pisałam dalej:

Demokratyczny prezydent USA, w latach 1977 do 1981, otrzymał nagrodę za pełną wysiłku działalność (już jako ex-prezydent), przynoszącą pokój na ziemi ‘od Haiti aż po Północną Koreę’. Powołując do życia, w 1982 roku, „Carter Center” zaangażował się on całkowicie w charytatywną, niedochodową działalność. Każdego roku (od 1984), Carter kieruje jednostkami organizacji „Habitat for Humanity”, budującymi domy dla biednych rodzin na całym świecie. Działa też na wielu frontach walki w zwalczaniu tropikalnych chorób oraz pomagając we wzroście gospodarczym w krajach rozwijających się. „Carter Center” przedsięwzięło wiele działań  w celu zapobiegania i zahamowania wielu konfliktów w różnych krajach i na wielu kontynentach.

Odbierając nagrodę, Jimmy Carter powiedział, że zmotywuje go ona i popchnie do jeszcze większych działań na rzecz krzewienia pokoju i praw człowieka na całym świecie. Carter w szczególny sposób podziękował swojej żonie Rosalynn mówiąc, że była ona częścią tego wszystkiego, co udało mu się w życiu dokonać.

Jimmy Carter przyszedł na świat 1 października 1924 roku, w Georgii. Pochodził z biednej rodziny. Jego ojciec, rolnik, zajmował się uprawą orzeszków ziemnych. Matka pracowała jako pielęgniarka w lokalnym szpitalu. Jimmy, który uczył się dobrze, w 1946 roku ukończył Akademię Marynarki Wojennej, jako specjalista w dziedzinie broni nuklearnej. W tym samym roku ożenił się z Rosalynn.
Jimmy Carter wychował się w domu chrześcijan baptystów. W 1935 roku, jako jedenastolatek, po publicznym wyznaniu Jezusa swoim Zbawicielem, został ochrzczony. I od tego czasu wiernie uczestniczył w życiu Plains Baptist Church w Georgii. Jako dojrzały chrześcijanin był nauczycielem Słowa w Szkole Niedzielnej (dla dorosłych). Jego przyjaciółka, Clarence Dodson powiedziała o nim: „Jimmy jest wspaniałym studentem i nauczycielem Słowa.” Przez pewien okres swojego życia, Carter, był czynnie zaangażowany w działalność misyjną wśród ludności hiszpańskojęzycznej.

A jednak nie w tym kierunku poszła dalsza ‘kariera’ Cartera. Coraz bardziej skłaniał się on ku polityce. „Jimmy Carter - człowiek wiary i polityki.” Tak widzieli go autorzy książki pod tytułem „The miracle of Jimmy Carter” (Fenomen Jimmiego Cartera - przek. red.) W roku 1971 Carter został gubernatorem Georgii. Dobrym gubernatorem... Kiedyś powiedział swojej żonie: „Więcej czasu spędziłem na kolanach przed Bogiem, będąc gubernatorem Georgii, niż w całym moim dotychczasowym życiu...”

Potem przyszedł kolejny etap w jego życiu - ‘walka o stołek prezydencki’. Carter powiedział: „Nigdy nie modliłem się o to, by zostać prezydentem. Modliłem się natomiast, abym czynił to, co właściwe i aby Bóg był moim przewodnikiem w tym nowym doświadczeniu. I przez całą moją kampanię prezydencką nie miałem cienia wątpliwości, że to jest to, co Bóg chciałby, abym robił.”

Po zwycięstwie, w 1976 roku, jako 39 prezydent i jako nowonarodzony chrześcijanin, Carter powiedział Amerykanom: „Oto, przed wami człowiek, który wie, co to jest bieda. Wie, co to znaczy pracować własnymi rękami. Wie, co to znaczy upadać i przegrywać. Wie też, co to znaczy odnieść sukces w życiu osobistym, w biznesie i w polityce. A poza tym wszystkim, wie najlepiej, jak należy wykonywać to, czego się od niego oczekuje. [...]” Zacytował również fragment z Micheasza 6:8 „Oznajmiono ci człowiecze, co jest dobre i czego żąda Pan od ciebie: tylko, abyś wypełniał prawo, okazywał miłość bratnią i w pokorze obcował ze swoim Bogiem.” 

Jimmy Carter - mąż wiary. Pierwszy nominowany prezydent w historii Stanów Zjednoczonych, który otwarcie wyznał swoim wyborcom, że Jezus Chrystus zajmuje pierwsze miejsce w jego życiu. „Moja religia jest dla mnie czymś tak naturalnym, jak oddychanie” - powiedział.

