czwartek, 28 lutego 2013

O przyjaźni


Przyjaźń, tak samo jak filozofia, czy sztuka, nie jest niezbędna do życia. Nie ma żadnej wartości potrzebnej do przetrwania; jest natomiast jedną z tych rzeczy, dzięki którym samo przetrwanie nabiera wartości. C. S. Lewis

Przyjaźń wzmaga szczęście i ogranicza niedolę, podwajając naszą radość, dzieląc na pól nasz smutek. Cyceron

Boża koncepcja przyjaźni na przykładzie Dawida i Jonatana - … dusza Jonatana przylgnęła do duszy Dawida, i umiłował go Jonatan jak siebie samego (I Samuelowa 18:1).
Jest to materiał przygotowany, lata temu, jako wykład na spotkanie młodzieżowe. Pewnie dlatego zabrzmi trochę sucho, bo nie miał być czytany, tylko wygłoszony i ubogacony różnymi dygresjami i przykładami. Postanowiłam jednak go wykorzystać, aby kontynuować rozpoczęty wcześniej temat przyjaźni. Wykład został oparty na następujących fragmentach - I Sam. 17:5-18:4; 19:107; 20:1-42; 23:14-18; II Sam. 1:17-18; 9:1-13.

Przyjaźń pomiędzy wierzącymi ludźmi ma olbrzymie duchowe znaczenie. W obliczu trudnych doświadczeń, dzięki przyjaźni, Dawid nauczył się szukać schronienia w Bogu. Przyjaźń ukierunkowana na Boga, jest najlepszą i najbardziej wartościową przyjaźnią, o jakiej można sobie marzyć.

Śledząc przebieg i charakter przyjaźni pomiędzy Dawidem i Jonatanem, możemy odkryć pewne istotne znamiona przyjaźni, aktualne również teraz:

Miłość i jedność - (...dusza Jonatana przylgnęła... - I Sam 18:1) - dwoje nie znających się wcześniej ludzi natychmiast stało się sobie oddanymi przyjaciółmi - całym sercem i całą duszą. [...] Ich jedność myśli, serca i ducha przekroczyła wszelkie możliwe standardy przyjaźni. Ta przyjaźń miała szczególny duchowy wymiar - oni byli zjednoczeni i związani razem przez Boga.
Połączyła ich miłość. Jestem przekonana, że pomiędzy wieloma chrześcijanami może istnieć głęboka wzajemna miłość. Ale też jestem przekonana, że wśród niewielu z nich może zaistnieć tak głęboka, darowana przez Boga przyjaźń, jakiej doświadczali oni dwaj.

Wierność i odpowiedzialność - Wierność kosztuje. We wczesnym okresie przyjaźni Dawida z Jonatanem, ten ostatni ponosił cenę wierności (I Sam. 20:33). Tak się zdarza. Są takie fazy w przyjaźni, kiedy jedna z osób musi być silniejsza. I od niej oczekuje się szczególnego oddania. Kiedy Dawid potrzebował Jonatana, ten był zawsze dostępny. Potem role odwróciły się (Dawid roztoczył opiekę nad najbliższymi Jonatana - II Sam. 9:6-7; 11-12).
Dobrzy przyjaciele mogą liczyć na siebie nawzajem. Bóg pragnie dla nas przyjaźni, w której zakosztujemy wierności, odpowiedzialności, jedności i bezwarunkowej miłości. Powinniśmy wierzyć, że mamy prawo modlić się o takich przyjaciół w naszym życiu. Tu na ziemi. A kiedy Bóg da nam ich, dbajmy o tę przyjaźń, jako o coś najcenniejszego - z największą troską i wrażliwością. [....]
Jakże ważne jest więc uczyć się być wiernym sobie nawzajem, w tym przeogromnym kalejdoskopie różnych sytuacji życiowych. Co oznacza, że, pomimo wszystko, mamy pozostać blisko, być dostępnymi, być wiernymi w modlitwie, dawać pokrzepienie (Przykład: II Tym. 1:15,16 - Onezyfor znaczy przynoszący użytek, użyteczny).

