środa, 29 czerwca 2011

Czyś słyszał, że Kościół jest żywy?

Rutyna (postępowanie według utartych szablonów, monotonia, nuda, brak zmian) wkrada się wszędzie.
Głównie chyba w nasze życie zawodowe. Potem rodzinne. Nie ma chyba dziedziny życia, która nie byłaby zagrożona rutyną. Rutyna nie omija również Kościoła.
Szczęściem, za sprawą Ducha Świętego, jesteśmy uchronieni przed popadnięciem w całkowitą rutynę, bo podczas każdego nabożeństwa, spotkania, wyda-rzenia Bóg działa w Swój unikalny i zaskakujący sposób.
Ale z drugiej strony - sami czasem czujemy, że wszystko w życiu Kościoła dzieje się przewidywalnie tak samo: schematyczne nabożeństwa, te same i takie same cotygodniowe spotkania, niezmienny kalendarz kościelny…

Wspominając, z wielkim rozrzewnieniem, już dosyć odległe czasy byłego Zjednoczonego Kościoła Ewangelicznego, mam wrażenie, że wtedy Kościół był jakby aktywniejszy. Niby było trudniej (systemowo), ale miało miejsce wiele wspólnych działań, które gromadziły na jednym miejscu setki a nawet tysiące osób. Nasz Kościół, nasza mniejszość wyznaniowa była widoczna - na Torwarze, w Hali Mirowskiej, w kinach, na ulicach Warszawy - podczas „Marszu dla Jezusa”. Może nadal wiele się dzieje, ale - ponieważ każdy teraz działa w ramach własnej denominacji - tych wydarzeń nie widać. (Chyba, że się uważnie śledzi życie innych kościołów.) Z ostatnich lat - z wydarzeń międzykościelnych, ponad denominacyjnych - przypominam sobie konferencję z Davidem Wilkersonem (2005) i ewangelizację z Andrew Palau (2006) i oczywiście nabożeństwa z okazji Światowego Dnia Modlitwy.

To chyba wszystko, … aż do czerwca 2011. Kiedy to mój kalendarz wypełnił się wieloma następującymi po sobie wydarzeniami.

11 czerwca. Pierwsze i w swej liczebności największe, to Festival of Life z Joyce Meyer w roli głównej i z towarzyszącym jej zespołem Hillsong z Kijowa. Zjechali się ludzie z całej Polski. Dzieląc siebie pomiędzy jedną ze służb a fotelem dla VIP-ów J, mogłam obejrzeć ogrom tego przedsięwzięcia od strony kulisów a też z widowni. Niesamowite wrażenie robiła, zapełniona do granic swoich możliwości Sala Kongresowa (z dodatkowymi przyległymi salami). Dla samego tego widoku warto było tam być! O, pójdź do Kościoła żywego…
(Więcej o samej imprezie można przeczytać: KLIKNIJ.)

12 czerwca. Światowy Dzień Modlitwy. Kościół Warszawy (reprezentowane są różne denominacje) gromadzi się mniej licznie niż zwykle (do tej pory bywało po 1500-2000 osób, tym razem było około 500), ale za to jest widoczny i słyszalny. Jest obecny. Jest radosny. Jest żywy. O, pójdź do Kościoła żywego…
(Więcej o tym wydarzeniu piszę: KLIKNIJ.)

16-19 czerwca. W Ostródzie, w pięknym ośrodku Kościoła Chrystusowego, odbywa się kolejna edycja zjazdu Pokolenia Wiecznie Młodych. To zjazd ludzi z dawnego ZKE, a więc znowu spotykają się przedstawiciele różnych denominacji. Nie ma wśród nich ludzi poniżej 50-tki. To twórcy historii Kościoła z lat 70 (jest ich coraz mniej) i ich podopieczni (też już z siwymi głowami). Ten zjazd ma charakter jubileuszowy - 40 lecie ostródzkiego ośrodka. Czy można sobie wyobrazić piękniejszą uroczystość niż spotkanie tych, którzy ten ośrodek tworzyli. Tych, którzy w nim, ogromnym rzeszom młodzieży, służyli. I tych, którzy się, podczas odbywających się tu obozów, nawracali?  O, pójdź do Kościoła żywego…
(Zdjęcia z jubileuszowego nabożeństwa: KLIKNIJ.)

22-25 czerwca. Na Ursynowie odbywa się Festyn z „Odpowiedzialnymi” - wielka impreza dla całej rodziny. Kościół wyszedł pomiędzy ursynowskie bloki. Dla licznie zebranych rodziców z ich pociechami zostały przygotowane różne atrakcje: pokazy walk rycerskich, wielka dmuchana zjeżdżalnia, zabawy z chustą animacyjną, skoki na trampolinie, malowanie twarzy - nawet moja mała wnusia dała sobie namalować na policzku kwiatek. Było kino familijne, „Mały Inżynier” i wiele, wiele innych atrakcji (wata cukrowa, kiełbaski z grilla)… W wydarzeniu pomagała wcześniej przeszkolona młodzież z różnych kościołów, byli też goście z Anglii - przyjechali, aby szkolić i pomagać i… zostali zaskoczeni organizacją i profesjonalizmem polskiej strony. Ja też tam byłam i świetnie się bawiłam, tańcząc skocznie (na tyle, na ile pozwoliła mi moja waga :-) do jakiejś zwariowanej angielskiej piosenki (hoki poki). Padający momentami bardzo rzęsisty deszcz nikogo nie zniechęcił do pysznej zabawy. O, pójdź do Kościoła żywego…

