środa, 21 stycznia 2015

Laurka od wnuczki

Pozwoliłam wnuczce porysować sobie na mojej podkładce na biurku. 
I oto, co zastałam. Bezcenne... .



środa, 14 stycznia 2015

Kącik dobrej książki

I znowu wędrujemy do pewnego pięknego, dzikiego i jeszcze nie tak dawno bardzo niebezpiecznego zakątka tej ziemi. Do Ekwadoru. Tutaj, na łamach naszego Biuletynu, prezentowane były już trzy książki, związane z pracą misyjną wśród dzikich plemion Ameryki Południowej:
Janet i Geoff Benge, Rachel Saint – Gwiazda w dżungli, numer 69, wiosna 2013.
Frank i Marie Drown, Misja wśród łowców głów – Jak Boże przebaczenie zmieniło plemiennych wrogów, numer 74, lato 2014. (Frank Drown prowadził akcję ratunkową i pogrzeb na Palmowej Plaży.)
Steve Saint, Ostrzem włóczni, numer 69, wiosna 2013.

Poniżej prezentuję książki, które opisują wydarzenia wcześniejsze, czasem zaledwie o kilka lat, czasem kilkanaście i wydarzenia równoległe – dotyczące tego samego zakątka ziemi, tych samych plemion i tych samych ludzi lub ich bardzo bliskich krewnych.
Zachęcałabym, jeśli to możliwe, do przeczytania tych książek we właściwej kolejności, zgodnej z chronologią wydarzeń. To będzie pasjonująca lektura – zapewniam.  

Janet i Geoff Benge, Nate Saint – Skrzydłem i modlitwą, Wydawnictwo „Pojednanie”, Lublin 2012

Majsterkowanie, zainteresowanie samolotami i pasja latania towarzyszyły mu od wczesnego dzieciństwa. Do tego, we właściwym momencie, doszło zainteresowanie działalnością misyjną. Nic więc dziwnego, że w chwili, kiedy otrzymał informację, że powstaje coś takiego, jak misja lotnicza, złożył swoją aplikację. 
Misja ta miała służyć misjonarzom pracującym w trudno dostępnych miejscach świata przez dostarczanie im zaopatrzenia, transport medyczny i szybki transport misjonarzy z miejsca na miejsce.

Dla Nate’a rozpoczęła się wymarzona przygoda życia, połączona z pasją. Jednak, ta pasja nie przesłaniała mu jasno postawionych priorytetów. Czuł, że Bóg chce, aby był on przede wszystkim świadkiem Jego zbawczej łaski, a dopiero potem lotnikiem. I tak znalazł się w Ekwadorze.

Jemu i jego kilku innym przyjaciołom szczególnie zależało na dotarciu z ewangelią do bardzo dzikiego i okrutnego plemienia Waodani, zwanego, z powodu swoich licznych napadów i zabójstw, Auca.
Podstawowym jego pytaniem było: W jaki sposób misjonarze mogliby dotrzeć do ludzi nastawionych tak wrogo, że zabijali wszystkich z zewnątrz, których napotykali na swojej drodze? Jak mogliby pozyskać ich uwagę i co ważniejsze, zdobyć ich zaufanie na wystarczająco długą chwilę, by udowodnić, że przychodzą w pokoju? Nie znajdował odpowiedzi. Wtedy jeszcze nie miał najmniejszego pojęcia o tym, że ostateczna odpowiedź na te pytania będzie obejmować oddanie jego własnego życia dla zbudowania pomostu zaufania.

Trzeciego stycznia 1956 r., po kilku miesiącach planowania i przygotowań (w ścisłej tajemnicy) pięciu misjonarzy: Nate Saint, Jim Elliot, Ed MCCully, Roger Youderian i Pete Flegay wylądowało niewielkim samolotem Piper Cruiserem na Palmowej Plaży, w Amazońskiej dżungli. Niecierpliwie czekali na wizytę Indian Auca… .
Ósmego stycznia, po godz. 15-tej, dziesięciu wojowników Waodani ostrymi włóczniami pozbawiło życia tych, którzy wołali do nich, wyuczonymi w ich narzeczu zwrotami: Lubimy was! Chcemy być waszymi przyjaciółmi! Chcemy przyjść blisko was! Przyszliśmy spotkać się z wami! Nie zrobimy wam nic złego! Dlaczego nas zabijacie?... . Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w dwóch z wyżej wspomnianych książek.