Koncentracja na Bogu - Bóg i wiara w Niego stanowiły podstawę przyjaźni Dawida i Jonatana (I Sam. 23:16). Niektóre tłumaczenia podają: i umacniała wiarę Dawida w Boga.
Wiara w Boga była sekretem stabilności tej przyjaźni. Ich osobista relacja z Bogiem utrzymywała ich przyjaźń w równowadze i chroniła od niezdrowego uzależnienia od siebie nawzajem. Często osoby słabe, rozczulające się nad sobą i pełne kompleksów, depresyjne mogą pozostawić trwałe blizny na życiu swoich przyjaciół, toksycznie je wypaczając. Jonatan został użyty przez Boga, jako narzędzie, do umacniania wiary Dawida. Polegania na Bogu.  [...] Mamy w swoim  życiu osoby, na których możemy się oprzeć. Ale bądźmy uważni na jedno - na ich sposób polegania na Bogu i popychania nas w tym samym kierunku. To musi się stawać czymś naturalnym - zwracanie się do Boga w pierwszej kolejności, a szukanie pomocy u przyjaciela w drugiej. [...]

Miejsce schronienia - Krótkie spotkania Dawida i Jonatana, były jak balsam na duszę Dawida. To były momenty wyciszenia i ulgi pośród lęków i burz. [...] Prawdą jest więc stwierdzić, że w przyjaźni ludzie czują się pewnie i bezpiecznie. Kiedy znajdujemy w kimś oparcie, to daje nam przedsmak tego, co to znaczy ukryć się w Bogu. [...] Potrzebujemy drugiej osoby. I chociaż przyjaciel nie zawsze może być do naszej dyspozycji, to możemy być pewni jednego - możemy liczyć na jego modlitwę. To ważne - mieć pewność tego, że nasz przyjaciel jest wierny w modlitwie o nas.

Intymność i otwartość - możemy przypuszczać, że Dawid i Jonatan dzielili między sobą najgłębsze uczucia, najskrytsze tajemnice. Łączyła ich tak silna więź, która pozwalała im na szczerość i otwartość. Nie potrzebowali udawać przed sobą, ukrywać swoich słabości - I Sam. 20:41 ... Dawid zaczął szlochać...
Jak wielu przyjaciół widzi nas w chwilach naszej słabości? Jak bardzo jesteśmy otwarci na to, aby dzielić się naszym bólem? A jak wielu jesteśmy zdolni powiedzieć, co rzeczywiście czujemy? A kto jest tym, kto zachęca nas do otwartości i szczerości? Kto jest chętny, by słuchać o naszym smutku i bólu? Nie każdy jest w stanie radzić sobie z naszymi słabościami i emocjami. [...] W przyjaźni bardzo ważne jest poczucie bezpieczeństwa - a wiąże się ono z zaufaniem. Kiedy można ufać drugiej osobie - wtedy nie ma potrzeby ukrywać przed nią naszych trosk i uczuć.

Modlitewni partnerzy - Bardzo często głęboka przyjaźń sprawia, że stajemy się sobie oddanymi partnerami modlitewnymi. I nie polega to tylko na tym, że w swoich modlitwach pamiętamy o sobie nawzajem, ale na tym, że modlimy się razem regularnie. To sprawia, że taka przyjaźń umacnia się jeszcze dodatkowym węzłem. [...] Taki partner modlitewny nie jest obserwatorem naszego życia, ale jest czynnie zaangażowany w nasze życie. Będzie szczery i uczciwy względem nas. Czasem powie rzeczy, które jest trudno nam słuchać czy zaakceptować. Nie zawsze zgodzi się z  tym, co robimy lub myślimy. Nie zawsze też powie, że mamy rację, ale zawsze będzie robić wszystko, aby pomóc nam iść przez życie według Bożych standardów i zasad, aby wzmacniać naszą wiarę. [...]

Ludzie, którzy znaleźli duchowego przyjaciela, odkryją, że ich życie, stało się bogatsze i że czują się stymulowani do chodzenia z Bogiem.

Takiego przyjaciela sobie i Wam życzę.




Zaproszenie na kolejną audycję


Między innymi o tym usłyszycie w audycji:

Przyjaciele są kwiatami w ogrodzie życia. Dennis Fisher

 „Ogród imion”. Ten krótki rozdział z książki Aleksandry Błahut-Kowalczyk „Otulić się Tobą, Panie…” bardzo mnie zainspirował. Zacytuję tylko wstęp: Spotkałyśmy się przy jednym stole. Kobiety dojrzałe, starsze i młodsze, z różnorodnym bagażem doświadczeń. W kolejności niealfabetycznej, bez związku z wiekiem, ani niczym innym, są to: Marta, Elżbieta, Maria, Magdalena, Nina, Rilla, Ludwika. Każda z nich trzyma w ręku kartkę z kwiatem, jest to kopia wyjątkowych rysunków Cicely Mary Barker. Koloryt i kształt tych botanicznych arcydzieł oddaje istotę bliskich mi osób. […] Potem następuje ich piękny, poetycki opis.