25 czerwca. Soli Deo Gloria! To główne hasło Reformacji ożywa w murach warszawskiego „okrąglaka” (Kościół Ewangelicko Augsburski przy Pl. Małachowskiego 1), za sprawą Stowarzyszenia „Misio Musica” - orkiestry symfonicznej, chóru i solistów. Rozglądam się po kościele i widzę ludzi, których nie widziałam od kilku czy kilkunastu lat. O, jak dobrze i miło… (Psalm 133) Profesjonalizm muzyków i śpiewaków wywołuje poczucie dumy - nasz Kościół godnie się reprezentuje. A trwający dwie godziny koncert chwały dla Boga dotyka umysłów i serc. Zamierzony przez „MM” cel został osiągnięty, tak jak to wyraził prezes stowarzyszenia Janusz Sałaciński: Jako wierzący muzycy zrzeszeni w „Missio Musica” mamy intencję, aby zaśpiewać i zagrać koncert tylko na Bożą Chwałę - Soli Deo Gloria. Nie mamy żadnych innych intencji, nie będzie to nawet ewangelizacja, chociaż treść Dobrej Nowiny będzie w pieśniach przekazywana. Chcemy rzeczywiście, w imieniu naszego Pana Jezusa Chrystusa, wystąpić przed Bożym Tronem i oddać Jemu pokłon, wykonując koncert na głosy solowe, chór i orkiestrę. O, pójdź do Kościoła żywego…

26 czerwca. Kolejne wydarzenie w Sali Kongresowej zamyka, jakby klamrą, to czerwcowe ‘szaleństwo’ :-). Kościół Chrystusowy, obchodzący swój rok jubileuszowy (90), w bardzo uroczysty sposób otwiera Dziesiątą Dekadę swojego istnienia. Sala jest wypełniona jubilatami z całej Polski oraz licznie przybyłymi gośćmi - przyjaciółmi z innych kościołów warszawskich. Przyznaję, że urzekła mnie skromność, pokora i prostota tego wydarzenia. Nie było dyplomów i kotylionów, chociaż niewątpliwie przez te 90 lat wielu ludzi przysłużyło się dobru i rozwojowi tego kościoła. Swoją chwałę odebrał Bóg w pieśniach, modlitwach, przemówieniach. Bo cóż to by było „Gdyby Pan nie był z nami…”? - wspominając historię Kościoła Chrystusowego w Polsce, powiedział pastor Piotr Karel, cytując Psalm 124. Pięknym akcentem spotkania był czas, kiedy prezbiterzy różnych Kościołów składali jubilatom życzenia i modlili się o Boże błogosławieństwo dla Dzieła Dziesiątej Dekady. Do takich pięknych, wspólnych chwil tęskniło moje serce. O, pójdź do Kościoła żywego…
(Zdjęcia z uroczystości: KLIKNIJ.)

***
Słowa tytułu i refrenu pochodzą z pieśni nr 600. Ze „Śpiewnika Pielgrzyma”.


poniedziałek, 27 czerwca 2011

Wakacyjne dylematy

Z okazji rozpoczynających się wakacji (dla dzieci już się zaczęły) postanowiłam posłużyć się dziś rozważaniem  ks. Hen-ryka Czembora z książki „Blisko Boga”. Jest to rozważanie na czasie, bo dotyczy okresu wakacji - urlopów, spowolnienia tempa życia, pewnego odejścia od rutyny i codzienności...
Ksiądz Czembor niewątpliwie dostrzega i docenia zalety letniego odpoczynku, ale również przestrzega przed tym, aby odpoczywać mądrze - odpoczywać tak, aby zbliżyć się do Boga, a nie od Niego oddalić.
Myślę, że najłatwiej oddalić się od Boga przez zaniedbanie społeczności z Bogiem i z Jego ludem (często podczas wakacji robimy sobie urlop od Kościoła, od służby, od Boga i od Jego Słowa...) oraz przez brak ostrożności i rozluźnienie duchowe, które często prowadzi nas do grzechu (wydaje nam się, że Bóg też jest na urlopie i nie zważa na to, co robimy ;-).
A przecież Boża zasada odpoczynku - zawarta w Sabacie - nie głosi ‘odpoczywajcie ode Mnie’, ale ‘odpoczywajcie ze Mną, lub odpoczywajcie we Mnie!’. Sabat to dzień poświęcony Bogu, nie nam. Tak więc, kiedy mamy w ciągu lata w nadmiarze sabatnich dni (dni odpoczynku) wykorzystujmy je właściwie - w myśl Psalmisty: Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy posiedli mądre serce! Ps. 90:12 I ten właśnie werset posłużył ks. Czemborowi za podstawę poniższego rozważania. 

