wtorek, 17 listopada 2020

Kącik dobrej książki

 Dziś króciutko, ale tym sposobem z mojego stosu książek znikną kolejne dwie.

W zasadzie trudno je nazwać typowymi książkami. Jedna z nich zawiera cały Nowy Testament wydany przez Ewangeliczny Instytut Biblijny. (Właściwy tytuł tego tłumaczenia to „Nowe Przymierze”.) Druga pozycja zawiera jedynie Ewangelię św. Jana, w tymże samym tłumaczeniu.

I nie byłoby w tym niczego wyjątkowego - bo przecież cała Biblia, Nowy Testament czy pojedyncze Ewangelie dostępne są na polskim rynku w różnych tłumaczeniach - gdyby nie dodatkowe treści zawarte w obydwu książkach.

Dodam jeszcze, że szata graficzna, rodzaj papieru nie są bez znaczenia. Swoją prostotą i innością przyciągają uwagę i mogą być fajnym i wartościowym prezentem. I myślę, że fakt, iż powstały na gruncie jednego z ewangelicznych kościołów (Społeczność Chrześcijańska Południe w Warszawie), nie umniejsza ich uniwersalności. Dla kogoś, kto szuka Boga i chce Go zobaczyć w działaniu DZIŚ - jest źródłem takich świadectw.   

Dziennik, Przytoczę słowa autorki i wydawcy projektu, Oli Tubielewicz:

Trzymasz w ręku Dziennik Nowego Testamentu - połączenie zeszytowej formy dziennika z przekładem Nowego Przymierza. Zachęcam Cię do czytania i pisania w każdej jego części, zadawania pytań i szukania odpowiedzi. W dzienniku znajdziesz 10 osobistych historii, świadectw osób w różnym wieku, mających różne doświadczenia, zainteresowania i styl życia. Łączy ich chęć pokazania Ci, kim On dla nich jest - On, czyli Bóg.

Dodam, że poza wolnymi stronami na zapiski i notatki, jest miejsce na zapisywanie swoich modlitw (w dwóch kolumnach, więc można dopisać Boże na nie odpowiedzi). Zaletą też są bardzo szerokie marginesy, które, przy lekturze Nowego Testamentu, mogą służyć na zapisywanie własnych uwag, myśli, pytań.

Dodam, że tłumaczenie Nowego Przymierza (wydanie trzecie, poprawione) jest tłumaczeniem współczesnym, łatwym do zrozumienia dla czytelnika, który pierwszy raz obcuje z biblijnym przesłaniem. Bardzo gorąco polecam.  

Ze względu na Niego i Ciebie, jest to pozycja, która ściśle związana jest ze Społecznością Chrześcijańską Południe. Powstała na okoliczność 10 lat istnienia tego kościoła. Co dla mnie, z pozycji osoby, która związana jest z innym kościołem, nie stanowi żadnej przeszkody, aby docenić jej wyjątkową wartość. Myślę nawet, że jest wspaniałym narzędziem, aby zaproponować ją komuś, kto szuka Boga i swojego miejsca na ziemi.

Dla mnie ma dodatkową wartość, ponieważ znam pastora Marka Sobotkę i jego żonę Anię. Znam też niektóre osoby, których historie znalazły się w tej książce.

Książka ta zawiera inspirujące rozmowy z ludźmi, którzy przeszli w swoim życiu przez różne trudne doświadczenia i kryzysy, i w tych momentach mocno poszukiwali Boga i doświadczali Jego obecności. Są też w niej zebrane świadectwa osób, które chciały opowiedzieć historię swojej drogi do Boga i nawrócenia. Bardzo szczegółowo przedstawiona jest sama Społeczność, z jej credo oraz prezentacją życia kościoła. Różne działania, agendy, propozycje spotkań brzmią bardzo interesująco. Zachęcają, aby przyjść, zobaczyć i zostać...

Miałam ogromną przyjemność z czytania, a nawet trzymania tej książki w ręku. Szata graficzna - super. 

Polecam. W sprawie książek kontaktować się ze Społecznością Chrześcijańską Południe w Warszawie. 




poniedziałek, 16 listopada 2020

Kącik dobrej książki

Na moim biurku uzbierał się stosik książek, a właściwie to dwa.

Leżą ułożone po jego prawej stronie. Kiedy pracuję przy komputerze, trącam je krawędzią dłoni, trzymającej myszkę. Leżą tu od dawna, bo wciąż łudzę się nadzieją, że kiedyś napiszę o nich kilka słów w moim kąciku dobrej książki. Czyżby wreszcie nadszedł ten czas?

Na dobry początek spróbuję zaprezentować dwie z ponad kilkunastu.

Szczęściarz urodzony w PRL-u, Józef Stępień i przyjaciele, Wydawca: Spółdzielnia Socjalna „Dorkas”, Kłodzko 2015 r.

Książka jest zbiorem, krótszych lub dłuższych, świadectw historii życia i osobistego spotkania z Bogiem 131 kobiet i mężczyzn. Ostatnia historia jest dłuższa. I jest historią pomysłodawcy tego zbioru - Józefa Stępnia.

Wszystkie zebrane życiorysy osadzone są w czasach peerelowskich. Dla czytelnika, któremu nie jest obca tamta epoka, książka pozwala przeżyć powrót do przeszłości. Mniej lub bardziej sentymentalną podróż w czasie. Czasem boleśnie obnażającą realia tamtej epoki. Realia systemowe, światopoglądowe, ekonomiczne i moralno-etyczne (chociażby wszechobecny alkoholizm, łapówkarstwo, kolesiostwo, kombinowanie i krętactwo).

Takie to były czasy. Ale to nie one są w tych opisach najważniejsze. Najważniejszy jest fakt, że niezależnie od epoki, układu politycznego czy rozwoju gospodarczego, głód człowieka za Bogiem zawsze pozostaje ten sam. Może nie zawsze daje się on rozpoznać, ale pewnym jest, że w życiu każdego człowieka pojawia się swego rodzaju pustka, którą po omacku stara się czymś wypełnić. Pogonią za bogactwem, uzależnieniem, rozwiązłością czy też czymś dobrym i pożytecznym. Z czasem jednak widzi, że żadna z tych rzeczy nie działa. Szczęściarzem jest ten, któremu ktoś wskaże na Boga. Francuski fizyk i filozof Blaise Pascal powiedział: „W sercu każdego człowieka jest pustka o kształcie Boga, którą tylko Bóg, poprzez Swojego Syna Jezusa Chrystusa, może wypełnić”.

Bohaterowie tej książki właśnie o tym opowiadają. Tym się dzielą. Piszą o tym, jak jedna niewielka książeczka - kieszonkowe wydanie Nowego Testamentu, wydane przez Stowarzyszenie Gedeonitów, zrewolucjonizowało ich życie. Znam kilkanaścioro z nich osobiście i jestem im wdzięczna za otwartość i odwagę podzielenia się swoją historią życia i nawrócenia, której wcześniej nie znałam. Poznałam za to obecne ich życie, które oddane jest Bogu i służbie na rzecz rozwoju Jego Królestwa. Dziękuję za nich Bogu.

Wiem, że powstały kolejne tomy o szczęściarzach urodzonych w PRL-u. Ja jestem w posiadaniu tylko tych dwóch - opisanego powyżej i poniżej.

Szczęściarz  urodzony w PRL-u, Józef Stępień, autobiografia, Instytut Wydawniczy „Compassion”, Szczecin 2018r.

I znowu podróżujemy w czasie. W przeszłość oczywiście. Te podróże w przyszłość (np. w formie proroctwa) to nie moja bajka. Chyba że dotyczy to wizji rzeczy przyszłych, opisanych w Biblii.  

Autor wspomina, że napisał tę książkę z myślą o swoich wnukach i dla nich. Rozumiem tę ideę. Sama napisałam im podobną książkę. Byłam oczywiście mniej twórcza i samodzielna, ponieważ posługiwałam się gotowym szablonem, który pieczołowicie wypełniałam treścią i zdjęciami. Przy okazji polecam tę formę - książka do wypełnienia „Opowiedz mi babciu” (lub dziadku) do kupienia w Internecie.