Niewątpliwie pomysł Aleksandry sprawił ogromną przyjemność jej koleżankom. Wyczytawszy, z treści książek „Otulić się Tobą, Panie…” i „Do domu”, wiele cennych informacji na temat ich autorki, między innymi takich, jakie są jej ulubione kwiaty, zrobiłam jej podobną niespodziankę. Niestety, nie dysponowałam rysunkami Cicely Mary Barker, ale myślę, że wybrane przeze mnie zdjęcia są równie piękne. Zresztą, nie o ilustracje czy zdjęcia tu chodzi, ale o treść:

- bratek - z natury bratka masz w sobie otwartość, szczerość, ciekawość życia, wielowątkowe zainteresowania, umiejętność nawiązywania relacji...

- jaśmin - tak, on niewątpliwie odnosi się do Twojej duszy, w tym, co piszesz; sposób, w jaki odczuwasz świat; i sposób, w jaki komunikujesz innym siebie i Boga, czyni Ciebie taką niesamowitą „wonnością dla Pana” - tak jak ten niepozorny biały kwiat, który przyciąga naszą uwagę dzięki wonności, jaka się wokół niego roztacza (to Twoje książki przyciągnęły mnie do Ciebie jak magnez)

- polna róża - no cóż, ona nie może konkurować z różami, które stanowią ozdobę naszych ogrodów i chyba wcale nie zamierza... tamte róże są bardzo egoistyczne - aby móc się nimi cieszyć trzeba się przy nich napracować, a i tak potrafią ukłuć; polna róża nie jest wymagająca; zdobi - nie nasze ogrody - ale miejsca, które bez jej obecności byłyby smutne, niepełne; polna róża nie żąda i nie wymaga uwagi; ona daje siebie ciesząc oko niepozornym kwiatem, karmiąc i lecząc swoim owocem; życie z polną różą smakuje jak różana herbata lub pączek z nadzieniem różanym... 

Po nagraniu audycji otrzymałam od Aleksandry SMS-a:
- piwonia - ciemno różowa; warstwy płatków to kolejne odsłony Twego działania i naszego poznawania się.

***

Drogie Panie, wypróbujcie tę grę, zabawę, interaktywne ćwiczenie w gronie swoich przyjaciółek. Ja już kiedyś tak zrobiłam. To naprawdę podnosi na duchu i doda Wam skrzydeł. Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet :-).






czwartek, 21 lutego 2013

Kącik dobrej książki


I znowu „Kącik dobrej książki”!? Tak się złożyło. Kiedy za oknem zimno i pada śnieg, ma się dwie rzeczy do wyboru: oglądać telewizję lub przeczytać dobrą książkę. Wybrałam to lepsze…

Krawiec, kaznodzieja, przemytnik, Andrzej Mytych, Instytut Wydawniczy „Compassion”, Szczecin, 2013r.

O powstawaniu książki o niezwykłej historii życia Cezarego Kiewry dowiedziałam się przypad-kowo. A może NIE przypadkowo?… z bloga bp Mieczysława Czajko, który to napisał przed-mowę do tej książki. Piękną…
Natychmiast skontaktowałam się z jej autorem, Andrzejem Mytychem, niecierpliwie dopytując się, kiedy książka będzie dostępna dla czy-telnika. Był to listopad 2012 roku. Czekanie do lutego 2013 wydawało mi się wiecznością. Pod koniec stycznia ponownie zaczęłam ‘pukać’ do autora z niecierpliwym pytaniem „Czy już?”, „Kiedy dokładnie?”, „Jak można ją zamówić?”… 

Skąd takie moje zainteresowanie tą książką? Tak się składa, że tytułowy bohater był kaznodzieją zboru we Lwówku Śląskim. Zboru, który był moim domem duchowym - od dziecka po 20-ty rok mojego życia. Bardzo dobrze znam całą rodzinę Łucji (nazywanej Lucyną) i Cezarego Kiewrów. Ich dzieci, Irena i Marek, byli moimi rówieśnikami. Z szacunkiem i bardzo ciepło wspominam wujka Cezarego. Jego charakterystyczny głos i akcent.

Dlatego bardzo się ucieszyłam, kiedy długo oczekiwana przesyłka wreszcie dotarła do mnie we wtorek. Książkę przeczytałam wczoraj. Szkoda, że tak szybko :-).