Podstawowym źródłem wiary Cartera jest Biblia, którą czyta regularnie i dużo, w poszukiwaniu inspiracji i przewodnictwa. Carter jest ‘pożeraczem’ książek. Czyta do kilku książek tygodniowo. Wiele czasu spędza studiując dzieła wielkich teologów. Hasłem jego kampanii wyborczej był cytat z Reinholda Niebuhra: „Smutnym obowiązkiem polityki jest ustanowienie sprawiedliwości w tym grzesznym świecie.”

Udzielając wywiadu jednemu z dziennikarzy, odnośnie kampanii prezydenckiej,  Jimmy Carter powiedział: „ ...to, co głównie czułem, to swoją całkowitą zależność od Ducha Świętego...[...]”
Oto, jak później skomentował to ten dziennikarz: „Przeprowadzałem wywiady z prezydentami i kandydatami na prezydentów - ze zwycięzcami i przegranymi - od dni Franklina D. Roosevelta; przez okres trzydziestu sześciu lat, ale nigdy żaden z nich tak otwarcie i szczerze nie obnażał swoich najgłębszych duchowych doświadczeń. Nigdy wcześniej nie słyszałem prezydenta czy kandydata na ten urząd, mówiącego o działaniu Ducha Świętego w jego życiu...”

Wydaje się więc zupełnie jasne, że cud polityczny Jimmy Cartera nie polegał na łucie szczęścia. Jest tylko jedna odpowiedź na tak często stawiane pytanie: „Kim jest ten Jimmy Carter?” Odpowiedź brzmi: „Mąż z wiarą w Boga.”

***
Opracowane na podstawie materiałów z CNN i Reuters Foundation z dnia 11 października’02 i książki po tytułem „The miracle of Jimmy Carter” 1976r., autorstwa: Howarda Nortona (laureat nagrody Pulitzera) i Boba Slossera (dziennikarz z The New York Times); oraz CNN Politics z 20.08.2015: Jimmy Carter on cancer: Future in God's hands… .







czwartek, 17 września 2015

Z życia babci

Kiedy troszkę ponad rok temu (dokładnie 1 września 2014 r.) pojawił się w moim domu pewien malutki człowieczek, dopiero wtedy zaczęłam zadawać sobie pytanie - Czy podołam? Miał zaledwie 15 miesięcy. Niewiele mówił, a mimo to doskonale złapaliśmy nić porozumienia. Tego dnia zaczął chodzić…

Swoje pierwsze dni i tygodnie z Julkiem opisałam już w trzech wpisach na blogu. Oddzielnie prowadzę zeszycik, w którym zapisuję jego postępy w mowie. Jednak najlepszym zapisem minionego roku są zdjęcia - te namiętnie robi dziadek :-). One dowodzą, że my z wnuczkiem, a wnuczek z nami wcale się nie nudzimy. Twierdzę nawet, że Julek wygląda na bardzo zadowolonego z tego  układu. A jeszcze bardziej się cieszy, kiedy do naszego towarzystwa dołącza jego siostrzyczka Hania (obecnie 7-latka).

Przyznaję, codzienna opieka nad wnuczkiem, ma pewne znamiona rutyny i monotonii. Nie dzieje się przecież nic spektakularnego: posiłki, zabawa, spacerek, drzemka, tak jak zakładałam - pojawiła się ulubiona zabawka, książeczka, bajka, ulubiony rytuał - parzenie porannej kawy z dziadkiem… . Rzadko pozwalam sobie na jakąś eskapadę do Warszawy (tylko, kiedy jest to konieczne), bo dla małego dziecka jest to męczące. Ale, czy się nudzę? Absolutnie nie! Okazuje się, że codzienne obserwowanie rozwoju - teraz już dwulatka - jest niesamowicie pasjonujące. A ponieważ przy okazji jest to własny wnuczek - daje to wiele radości, satysfakcji i napawa dumą.

Kiedy przeglądam swoje zapiski w zeszycie, czytam:
- 1.09.-7.09.2014 - słyszymy niewyraźne „baba” i „dziadzia”;
- styczeń 2015 - mówi wyraźnie, zwracając się do konkretnej osoby: bardzo głośno „baba” i z pewną dozą nieśmiałości „dziadzia”;
- lipiec 2015 - po jednym popołudniu spędzonym u nas razem z siostrą, następnego dnia Julcio zwrócił się do nas po prostu: „babciu”, „dziadku”. I tak już pozostało.
W ogóle, w lipcu rozgadał się na dobre :-).