Nate Saint żył w latach 1923-1956. Po jego śmierci, jego siostra Rachel Saint zamieszkała pośród zabójców swojego brata. Lata później zamieszkał pośród nich jego syn – Steve. Służąc im otwartym sercem, poznał bolesną tajemnicę wydarzeń na Palmowej Plaży i okoliczności śmierci swojego ojca.
Steve i jego żona służyli pomocą autorom tejże książki. Nie dziwi więc fakt, że książka ta dedykowana jest starszym Kościoła Waodani. Trzech z nich brało udział w morderczym ataku na Palmowej Plaży, zanim Bóg zmienił ich życie.
Jakże ogromna jest moc ewangelii i siła przebaczenia.

Janet i Geoff Benge, Jim Elliot – Jeden wielki cel, Wydawnictwo „Pojednanie”, Lublin 2013

Chyba każdy chrześcijanin zna słynne słowa Jima Elliota: Nie jest głupcem ten, kto oddaje to, czego nie będzie mógł zatrzymać, by zyskać to, czego nie będzie mógł stracić.
Niewiele jest osób, które żyją i umierają zgodnie ze swoimi przekonaniami. Jim Elliot niewątpliwie należy do tej kategorii ludzi.

Jim Elliot działał w przekonaniu, że misjonarze nie są ludźmi „specjalnego rodzaju”. Przeciwnie, są zwyczajnymi ludźmi z nadzwyczajną wiadomością do przekazania innym. I z takim przekonaniem znalazł się w Ekwadorze. Było to w 1952 roku.

I to również on znalazł się w gronie tych, którym szczególnie zależało na dotarciu z ewangelią do plemienia Waodani, z powodu swojego okrucieństwa nazwanego przez innych Indian Auca. Czytamy o nim, że myślał o misjach, gdy jeszcze jako mały chłopiec zajmował miejsce w ławce zboru wolnych chrześcijan w Portlandzie. Teraz jest już misjonarzem i oto staje przed nim wyjątkowe i niebezpieczne wyzwanie. Okazja dla niego i innych misjonarzy, by podzielić się ewangelią z plemieniem Indian, którzy trwali w izolacji, w gęstwinie dżungli od tysięcy lat.
Dla niego było to tak, jakby każdy wykład, jaki miał na studiach, każde spotkanie chrześcijańskie, w którym uczestniczył i każdy werset Biblii, którego nauczył się na pamięć, prowadziły go w kierunku tego jednego wielkiego celu: dotarcia z ewangelią do Indian Auca.
Jego motto życiowe wskazywało na to, że ten młody mężczyzna dla tego wielkiego celu gotowy był stracić wszystko.

Okrutna śmierć Jima Elliota i jego czterech towarzyszy wstrząsnęła całym światem. Po takich wydarzeniach niełatwo przechodzi się do porządku rzeczy, a tym bardziej myśli o podejmowaniu podobnego ryzyka. A jednak… przez swoją śmierć Jim Elliot i jego towarzysze sprawili, że świat chrześcijański jeszcze bardziej zaangażował się w głoszenie ewangelii wszystkim narodom.

Dwa lata po śmierci misjonarzy siostra Nate’a Sainta i żona Jima Elliota wraz z małą córeczką zamieszkały w wiosce Waodani. Boża ewangelia nadziei, miłości i przebaczenia zwyciężyła.

Jim Elliot żył w latach 1927-1956.