Józef Stępień starszy jest ode mnie o osiem lat. Dzięki temu poznaję kawałek historii tej dla mnie znanej. Plus ten, do którego moja wsteczna pamięć nie sięga.

Książka opisuje nie tylko jego życie związane z peerelowską codziennością, nauką, pracą zawodową, sukcesami i porażkami, życiowymi wyzwaniami. Takich opowieści można usłyszeć wiele od naszych rodziców czy dziadków. Ale w życiu trzydziestoletniego Józefa dokonuje się przełom duchowy zwany nawróceniem lub nowo narodzeniem. I tutaj historia jego życia przechodzi do innego wymiaru. Pełniejszego wymiaru. Co wpływa na to, że jego życie wchodzi na inne tory. Autor prowadzi nas tą ścieżką od lat osiemdziesiątych  minionego stulecia po rok 2004. Ten okres jego życia jest okresem pozytywnego jego wpływu na życie wielu innych ludzi, z którymi połączyły go losy. Zachęcam do poznania tej ciekawej autobiografii.

Jestem szczególnie wdzięczna autorowi za ten piękny opis naszego dzieciństwa:

(...) Jedliśmy chleb namoczony w wodzie i posypany cukrem, oranżadę do rozpuszczania oczywiście bez rozpuszczania, kredę, mlecz, strączkowy groch, gotowany bób, smażone kanie i pieczarki z łąki, na której wypasano konie (lub krowy :-), podpłomyki, kartofle z parnika, surowe jajka, owoce głogu (ja do dzisiaj jem :-), szczaw rosnący przy polnych drogach czy też kwaśne owoce tarniny. Piliśmy wodę ze strumyka, ciepłe mleko prosto od krowy, kranówkę (pierwsza rzecz po obiedzie :-). (...)  

***

Polecam obydwie książki. Zarówno ze względu na ich wartość historyczną oraz na wartość duchową. Opisanej historii życia dotkniętego i przemienionego Bożą miłością.



 

piątek, 30 października 2020

Miało być dobrze, a wyszło „jak zwykle”...


Momenty potrząśnięcia

Bywają w życiu takie „momenty potrząśnięcia”, w życiu osobistym lub w życiu społecznym czy narodowym, po których postanawiamy, że będziemy żyli inaczej, myśleli inaczej, zachowywali się inaczej.

Wstrząs po okrucieństwach drugiej wojny światowej wzbudził w ludziach nadzieje, że nic takiego więcej się nie powtórzy, a ludzie nauczą się szanować pokój i żyć w pokoju. Jednak analiza ostatnich 75 lat rozwiewa te złudne nadzieje i obnaża bolesną rzeczywistość. Cały świat jest uwikłany w rozmaite konflikty, choć nie zawsze są to konflikty zbrojne.

Ktoś może powiedzieć, że nie odpowiadamy za wszystko, co się dzieje na świecie. Może tak a może nie - to zależy od wielu czynników. Nie będę się jednak na nich skupiać. Mnie bardziej interesuje nasze polskie podwórko. A może inaczej - polski front.

Punkty zwrotne

Przypomnę tylko kilka wydarzeń, sytuacji, które miały stać się dla Polaków punktem zwrotnym. Po nich miało być tylko lepiej.

Pierwsze wydarzenie to śmierć „polskiego papieża”, Jana Pawła II. Czy pamiętacie kwiecień 2005 roku i chociażby deklaracje „kiboli”, że zaprzestaną bójek, aktów wandalizmu i szerzenia nienawiści? Miało być tak dobrze, a wyszło jak zwykle.

Drugie wydarzenie to tragedia smoleńska. Jak długo trwała żałoba w Polsce? Taka prawdziwa, z głębi serca? Chyba jeszcze nie pochowano wszystkich ofiar a już padały słowa pełne oskarżeń i nienawiści, które do dziś nie ustały. Miało być tak dobrze, a wyszło jak zwykle.

Trzecie wydarzenie pochodzi z rodzinnego podwórka. Śmierć mojego teścia miała być lekarstwem uzdrawiającym dosyć skonfliktowane relacje rodzinne. Już, już zaczynaliśmy się porozumiewać, spędzać razem czas, zbliżać się do siebie. Niestety, to szczęście rodzinne, wymieszane ze łzami i smutkiem po utracie ojca, nie potrwało zbyt długo. Jest nawet gorzej.

Miało być tak dobrze, a wyszło jak zwykle. Piszę o tym, ponieważ z obserwacji wiem, że konflikty rodzinne są częścią składową ich funkcjonowania. (Jeszcze nie poznałam idealnej rodziny.) Więc, nie mam co „ściemniać”, że u Jaroszów jest inaczej.

Zapewne mogłabym przytoczyć jeszcze wiele okoliczności, po których zamierzaliśmy zapisywać nową, białą kartę naszego życia i budować lepszą rzeczywistość. Myślę jednak, że te trzy przykłady wystarczą, aby czytelnik zrozumiał, o co mi chodzi.

Więcej na dzieli niż łączy

Bardzo boleję nad tym, że nas wszystkich więcej dzieli niż łączy. Najwyraźniej widać to na Facebooku. Przyznaję, że mam coraz mniejszą przyjemność obcowania z nim. Czy raczej treściami, którymi jest przepełniony. Męczą mnie agresywne dyskusje, walka na argumenty, hejty przekraczające wszelkie granice przyzwoitości, totalny brak szacunku do drugiego człowieka. Z zasady nie podejmuję drażliwych i jałowych dyskusji; nie komentuję treści, z którymi się nie zgadzam. Podjęłam decyzję, że niektóre osoby przestaję obserwować, niektóre usuwam z grona znajomych. (Coraz bardziej zaczynam doceniać jakość, nie ilość.)

Pandemiczny epizod

I pomyśleć, że jeszcze kilka miesięcy temu mieliśmy kolejną szansę spróbować, by mogło być lepiej. Pojawiła się pandemia i pierwsze tygodnie przymusowego zamknięcia w naszych domach zaowocowały czymś bardzo pozytywnym. Przynajmniej wśród wielu moich znajomych. Stali się bardziej refleksyjni, otwarci, twórczy. Trudno pominąć fakt, że nasze kościoły i wspólnoty religijne musiały zawiesić swoją normalną działalność i przejść na online. Jeszcze nigdy nie było tyle Słowa Bożego, głoszonego przez FB. Ale dla mnie nie to było najważniejsze, ponieważ wynikało to bardziej z konieczności. Dla mnie były ważne wszystkie przejawy aktów dobrej woli, polegające na tym, aby swoją historią, piosenką, podpowiedzianym dobrym filmem, scenką, krotką refleksją umilić czas izolacji, dać pocieszenie i tchnąć nadzieją. Na krótki czas ustały czcze dyskusje, słowne przepychanki i wojenki światopoglądowe i polityczne. Zbyt krótko, niestety, zbyt krótko. Miało być dobrze, a wyszło jak zwykle.

Nagle, w naszej epidemicznej rzeczywistości, pojawili się antycovidowcy, antyszczepionkowcy oraz wyznawcy wszelakich teorii spiskowych. Głupota ludzka wymieszała się z pychą. Boleję, kiedy widzę prześmiewcze, pełne jadu i szyderstwa posty na temat wszystkiego, co ma związek z tą epidemią. Są to posty pozbawione empatii, wrażliwości, a nawet przyzwoitości. I to mnie najbardziej dziwi, że zamieszczają je osoby, po których spodziewałabym się większej klasy. Po raz kolejny podejmuję decyzję o zredukowaniu listy swoich znajomych. Nie chcę dłużej karmić swojego umysłu treściami postów, które publikują. Nie dyskutuję z nikim, bo nie widzę w tym sensu.