Zanim odniosę się do książki, podzielę się pewną anegdotą z mojego życia, związaną z wujkiem Kiewrą. Jako małe dziecko, nie rozumiejące jeszcze pojęcia Bóg i Jezus, ale jednocześnie traktujące z wielkim przeżyciem wyjazd do zboru we Lwówku Śląskim (godzinna podróż pociągiem - 30 kilometrów) i obecność na nabożeństwie, stworzyłam sobie taką prywatną teologię :-). Mianowicie, było w zborze lwóweckim dwóch braci, którzy robili na mnie największe wrażenie. To był wujek Kiewra - przystojny, masywny, z krzaczastymi brwiami, ale ciepły i dobrotliwy. I pastor Stefan Kuśnierz - przystojny, szczupły, często wzruszający się i roniący łzę. Wykalkulowałam  więc sobie, słuchając bardzo grzecznie kazań i obserwując przebieg nabożeństwa, że wujek Kiewra musi być Bogiem, a wujek Kuśnierz Jezusem :-). Nikomu o swoim odkryciu nie mówiłam. Potem wyrosłam, poznałam Prawdę, a ona wyswobodziła mnie z tego błogiego błędu :-). Zamiłowanie do teologii pozostało...

Tak jak już wspomniałam, książkę przeczytałam szybko. Za szybko... Jednak, nie dało się inaczej. Tu również ukłon w stronę osoby składającej książkę do druku - tak przejrzyście i estetycznie wydaną książkę łatwiej się czyta. A przecież dodatkowo jej treść była poruszająca i zaciekawiająca. Inspirująca.

Czytając, odkryłam, że autor poświęcił dużo uwagi wszystkim osobom, których losy splotły się z losami Cezarego Kiewry. Jego duchowemu ojcu - Aurelemu Serafinczanowi; wierzącemu przyjacielowi z rodzinnych stron - Józefowi Żukowi, którego pamiętam z czasów lwóweckich; i rodzinie żony.
Spodobało mi się bardzo, jak umiejętnie, opisując losy Cezarego Kiewry, wplótł w tekst informacje historyczne i polityczne. Na pewno mieć to będzie dużą wartość dla młodego pokolenia czytelników, których może lekcje historii nie zawsze interesowały :-). To taki żarcik.... Ja sama doceniam rzetelność tych informacji. 

Szczególnie cenne jest dla mnie to, że czytając tę książkę, napotykam znajome mi nazwiska, z którymi ściśle łączą się niezatarte jeszcze w pamięci twarze i piękne wspomnienia. Oczywiście mam tu na myśli lwówecki okres wspomnień. Na zdjęciach rozpoznaję dobrze znanych mi ludzi. Najbardziej cenne są te ze zborowej kaplicy. Grupka słodkich dzieciaków. Moich rówieśników. Wśród nich, z pięknym blond lokiem, moja przyjaciółka z dzieciństwa - Danusia. Kiedy patrzę na ławkę braci, pod balkonem, przypominam sobie, że właśnie z tej perspektywy, z ciekawością, na nich spoglądałam. Jakże wspaniali byli tam we Lwówku bracia: Kiewra, Kuśnierz, Płachciak, Piestrak, Leszczyński! Chyba nikt mi znany, nie wzruszał się tak, podczas głoszenia kazań, jak oni. No, chyba jeszcze Kazimierz Barczuk, Edward Czajko i czasem mój mąż….

Za świetny pomysł uważam dołączenie, do biografii o Cezarym Kiewrze, dwóch ważnych elementów, dzięki którym cała opowieść o nim nabiera pełni. W rozdziale zatytułowanym „Śladami ojca”, czytamy o życiu i służbie pastora Marka Kiewry, syna Cezarego. Natomiast, w posłowiu zatytułowanym „Mój ojciec”, sam Marek pisze o swoim ojcu. : […] Miałem szczęście mieć dobrego ojca. Był dla mnie przykładem i inspiracją. Zatroszczył się o mnie i pomógł mi. Nie byłbym dzisiaj tym człowiekiem, którym jestem, gdyby nie on. Jego przykład jest jednym z powodów obrania przeze mnie takiej życiowej drogi, a nie innej. […] Kiedy to czytam, mam przed oczami Marka z mojego dzieciństwa. Wesołego, sympatycznego, chudego blondasa na długich nogach, o szelmowskim spojrzeniu i łobuzerską iskrą w niesamowicie niebieskich oczach... Jakie to ważne mieć dobrego ojca, który wierzy w swoje dziecko i mówi: Modlę się o ciebie, synu.