Janet i Geoff Benge, Elisabeth Elliot – Radość w uległości, Wydawnictwo „Pojednanie”, Lublin 2012

Dwa lata po śmierci męża – Jima Elliota – młoda wdowa z małym dzieckiem przyjmuje zaproszenie do zamieszkania w wiosce plemienia Waodani, aby „pokazać im znaki od Boga”.
Nie była to łatwa decyzja. Betty czuła strach ściskający ją za gardło. Tak, musi przyznać, że jest duże prawdopodobieństwo, że może zginąć przebita włócznią, podobnie jak jej mąż. Równocześnie jednak czuła dziwny pokój – niemal ekscytujący. To była kulminacja wszystkiego, nad czym pracowała i o co się modliła w ciągu kilku ostatnich lat. To było to, dla czego jej mąż oddał swoje życie. To było jej przeznaczenie. Teraz nie może się cofnąć.  

Elisabeth Elliot, w roku 1963,  po 11 latach służby misyjnej w Ekwadorze, wróciła do USA. Do 2004 roku jej życie było wypełnione pisaniem książek, licznymi podróżami z wykładami, konsultacjami tłumaczeniowymi, pisaniem regularnego listu informacyjnego, nagrywaniem audycji radiowych.
Elisabeth Elliot wykorzystała całe swoje życiowe doświadczenie jako córki, żony, matki, wdowy i misjonarki, aby nieść przesłanie ewangelii do niezliczonych kobiet i mężczyzn na całym świecie. Jej książki, nauczanie i wiara miały wpływ na ludzi wierzących w Boga, jak i na poszukujących Jezusa Chrystusa. Miały wpływ i nadal go mają. (przykład - KLIKNIJ)
Z oficjalnej strony Elisabeth Elliot dowiadujemy się, że jest była ona jedną z najbardziej wpływowych chrześcijańskich kobiet naszych czasów. Obecnie, postępująca demencja nie pozwala jej na bycie aktywną.

Czytamy: Choć trudno było jej to przyznać, zaczynała odczuwać upływające lata. Trudno już jej było wymawiać niektóre słowa i mówić z pamięci wersety biblijne i wiersze, które znała od dzieciństwa. Powoli, w sposób niemal niezauważalny dla innych, jej umysł i ciało stawały się coraz słabsze. Elisabeth Elliot ma 89 lat.

Na zakończenie pragnę jeszcze polecić książkę Elisabeth Elliot „W cieniu Wszechmogącego”, Wydawnictwo „Słowo i Życie”, Warszawa 1991. Jak pisze wydawca: Jest to opowieść o życiu i śmierci Jima Elliota, jednego z tych pięciu współczesnych męczenników z Palmowej Plaży, skomponowana przez jego żonę na podstawie pism duchowych, listów i dziennika, które się po nim zachowały.

***

Napisane na zamówienie Biuletynu „Idźcie”. 












czwartek, 8 stycznia 2015

Kot psot i Julek

Już dawno nie pisałam o tym, co ciekawego dzieje się w relacji: mój kot Junior i mój wnuczek Julek.
Otóż, jest postęp! Nie polega on na widocznym wzroście sympatii mojego kota do wnuczka, ale na przejawach pogodzenia się z faktem, że chowanie się po szafach i pod stołami, niczego nie zmieni. Tym bardziej, że Julek już nie prosi nas o otwarcie szafy wnękowej - azylu naszego kota, ale sam sobie tę szafę otwiera. Zachęcając, a raczej zmuszając śpiącego kota do wyjścia.

A często też się zdarza, że Julek po prostu otwiera kotu szafę, kiedy ten staje przed nią i cichym pomiaukiwaniem daje znać, że chce już sobie w ciszy odpocząć. 
Potrzebę wyjścia z szafy sygnalizuje podobnie. Wtedy wołamy do Julka: „Julek, wypuść Juniora!”. Mały tylko na to czeka. Otwieranie i zamykanie szafy to fajna zabawa.

Zmianie uległy głównie zwyczaje związane z popołudniową drzemką Julka. Kiedy kot widzi, że rozkładam Julkowi pościel, pierwszy wskakuje na kołdrę i mości sobie legowisko. Najwyraźniej wie, co to oznacza - ciszę i spokój w domu :-). Skończyło się więc: miauczenie, wskakiwanie do szafy i wyskakiwanie z niej, wbieganie i wybieganie do sypialni, dopominanie o wzięcie na kolana i pogłaskanie. Junior po prostu czeka spokojnie, aż babcia (czyli ja :-) położy małego brzdąca do łóżka i zasypia przy nim błogim snem. Jednego ululam, drugiego pogłaszczę i w ten sposób mam dwie godziny wytchnienia… . 