Zasiewać dobro i pokój

Ktoś mógłby powiedzieć: Skoro cię to wszystko tak strasznie irytuje, to wypisz się z FB. Przyznaję, chodziło mi to po głowie. Jednak dla mnie FB to również miejsce pracy. Administruję kilka ważnych stron i wartościowych grup (co pozwala mi swobodnie usuwać nieodpowiednie posty i blokować tych niedyscyplinowanych :- ). A jeśli chodzi o moje prywatne konto, to już dawno podjęłam decyzję, że skoro już jestem na FB, to chcę wykorzystać swoją obecność po to, aby zasiewać dobro i pokój. Dawać ludziom radość. Być światłem. Może nie zawsze mi to wychodzi, ale na pewno jest lepiej niż ‘jak zwykle’.

Nawet mój mąż to docenił, wpisując na moim profilu taki tekst: Dziś wpadł mi w oko cytat z Adama Mickiewicza: "Chcesz cało przejść pomiędzy światowym rozruchem? Bądź dla zwierząt człowiekiem, a dla ludzi duchem." Od razu pomyślałem o Wali. Kocha zwierzęta a dla ludzi też jest dobrym duchem. Z podziwem patrzę na nią, jak nie traci z oczu "kompasu" w dzisiejszym świecie pełnym protestów, walki, nienawiści i tym podobnych rozruchów... Dziękuję, Pawełku.

Boleję i marzę

Bardzo boleję nad tym, że od dłuższego czasu jesteśmy tak strasznie spolaryzowani. Zrozumiałe są dla mnie różnice poglądów i światopoglądów. Moim FB znajomym dość po słowie, by mogli odkryć, że w kilku istotnych aspektach życiowych mam poglądy całkowicie odmienne od wielu z nich. Jestem transparentna w ich artykułowaniu, ograniczając się tylko do mojego profilu. Nikomu niczego nie narzucając. Jestem też osobą na tyle integralną, aby nie zmieniać swoich poglądów wraz z upływem czasu i zmieniającymi się trendami. Dla mnie, w kwestiach światopoglądowych, zawsze fundamentalna będzie jedna z reformacyjnych zasad - Sola Scriptura / tylko Pismo. (Zaznaczam, że pozostałe zasady są dla mnie jednakowo ważne.)

W tej polaryzacji najbardziej poraża mnie fakt, że odkrywam na nowo moich znajomych. Poznaję ich prawdziwe oblicze i nie zawsze jest ono szlachetne. Posty, które wstawiają, język, którym się posługują, poglądy jakie głoszą... Czasem ze zdumienia przecieram oczy. No cóż, nic tak nas nie obnaży, jak forma naszej aktywności na FB. I pomyśleć, miało być tak dobrze... Wspaniały portal społecznościowy. Odgrzebujemy stare przyjaźnie, zawiązujemy nowe, powiększamy grono znajomymi. Stajemy się wielką facebookową rodziną, która wydaje się nie mieć żadnych granic. Językowych, narodowych, społecznych, wiekowych. A jednak ma granice i to duże. Polityczne, moralne i światopoglądowe. Kiedy dochodzą do głosu, to to co miało wyjść nam na lepsze - wychodzi „jak zwykle”.

Wciąż jednak drzemie we mnie marzenie, aby choć raz, przez dłuższą chwilę mogło być między nami lepiej. 





piątek, 18 września 2020

Kącik dobrej książki

 Pomiędzy przedstawionymi poniżej historiami misyjnymi nie ma ścisłego związku. Lubię grupować propozycje tematycznie, ale wygląda na to, że skończyły mi się już takie możliwości. A jednak, jest jedna wspólna charakterystyka - polem działania misyjnego bohaterów tych książek jest Azja. Chociaż rozpiętość geograficzna ich działań jest tak ogromna, jak odległość pomiędzy Indiami a Japonią. Nie brakuje w nich również wątków europejskich i amerykańskich.

Johanna Lorch, Matka trędowatych - z życia Mary Reed, Wydawnictwo „Pielgrzym Polski”, Warszawa 1975

Przyniosła nam niebiańskie lekarstwo...

Boży głos powołania dotarł do Mary Reed w chwili radosnej, twórczej pracy. Od dziesięciu lat była nauczycielką (stan Ohio w Ameryce), a tu nagle dociera do niej wezwanie z dalekich Indii. Kolejne lata spędza na misji, ucząc w szkole dla dziewcząt, a następnie poświęcając się całkowicie pracy socjalnej, wśród najuboższych tej ziemi.

Pogarszający się stan zdrowia zmusza ją do powrotu do kraju, tylko po to, aby tam usłyszeć okrutną diagnozę - trąd! Ma zaledwie 36 lat.

Rozsądny lekarz daje jej wybór - izolacja w odosobnionym sanatorium lub powrót do Indii i pielęgnowanie chorych na trąd, dokąd sił starczy. Decyzja mogła być tylko jedna...

Matka trędowatych, bo tak nazywano Mary Reed, służyła samotnie wśród innych cierpiących przez 46 lat. (Żyła w latach 1854-1943.)

Jestem zadziwiona, że nie znalazłam w polskiej bibliografii nic więcej na temat tej wyjątkowej kobiety, poza niewielką broszurą, mieszczącą się na rozłożonej dłoni. To smutne, ale jeszcze nic straconego - jest kilka książek, opisujących jej służbę, które można przetłumaczyć.


Gotthold Beck, Gdy wcześnie nadchodzi śmierć - przeżycia 20-letniej dziewczyny, Christliche Verlagsgesellschaft, Dillenburg 1989

Gotthold Beck przez dziesięciolecia służył jako misjonarz w Japonii. W swojej książce nie opowiada jednak o tej służbie. Poświęcona jest ona jego przedwcześnie zmarłej córce, której życie, a następnie śmierć stała się inspiracją dla wielu. A pytanie o sens życia zakończonego w wieku 20 lat, dla wielu innych znalazło swoją odpowiedź w Jezusie Chrystusie.

Linda, jako młoda osoba, wcześnie zrozumiała powód, dla którego jej rodzice są w Japonii. Wiedziała, że Japonia nie potrzebuje innej kultury, innej mentalności albo innej religii. Japonia potrzebuje Jezusa, gdyż postęp, technika i bogactwo nie dają Japończykom pełnego zadowolenia. Linda miała wielkie serce dla dzieci i im poświęcała najwięcej czasu. Japonię pokochała całym sercem. Wróciła do ojczyzny (Niemcy), aby uczyć się w szkole pielęgniarskiej, żyjąc nadzieją rychłego powrotu do Japonii. Niestety, tak się nie stało. Jej młode życie pokonała choroba nowotworowa. Świadectwo jej życia w okresie choroby stało się wspaniałym narzędziem dotykającym ludzkich serc. Pośród tych, którzy ją otaczali. Wieść o jej chorobie i postawie dotarła również do Japonii, zdobywając wiele dusz dla Chrystusa.

Na mnie wrażenie zrobił opis jej Biblii - Była dosłownie „przeorana”. Na marginesach były zapisane liczne uwagi i wiele wierszy było podkreślonych. Ona po prostu żyła Biblią. Może warto przyjrzeć się naszym Bibliom?

Druga część książki zawiera rozważania i notatki Lindy.

Trzecia część jest traktatem teologiczno-ewangelizacyjnym autora. Jego przydatność pozostawiam ocenie czytelnika.


K. P. Yohannan, Rewolucja misyjna, Wydawnictwo Pojednanie, Lublin 2009

Modlitwa matki: Boże, żeby jeden z moich chłopców został misjonarzem! została wysłuchana.

Autor książki został misjonarzem i jednocześnie założycielem misji Gospel for Asia (Ewangelia dla Azji). To jeden z największych ruchów misyjnych na świecie. GFA działa natomiast w całych Indiach w dziedzinie ewangelizacji i zakładania zborów.