Ci, którzy czytali moje wcześniejsze posty, zapewne są ciekawi, jak postępuje relacja Julek - kot. Jest dobrze, a nawet coraz lepiej. Kot zaakceptował obecność żywiołowego człowieczka w naszym domu. I nie wygląda to na zwykłe poddanie się. Coraz częściej mam wrażenie, że Julek stał się dla niego częścią rodzinnego stada :-). Zresztą, Julek przestał się Juniorem zbytnio interesować. Junior rzadziej znika w szafie, teraz bardziej w poszukiwaniu chłodu niż schronienia. Częściej leży sobie bezstresowo, drzemiąc na kanapie i tylko czasem leniwie otworzy oczy, aby ocenić sytuację: „A, to znowu ten mały…”. Co ciekawsze, nauczył się otwierać szafę wnękową od wewnątrz i kiedy słyszy, że Julcio wybiera się na poobiednią drzemkę, wychodzi z niej i wskakuje na łóżko. Jedyne, co się nie zmieniło, to walka o babcine kolana. Ostatnio Julek, który coraz lepiej wyraża swoje zdanie, zepchnął bezpardonowo z moich kolan kota i gramoląc się na nie, zakomunikował: „Teraz Jucio!”.

W ogóle to, prowadzimy ze sobą fajne rozmowy. Oto jedna z nich:
- Julciu, zaraz pójdziemy na spacerek.
- Alelek? Dobla!!!
Po przygotowaniu mini-pikniku i kilku zabawek mówię:
- To już idziemy na 'alelek'.
- Alelek? A cio to jeśt, babcio?
- Spacerek.
- Aaaa... Alelek! Dobla!!!
I poszliśmy :-).
I tak okazało się, że teoria, iż małe dzieci nie słyszą tego, co mówią, tylko słyszą to, co chcą powiedzieć (czyli powtarzać po nas), jest słuszna.

Oj, jest wesoło…

Oczywiście, muszę się uczciwie przyznać, że moje życie zostało całkowicie podporządkowane opiece nad wnuczkiem. Wykradziony czas podczas drzemki pozwala na chwilę zajrzeć na FB, napisać jakiegoś maila, wykonać jakiś telefon. Wszystko inne odkładam na wieczór, potem z wieczora na jutro, potem na weekend… Czasem przekładam coś z tygodnia na tydzień. Powód banalny - zmęczenie. Naprawdę, ten rok nauczył mnie dzielenia spraw na pilne i ważne, bo inaczej nie da się ogarnąć wszystkiego. Dzięki temu dyscyplinuję się i potrafię wypełnić wszystkie te obowiązki, na których zaniedbanie nie mogę sobie pozwolić.  Są też sprawy, z których w oczywisty sposób musiałam zrezygnować, działania, które musiałam zawiesić. Nawet prowadzenie bloga wyraźnie straciło na dynamice. Ileż można pisać o wnuczku i kocie? A innych bodźców, z obiektywnych powodów, brakuje.

Przede mną na pewno jeszcze jeden taki rok. Już nie boję się czy podołam. Cieszę się, że mogę być w pełni babcią dla moich wnuków. Sama takiej babci nie miałam, a mój syn też takiej babcinej opieki nie miał. Ja, z założenia, postanowiłam, że ze mną będzie inaczej. I cieszę się, że razem z moim mężem możemy być najlepszymi na świecie dziadkami dla naszych wnuków. A kiedy one wyrosną i już mniej będą potrzebować swoich dziadków, a bardziej rówieśników, wtedy spokojnie powrócę do swoich pasji i aktywności, odłożonych na tę chwilę w niebyt.

Dzisiaj tęsknie wyglądam mojego wnuczka, który chorował przez ostatnie dni i spędzał je ze swoją mamą. Pewnie ta tęsknota zmotywowała mnie do pisania. Jutro wnusio znowu będzie ze mną. A przed chwilą słyszałam jego radosny głosik, mówiący, że Jucio chce do babci. Czy to nie jest piękne?

Wcześniejsze posty:









środa, 2 września 2015

Kącik dobrej książki

Dokładnie 11 sierpnia Jagoda Markiewicz nagrała ze mną wakacyjną audycję do „Akademii Pięknego Życia”, będącą zachętą do wykorzystywania wolnego czasu letniego na czytanie książek. Przyznałam się Jagodzie szczerze, że tego lata wyjątkowo brakowało mi czasu na czytanie i ratowałam się, jak to nazwałam „chwilówkami”, czyli literaturą z krótkimi tekstami. Przeważnie jakieś rozważania, chrześcijańskie czasopisma, z których mogłam wybrać pojedyncze artykuły, poezja, czy naprawdę cieniutkie książki (np. 35 stron). W pewnych sytuacjach, będąc dobrej myśli, zabrałam ze sobą kilka książek, ale nie dane mi było z nich przeczytać ani rozdziału. Powody były różne - napięty czas (w tym roku nie miałam wolnych dni), upały i zmęczenie. Jednak, podczas nagrania audycji, obiecałam Jagodzie, że w pierwszej kolejności przeczytam dwie książki Lidii Czyż: Mocniejsza niż śmierć i Narodziny perły. Udało się!!!

„Mocniejsza niż śmierć”, Lidia Czyż, Wydawnictwo WARTO, Dzięgielów 2013 r.

„Dla Wali z błogosławieństwem. Lidia Czyż” (4 lipca 2015 r., Wisła, Śniadanie Kobiet)

Rzadko czyta się książki, w których osobą cierpiącą, poszkodowaną przez przysłowiowy los, zrozpaczoną po doznanej stracie, nie potrafiącą poradzić sobie z bólem dzieciństwa, z bólem straty i z wieloma innymi bolesnymi doświadczeniami jest mężczyzna. W literaturze, tej pieknej i mniej pięknej, to przeważnie kobieta jest tą bohaterką, która cierpi. A jednak - samo życie nie poddaje się stereotypom. Życie po prostu bywa trudne bez względu na osobę, jej płeć czy wiek. 

„Mocniejsza niż śmierć” to prawdziwa historia życia młodego mężczyzny. Historia jego trudnego dzieciństwa, pełnego przemocy i bólu. Historia jego pięknej, romantycznej i tragicznej miłości. I wreszcie historia poszukiwania w tym wszystkim sensu i celu życia. Z jakim rezultatem? Odpowiedzi proszę szukać w książce.  

Dodam, że całość historii opowiedziana jest pięknym językiem. Autorka potrafiła umiejętnie i z ogromnym taktem wykorzystać zebrany materiał. Garść listów i może kilka rozmów z ich nadawcą - wydawać by się mogło tak niewiele. A jednak - tak wiele, że książce trzeba poświęcić kilka godzin. I ostrzegam, nie daje się jej czytać z przerwami.

„Narodziny Perły”, Lidia Czyż, Wydawnictwo WARTO, Dzięgielów 2015 r.

„Dla Wali, uwierz, że jesteś Perłą. Lidia Czyż” (4 lipca 2015 r., Wisła, Śniadanie Kobiet)

To kolejna książka, od której nie mogłam się wprost oderwać. Pomyśleć, całe lato nie miałam czasu na czytanie, a tu dwie książki pochłonęłam w ciągu dwóch dni.

„Narodziny Perły” to prawdziwa historia kobiety, której życie z mężem alkoholikiem było piekłem na ziemi. Historia jakich wiele. Przynajmniej ja wiele takich historii i bohaterek tych historii znam.
Patrząc wstecz, to poczynając od 1989 roku dane mi jest aktywnie uczestniczyć w życiu kobiet, na których sercach i twarzach odcisnęło się piętno alkoholizmu współmałżonka. Widziałam jak rozpadały się ich małżeństwa, jak cierpiały dzieci, jak one same traciły chęci do życia. A jednak… dane mi też było oglądać, jak z Bożą pomocą rozkwitały, ich dzieci odzyskiwały poczucie wartości i sensu życia, a ojcowie oddawali swoje życie Bogu, porzucając zgubny nałóg. To były najpiękniejsze momenty naszej (mojej i mojego męża) służby duszpasterskiej.
Niestety, zdarzały się też sytuacje bez happy endu. Jak w prezentowanej książce. Jest to jednak nie do końca słuszna ocena - w sytuacjach mi znanych i w książce (która przecież jest historią prawdziwą) spotykamy nie tylko przegranych, ale też prawdziwych zwycięzców. Nasza bohaterka jest taką zwyciężczynią, a jej zwycięstwo rodziło się w cierpieniu, bólu i łzach. Nic dziwnego, że została porównana do perły.  Ponieważ perła powstaje za cenę cierpienia…

Wierzę słowom zawartym w dedykacji Lidii. Jestem Perłą. Każda z kobiet może nią być. Każde doznane cierpienie i ból zadany przez drugiego człowieka, każde trudne i traumatyczne doświadczenie kształtuje nas. Nauczyłam się tego na własnej skórze. Bolało... . I tu zacytuję myśl bohaterki książki: „Jednak dziś już nie mam wątpliwości, że to, co zrobimy ze swoim bólem, zależy od nas. Ja mój oddałam Bogu, a On pozwolił, by narodziła się … nowa perła”.

***

Więcej o perłach:
"Jak być kobietą perłą?" - KLIKNIJ
"Cenniejsze niż perły" - KLIKNIJ