Najdziwniejszy dla nas jest fakt, że Junior sypia przy Julku. To jest już nasz trzeci kot i jako jedyny, z własnego wyboru, nie sypia z nami w łóżku. Z tego powodu nazywamy go „podłogowym kotem”. Skąd ta odmiana? Nie mam pojęcia.

Poza tym, Junior przeważnie unika Julka i obchodzi go szerokim łukiem. Jest jednak jeden wyjątek. Wspólna zabawa magnesami. Na naszej zamrażarce umieściłam sporą ilość kolorowych magnesów. Dzieci lubią ściągać magnesy z lodówek. Julek też bardzo lubi. Te zmiata jednym ruchem ręki. Cieszy się, kiedy z hukiem spadają na podłogę. Na to tylko czeka kot, który, natychmiast, kilkoma uderzeniami  łapki sprawia, że magnesy po kolei lądują pod zamrażarką. Potem, kiedy Julka już nie ma i nikt kotu nie przeszkadza, wraca na miejsce zabawy i próbuje magnesy spod zamrażarki wyciągać. Już z gorszym skutkiem. 
Od czasu do czasu długą linijką sama wyjmuję garść kolorowych magnesów, ku uciesze Julka i Juniora, oczywiście.

Jak się ma w domu żywego, ruchliwego prawie dwulatka i jeszcze młodego kota nie można się nudzić.
Jest to też świetna terapia na wszelkie zgryzoty, smutki, a nawet bolączki. Sprawdziłam… .  

***

Wcześniejsze posty:

Julek, Junior, Jurek!!! KLIKNIJ
Pora drzemki i inne kocie wariacje KLIKNIJ







  

środa, 7 stycznia 2015

Kącik dobrej książki

„Boskie matki”, praca zbiorowa, Fundacja Magdy Prokopowicz - Rak’n’Roll. Wygraj życie, Warszawa, 2011 r.

„Boskie matki” to nie książka - to piękny pełno kolorowy album, którego bohaterkami jest dziesięć kobiet. Kobiet, które wygrały, a niektóre wciąż toczą, walkę z rakiem. 
Tym, co, oprócz choroby, je łączy, są dzieci. Każda z nich, kiedy usłyszała druzgoczący wyrok, była w ciąży. I każda z nich zdecydowała się na urodzenie dziecka - w chorobie walcząc o dziecko i o siebie samą; dla niego. 
Walczyły, wbrew opinii większości lekarzy, aby ciążę usunąć.
Pięknie ich waleczne postawy ujął redaktor Kamil Durczok: „Tylko tajemnica macierzyństwa pozwala na odsunięcie od siebie pokusy ulegania wszechogarniającemu strachowi przed rakiem. I tylko myśl o małej istocie schowanej głęboko w brzuchu mamy, może zmuszać do walki z rakiem skuteczniej niż zastępy psychoonkologów”.

Album ten zrobił na mnie ogromne wrażenie. Poruszające są te szczere rozmowy, wyznania, opisy bolesnych chwil, radości z macierzyństwa, optymistyczne spojrzenie w przyszłość, zmieszane z lękiem o to, czy choroba nie wróci.

Dodatkowym atutem tej książki są zdjęcia bohaterek, autorstwa Andrzeja Świetlika. Wyglądają one jak współczesne madonny: rozmawiająca z aniołem, depcząca węża, uciekająca do Egiptu, Madonna z Jasnej Góry i inne. Zacytuję za ks. Andrzejem Witko: „Ten śmiały zabieg, dla niektórych może nawet posiadający charakter obrazoburczy (lub teologicznie niepoprawny - moje wtrącenie), jest jednak głębokim odkrywaniem sensu ludzkiego macierzyństwa i nadaniem mu nowego, boskiego charakteru przez upodobnienie do Marii z Nazaretu”.

Obawiam się, że bez tych zdjęć i intrygującego tytułu, ta wartościowa książka mogłaby istnieć zupełnie niezauważona. Jak wiele jej podobnych - bo ludzie nie lubią czytać niczego o ludzkich nieszczęściach, co jest prawdziwe, szczere i nie ma posmaku plotki, czy taniej sensacyjki.

Gorąco polecam. Dochód ze sprzedaży tego albumu przeznaczony zostanie na przemianę poczekalni w centrach onkologii.

***

I przy okazji przypomnę kilka wartościowych tytułów o prawdziwych historiach matek/kobiet bohaterek.

Refleksje matek dzieci z zespołem Downa - Egzamin z miłości - KLIKNIJ.
Anna Maruszeczko - Kobieta na zakręcie - KLIKNIJ
Beata Jaskuła-Tuchanowska - Księżycowe dziecko i  Rodzina rodzinie -niepełnosprawność jednego z nas - KLIKNIJ





sobota, 3 stycznia 2015

Nowa audycja


Zapraszam so wysłuchania tej audycji.
Przypominam - audycję słuchamy na komputerze. Nadaje ją Radio Internetowe www.radiochrzescijanin.pl. Wystarczy kliknąć na ten link, potem na napis "Włącz Radio", a na końcu napis "Słuchaj" i strzałkę "play".
Proste . Dobrego odbioru!









czwartek, 1 stycznia 2015

Święte kolory

Święta, święta i już...  prawie… po świętach. Jeszcze przed nami „Trzech Króli” i zakończy się nasze długie świętowanie. Jednak dekoracja świąteczna zniknie z mojego domu dopiero na koniec stycznia. Czyli po równo dwóch miesiącach. Zrobi się znowu mniej kolorowo, ale też będzie miło i przytulnie. Tylko bardziej przed-wiosennie… .

A propos kolorów, pamiętam, kiedy dwa lata temu, razem z moją czteroletnią wnuczką zaczytywałyśmy się książką pt. „Księga Bożego Narodzenia”, Emilie Beaumont. (Ilustracje: Colette David i Yvette Barbetti.) To bardzo ciekawa lektura dla dziecka, opisująca piękne, ponad kulturowe zwyczaje świąteczne oraz te ciekawe, odmienne, charakterystyczne dla różnych zakątków świata. Zawiera się też w niej ewangeliczna historia betlejemska, kilka tekstów znanych kolęd, propozycja łatwych dekoracji i wypieków świątecznych, a też poruszająca, krótka wersja „Dziewczynki z zapałkami”. To była ulubiona książka mojej wnuczki w tamtym okresie świąt. Pewnego razu, podczas kolejnej rundy przez tę książkę, przy temacie dekoracji świątecznych, zapytałam moją wnuczkę: „Haniu, powiedz, jakie u babci w domku są teraz kolory?” „Święte!” - z głębokim namysłem odpowiedziała Hania. Podpowiem, że chciała powiedzieć „świąteczne” :-).

Sytuacja ta powróciła w moich wspomnieniach kilka dni temu. Tradycyjnie, w okresie Świąt Bożego Narodzenia, ubieram się w swój stały ‘garnitur’. Do czarnej spódnicy i podkoszulki lub sukienki (czarne wyszczupla :-), obowiązkowo ubieram jeden ze swoich dwóch świątecznych sweterków. Jak można się domyślić, chodzi o znajdujące się na nich choinkowe, bałwankowe i inne wesołe aplikacje. Dla ożywienia, i tak żywego już stroju, dobieram coś z mojej biżuterii. Najlepiej pasują białe perełki, są jak kulki śniegu. Mam też, własnoręcznie zrobione na tę okoliczność, zielono-czerwone korale. Kiedy otworzyłam pudełko z biżuterią, wzrok mój padł na szczególną bransoletkę. Jakże świetnie dopełniała całości mojego stroju. Bransoletkę dostałam niedawno na pewnej konferencji dla kobiet.  Była to kolejna wersja tzw. „Ewangelii bez słów”, dająca możliwość opowiedzenia Dobrej Nowiny o Bożym zbawieniu, dzięki doborowi właściwych kolorów: czarnego, czerwonego, białego, zielonego i złotego.

„Ojej, przecież to są same święte kolory!” - uśmiechnęłam się, wspominając wnuczkę. I odkrywczo stwierdziłam, że opierając się na tych kilku kolorach, charakterystycznych dla Bożego Narodzenia, można swobodnie - poprzez same dekoracje - opowiedzieć Ewangelię. Jak? Przeczytajcie dalej.

Kolor czarny - w „Ewangelii bez słów” symbolizuje nam grzech, który oddziela nas od Boga. Może nie zobaczymy go w samych dekoracjach, ale otaczające nas zimowe ciemności same w sobie są scenerią dla całej reszty. Z ciemnością związana jest jedna z piękniejszych przepowiedni, dotyczących narodzin Jezusa: „Lud, który chodzi w ciemności, ujrzy światło wielkie, nad mieszkańcami krainy mroków zabłyśnie światłość…” Izajasz 9:1. (Proponuję przeczytać jeszcze Ew. Mat. 4:16 i Ew. Łuk. 1:79.)

Kolor czerwony - symbolizuje krew Jezusa przelaną za ludzki grzech. W scenerii zimowej, zdawać by się mogło uśpionej, martwej, wiele jest czerwieni. Na gałązkach różnych krzewów czerwienią się okrągłe jagódki, gile mają czerwone brzuszki, piękne czerwone poinsencje (zwane gwiazdami betlejemskimi) zdobią nasze domy. Czerwone bombki i światła zdobią nasze choinki. Jednak to obecność tych naturalnych ozdób daje poczucie, że jest życie i, że trwa. Trwa też ono dzięki świętej krwi Jezusa Chrystusa. W Ew. Jana 3:16 czytamy: „Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny”.

Kolor biały - mówi nam o przebaczeniu grzechów i darze życia wiecznego. Tu porównanie jest łatwe. Śnieg jest dekoracją naturalną. Jak go brakuje, w domowych warunkach, zastępujemy go watą :-). A, we wspominanej już Księdze Izajasza czytamy: „… Choć wasze grzechy będą czerwone jak szkarłat, jak śnieg zbieleją; choć będą czerwone jak purpura, staną się białe jak wełna” (1:18). Z kolei w Psalmie 51:9 autor woła do Boga takimi słowami: „Pokrop mnie hizopem, a będę oczyszczony; obmyj mnie, a ponad śnieg bielszy się stanę”.

Kolor zielony - jest zachętą do duchowego wzrostu. W Liście do Efezjan 4:12, apostoł Paweł napisał: „Aż dojdziemy wszyscy do jedności wiary i poznania Syna Bożego, do męskiej doskonałości, i dorośniemy do wymiarów pełni Chrystusowej”. Czy zielone drzewko, choinka, nie jest obrazem takiego życia w pełni? Nikt nie chce kupić byle jakiego drapaka. Każdy szuka drzewka pięknie rozwiniętego, gęstego, o pięknym kształcie i zdrowych, zieloniutkich igłach. Okazuje się, że Bóg też ma wobec nas konkretne oczekiwania. W II Liście św. Piotra 3:18 czytamy: „Wzrastajcie raczej w łasce i w poznaniu Pana naszego i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa…”.

Kolor złoty - odpowiada biblijnemu opisowi wiecznego Jeruzalem, gdzie „… ulice to czyste złoto…” (Obj. Jana 21:21). Miasto godne „Króla królów” i „Pana Panów”. Nasze złote ozdoby są namiastką tego, co dane nam będzie zobaczyć w wieczności, tak samo, jak namiastką Bożego bogactwa, było złoto przyniesione Maleńkiemu w darze.

I tak, całkiem przypadkiem, zamknęłam swoją Ewangelię wg. świętych kolorów na „Trzech Królach”. Hurra, jeszcze jeden wolny dzień! Życzę dobrego wypoczynku.
I może warto wykorzystać ten czas na przemyślenie: O co właściwie chodzi w tych wszystkich świętach? Będzie mi miło, jeśli moje rozważania będą w tym pomocną inspiracją.