***

Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy posiedli mądre serce! Ps. 90:12
Pod gorącym słońcem lata czas biegnie inaczej niż w innych okresach. Jest pora urlopów. Nie trzeba się zrywać o świcie, pędzić do metra, wykonywać swej zwykłej, powszedniej pracy. Można robić coś innego, można leniuchować, odpoczywać czy szukać coraz to nowych rozrywek. Mamy sporo wolnego czasu, mamy właściwie wyłącznie wolny czas, wolny od tego, co wypełnia bez końca i bez reszty pozostałe dni naszego roku.
Urlop jest szansą na odpoczynek, regenerację sił. Jest też szansą na wyrwanie się z kieratu ogłupiających, ciągle tych samych zajęć. Jest chwilą oddechu, przystankiem w drodze i okazją do przemyśleń. Popatrzmy za siebie: Ile dni minęło już z naszego życia? i Ile jeszcze może być przed nami? Są tacy, którzy nie lubią liczyć swoich dni i lat, chcą mieć złudzenie, że czas stoi w miejscu, że nie przybywa lat, które są już tylko przeszłością. Chcą być wiecznie młodzi i mieć życie przed sobą... Życie wśród złudzeń jest jednak niebezpieczne. Trzeba liczyć się z realiami, trzeba umieć liczyć swoje dni. I te, które minęły, i te, które mamy przed sobą. Te pierwsze już się nie powtórzą, pozostaną na zawsze takimi, jakimi były. Te, które są przed nami, dają jeszcze szansę na dokonanie czegoś istotnego, ważnego, dobrego.
Trzeba umieć wykorzystać czas. Trzeba umieć nadać sens i treść mijającym dniom. Należy sobie uświadomić, że tylko Bóg jest wieczny i On, Stwórca czasu, wie najlepiej, jak człowiek powinien wykorzystać swój czas.
Prośmy więc razem z Psalmistą: „Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy posiedli mądre serce!” Niech te dni odpoczynku i urlopu będą nie tylko odnowieniem naszego ciała, ale także naszej duszy. Niech w tym wolnym czasie nauczymy się doceniać mijające dni i mądrze je wykorzystywać. Mądrze to znaczy zgodnie z wolą Bożą, zgodnie z tym, do czego zostaliśmy stworzeni i przeznaczeni.
W okresie wakacji jest czas, jest szansa na szukanie Boga, na odnowienie społeczności z Nim. Wykorzystajmy tę szansę, aby dni urlopu stały się prawdziwym błogosławieństwem dla dni szarych, powszednich, zwykłych, abyśmy posiedli mądre serce i umieli liczyć dni nasze.
Ja bym jeszcze dodała: Wykorzystując czas, gdyż dni są złe. (Efezjan 5:16)

***

Pomyślałam też sobie, że przypomnę jeszcze pewien stary tekst. Może się przyda - przed nami dwa miesiące  wakacji.

 „W krokach wiary, w duchowym życiu nie ma urlopu.” Tak napisała Alina Wieja w „Naszych Inspiracjach”/Lato2003. Pozwólcie, że zacytuję dalszą część jej przedwakacyjnej refleksji: [...] Nawet w najbardziej rozleniwionym i swobodnym dniu letnich wakacji nie jesteśmy zwolnieni z odpowiedzialności za własne decyzje, za to, co robimy z własną seksualnością, z tego, jak spędzamy czas darowany nam po to, by zregenerować nadwerężone siły i zdrowie. Nawet letnie przyjemne dni nie zwalniają nas z konieczności wybierania tego, co właściwe, w miejsce dobrego, nie mówiąc o potrzebie odrzucenia tego, co złe.
Podsumowaniem efektywnego i spełnionego życia są zawsze jego owoce, a nie ilość spraw, w które jesteśmy czy byliśmy zaangażowani. „Po ich owocach poznacie ich” - takie jest Boże prawo oceny.
Gorąco zachęcam, aby w czasie wakacyjnego urlopu przemyśleć i zaplanować kolejny rok swoich działań. Czy to, co robimy, w co angażujemy wszystkie nasze siły i środki przyniesie trwałe i najlepsze owoce?
Chodzi przede wszystkim o to, aby żadnego dnia nie żałować podjętych w nim decyzji, wybranych osób, przed którymi otworzyliśmy swoje serce, obdarzyliśmy przyjaźnią.
To, co siejemy: dla ciała, duszy, ducha, dla innych, a przede wszystkim dla Boga, będziemy zbierali w naszych plonach. Co w nich znajdziemy? Co powie nasz Stwórca, kiedy będzie rozliczał się z nami z powierzonych nam zasobów? [...]

***

Panie moich godzin i moich lat,
Ty dałeś mi wiele czasu,
i on leży za mną
i on leży przede mną.
Był moim i będzie moim
i mam go od Ciebie.
Dziękuję Ci za każde bicie zegara
i za każdy poranek, który oglądam.
Nie proszę Cię, żebyś dał mi więcej czasu,
Proszę Cię jednak o więcej spokoju ducha,
aby go wypełniać każdej godziny
Twoimi myślami o mnie.
Proszę Cię, żebym trochę tego czasu
zafundować mógł z rozkazu i obowiązku
trochę dla ciszy,
trochę dla zabawy,
trochę dla ludzi
na marginesie mego życia,
którzy potrzebują Pocieszyciela.
Proszę Cię o staranność,
żebym mojego czasu nie zabijał,
nie wypędzał, nie niszczył.
Każda godzina jest dotknięciem ziemi.
Chciałbym rozrywać ją pługiem,
chciałbym wrzucić w nią
miłość, myśli i rozmowy,
żeby owoc rósł.
Błogosław mój dzień.
(Jörg Zink - tłum. Ks. Jan Krzywoń)


piątek, 24 czerwca 2011

The Global Day of Prayer w Polsce

Światowy Dzień Modlitwy 2011

Już po raz szósty, w dniu pamiątki zesłania Ducha Świętego, który tym razem wypadł na dzień 12 czerwca 2011r., zgromadziły się w Warszawie kościoły ewange-liczne, aby we wspólnej modlitwie dołączyć do grona modlących się - w Polsce i na całym świecie - chrześcijan.