Jeden fragment z opowieści Marka wzbudził we mnie wyjątkowo ciepłe wspomnienia. Oto on: […] W dzieciństwie ponadto zawsze kończyliśmy dzień w szczególny sposób. Cała, trzypokoleniowa rodzina, gromadziła się razem w pokoju stołowym. Moja siostra zasiadała do pianina i grała jakąś pieśń ze „Śpiewnika Pielgrzyma”. Wspólnie śpiewaliśmy, potem mój ojciec wstawał, odczytywał fragment Pisma Świętego, i modliliśmy się, okazując Bogu wdzięczność. Każdego wieczora dziękowaliśmy Bogu za to, czego dokonał w naszym życiu, a także za przeżyty dzień. To było coś niesamowitego. […]
Tak, to było coś naprawdę niesamowitego! Takich chwil nie doświadczałam w moim rodzinnym domu, ale były one stałym elementem w innej lwóweckiej rodzinie. W domu rodziny Grabowskich, gdzie razem z mamą i siostrą zatrzymywałyśmy się, po niedzielnym nabożeństwie, w gościnę. Niejednokrotnie zostawałyśmy tam na noc. Wieczory wyglądały dokładnie tak samo, jak opisał to Marek, z tą różnicą, że u nas nikt nie grał na pianinie, ale za to słuchaliśmy pieśni w wykonaniu Miriam Wojnar lub Haliny Kudzin. Czy są jeszcze takie domy, gdzie panują takie zwyczaje? …

Dziękuję autorowi, Andrzejowi Mytychowi, za to, że zabrał mnie w tę piękną podróż sentymentalną. Warto pisać i czytać takie książki. Gorąco polecam tę niezwykłą historię Cezarego Kiewry - krawca, kaznodziei i przemytnika.





poniedziałek, 18 lutego 2013

Kącik dobrej książki


Kolejne próby odpowiedzi na pytanie: Dlaczego sprawiedliwego spotyka cierpienie?

Próba wiary: Psalm 73, dr Martyn Lloyd-Jones, Wydawnictwo Chrześcijańskie LEGATIO, Włocławek, 2002r.

W przedmowie do książki autor pisze: Psalm 73 dotyczy problemu, który często niepokoi i zniechęca Boży lud. Jest to podwójny problem, mianowicie, dlaczego dzieje się tak, że pobożni często muszą cierpieć, zwłaszcza świetle faktu, iż częstokroć wydaje się, że bezbożni mają się jak najlepiej?

W Księdze Psalmów znajdujemy wielu pobożnych ludzi, którzy mówią o swych trudnych życiowych doświadczeniach. Ludzie, piszący Psalmy nie wahali się mówić prawdy o sobie samych. Tak jak autor Psalmu 73, który z niezwykłą otwartością przyznaje się swojego duchowego zniechęcenia, spowodowanego bolesną rzeczywistością. Jest, zatem, rzeczą właściwą traktowanie doświadczeń tamtych ludzi, jako analogicznych do naszych. Nic więc dziwnego, że ludzie, którzy czują, że życie obeszło się z nimi w sposób okrutny, szukają ukojenia w Psalmach.

Dr Martyn Lloyd-Jones na przykładzie autora/bohatera Psalmu 73 wyjaśnia pewne istotne zasady postępowania, które pozwolą wierzącemu wyjść z kryzysu wiary (bo tak postrzega stan psalmisty), powstałego w wyniku porównywania się z innymi. Autor Psalmu 73 skupiał się na dwóch czynnikach, na których i my w chwilach kryzysu się skupiamy. Mianowicie, na powodzeniu bezbożnych oraz na kłopotach, problemach i biedzie pobożnych, w szczególności swoich własnych.

Lloyd-Jones naucza:

Ważności duchowego myślenia - musimy się nauczyć, iż całe chrześcijańskie życie, nie zaś tylko niektóre jego części, to duchowe życie; chrześcijanin musi wszystko postrzegać z duchowego punktu widzenia; podstawą w rozwijaniu takiego widzenia są: chodzenie do domu Bożego, czytanie Biblii, medytacja i modlitwa. Psalmista znalazł odpowiedzi na swoje pytania w domu Bożym.