Yohannanowi zawsze przyświecała myśl, aby pozyskiwać dla Jezusa biednych (wtedy dotkniemy masy ludzkie - pisał z przekonaniem). Przyjaciele nazywali go żartobliwie „Gandhi”, ponieważ utrzymywał, że jeżeli ludzie z wiosek Indii mają kiedykolwiek poznać miłość Jezusa, będzie ona musiała być im przyniesiona przez ich rodaków o brązowej skórze. To zrozumienie utwierdził w nim John Haggai, założyciel Haggai Institute. Zadaniem instytutu było szkolenie krajowych ewangelistów do dzieła głoszenia ewangelii, bez polegania na misjonarzach zagranicznych. Z autopsji wiem, na czym to polega, ponieważ sama uczestniczyłam w takim szkoleniu w 2004 roku.  

I rzeczywiście, K. P. Yohannana cechuje duży sceptycyzm i krytycyzm skierowany na zachodnie chrześcijaństwo i misję w wydaniu zachodnim. Czytając tę książkę, czułam się czasem, jakby ktoś wylewał na mnie kubeł zimnej wody. Nie zaprzeczę jednak, że wielokrotnie zgadzałam się z autorem. Znalazłam też wiele przyczynków do zweryfikowania swojej służby. Na przykład w temacie Dobre czyny a Ewangelia (chodzi o działania społeczne i charytatywne).

Książka warta przeczytania i niewątpliwie w wielu aspektach rewolucyjna.

***

Żyjemy w czasach, kiedy zamykają się księgarnie, biblioteki nie chcą przyjmować książek, a z samych książek robi się wycinanki - nie powiem, są to małe dzieła sztuki. Przykre to zjawiska. Mam jednak nadzieję, że miłośnicy książek o misji pozostaną im wierni.

Zachęcam do budującej lektury.

(Napisane na zamówienie Biuletynu "Idźcie".)



 

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Co wiem na temat epidemii - po lekturze książki

Nie mogę stwierdzić,  że nie mam żadnego pojęcia na temat tego, czym są choroby zakaźne. Z racji wyuczonego, choć krótko wykonywanego zawodu (pielęgniarka), zdobyłam pewną wiedzę teoretyczną z zakresu chorób zakaźnych. Niestety, z czasem moją wiedzę spowił „ostry cień mgły” czy, jak ktoś woli, „pomroczność jasna” :-)

Nie powiem też, abym specjalnie interesowała się tematem, chociaż na film „Epidemia” poszłam do kina chętnie i oglądałam go z przejęciem. Zresztą, uważam, że to nadal jest najlepszy film z tej kategorii, w dodatku w bardzo dobrej obsadzie. Nie tak łatwo jest stworzyć coś lepszego od czegoś, co naprawdę jest dobre.  

Kiedyś, spośród stosu bardzo dobrych książek, podarowanych nam przez pewną instytucję, wyłowiłam książkę „Historia epidemii. Od dżumy po AIDS”, autorstwa Jacquesa Ruffie i Jeana Charlesa Sournia. Pierwsze francuskie wydanie w 1984 roku, a polskie w 1996 r. Postanowiłam zatrzymać ją dla siebie, wstawiając pomiędzy stare podręczniki z Liceum Medycznego. W drugim tygodniu naszej polskiej epidemii zanurzyłam się w ciekawej lekturze.

Ciekawej, ale niekoniecznie łatwej, szczególnie w pierwszych czterech rozdziałach, kiedy to autorzy skupiają się na wprowadzeniu czytelnika w niuanse biologiczne, genetyczne, morfologiczne i środowiskowe, związane z istnieniem chorób zakaźnych i ich rozprzestrzenianiem się. Przyznaję, dosyć to  skomplikowane, ale bardzo interesujące. W kolejnych rozdziałach autorzy omawiają najtragiczniejsze w dziejach ludzkości epidemie (zarazy) oraz główne choroby zakaźne, odnotowane w historii aż po współczesność - do epoki AIDS (pierwsze diagnozy - 1981 r.). Są lub były to (niektóre z tych chorób wygasły): dżuma, gorączki jelitowe (cholera, dury, dezynterie), trąd, gruźlica, ospa, malaria, europejskie choroby „sprzedane” krajom kolonizowanym (nie będę ich tu wymieniać), choroby pasożytnicze Trzeciego Świata (czerwonka, bąblowiec, śpiączka, bilharcjoza, ślepota rzeczna).

Autorzy poświęcają sporo uwagi epidemiom dżumy. Szczególnie epidemii w Londynie (1665-1666), opisanej w książce „Dziennik roku zarazy”, przez Daniela Defoe. W kontekście panującej wokół nas pandemii, również moją uwagę zwróciły pewne informacje dotyczące walki z epidemią. Np. Defoe podkreśla zasługi władz, którym udało się utrzymać porządek w mieście i zapewnić zaopatrzenie bez podnoszenia cen towarów. Pochwala wczesne izolowanie chorych w szpitalach. Kontrowersyjne jest jego zdaniem rozporządzenie izolujące również rodziny chorych; ponieważ szpitale nie były w stanie przyjąć wszystkich zakażonych, postanowiono zamknąć w domach nie tylko chorych, ale i ich współmieszkańców. Wyznaczono strażników pilnujących domów, z których nikt nie powinien wychodzić. Defoe stwierdza, że interwencja władz była konieczna, nawet jeśli wyniki nie zawsze były przekonujące. Podaje przykład łamania zakazu gromadzenia się, bowiem wierni zbierali się w kościołach, aby błagać Boga o zmiłowanie. Można powiedzieć „nie ma nic nowego pod słońcem” (Kohelet 1:9). Podobne działania władz są podejmowane obecnie i podobnie się dzieję. Znam też miejsca, gdzie nie zaprzestano zgromadzeń kościelnych, ponieważ ich członkowie nie bali się koronavirusa. Niestety, dziś zbierają tego żniwo.

Tyle Defoe. A autorzy uspokajają: Obecnie nagła, ogólnoświatowa epidemia jest mało prawdopodobna... (...) Wszystko wskazuje na to, że krajom rozwiniętym nie grozi już hekatomba 1348 roku ani okropności epidemii londyńskiej czy marsylskiej (chodzi o epidemie dżumy). Przypominam, że piszą to w roku 1984. Z drugiej strony stwierdzają, że nie jesteśmy całkiem bezpieczni, a nasze zwycięstwo nad chorobami zakaźnymi jest jedynie prowizoryczne - przepisy sanitarne, zasady higieny, są bardzo kruchą ochroną. Czego dziś jesteśmy świadkami.

W równowadze do powyższego, autorzy zaprezentowali też inną wizję przyszłości, która również dzisiaj staje się rzeczywistością. W obliczu zachorowań i zgonów władze początkowo będą twierdzić, że nie ma żadnego zagrożenia, a następnie nadadzą mu jakąś uspokajającą nazwę. Ludność zacznie opuszczać zakażone miejsca oraz unikać osób chorych. Szukać się będzie „winnych”, a ksenofobia doprowadzi do wielu ekscesów. Chorzy i podejrzani o chorobę zostaną odizolowani. Nawet lekarze, mimo że lepiej wyposażeni niż niegdyś, nie zostaną oszczędzeni. Będą chorować i będą umierać. I w końcu, nie wiadomo dlaczego, epidemia zacznie słabnąć, aż pewnego dnia wygaśnie.

W książce o chorobach zakaźnych nie mogło zabraknąć tematu szczepień. Zwycięstwo nad prawie każdą z wymienionych tu chorób dokonało się dzięki odkryciu szczepionki. Autorzy jasno stwierdzają, że szczepionki są wielkim osiągnięciem medycyny ostatnich 2-3 wieków. Nazywają je arcydziełem współczesnej medycyny. Ich działanie polega na zmianie podatności na chorobę, u potencjalnych ofiar. Obecnie dysponujemy szczepionkami przeciwko większości chorób zakaźnych. Co ważne, dla uniknięcia epidemii nie jest konieczne szczepienie całej ludności. Zaszczepienie 60% populacji wystarczy do zahamowania rozprzestrzeniania się choroby. Zagadką są dla mnie ruchy antyszczepionkowców. Kiedy wybuchła pandemia koronavirusa pomyślałam sobie z nadzieją, że przeciwnicy szczepień pójdą po rozum do głowy. Niestety, bardzo się pomyliłam. Tylko chory umysł mógł wymyślić spiskową teorię o wszczepianiu w nasze organizmy czipów jako narzędzia kontroli, (podobno wcześniej ‘wszczepiano nam’ w ten sposób autyzm ;-), zamiast chroniących nas przed chorobą zakaźną przeciwciał.