Początki:
The Global Day of Prayer odbywał się już po raz dziesiąty, dlatego warto przypomnieć, jakie były jego początki.
W lutym 2000r. Graham Power, poważny biznesmen, a zarazem świeżo nawrócony chrześcijanin, obejrzał film dokumentalny „Przeobrażone miasta”, wyprodukowany przez George’a Otisa. Szczególnie poruszyła go historia miasta Cali w Kolumbii. Dotknął go fakt, że pastorzy modlili się tam razem o swoje miasto oraz poruszyła go zmiana, jaką ta modlitwa za sobą pociągnęła. W lipcu 2000r. G. Power otrzymał od Boga wizję modlitwy o świat… I tak się wszystko zaczęło. W 2001r. na stadionie w Kapsztadzie zgromadziło się 45 tysięcy osób, aby razem się modlić. Inicjatywa stopniowo rozszerzała się, obejmując całe RPA, Afrykę… aż w 2005r. w modlitwie wzięło około 220 milionów chrześcijan z całego świata. Polska dołączyła do ŚDM w 2006r.
Również w 2006 r., w ramach ŚDM, została wdrożona prosta trzyczęściowa strategia:
- 10 dni modlitwy (dzień i noc) od Wniebowstąpienia do soboty przed niedzielą Zielonych Świąt,
- Światowy Dzień Modlitwy w niedzielę Zielonych Świąt,
- 90 dni błogosławieństwa po ŚDM (praktyczne zaangażowanie Kościoła w życie lokalnych społeczności - wsi, miast, dzielnic).

Trochę warszawskiej historii:
4 czerwca 2006r. - hala sportowa na Targówku zapełniła się kilkoma setkami wierzących (ponad 500 os. dorosłych), może nie ze wszystkich, ale z większości warszawskich kościołów i wspólnot ewangelicznych. Ponieważ była to impreza ogólnopolska, do stolicy przyjechali różni przywódcy duchowi z Polski. Warszawa ‘wystawiła’ honorowego gościa - Hannę Gronkiewicz-Waltz. W tym dniu, na całym świecie, modliło się razem około 500 milionów chrześcijan.

27 maja 2007r. - warszawski ŚDM zgromadził w centrum konferencyjnym przy ulicy Bobrowieckiej około 1500 wiernych z dziesięciu kościołów warszawskich, których pastorzy i liderzy stanowili komitet organizacyjny. Na sali znajdowali się też przedstawiciele innych kościołów i wspólnot ewangelicznych. Kazanie wygłosił pastor Krzysztof Zaręba. W tym roku ŚDM organizowany był również w różnych strategicznych miastach naszego kraju.

11 maja 2008r. - w tym roku w organizację ŚDM włączyło się trzynaście kościołów warszawskich. Nabożeństwo odbyło się w nowo wybudowanej, nowoczesnej hali sportowej „Arena Ursynów”. Hala wypełniła się licznie. Szacuje się, że obecnych było ponad 1500 osób plus około setka dzieci. Kazanie wygłosił pastor Arkadiusz Kuczyński.

31 maja 2009r. - powrót na Bobrowiecką („Arena Ursynów” była zajęta). Grono organizatorów powiększa się do szesnastu kościołów. Około 2000 osób zapełniło tę salę - duszną i ciemną. A jednak… czy raczej pomimo tego - wiele osób, po spotkaniu, mówiło o niesamowitej atmosferze tego wspólnego czasu; o przełamaniu barier tkwiących w ich sercach w stosunku do innych wspólnot. Dla wielu to nabożeństwo zdało się być czasem szczególnym, nie mającym miejsca nigdy wcześniej. Kazanie wygłosił pastor Paweł Jarosz.

23 maja 2010r. - warszawski Kościół ponownie gromadzi się, aby modlić się o świat. Tym razem „Arena Ursynów” okazała się dostępna. Frekwencja podobna jak w latach poprzednich. Kazanie wygłosił pastor Andrzej Stepanov. Dodatkowy element po spotkaniu - piknik rodzinny na pobliskiej polanie. Przelotny deszczyk tylko zaostrzył apetyt na kiełbaski i szaszłyki z grilla. A dzieciom mokre zjeżdżalnie i trampoliny wydawały się w ogóle nie przeszkadzać.

Nie tak odległa przeszłość:
12 czerwca 2011r. Warszawski Światowy Dzień Modlitwy - Kościół wychodzi na ulice miasta. Konkretnie - gromadzi się na Placu Bankowym, tuż przy Ratuszu. Chyba dlatego to nabożeństwo modlitewne od samego początku jest inne od poprzednich (mimo tego, że jest nas mniej niż do tej pory bywało - liczbę uczestników szacuje się na 500 osób). Radosne, głośne (na powietrzu inaczej się nie da :-), żywiołowe, momentami spontaniczne. Troszkę mało kolorowe - zabrakło flag i bannerów. Ale za to niebo zafundowało nam nie lada ‘transparent’. W chwili śpiewania pieśni, której słowa proklamują zawierzenie naszego kraju Bogu, na niebie pojawiła się chmura w kształcie ptaka. Opinie różnią się jedynie, co do tego - czy był to orzeł czy gołąb.