Stawania twarzą w twarz z faktami - zrozumienia tego: Czy wiesz, w Kogo uwierzyłeś? Czy wiesz, w co wierzysz? Czy interesuje cię chrześcijańska doktryna? Jakie jest twoje zasadnicze pragnienie? Czy po prostu chcesz być szczęśliwy, czy chcesz znać prawdę?; i zrozumienia kresu - kresu bezbożnych i kresu pobożnych; pasuje tu przykład Joba „Słyszeliście o wytrwałości Joba i oglądaliście zakończenie, jakie zgotował Pan” Jakub 5:11; Biblia nieustannie podkreśla, jak ważne jest „ nasze zakończenie” i „ich kres”.
Podaje tu też dwa ważne powody powodzenia bezbożnych:
  1. Aby ich porażkę uczynić pełniejszą i pewniejszą.
  2. Ze względu na wychowanie własnego ludu. Potrzebujemy dyscypliny…
Badanie samego siebie - psalmista pisze: rozgoryczone było serce moje, w nerkach czułem kłucie, byłem głupi, nierozumny, byłem jak zwierzę… A to wszystko z powodu powodzenia u innych. Czy takie stany nie są nam obce?  Nie ma możliwości wzrostu w chrześcijańskim życiu, jeśli nie jesteśmy bezlitośnie uczciwi wobec samych siebie. Ze wszystkich aspektów chrześcijańskiego życia, badanie samego siebie jest prawdopodobnie tym, który jest najbardziej lekceważony. Pomyślmy o wszelkich rozgoryczeniach; pomyślmy o trudnościach, o wszelkich afrontach i obrazach, i o całej reszcie rzeczy, które, jak sądzimy, spadły na nas, o wszelkich nieporozumieniach. Jak pisze autor książki: Wszystko wypracowaliśmy sami. Po prostu robiliśmy z igły widły. Jacy potrafimy być małostkowi. Jakże skorzy jesteśmy do szemrania.

I na koniec: Ty i ja zawsze znajdujemy się w Bożej obecności. Kiedy zatem siedzisz w kąciku i użalasz się nad sobą, ponieważ w twoim życiu wydarzyło się to czy tamto, pamiętaj, ze to wszystko dzieje się w Bożej obecności. […]
Nie ma lepszego testu stwierdzającego stan chrześcijanina niż właśnie ten, że możemy dziękować Bogu za doświadczenia, problemy i za karanie, ponieważ rozumiemy, że zostały one wykorzystane przez Boga, by przyprowadzić nas bliżej do Niego. […] Bóg przygotowuje cię do świętości. Bóg jest święty i przygotowuje nas dla siebie i dla swej chwały. On posyła nam doświadczenia i uciski, by przekształcić nas na obraz Syna swego.


Nie marnuj swoich łez, Paul E. Billheimer, Wydawnictwo IDEA, Bielsko-Biała, 2012r.

Powtórzę odwieczne pytanie (cytuję wydawcę): „Boże, dlaczego?”. Cierpienie jest udziałem „człowieczego losu” wszystkich mieszkańców tej ziemi. To, że cierpią bezbożni, może wydawać się logiczne: powodem jest grzech. Ale dlaczego cierpi sprawiedliwy i święty?

Przyznaję, że w kwestii wyjaśnienia cierpienia świętych bliskie mi są argumenty dr Martyna Lloyda-Jonesa. Dlatego zastanawiałam się, czy mam tutaj prezentować książkę Paula E. Billheimera, który prezentuje nowe spojrzenie na to odwieczne pytanie: dlaczego sprawiedliwego spotyka cierpienie?
Skąd moje wahanie? A no, stąd, że się z autorem nie zgadzam, a nawet jego nowego wyjaśnienia się lękam. Mianowicie, niniejsza książka rozpatruje cierpienie jako kolejny, po modlitwie, aspekt przygotowania wybranych Bożych do sprawowania władzy. Autor (kaznodzieja, pastor, pisarz) pisze: Kiedy tu na ziemi ktoś zostaje przez wiarę wyzwolony z ucisku, odnosi zwycięstwo. Kiedy jednak oznaki ucisku nie ustępują i osoba ta poznaje nowy wymiar miłości agape, wtedy również odnosi zwycięstwo, ponieważ wzrasta jej pozycja w wieczności. […] Cierpienie prowadzi do osiągnięcia cech miłości agape, a charakter ten jest warunkiem niezbędnym do sprawowania rządów. Cierpienie jest czymś koniecznym do sprawowania władzy. W ogromnym, nieskończonym wszechświecie. […] Ci, którzy tak cierpieli, będą w przyszłości tworzyć elitę, arystokrację, klasę rządzącą. Będą książętami wiecznego Królestwa.