Zastanawiam się, wobec powyższego, jaka jest ogólna świadomość istnienia i zagrożenia chorobami zakaźnymi. A w związku z tym, jaka jest wiedza o śmiertelności w przypadku tych chorób. Szczególnie podczas epidemii. W Internecie trafiłam na ciekawą stronę na ten temat i przyznaję - byłam w szoku. Nie zdawałam sobie sprawy, z tak realnej obecności szeregu epidemii oraz tak ogromnej ilości ich ofiar. Może te liczby będą w stanie przekonać sceptyków, że szczepienia są konieczne. Zachęcam do przebrnięcia przez te dane:

Zaraza Antoninów (to mogła być ospa), lata: 165-180, 5 mln zgonów; Czarna Śmierć, lata: 1347-1351, 25 mln zgonów; Ospa prawdziwa, lata: 1520-1979, 56 mln zgonów; Wielka zaraza w Londynie, lata: 1665–1666, 100 000 zgonów; Cholera (pandemie 1-7), lata: 1817-2018 ostatnie ognisko epidemii, 1 mln zgonów; Hiszpanka, lata: 1918-1920, 40-50 mln (wg niektórych źródeł nawet 100 mln) zgonów; Grypa azjatycka, lata: 1957-1958, 1-2 mln zgonów; Grypa Hong Kong, lata: 1968-1970, 1-4 mln zgonów; Rosyjska grypa, lata: 1977-1978, 1 mln zgonów; HIV/AIDS, lata: 1981 – nieopanowana,  35 mln zgonów. Na tej epidemii kończy się książka. Po latach samodzielnego panowania AIDS, rozwiązuje się kolejny worek z epidemiami. Oto one:
SARS, lata: 2002-2003, 800 zgonów; Świńska grypa, lata: 2009-2010, 284 500 zgonów;  Zica, 2014 - nieopanowana, (do stycznia 2016 odnotowano już 3530 przypadków małogłowia u dzieci); Ebola (ostatnia duża epidemia), lata: 2014-2016, 11 300 zgonów; MERS, lata: 2015 - nieopanowana, 858 zgonów; COVID-19, lata: 2019 - nieopanowana, 345 105 zgonów (stan na 25.05.2020).

W obliczu tych danych, największym dla mnie wyrazem braku szacunku dla chorych, zmarłych i tych, którzy ich opłakują oraz do rzesz personelu medycznego, stojącego na pierwszej linii frontu walki z pandemią, są tzw. teorie spiskowe. Oto liderzy państw zmówili się, aby: 1 - celowo wywołać pandemię; lub 2 - we współpracy z mediami przeprowadzić ogólnoświatową manipulację, w rzeczywistości pandemii nie ma, a wszystko, co oglądamy i wszelkie statystyki na temat zachorowań i zgonów są mistyfikacją. Jak to zrobili i czemu ma to służyć? Tego twórcy tych teorii nie potrafią tak do końca wyjaśnić. A ja, nie zamierzam głębszym wnikaniem w temat, zaśmiecać swojego i cudzych umysłów. Najbardziej przykry jest fakt, że zwolennicy tych teorii bardzo często jako główny argument wskazują niezadowalającą ilość zgonów, argumentując, że na raka i choroby serca rocznie umiera więcej osób. Nie zauważają takiej subtelnej różnicy, że ci, którzy umierają na te jednostki chorobowe, chorują na nie przeważnie przewlekle, przez kilka lat. Koronavirus kosi swoje żniwo w bardzo krótkim czasie. A nawet, jeśli w przyczynie śmierci podaje się inne choroby współistniejące, to w normalnych warunkach dany pacjent miałby szansę przeżyć we względnym zdrowiu kilka/kilkanaście kolejnych lat. Nawiasem, jeśli w obliczu tak ogromnej liczby zachorowań, tak niewiele jest zgonów (w porównaniu z innymi epidemiami), a tak wiele ozdrowień, to wskazuje na jedno - medycyna naprawdę robi postępy w dziedzinie chorób zakaźnych. Statystyki światowe dziś (8.06.2020): zarażeni - 7.102.965; zgony - 406.343; wyzdrowienia - 3.466.591.

Martwią mnie bardzo nasze dzisiejsze krajowe notowania. Rekordowa ilość zachorowań - 599 osób. Chyba to poluzowanie restrykcji nie wychodzi nam na zdrowie. Pojawia się coraz więcej skupisk zakaźnych w miejscach, w których powrócono do przed epidemicznej aktywności. Wygląda to naprawdę niepokojąco...

Mam jednak nadzieję, że koniec tej pandemii kiedyś nastąpi. Niestety, wymienione powyżej epidemie pokazują, że okresy względnego bezpieczeństwa epidemicznego są coraz krótsze. 
Autorzy książki piszą: Historia ludzkości składać się będzie jeszcze przez długi czas z epizodów, które ludzie są w stanie zrozumieć i chronić się przed nimi dopiero wówczas, gdy należą one do przeszłości. Obyśmy nauczyli się chronić. 

Mam świadomość, że jeśli ktoś z czytających dotarł do tego momentu, to poczuł się już bardzo zmęczony. Dlatego kończę już swoje wynurzenia. Mam jednak nadzieję, że może zaciekawiłam kogoś tym tematem, może pomogłam coś zrozumieć albo zdobyć kilka ciekawych informacji. Pozwolę sobie jeszcze zaproponować trzy rzeczy:

1. Dwie listy książek o epidemiach:
2. Film dokumentalny „Łowcy wirusów”: KLIKNIJ

3. Utwór dedykowany tym, którzy odeszli: KLIKNIJ 




wtorek, 2 czerwca 2020

Kwarantanna w moim wydaniu

Kiedy ogłoszono obowiązkowe izolowanie się w domach, z powodu zagrożenia epidemicznego, to pomyślałam sobie „Wow, jak ja bardzo tego potrzebuję!”. Oczywiście, nie lekceważyłam powodu tej izolacji, myśląc „Super, że jest epidemia. Wreszcie posiedzę sobie w domu”. Nie, sprawę epidemii traktowałam i traktuję bardzo poważnie. Byłam i jestem świadoma wciąż obecnego zagrożenia zarażeniem, z czasem rosła też moja świadomość negatywnych ekonomicznych skutków tej izolacji. Już je odczuwam.

Po prostu, potrzebowałam takiego czasu „posiedzenia na tyłku”, ponieważ ostatnich kilka lat żyję na dwa domy (a raczej dom i fundację). Ciągle na walizkach, w drodze i z płaczącym kotem, który nie lubi podróży samochodem i zmiany miejsca. Do fundacji dzieli nas dystans 24  kilometrów. Na szczęście mamy tam swój własny pokoik, co pozwala nam poczuć się jak w domu i odpocząć.

Ten rodzaj aktywności powoduje, że coś cierpi. Słuszne jest biblijne stwierdzenie, że nie można dwóm panom służyć (Ew. Mateusza 6:24). Siłą rzeczy sprawy fundacji stały się ważniejsze, a na dom nie starczało już sił i czasu. A tu nagle taka okazja. Wreszcie mogę zabrać się za zaległości w porządkach. Szybko jednak zrozumiałam, że nie zamierzam szaleć, jeżeli chodzi o sprzątanie, mycie okien, wiosenne porządki. To zrobię krok po kroku. Minęły już ponad dwa miesiące (od daty ogłoszenia epidemii), a mi się wydaje, że moje kroki stają się coraz krótsze :-) I jakoś przestałam się tym przejmować. Potrafię przez kilka dni cieszyć się tym, że odkurzyłam półkę z kolekcją muszli i kamieni. Jakże pięknie teraz błyszczą!