Pastor Andrzej Nędzusiak, który w tym roku głosił kazanie, a jednocześnie był koordynatorem całego przedsięwzięcia, podsumowuje nabożeństwo tak: Ja sam jestem zadowolony z wydarzenia, bo wyszło naprawdę dobrze, biorąc pod uwagę okoliczności: wielka konferencja z Joyce Meyer poprzedniego dnia, niewielkie przygotowania organizacyjne (w związku z charakterem lokalizacji) i częściowo spontaniczny przebieg samego spotkania. Jestem wdzięczny Bogu, że w całkiem sporej liczbie mogliśmy się modlić przed siedzibą władz naszego miasta.

Pastor Andrzej Stepanov dodał:
Takie zgromadzenia powinny się kierować następującymi zasadami: ma być radośnie, kolorowo i głośno. I to się udało. Staliśmy w miejscu, gdzie przechodnie mogli podejść, ale nie musieli. Nie było to miejsce odpoczynku i spacerów, więc nie przeszkadzaliśmy. Rozmawiałem z ludźmi, których nasze zgromadzenie na Bankowym przyciągnęło. Byli naprawdę zainteresowani. Chcieli wiedzieć więcej. My, w swoich kościołach, już dawno jesteśmy oderwani od tego, jak żyje miasto. Głośne ‘gejparade’ nie da się zagłuszyć cichym zgromadzeniem. Radość i wolność w Duchu jest atrakcyjna dla znudzonych nominalnym chrześcijaństwem i to się udało zrobić. To była duchowa deklaracja. W krajach, w których miało miejsce przebudzenie właśnie tak się robiło!
Wspomnę, że pastor Stepanov nie tylko rozmawiał z osobami zainteresowanymi. Wykazał on  jasność umysłu i w sposób klarowny przedstawił przygodnym obserwatorom Ewangelię. Było to działanie niezaplanowane, spontaniczne, ale dla mnie wzruszające i godne pochwały.

Pastor Paweł Jarosz wysłuchał opinii uczestników spotkania. Oto niektóre z nich:
- wreszcie Kościół wyszedł zza murów,
- mi to cały czas przywodzi na myśl tę piosenkę: „A mury runą, runą, runą…”
- w naszych budynkach czujemy się bezpiecznie, wygodnie, nietykalni; tam łatwo jest ogłaszać rządy Boga, ale ludzie są tu, na zewnątrz! Kościół musi wyjść na zewnątrz, do ludzi!
- to były narodziny Kościoła w Warszawie, Kościół wyszedł ze swoich kaplic i zjednoczył się we wspólnej modlitwie - to nowa jakość Kościoła,
- kiedy witałem się z osobami z mojego i z innych Zborów, to było to jakby ‘bratanie się przed bitwą’,
- to spotkanie dało mi nową siłę, nową perspektywę - wcześniej wychodziłem do ludzi z Ewangelią, ale przez lata siedzenia w ławce moje duchowe zęby stępiły się… to spotkanie naostrzyło je na nowo, dało mi ‘apetyt na ewangelizowanie’ (trudno jest wyjść do ludzi, kiedy się jest „w środku”!),
- ja, tam na tym placu, znalazłem się w zupełnie innym świecie!
- nasze miejsce nie jest w wygodnych kościelnych ławach, ale tam, gdzie nas nie ma… .
 
Przyszłość:
Jutro pokaże, czy taka forma warszawskiego Światowego Dnia Modlitwy wpisze się na stałe w jego charakter. Ja jestem na „TAK”.

Zdjęcia:
1. Zbigniew Piątek
2. i 3. Nina Hury

Filmik: KLIKNIJ





czwartek, 23 czerwca 2011

Dzień Ojca

„Kalendarz mówi mi ‘Dzień Matki’, a zaraz potem ‘Dzień Ojca’. Ludzie zatrzymają się na chwilę, aby oddać cześć tym, dla których ‘Dzień Dziecka’ trwa 365 dni w roku, tym którzy nie mają odwagi przerwać swych  pełnych mi-łości zabiegów, aby te honory odebrać.
Kwiaciarnie zaludnią się, ulice zakwitną goździkami, a nas-tępnego dnia zapomni się o wszystkim, aż do następnego roku.
Ja także zatrzymam się, ale nie z kwiatami, które tak szybko przemijają, zbyt szybko, jak na dowód wdzięczności za poświęcenie i rodzicielską opiekę. Jestem wdzięczny wam i naszemu wspólnemu Ojcu, który kocha nas miłością niezbadaną.”  Jim Elliot, „W cieniu Wszechmogącego” z książki Elisabeth Elliot