Chyba wystarczy. Jestem po prostu zadziwiona. W człowieku jest jednak niesamowite parcie na władzę. „Ku jakiej celowości?” - pytam, cytując znajomego księdza. Po co nam w niebie te władze, rządy, pozycje, hierarchie?
Abraham Lincoln powiedział: Najpewniejszym sposobem ujawnienia charakteru ludzi nie są przeciwności losu, lecz danie im władzy. Czasem, kiedy myślę o wieczności w niebie z pewnymi moimi duchowymi braćmi i siostrami, zadaję sobie pytanie: Czy, tak jak to było z rajem, i tam w niebie, Bóg ma wariant B? :-)



czwartek, 14 lutego 2013

Walentynkowo...


Rozdałam siebie ludziom
Jestem podzielona
Na niezliczone ilości części
Każdy ma trochę mnie
Odrobinę serca
Schowaną w kieszeni doświadczeń...

***
Daleko zostało serce w kawałkach
Rozdane każdemu po trosze inaczej
W walizce przywiozłam
Zasuszony kwiatek
I kory brzozowej kawałek
Wymiętą chusteczkę
Z wyszytym imieniem
Garść miękkich wspomnień
Stosik fotografii

Najwięcej mi jednak w bagażu ważyły
Życzenia życzliwości
I troska i przyjaźń
Miłością przetkane
Znalazły swe miejsce w tej luce
Gdzie serce moje być powinno
Więc jak mogę sama być?
Pytam
Gdy tłum towarzyszy mi co dzień
Na szczęście!


Wiersze pochodzą z tomiku "Malinowy Śnieg", Eweliny Tołopiło
Więcej o poezji Eweliny: KLIKNIJ



poniedziałek, 11 lutego 2013

środa, 6 lutego 2013

Kącik dobrej książki


Chwila z poezją

Ewę Furmańską (wtedy Parol) poznałam w późnych latach 90-tych. Była jeszcze studentką. Ujęła mnie swoim uśmiechem, nieśmiałością, subtelnością, delikatnością, wrażliwością... Miała chyba wszystkie najlepsze cechy dobrego człowieka. Sama nazywała siebie „Mgiełką”, co do niej doskonale pasowało. Tak podpisywała swoje wiersze, które od czasu do czasu podrzucała mi do czytania. Urzekały mnie swoją głębią i dojrzałością, i dlatego bardzo ucieszyłam się, kiedy Ewa wydała swój pierwszy tomik poezji w 2008 roku.
W tym roku, Ewa wznowiła tenże tomik oraz wydała poetycką miniaturę „Ukojeniem jesteś…”. Którą ubogaciła własnymi zdjęciami.

Odnalazłam szczęście w Tobie, Ewa Furmańska, Kompas II, Warszawa, 2008r.
Sama autorka pisze: Moje wiersze są autobiografią - zapisem ulotnych myśli, moich refleksji, faktycznych przeżyć i kolorowych marzeń. Poezją zafascynowałam się w szkole średniej, chociaż kilka wierszy napisałam już w podstawówce. Dla mnie poezja była i jest wspaniałą przygodą poznawania siebie oraz sposobem radzenia sobie z cierpieniem. […] „Odnalazłam szczęście w Tobie” to zbiór wierszy z okresu mojego dzieciństwa i wczesnej młodości. W tym czasie szukałam sensu życia, prawdziwej przyjaźni, szczęścia i bezwarunkowej miłości. Po wielu rozczarowaniach doszłam ostatecznie do wniosku, że te wszystkie wartości znajdują się tylko w Bogu.

Tytułowy wiersz brzmi:

Odnalazłam szczęście
w Tobie.
Tyś moje najskrytsze
marzenie spełnione,
odpoczniecie dla zmęczonej duszy.
Ty jesteś moje szczęście życiowe
bez względu na sytuację i zdrowie.
Ty jesteś mój skarb,
co trwa wiecznie.

Ukojeniem jesteś…, Ewa Furmańska, wydano staraniem własnym, Ruda-Huta, 2013r.
To zaledwie 8 wierszy. Jestem pewna, że Ewa ma ich znacznie więcej. I mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości nowy tomik poezji zobaczy światło dzienne. Tego jej serdecznie życzę.

Bardzo spodobał mi się ten wiersz:

Dotąd wiedziałam o Tobie
Ze słyszenia
Lecz oto oko moje
Ujrzało Cię
W trudnych doświadczeniach.

Z Twoją pomocą
Odbiłam się od dna rozpaczy.
Na nowo zaufałam
Miłości,
Która leczy i pociesza.