Swoją uwagę skupiłam głównie na tzw. porządkach w papierach, w bardzo szerokim znaczeniu. Ponieważ nie były to tylko jakieś mniej lub bardziej ważne dokumenty, stare faktury, urzędowe pisma. To były również listy, czasopisma, foldery turystyczne, zdjęcia i stare negatywy. Stosy notatek z różnych szkoleń, konferencji, szkół (biblijne i ChAT). Matryce gazetek, które wydawaliśmy w Ursynowskiej Społeczności Ewangelicznej, matryce ulotek na temat różnych spotkań i wydarzeń, które organizowaliśmy. Dużo tego się uzbierało.

Chcąc zrobić porządek, nie pozbywając się przez przypadek czegoś ważnego, bardzo wnikliwie przeglądałam większość papierów. Szczególnie skupiałam się na tych, które budziły we mnie dobre wspomnienia. Te, które kojarzyły mi się z czymś negatywnym i niemiłym, wyrzucałam bez zbędnego rozpamiętywania. Na szczęście, nie było tego zbyt wiele. Zwykle, o ile to możliwe, na bieżąco pozbywam się takich rzeczy. Te nagromadzone miały przede wszystkim wartość sentymentalną.

Z dumą przyznaję, że udało mi się wykonać to zadanie prawie w 100 %. Zostały jeszcze rzeczy, które wciąż są dla mnie ważne, ale nie będą istotne dla moich potomnych. Nakleję na nie etykietkę „wyrzucić”. Przyznaję, że porządki te robiłam również z myślą o nich, aby nie musieli przeglądać, pozostawionych im w spadku stosu papierzysk. Postanowiłam ułatwić im życie. Tę mądrość nabyłam, porządkując dom po moich rodzicach, którzy już odeszli i archiwa fundacji, po śmierci mojego teścia. Tej pracy jeszcze nie skończyłam...

Moja podróż przez liczne segregatory, teczki, pudełka i szuflady była dla mnie bardzo ubogacająca. Odkryłam, że, jak dotąd, miałam bardzo ciekawe i dobre życie. Epizodyczne bolesne doświadczenia nie są w stanie zacienić tego, że czuję się w swoim życiu szczęśliwa i spełniona. I wdzięczna Bogu za wszystko, co mi dał. Ponieważ wierzę, że to On pokierował moim życiem. Ja miałam inne plany i nawet w wyobraźni nie wymyśliłabym sobie chociażby procenta z tego, co dane mi było przeżyć.

Żałuję, że ten czas izolacji zakończyliśmy stosunkowo szybko. Dla nas trwał do końca marca. Potem ruszyliśmy do fundacji, aby uruchomić działania pomocowe - wydawanie żywności z Banku Żywności, pieczywa oraz zup na wynos. I znowu wszystko wróciło do ‘normy’. Kilka dni w domu, kilka w Arce (tak potocznie nazywamy fundację). Tego, że możemy pomagać ludziom, nie żałuję. Szkoda mi jedynie, że nie mogłam więcej czasu (troszkę się udało) poświęcić na głębszą lekturę, niektórych artykułów, listów, zapisków w pamiętnikach. Na pooglądanie starych zdjęć. Mam jednak nadzieję, że i na to przyjdzie czas.

Tutaj, na myśl przychodzi mi osoba mojej teściowej. Ma już prawie 93 lata. Kiedykolwiek ją odwiedzamy, zawsze pokazuje nam inny stosik zdjęć, kolejny plik listów, jakieś wycinki i luźno zapisane karteczki. Od wielu lat, ze względu na wiek i stan zdrowia, jest to jej główne zajęcie. Podróż sentymentalna do tego, co minęło. Kiedy na nią patrzę, właśnie tego pragnę dla siebie. Moje porządki tylko rozbudziły mój apetyt na więcej. Mam jedynie świadomość, że to chyba za wcześnie, aby usiąść w bujanym fotelu i zanurzyć się we wspomnieniach. Jeszcze trochę muszę poczekać... 








poniedziałek, 9 marca 2020

Kącik dobrej książki

Długo zastanawiałam się na tym, według jakiego klucza dobrać kolejne książki do recenzji. I nie było to łatwe. Wcześniej starałam się łączyć je tematycznie lub terytorialnie. Większość książek o misji, jakie posiadam, jest już opisanych. Teraz swoje zapasy uzupełniam szukając po stronach wydawnictw chrześcijańskich informacji o pojawieniu się nowych książek o tej tematyce. A czasem, mniej lub bardziej przypadkowo, wpada mi w ręce jakaś perełka. Powoli zapas rośnie. Jestem otwarta na sugestie i podpowiedzi czytelników, gdzie szukać kolejnych książek. Proszę kierować je na mój adres mailowy walentyna@jarosz.info.pl lub do redakcji biuletynu.
Oto bieżące propozycje. O wszystkich tych postaciach już pisałam, w oparciu o inne pozycje książkowe. Dzięki temu mamy szansę poznawać naszych bohaterów wiary z szerszej perspektywy.


Tadeusz Łamacz, Wielki chrześcijanin Sadhu Sundar Singh, Wydawnictwo „Zwiastun”, Warszawa 1990
Nie czytaj Biblii, ponieważ tkwi w niej jakaś siła, która może uczynić z ciebie chrześcijanina. Tak ostrzegano młodego Sundara, który wszelkimi środkami desperacko usiłował zdobyć pokój dla swojej duszy. Jego duchowa i mentalna walka pomiędzy hinduizmem a chrześcijaństwem doprowadziła do tego, że spalił egzemplarz Biblii, który został mu dany przez amerykańskiego misjonarza. Bóg objawił się więc Sundarowi nie przez Biblię, lecz we własnej Osobie. Odtąd jego życie uległo radykalnej zmianie.
Ta niewielka książeczka w skondensowany sposób opisuje życie i służbę Sadhu Sundar Singha. Śledzimy jego podróże misyjne na Wschodzie - Północne Indie, Tybet i Nepal, Południowe Indie i wschodnia Azja. Towarzyszymy mu w podróżach na Zachód. Te podróże misyjne pokazały, że Sadhu był apostołem Wschodu i Zachodu. Sundar Singh miał dwojaką wieść dla świata: dla Indii - że mimo tylu bogactw duchowych nie znalazły kosztownej perły, jaką jest Ewangelia; dla Zachodu - że pogrzebała tę drogocenną perłę w spekulacjach teologicznych, instytucjach kościelnych i kulturze. Singh wyraził to słowami: Kiedyś ubolewałem nad tym, że urodziłem się w Indiach i zazdrościłem tym, którzy od dzieciństwa znają chrześcijaństwo! Zwiedziwszy kraje zachodnie zmieniłem pogląd.
Autor książki dokonał też gruntownej analizy życia i nauki Sundara Singha. Wiele dowiadujemy się na temat jego życia religijnego - życie modlitewne, mistyka, pokój wewnętrzny, zrozumienie krzyża, doświadczenie nieba na ziemi. Poznajemy jakim był człowiekiem w życiu codziennym - w okazywaniu miłości braterskiej, składaniu świadectwa, byciu na tym świecie, lecz nie z tego świata. Zostaje nam też przybliżona jego teologia - myśli o Bogu, o stworzeniu, o Chrystusie, o zbawieniu, o cudach, tamtym świecie, o Biblii, o Kościele i kościołach, o chrześcijanach i niechrześcijanach. Jest to bardzo inspirująca lektura i szczerze ją polecam. (S.S. 1889-1929)


George Müller, ...dla zachęty moich braci i sióstr w Chrystusie..., opracowanie Marek i Elżbieta Nalewajka, Wydawnictwo Arka
Kim był George Müller chyba nikomu nie trzeba przypominać, ale jednak przypomnę, posługując się kilkoma faktami: Przez 63 lata służby dał chrześcijańskie wykształcenie 122683 dzieciom. Około 250 tys. Biblii i prawie 1,5 mln Nowych Testamentów rozdał w kraju i zagranicą. Około 250 tys. funtów wysłał misjonarzom na całym świecie. Bóg dał mu w szafarstwo 1424646 funtów.
Ta niewielka broszurka - mieści się na mojej dłoni - zawiera wybrane fragmenty kazań, wystąpień na konferencjach, świadectw, rozmów i opisów ciekawych wydarzeń związanych z Müllerem. Szczególnie cenne i zachęcające są jego myśli o dawaniu, modlitwie i karmieniu duszy.
W broszurce znajduje się fragment z autobiografii George’a Müllera dotyczący właśnie karmienia duszy. Pisze on: ...jest dla mnie jaśniejsze niż cokolwiek, że pierwszą rzeczą, jaką dziecko Boże ma zrobić każdego poranka, jest zdobycie pokarmu dla wewnętrznego człowieka. (...) A zatem, co jest pokarmem dla wewnętrznego człowieka? Nie modlitwa, lecz Słowo Boże. (...) O ileż lepiej, gdy dusza zostaje odświeżona i uszczęśliwiona wcześnie rano, niż gdy ciężar służby, prób i pokus spadnie na ciebie bez duchowego przygotowania.
Po więcej zachęty odsyłam do broszurki. (G.M. 1805-1898)


Roger Steer, J. Hudson Taylor - Człowiek w Chrystusie, Wydawnictwo THEOLOGOS, Ostróda 2009
Billy Graham napisał o nim: Niewielu ludzi poruszyło Chiny dla Boga tak, jak Hudson Taylor. Dobrowolnie zerwał z tradycją i nosił chiński strój. (...) Prostota, racjonalne posłuszeństwo, ufna modlitwa i cierpliwa wytrwałość (...) Oby ta książka była dla nas zachętą...
Rodzice zwykli modlić się o swoje dzieci, ale chyba niewielu modli się tak: Drogi Boże, jeśli dasz nam syna, spraw by mógł pracować dla Ciebie w Chinach. I Bóg wysłuchał tej modlitwy.
Książka Rogera Steera obszernie opisuje dzieciństwo i życie Taylora w ojczystym kraju - Anglii oraz jego służbę w Chinach. Taylor Chinom oddał swoje serce i życie. Wyjechał do Chin w wieku 22 lat i spędził tam większość swojego życia. W 1865 roku powołał do życia Chińską Misję Wewnętrzną, aby ziścić swoje najgłębsze pragnienie - dotarcia z ewangelią do wszystkich zakątków tego wielkiego kraju. Do jego śmierci w 1905 roku stowarzyszenie to posiadało 825 misjonarzy we wszystkich chińskich prowincjach. Nawróciło 25 tysięcy osób. To byłPan jest zawsze wierny. Nie potrzebujemy wielkiej wiary, ale wiary w wielkiego Boga. Potrzebujemy wiary, która opiera się na wielkim Bogu i oczekuje, że On dotrzyma swego Słowa i wykona to tak,, jak obiecał. Kiedy Bóg coś robi, robi to z rozmachem! ... Taylor żył tak, jak głosił.
ogromny sukces. Okupiony trudami służby, stresami, poczuciem niezrozumienia a czasem odrzucenia, bolesną krytyką, łzami, rozstaniami i śmiercią tych, których kochał. Nigdy jednak nie zwątpił.  Zwykł mówić:
I na marginesie wspomnę niezwykłą zażyłość, jaka łączyła Taylora z Müllerem. George Müller wysłał do Chin wiele zachęcających w wierze listów z załączonymi darami pieniężnymi.
Zachęcam do przeczytania biografii tego wielkiego bohatera wiary. Polecam również film na DVD - Hudson Taylor, Kena Andersona (dostępny z polskim lektorem).  (J.H.T. 1832-1905)


Eileen Vincent, Charles i Priscilla Studd - Żadna ofiara zbyt wielka, Fundacja Promocji Literatury Chrześcijańskiej, Ostróda 2007
W przedmowie czytamy: Charles i Priscilla Studd - Boży mąż i niewiasta Boża! Oni nie robili nic „na pół gwizdka”. W swoich czasach byli uznawani za kontrowersyjnych radykałów, pozostawili nam przykład godny naśladowania. Jak prawdziwych żołnierz Chrystusa, ożywiało ich tylko jedno dążenie: ewangelizacja całego świata na chwałę Boża. Chcieli, by piekło opustoszało, a niebo zapełniło się. Dla realizacji tego celu poświecili bogactwo, wygodę, wspólnotę rodzinną i samych siebie. (Patrick Johnstone)
Czy po takiej prezentacji bohaterów naszej książki ktoś się oprze, aby jej nie przeczytać?
Krótko nadmienię, że Charles Studd poświęcił karierę krykiecisty, a odziedziczony majątek rozdał na cele religijne i charytatywne. Jego dary pieniężne trafiły również do Georg’a  Müllera. Resztę życia, Studd, przeżył przez wiarę, w zaufaniu w Boże zaopatrzenie. Jego polem misyjnym były Chiny (był jednym z Siódemki z Cambridge, którzy dołączyli do Hudsona Taylora), Indie i Afryka.
Charles Studd był człowiekiem niezwykle upartym, niezależnym, zdarzało się, że konfliktowym i kontrowersyjnym. Ba, nawet uzależnionym od morfiny. Autor książki niczego nie ukrywa, nie tłumaczy, nie wybiela. Kto pierwszy rzuci kamieniem?
Pomimo choroby nie zamierzał przerwać pracy misyjnej. Zapracowany do ostatniej chwili, ledwie miał czas umrzeć. Zwykł mówić: Lepiej wypalić się w ostatnim rozbłysku płomienia niż wygasać jak ledwo tląca się resztka knota. I tak odszedł, z okrzykami „Alleluja!” na ustach. Dla dopełnienia lektury polecam przeczytanie słynnej broszury pt. Studda „Czekoladowy Żołnierz”. Studd pisze: Każdy prawdziwy żołnierz jest jest bohaterem, a żołnierz bez bohaterstwa jest tylko czekoladowym żołnierzem. Każdy prawdziwy chrześcijanin jest żołnierzem, żołnierzem Chrystusowym i jest też prawdziwym bohaterem! Każdy chrześcijanin, który ma inną postawę, jest tylko czekoladowym chrześcijaninem! Roztapia się w wodzie i na sam widok ognia powstaje z niego słodka kałuża.
Broszura została wydana w 1999 r., przez Wydawnictwo Świadome Chrześcijaństwo (Toruń).
(Ch.S. 1860-1931)

Życzę dobrej lektury.

***

Napisane na zamówienie Biuletynu "Idźcie".



sobota, 4 stycznia 2020

Kącik dobrej książki

I znowu trafiło mi się kilka wolnych chwil. W domu cisza. Jedyne, co słyszę, to kota chrupiącego swoją suchą karmę. Wczorajszy i dzisiejszy dzień poświęciłam na to, na co często brakuje mi czasu. Nadrobiłam zaległości w czytaniu codziennych lektur (tego zwykle pilnuję, ale Święta i końcówka roku mocno zdezorganizowały mój rytm dnia). Poserfowałam po Internecie i zaktualizowałam FB. Zrobiłam przegląd zdjęć z wnukami plus skanowanie ich rysunków i wypalanie płytek. Skończył się 2019 rok, trzeba więc być na bieżąco. Napisałam kilka zaległych maili. A teraz rozłożyłam przed sobą trzy książki autorstwa Lidii Czyż. W ten sposób stosik książek do opisania się zmniejsza i zwalnia się miejsce na książki, które mam nadzieję przeczytać.

Lidia Czyż jest bardzo płodną pisarką. Zawsze podziwiałam lekkość jej pióra, czytając jej liczne artykuły na szeroki wachlarz tematów. Znałam je głównie z czasopisma „Nasze Inspiracje”. Również podobały mi się jej opowiadania ze zbioru „Gdzie jest Betlejem?”. Umiejętność obserwacji i obiektywnej oceny rzeczywistości oraz poczucie humoru to kolejne zalety autorki.
Jako pisarka powieści, Lidia zadebiutowała w roku 2013 powieścią „Mocniejsza niż śmierć”. Od tamtego czasu (do roku 2019) napisała jeszcze pięć powieści. Cechą charakterystyczną twórczości Lidii Czyż jest to, że jej powieści nie są wymyśloną fabułą. Lidia ma wyjątkowy dar do szukania ludzi, których, bardzo często dramatyczną, powieść pisze samo życie. Autorka jedynie porządkuje zasłyszane historie, ubiera je we właściwe słowa i pozwala im ujrzeć światło dzienne. Książki Lidii Czyż cieszą się ogromną popularnością i już doczekały się tłumaczeń na wiele języków. Sama Lidia jest bardzo aktywna i chętnie przyjmuje zaproszenia na autorskie wieczory, organizowane w całej Polsce. Dwoje bohaterów jej książek postanowiło zdradzić nam swoją tożsamość, co daje pisarce możliwość proponowania czytelnikom spotkań z bohaterami książki „Pozostała tylko nadzieja” i „Tato”.
Dziś zaprezentuję trzy powieści. Pozostałe trzy zostały już opisane wcześniej. (Patrz linki poniżej.)

Pozostała tylko nadzieja, Lidia Czyż, Wydawnictwo Warto, Dzięgielów 2016 r.

Kiedy czytałam tę historię, zadawałam sobie co chwilę pytanie: Czy to jest możliwe, aby tyle krzywd i nieszczęść mogło spaść na jedną kruchą istotę? - wpierw dziecko, potem na młodą dziewczynę. Kiedy po jakimś czasie dane było mi spotkać tę piękną, młodą, pełną wdzięku, radości, humoru i dystansu do siebie kobietę, to zrozumiałam jedno - tylko Bóg może dokonać takiego uzdrowienia i takiej przemiany.
Kłamstwo, przemoc, uzależnienie, upokorzenie, oszustwo, wykorzystanie to była codzienność bohaterki tej prawdziwej historii. Tytuł książki oddaje to, co jako jedyne trzymało jej bohaterkę przy życiu. Nadzieja, nie na lepsze życie, bo ogrom zawodów ze strony bliskich ludzi i życiowych rozczarowań nie dawał ku temu podstaw, ale nadzieja na spotkanie z ukochanym ojcem. Siłę napędową do życia bohaterka książki czerpała z przekonania, że wbrew temu, co mówią jej inni, jej ojciec żyje i na pewno kiedyś się spotkają. Jedyne, czego się nie spodziewała, to tego, że w jej życiu pojawi się również Ten, który jest prawdziwym Ojcem, dawcą miłości, przebaczenia i sensu życia, a wtedy, na wszystko, co nas spotyka zaczyna się patrzeć z zupełnie innej perspektywy.
I to jest wspaniałe, że prawdziwa Nadia, czyli Ida Hrdličková, osobiście otwarcie i odważnie dzieli się swoją historią i świadectwem. (KLIKNIJ)


Tato, Lidia Czyż, Wydawnictwo Warto, Dzięgielów 2017 r.

Kiedy przeczytałam tę powieść napisałam do jej bohatera: Henryku, przeczytałam książkę „Tato”. Jestem bardzo poruszona tym, w jak piękny sposób Lidia opisała Twoje zagmatwane losy. Dziękuję Ci, że zechciałeś opowiedzieć nam swoją historię. Książkę zawiozę mamie - znała Twoją opowieść ze stron czasopisma „Słowo i Życie”. A Lidia Czyż przyjedzie do nas do Arki w listopadzie (2017 r.). Organizuję z nią spotkanie dla kobiet. Pozdrawiam Ciebie i Twoją żonkę bardzo serdecznie. Jej losy również mnie poruszyły. Niech Bóg Wam błogosławi, dając wiele radości, sił i umocni na zdrowiu. (Wspomnę, że moja mama, która zmarła w kwietniu 2019 r. w wieku 92 lat, przeczytała prawie wszystkie książki Lidii Czyż.)
Książka „Tato” opisuje niezwykłe i skomplikowane losy dziecka, nastolatka, młodego mężczyzny, na którego życie cieniem kładą się wydarzenia wojenne, trudne i ciemne czasy komuny oraz bliżej niezrozumiałe poczucie niepewności, co do własnej tożsamości. Dopiero w wieku pięćdziesięciu lat ten dojrzały mężczyzna pozna skrywaną tajemnicę swoich losów i odkryje, że wiele faktów z jego życia było mistyfikacją. I chociaż to odkrycie było dla niego i jego bliskich wielkim szokiem, to podchodzi do tych nowych faktów bardzo dojrzale. Stwierdza „Nic, co wydarzyło się w moim życiu, nie było przypadkiem, ale Bożym zamysłem”.  To niesamowite podejście. Taka postawa pozwoliła mu pogodzić się z przeszłością, przebaczyć tym, którzy mieli na tę przeszłość decydujący wpływ oraz z nadzieją spojrzeć na teraźniejszość i przyszłość. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość od tej chwili zyskują jeden wspólny mianownik - odzyskaną tożsamość wraz z odnalezioną rodziną.  


Słodkie cytryny, Lidia Czyż, Wydawnictwo Warto, Dzięgielów 2018 r.

Zdarzyło mi się spotkać kilka osób, które czując, że swoją inteligencją przewyższają inne osoby, z dumą wygłaszały, że mają Aspergera. Cóż, one chyba nawet koło Aspergera nie stały :-). Abym mogła to stwierdzić, wystarczyło mi przeczytać szereg informacji na temat tego zespołu/syndromu; obejrzeć kilka programów dokumentalnych lub film traktujący o autyzmie (zespół Aspergera jest formą autyzmu), aby wiedzieć, że tu nie chodzi o bycie inteligentnym ponad przeciętną czy o przebłysk naszego geniuszu. Tak, osoby z zespołem Aspergera są nad wyraz inteligentne, mogą być geniuszami, jednocześnie zmagając się z całkowitym niedostosowaniem społecznym. Tyle w ogromnym skrócie.
A jak to naprawdę jest, o tym opowiada kolejna książka Lidii Czyż. Bohaterką jest matka, która samotnie idzie przez życie, wychowując dziecko z zespołem Aspergera. Bohaterka nie jest sama, wokół otaczają ją bliscy, znajomi, nauczyciele, urzędnicy, tłumy nieznajomych ludzi, których cechuje jedna postawa - nie rozumieją i nie chcą zrozumieć dlaczego jej syn, jest taki jaki jest. Łatwiej jest się dziwić, zdystansować, odrzucić, niesłusznie oskarżyć, upokorzyć niż wyjść z propozycją pomocy. Nasza bohaterka i jej syn doświadczają serii życiowych niepowodzeń, zawodów, bolesnych doświadczeń i nieżyczliwości. Okazało się, że ‘inność’ jest piętnowana i nierozumiana pod każdą szerokością geograficzną.
Czytałam tę książkę ze ściśniętym gardłem, z emocjami jak na rollercoasterze. Traciłam nadzieję w ludzi i odzyskiwałam ją. Ale przede wszystkim wierzyłam, że w życiu naszej bohaterki i jej syna oraz w małych i wielkich cudach, które się zdarzyły i będą zdarzać, jest Bóg. Bóg, który każde trudne doświadczenie potrafi przemienić dobro. Tak jak my z kwaśnych cytryn potrafimy zrobić pyszną słodką lemoniadę.

Polecam też inne książki Lidii Czyż.
Mocniejsza niż śmierć, Narodziny Perły: KLIKNIJ
Nic do oclenia: KLIKNIJ