***

OJCOWSKIE ABECADŁO

Chrześcijański ojciec, to ojciec:
Akceptujący dowody miłości swoich dzieci.
Będący przyjacielem swoich dzieci.
Cieszący się osiągnięciami swoich dzieci.
Dający wyraz niezadowoleniu z wszelkich złych zachowań swoich dzieci.
Eliminujący z życia swoich dzieci niewłaściwe wpływy.
Fascynujący się odkrywaniem Bożego planu dla życia swoich dzieci.
Gorliwie modlący się o każde ze swoich dzieci.
Hamujący wszelkie przejawy nieposłuszeństwa swoich dzieci Słowu.
Interesujący się rozwojem duchowym swoich dzieci.
Jego życie jest przykładem dla jego dzieci.
Konsekwentnie wskazujący swoim dzieciom biblijną drogę zbawienia.
Lubiący spędzać czas ze swoimi dziećmi.
Łaskawie przyjmujący przeprosiny ze strony swoich dzieci.
Motywujący swoje dzieci do stawiania sobie wysokich celów.
Nigdy nie ignorujący  ciągłych pytań swoich dzieci.
Okazujący bez zastrzeżeń miłość swoim dzieciom.
Przyprowadzający swoje dzieci do kościoła.
Rozumiejący młody wiek swoich dzieci.
Słuchający swoich dzieci, kiedy otwierają się i chcą mówić o sobie.
Traktujący poważnie potrzeby swoich dzieci.
Uczący swoje dzieci pracy.
Wysławiający Boga w obecności swoich dzieci.
Zawsze powierzający swoje dzieci opiece Boga.
Żarliwie wprowadzający swoje dzieci w prawdy Biblii.
 (tłum. z ang. W. J.)

***

Tak trudno jest wychować syna bez ojca! Ojciec to niezmienna opoka życia, drogowskaz! Kiedy go nie ma, człowiek stale błądzi, to tu, to tam… Aleksander Sołżenicyn

Jeden ojciec znaczy więcej niż stu nauczycieli. George Herbert

Najlepsi ojcowie nie tylko dają nam życie, lecz uczą jak żyć. Dave Branon

Mężczyzna potrzebuje syna, aby wyszukiwać kamienie i iść w zawody o to, kto jest lepszy w puszczaniu kaczek na wodzie; aby chodzić razem po lesie ‘łowiąc’ te drobne odgłosy, które zakłócają jego ciszę; aby kopać, sadzić i wydłubywać z ziemi młode ziemniaki; aby badać wnętrze silnika; aby stać i gapić się na roboty drogowe; aby razem biegać w letnim deszczu; aby zimą palić w kominku; aby w wiosenne wieczory  majsterkować w garażu w cichej obecności kogoś drugiego; aby odgadywać nazwy gwiazd usianych na mroźnym niebie.
Mężczyzna potrzebuje syna, aby wiedzieć, iż żyć będzie dopóty, dopóki synowi będzie potrzebny. Peter Gray


poniedziałek, 20 czerwca 2011

Tylko Bogu chwała...


KLIKNIJ, aby powiększyć obraz.
Więcej: KLIKNIJ.

czwartek, 16 czerwca 2011

Pora na kolejną audycję


KLIKNIJ dla powiększenia obrazu.

Z prywatnego archiwum: "W ogrodzie u Aleksandry"

Podczas minionego weekendu (25-27 maja 2007r.) dane mi było uczestniczyć w konferencji szkoleniowej dla doradców, organizowanym przez Instytut Poradnictwa Chrześcijańskiego - Chrześcijańskiej Fundacji Życie i Misja (z Ustronia). Szkolenie odnosiło się do pytania: Jak pomóc małżeństwom we współczesnych zmaganiach? Nie byłam tam sama, tylko z moją przyjaciółką Wisią G. Pozwolę więc sobie napisać o tym, jak zmęczone - po bardzo intensywnym szkoleniu - mogłyśmy cudownie odpocząć w ogrodzie u Aleksandry.

Niektórzy z was domyślają się o kim piszę. Tych, którzy nie mają zielonego pojęcia kim jest Aleksandra, informuję: Aleksandra Błahut-Kowalczyk jest luterańską teolożką, diakonem Kościoła Luterańskiego w Cieszynie. Zajmuje się ona działalnością ekumeniczną wśród kobiet, działalnością radiową i publicystyczną (głównie na łamach czasopism luterańskich). Napisała też trzy tomiki rozważań-miniatur na tematy egzystencjalne: Otulić się Tobą Panie..., Do domu i Nieuchronność. Wielbicielki jej twórczości powiadamiam, że kilka dni temu wyszła kolejna jej książeczka. Są to rozważania biblijne na okres 30 dni. Już wkrótce do nabycia w księgarence na Siennej! (Nieuchronność już tam jest!)

Kobiety z USE i z innych zaprzyjaźnionych kościołów warszawskich poznały Aleksandrę podczas organizowanej przez nasz zbór konferencji dla kobiet (w 2006 r.), która weszła do historii pod nazwą Konferencja Żonkilowa. Od tamtego czasu trwa nasza (moja i Aleksandry ) ‘e-mailowa przyjaźń’. Dlatego też bardzo ucieszyłyśmy się z możliwości spotkania.

Cóż piękniejszego mogłoby przytrafić się - mi i Wisi - w to słoneczne niedzielne popołudnie niż społeczność z gościnnymi, ciepłymi i serdecznymi przyjaciółmi - Olą i jej mężem Zbyszkiem, i z psem o imieniu Festa. Siedzieliśmy na tarasie ich pięknego domu, położonego na przedmieściach Cieszyna. Zajadaliśmy się ciastem i lodami. I syciliśmy nasze oczy pięknem ogrodu. Tego ogrodu, który znajomy był mi tylko ze zdjęć i opisów Aleksandry, które zawarła w swojej książeczce Do domu.

Prowadziliśmy Boże rozmowy - takie jakie powinny mieć miejsce tam, gdzie spotykają się Boże dzieci, miłujące Boga i bojące się Go. Była zachęta, było zbudowanie. Było świadectwo. Była troska, była modlitwa. Była radość i żart, była też chwila refleksji i zadumy.

Posilone, umocnione i pełne duchowego uniesienia (które jeszcze długo od nas nie odstępowało :-) ruszyłyśmy z Wisią w powrotną drogę do domu, żegnane miłością i błogosławieństwem gospodarzy.

Dziękuję Bogu, za wszelkie takie piękne, chociaż ulotne, chwile z mojego życia.

Pamiątka od Aleksandry - cytat z Friedricha von Bodelschwingha:
Wszyscy żyjemy z brania i dawania.
Branie - to modlitwa.
Dawanie - to miłość.


niedziela, 12 czerwca 2011

Dar Ducha Świętego

Duch Święty przetapia serce i stwarza człowieka, który miłuje Boga i chętnie czyni, co On chce.
Wpisuje do serca ogniste płomienie i ożywia je tak, że wybucha ognistymi językami i czynną ręką.
Powstaje nowy człowiek, który czuje, że ma zupełnie inny rozum, inny zmysł niż przedtem, a wszystko jest teraz żywe: rozum, zmysły i serce, i ma chęć do wszystkiego, co się Bogu podoba. Marcin Luter



piątek, 10 czerwca 2011

Modlitwa na każdy dzień

Z Tobą, o Panie, pragnę roz-poczynać nowy dzień. Ty poz-walasz mi wstawać z nowymi siłami. Dziękuję Ci za to. Niech moje myśli będą zgodne z Twoją wolą. Pobłogosław to, co planuję wykonać. Spraw też, abym pozostała w Twej miłości. Obdarz mnie siłą oraz cierpliwością.

Źródło: Z Biblią na co dzień 2011, 10 czerwca.


czwartek, 9 czerwca 2011

Modlitwa środowisk ewangelicznych


KLIKNIJ dla powiększenia obrazu.
***
Pamiątka zesłania Ducha Świętego. Kościoły warszawskie modlą się o świat. A tak wyglądało niebo, kiedy modlono się o Polskę. Orzeł to czy gołąb? Nie wiemy, ale wrażenie zrobiło...
Więcej zdjęć: KLIKNIJ.





wtorek, 7 czerwca 2011

Kącik dobrej książki

„Wieloryb nie może latać” O sztuce stawania się sobą, Max Lucado, Wydawnictwo: W  Drodze, Poznań, 2009r.

Max Lucado był mi dotąd znany z krótkich tekstów, zebranych w tematyczne tomiki, które nazwałabym inspiracjami - pomagającymi nam w bliższym poznaniu Boga oraz w naszej codziennej duchowej wędrówce. Tytuły mi bliskie to: Gdy Bóg wyszepcze twoje imię, Nic dziwnego, że zwą Go Zbawicielem, On wciąż odsuwa kamienie (Oficyna Wyd. Vocatio); Promyk nadziei na każdy dzień (Edycja Świętego Pawła).

„Wieloryb nie może latać”, w swoim charakterze, jest zupełnie inną książką. Przyznaję, że podtytuł „sztuka stawania się sobą” - troszkę mnie odstręczał. Niektóre książki tego typu są mocno psychologizujące. Ta nie jest...
Tutaj, dla wyjaśnienia swojego poglądu na psychologię, posłużę się słowami ks. Marka Jerzego Uglorza (Kulturowa patologia, Zwiastun 4/2010): […] Czy jestem wrogiem psychologii? Nie. Jesteśmy bowiem w sytuacji, w której nie mamy wyjścia. Psycholodzy są potrzebni, ale nie musieliby, gdybyśmy uzdrowienia szukali we wspólnocie. Całe pokolenia obywały się bez psychologów, to znaczy ludzie radzili sobie z olbrzymimi stresami wojen, głodu, chorób, grabieży, bezradności wobec wielmożów tylko dlatego, że tworzyli wspólnoty uwielbienia i opowiadania życia. Doświadczali w nich zbawiającego czynu Boga w Chrystusie, którego jedna z form obecności na świecie manifestuje się przecież jako Kościół. […] Nie dziwmy się, że ludzie nie radzą sobie teraz z problemami codzienności, ponieważ nie uczestnicząc w religijnych wspólnotach rodziny i Kościoła nie mają kogo słuchać ani od kogo uczyć się zachowań oraz umiejętności interpretowania swojego życia. […] Wpierw wmawiamy ludziom, że najważniejsze jest osobiste przeżywanie wiary, a potem w odruchu duszpasterskiej empatii na nocne szafki kładziemy nieszczęśnikom poradniki, jak radzić sobie ze stresem i co to znaczy wierzyć. Czy to nie jest patologia?
Max Lucado zamknął tę kwestię prostą radą: Możesz uważać Kościół za Boże centrum leczenia bezsensu życia. Nie przeocz tego. Nikt nie jest silny przez całe swe życie. Nie przeocz miejsca, które może okazać się twoim miejscem i w którym uleczysz swe rany.

W Internecie znalazłam takie zdanie: Max Lucado napisał tę książkę, aby pomóc ludziom wydźwignąć się z szarości życia i dostrzec ich własną i niepowtarzalną drogę. Odkrywanie tej drogi i pójście nią sprawia, że najpełniej stajesz się sobą.
Na czym polega odkrywanie tej drogi? Na odkrywaniu swoich zdolności, swoich mocnych stron, swoich pasji. Twoje zdolności ukazują na to, jakie jest twoje przeznaczenie. […] Bóg wyposażył nas w rozmaite dary, by ludzie ujrzeli Jego chwałę. Koniec, kropka. […] Żyjcie tak, żebyście służyli mocą, której On udziela, aby to Jemu przypisana była wasza chwała. Ukazujcie Boga przez swoją niepowtarzalność i wyjątkowość. Kiedy chwalicie waszego Stwórcę poprzez wasze dary, kiedy wasza posługa wzmacnia Bożą reputację, nagle wasze życie staje się pełniejsze i słodsze. Doprawdy, sprawiacie, że cały świat staje się lepszy. […]

Cytując za SØrenem Kierkegaardem: Przy narodzinach każdego człowieka zostaje stworzone wieczne powołanie dla niego, wyłącznie dla niego samego. Stać się sobą, prawdziwym człowiekiem w odniesieniu do swojego odwiecznego powołania, jest najwznioślejszą rzeczą, jaką w życiu może uczynić człowiek.

A jakie są dwa oblicza błędnego widzenia siebie? Zakochanie w sobie albo wstręt do siebie. […] Żaden z tych sposobów widzenia siebie nie jest prawdziwy. Oba są jednakowo szkodliwe. Gdzie więc leży prawda? W samym środku. Pomiędzy „mogę wszystko” i „nic nie potrafię” leży „wszystko mogę w tym, który mnie umacnia” (Flp. 4:13).

Więcej - w książce. Oprócz podbudowy teoretycznej, zawiera ona praktyczny „Przewodnik odkrywania sensu życia”.

Ja już wiem, że wieloryb nie może latać. I wcale nie musi. Nie do latania został stworzony. Zachęcam - odkryj swoje przeznaczenie.

środa, 1 czerwca 2011

Z okazji Dnia Dziecka

„Synu mój, słuchaj pouczenia swojego ojca i nie odrzucaj nauki swojej matki.” Przyp. Sal. 1:8
Synu, córko! Jesteś ukochanym dzieckiem swoich rodziców: twojego ojca i twojej matki. Jesteś nie tylko owocem ich miłości, ale jesteś także ich miłością. Może nie zawsze potrafią i chcą okazać ci swoje uczucia, ale wiedz: oni cię kochają, oni troszczą się o ciebie, oni pragną twojego dobra, twojego szczęścia. Oni chcą pomóc ci w osiągnięciu tego, co w życiu najlepsze i najważniejsze.
Rodzice mają za sobą różne doświadczenia życiowe. Oni już poznali, że nie każda droga prowadzi do celu. Już wiedzą, jak łatwo można dać się zwieść i oszukać, jak łatwo o błąd, za który później trzeba drogo zapłacić... Dlatego chcą cię ostrzec, abyś nie popełnił błędów, które oni popełnili, abyś nie poszedł drogą wiodącą na manowce, a co oni już sprawdzili. Naprawdę możesz uniknąć wielu błędów i pomyłek życiowych, jeśli posłuchasz dobrze życzących ci i radzących ci rodziców: „Słuchaj pouczenia swojego ojca i nie odrzucaj nauki swojej matki”. Oni naprawdę wiedzą coś, co ci pomoże w życiu i ułatwi znalezienie własnej drogi i własnego miejsca.
W tych pouczeniach i nauce są zresztą nie tylko ostrzeżenia przed pułapkami i niebezpieczeństwami, nie tylko zakazy czynienia tego, co niebezpieczne, złe i szkodliwe, ale są także wskazania, gdzie szukać dobra, jak dążyć skutecznie do osiągnięcia życiowych celów, jak przeżyć życie godnie i szczęśliwie. A przyjdzie taki czas, gdy pouczenie ojca i nauka matki pomoże ci w dokonaniu właściwego wyboru.
Słuchaj matki i ojca, bo oni chcą dać ci swoją mądrość życiową i swoją miłość dla ciebie. ks. Henryk Czembor

Dzieci uczą się tego, czym żyją...

Jeśli dziecko żyje wśród krytyki,
uczy się potępiać.
Jeśli dziecko żyje wśród wrogości,
uczy się walczyć.
Jeśli dziecko żyje wśród kpin,
uczy się nieśmiałości.
Jeśli dziecko żyje wśród zawstydzania,
uczy się czuć winne.
Jeśli dziecko żyje wśród tolerancji,
uczy się być cierpliwe.
Jeśli dziecko żyje wśród zachęt,
uczy się pewności siebie.
Jeśli dziecko żyje wśród pochwał,
uczy się doceniać innych.
Jeśli dziecko żyje wśród uczciwości,
uczy się sprawiedliwości.
Jeśli dziecko żyje wśród bezpieczeństwa,
uczy się wierzyć.
Jeśli dziecko żyje wśród akceptacji,
uczy się kochać siebie.
Jeśli dziecko żyje wśród przyjaźni,
uczy się znajdować na świecie miłość.
...dajmy naszym dzieciom to, co najlepsze!

Miłość, jak wierzę, zawsze sięga w dół. Rodzice kochają swoje dzieci bardziej niż dzieci rodziców, tak więc dzieci mogą zrozumieć pełnię miłości rodzicielskiej nie inaczej, niż rodzicami się stając. Biskup King


Chłopiec jest ojcem mężczyzny. William Wordsworth