Ty, Panie, jesteś
Jedyną Prawdą na świecie
Wsparciem w niedoli
Przyjacielem, co potrafi
Płakać i słuchać.

Dziękuję Ci za to,
Że strapionych na duszy
Nigdy nie odrzucasz.

Wielbicielom poezji polecam. 



poniedziałek, 4 lutego 2013

Po właściwej stronie


Niedawno, pewna sytuacja wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Wspomniałam swojej znajomej z zagranicy, że planowana jest już trzecia edycja wielkiego wydarzenia dla kobiet w „Teatrze Roma”. Impreza, chociaż ma charakter typowo ewangelizacyjny, roboczo nazywana jest przez  nas (organizatorki) „konferencją”. Takiego określenia też użyłam, pisząc o naszych planach znajomej. Ponieważ wysyłałam jej relacje z poprzednich wydarzeń, zaskoczyła mnie jej natychmiastowa reakcja i propozycja nie-do-odrzucenia. Mianowicie, zaproponowa-ła mi swój udział w wydarzeniu z serią wykładów na temat biznesu(!). Nowo stworzona przez nią organizacja zajmuje się propagowaniem i pomocą w rozwoju chrześcijańskich biznesów. Głównie biznesów prowadzonych przez kobiety. Idea jest jak najbardziej słuszna i szlachetna, ale mnie uderzyło najbardziej to, jak diametralnie zmienia się nasz cel, obiekt, pole, perspektywa, ostrość widzenia w zależności od tego, co aktualnie leży nam na sercu. Każda z nas miała zupełnie inną wizję i cel tego planowanego wydarzenia oraz inne wyobrażenia na temat odbiorcy. Ja widziałam 1000 kobiet desperacko potrzebujących usłyszeć poselstwo Ewangelii, ona 1000 potencjalnych bizneswomen. Delikatnie naprostowałam koleżankę i podziękowałam za propozycję.

Dlaczego o tym piszę? Ta sytuacja spowodowała, że zaczęłam zastanawiać się nad tym, co Bóg chce mi pokazać. Na co wyczulić. Odkryłam, że jako kościół nie różnimy się zbytnio od otaczającego nas świata, poprzez skupianie naszej uwagi i honorowaniu tych, którzy są życiowymi zwycięzcami, którym się powiodło, którzy są mądrzy. Proponowanie zakładania biznesu czy wykładów na temat biznesu, nie oszukujmy się, nie jest skierowane do ludzi, którzy nie radzą sobie w życiu. Są mniej inteligentni czy wyedukowani. Również takim ludziom nikt nie zaproponuje w kościele roli lidera, nauczyciela, reprezentanta. Niedawno dowiedziałam się, że na członków religijnej żydowskiej społeczności Qumran nie przyjmowano osób kulawych, ślepych lub kalekich. Nawet mnie to nie zdziwiło, zbyt wiele już sama widziałam. Ostracyzm w stosunku do ludzi, którzy wyglądają, myślą i postępują inaczej niż my, nie posiadają tego, co my, nie jest mi obcy. Również w kościele. 

Od pewnego czasu mam przywilej mieć częstszy kontakt z tymi, którym czegoś brakuje. Którzy cierpią niedostatek ekonomiczny, intelektualny, fizyczny, moralny. Bóg pomaga mi otwierać się na tych ludzi, tak jak On to czynił. Wiem, że potrzebują oni usłyszeć Ewangelię, ale, jak powiedział George Sweeting „Otwarta Ewangelia nie może być głoszona przez zamkniętych ludzi”. Nie zawsze jest łatwo. Czasem pewne zmysły wolałabym mieć wyłączone... Z drugiej jednak strony, po latach służby spędzonych z ludźmi wymuskanymi, świeżutkimi, pachnącymi, ta odmiana wydaje się lepiej wpływać na moje serce. I gdybym chciała mieć jeszcze jakieś wątpliwości co do tego, że jest to moje miejsce, to Bóg wiedział, jak je rozwiać. Dwukrotnie, w odstępie jednego dnia, przemówił do mnie, z dwóch różnych niezależnych źródeł, następującymi słowami z Ew. Łukasza 14:12-14 Gdy dajesz obiad albo wieczerzę, nie zwołuj swoich przyjaciół ani swoich braci, ani swoich krewnych, ani bogatych sąsiadów, żeby cię czasem i oni nawzajem nie zaprosili, i miałbyś już odpłatę. Lecz gdy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych, ślepych. I będziesz błogosławiony, bo nie mają ci czym odpłacić. Odpłatę bowiem będziesz miał przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych