Tak się złożyło, że w przedostatnim numerze biuletynu prezentowałam Wam bardzo ciekawą książkę polskiego autora, artysty, misjonarza - Janusza Kokota, pod tytułem Afrobiografia. Książka ta opowiadała o blaskach i cieniach, radościach i smutkach, sukcesach i porażkach jakie zawierają się w przyjęciu tego odpowiedzialnego wyzwania, jakim jest powołanie misyjne. Janusz Kokot podjął takie wyzwanie, wybierając za miejsce docelowe Ugandę. Mam nadzieję, że przynajmniej jakaś część z Was już zapoznała się z jego książką.
Dziś znowu powędrujemy do Ugandy, a to za sprawą mojej znajomej, która zaledwie kilka tygodni temu wróciła stamtąd, z krótkoterminowej misji. Ania nie napisała jeszcze książki o swojej podróży, ale obserwowane przeze mnie jej przygotowania do wyjazdu, opisy przebiegu tej misji i towarzyszących jej wstrząsów kulturowych, doznań smakowych i przeżyć duchowych oraz jej obecne wspomnienia, rozterki, tęsknoty przyczyniły się do tego, że kiedy ona zmagała się na polu misyjny - niczym żołnierz na froncie, ja - siedząc na kanapie - mogłam spokojnie przeczytać dwie książki na temat Ugandy :-)
Właśnie zamierzam je tu zaprezentować, a do osoby Ani powrócę w końcowej części tego artykułu.
Od razu zaznaczam, że o tej książce pisałam do biuletynu w 2018 roku. Postanowiłam jednak ponownie ją przeczytać i przypomnieć tu z dwóch powodów.
1. Uganda stała się „modna”, „popularna”. Może są to nieadekwatne określenia, dlatego wpisałam je w cudzysłowie, ale niezaprzeczalnym jest fakt, że coraz więcej Polaków angażuje się w misję w Ugandzie. Dla mnie Honorata wciąż pozostaje pionierem w tej służbie.
2. Moja znajoma Ania znalazła się w Ugandzie na zaproszenie Honoraty. Nie było ono skierowane bezpośrednio do Ani. Było raczej ogólnym apelem o nowych ‘robotników’. Do ilu osób ten apel dotarł nie wiem, ale Ania go usłyszała bardzo wyraźnie i odebrała dla siebie.
Pozwolę też sobie zamieścić okładkę pierwszego wydania i zacytować to, co napisałam cztery lata temu: Przyglądam się zdjęciu z okładki. Widzę na nim drobną, filigranową blondynkę, trzymającą w objęciach czarnoskórą dziewczynkę. Patrzę na jej subtelne i delikatne rysy, delikatną budowę i zadaję sobie pytanie, ile siły musiało być w tej istocie, aby spędzić osiem miesięcy na polu misyjnym w Ugandzie. Odpowiedź na moje pytanie znajduję na kartach tej książki.
Jest to książka nie tylko o misji, podczas której, oprócz głoszenia Ewangelii, główny nacisk kładziony jest na praktyczną pomoc niesioną ubogim mieszkańcom Ugandy. Głównymi odbiorcami tej pomocy są osierocone dzieci, samotne matki, osoby żyjące w skrajnym ubóstwie, ludzie dotknięci wirusem HIV. W pamiętniku Honoraty widzimy w działaniu Boga, który jest Bogiem cudów, jest zaopatrzycielem, jest Ojcem wdów i sierot. Widzimy też w działaniu ludzi - wiernych, oddanych, ufających, nie poddających się przeciwnościom. A pośród nich jest Honorata.
Najlepiej o niej mówią jej własne słowa: W lipcu 2007 r. Pan powołał mnie do wyruszenia w nieznaną mi drogę, aby dojść do nowego wymiaru mojego życia wiary. Wtedy o tym nie wiedziałam, ale zdecydowałam się Mu zaufać. Postanowiłam spisywać w formie pamiętnika, co Pan dawał mi poznać i doświadczyć w Ugandzie. Pisze też: Czasem doświadczam trudności, ale gdy czuję, że coś jest ponad moje siły, mówię sobie: „Nie poddam się, bo jestem w miejscu mojego powołania...”.
Pragnieniem Honoraty jest, aby czytelnik znalazł w jej książce zachętę do podjęcia wyzwania szukania pełni, którą mamy w Jezusie, nie zgadzając się na swoje mierne życie chrześcijańskie, o ile takie jest oraz podejmując z odwagą stawiane nam przez Boga wyzwania. (...) Myślmy kryteriami wieczności, a będziemy zdolni do poświęceń ze względu na Jezusa, motywowani nie tylko emocjonalnym współczuciem, które przecież i niewierzący odczuwają, ale będą raczej posłuszni wezwaniu naszego Boga.
Zachęcam - na początek podejmijcie wyzwanie do przeczytania tej wspaniałej misyjnej historii. Zaznaczam, że przygoda z Ugandą, Honoraty i jej męża, wciąż trwa.
Kiedy szukałam nowych propozycji książkowych, mogących zasilić mój zapas prawdziwych historii z pola misji, zaintrygował mnie ten tytuł. Spalić paszport?! - aż tak?! Właśnie tak... Ojcowie Biali, pierwsi katoliccy misjonarze afrykańskiego kontynentu, palili po przyjeździe swoje paszporty, odcinając sobie możliwość odwrotu, gdy przygniecie ich poczucie obcości i bezsensu swoich wysiłków.
Jak możecie się domyślać ze wstępu Bogusław Kalungi Dąbrowski jest misjonarzem katolickim. Franciszkaninem. Przetrwał na polu misyjnym w Ugandzie piętnaście lat. Nie spalił paszportu, chociaż wielokrotnie chciał stamtąd uciekać, ale zawsze ktoś go w tej decyzji wyprzedził, więc on nie miał innego wyjścia - musiał pozostać na posterunku. Pisał o tym: Tropikalny klimat, nowe jedzenie, tyfus i malaria, toaleta w buszu... życie bez prądu i łączności telefonicznej, obcość innej kultury, słaba znajomość miejscowego języka, i co gorsza niewiara, że kiedykolwiek się go nauczę, powodowały utratę sensu mojej pracy. (...) Afryka ma to do siebie, że z dnia na dzień może człowieka wykończyć. Nagle wydarza się coś, co sprawia, że chcesz i czujesz, że musisz stąd uciec. O swoich kryzysach pisze naprawdę bardzo szczerze. Podaje też receptę na swoje małe zwycięstwa: Zrobiłem następujące postanowienia: nie odrzucać codziennego krzyża, nieść go do końca, zwalczać pokusy i zwiększyć samodyscyplinę, codziennie pracować fizycznie, modlić się i pisać doktorat. Resztę pozostawiłem Bogu. Uzyskałem pokój w sercu.
Książka „Spalić paszport” stała się dla mnie obfitym źródłem wiedzy na temat Ugandy. Nigdy wcześniej tak wiele o Ugandzie się nie dowiedziałam. A przy tym jest pięknie wydana i zaopatrzona dużą ilością pełnokolorowych zdjęć. Zdjęć, które czytelnika zachwycają.
Piętnaście lat pobytu w tym kraju zaowocowało tym, że autor mógł przedstawić czytelnikowi Ugandę wielowątkowo. Dowiemy się wiele o historii tego kraju, o jego kulturze, o dynamicznej polityce. O klanach rodzinnych, o języku, o kolorach, o porach roku. O różnorodnych zwyczajach, tradycjach i praktykach duchowych - również tych pochodzących z głębokiej duchowej ciemności. Dowiemy się o codziennych posiłkach, o chorobach. O uzdrawiaczach i czarodziejach. O egzotycznych owocach i warzywach, które są rajem dla podniebienia. O suszy i o głodzie. O komarach i malarii. O wszechobecnym wirusie HIV. To wszystko, o czym pisze autor, to Uganda w pigułce. Tyle wiedzy, komuś, kto wybierałby się w tamtą stronę wystarczy :-)
Bardzo gorąco zachęcam do przeczytania tej książki.
A teraz... Anna Magdalena Siemczuk. Ania jest autorką pięknej poezji. W ciągu ostatnich dwóch lat zostały wydane dwa tomiki z jej wierszami: „Ziarna” i „Sercopogląd”.
Stosunkowo niedawno Ani sercopogląd skłonił ją do podjęcia się nagłego wyzwania - krótkoterminowego wyjazdu na misję do Ugandy (29.04.-28.06.2022). Była to jej odpowiedź na apel Honoraty Wąsowskiej. Odpowiedź spontaniczna, ale również mocno przemodlona.
Odpowiedź entuzjastyczna, przez co ryzykowna (wiele spraw w życiu Ani się skomplikowało, czego skutki odczuwa po powrocie z misji) i ufna (wtedy i teraz ufa, że Bóg zatroszczy się o wszystko i zaopatrzy).
Ania właśnie zaczęła pisać swojego bloga z tej pierwszej podróży misyjnej - bo wierzę, że nie ostatniej: https://annasiemczuk.pl/uganda/. Pozwolę sobie przytoczyć z niego dwa fragmenty:
Właściwie to nie wiem od czego mam zacząć… …więc może od pierwszych odczuć, które pamiętam z tych pierwszych 2 tygodni na miejscu, czyli w wiosce Kisekera, tuż przy Kaihura (Kyenjojo district). Cóż, czułam się trochę jakbym przybyła do dżungli po przebyciu niezbędnego treningu w polskich lasach, przygotowującego fizycznie. I po nabyciu bogatej wiedzy książkowej na temat trudów, które w dżungli nas spotykają. Niby jest się przygotowanym, ale jednak wszystko odczuwa się inaczej, gdy to, co się włożyło do głowy, nagle zaczyna rzeczywiście dotykać ciała i staje się namacalnym bliskim otoczeniem, i gdy, po czasem bywających gorących polskich lasach, nagle znajduje się w inaczej gorącej afrykańskiej dżungli… Wszystko oddziałuje właśnie inaczej, tak na psychikę jak i ciało. Więc byłam takim skautem, po harcerskim przygotowaniu na zieloną szkołę, a znalazłam się na poligonie w powinności bycia żołnierzem :D! (...)
Wszystko przeżyłam i choć na początku chciałam jak najszybciej wracać do Polski, zapominając o tym kawałku mego życia, teraz jestem gotowa na powrót (może, gdy to czytacie już tu jestem :D!).
W oczekiwaniu modlitewnym na Boże odpowiedzi i prowadzenie, Ania dzieli się taką myślą: Daj się Bogu poprowadzić, a owoce będziesz oglądać w zachwycie i może czasem z niedowierzaniem.
***
Napisane na potrzeby Biuletynu "Idźcie".




