poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Byłem w więzieniu...


Kilka dni temu natknęłam się na stronie „Extant Magazine” (KLIKNIJ) na informację, że w wieku 80 lat zmarł Chuck Colson (Charles W. Colson). Znana i ceniona postać w kręgach ewangelicznego chrześcijań-stwa.
I nie tylko w tych kręgach... Chuck Colson, w latach 1969-1973, był doradcą prezydenta Richarda Nixona. Niestety, był też jednym z wielu zamie-szanych w aferę Watergate. Został skazany na trzy lata więzienia, z czego odsiedział siedem miesięcy.

To był chyba najważniejszy okres jego życia. Mianowicie, Chuck Colson nawrócił się w więzieniu i opisał swoje przeżycie w książce „Born Again” (Narodzony na nowo).
Radykalne zmiany, jakie nastąpiły w jego życiu, sprawiły, że w krótkim czasie po wyjściu na wolność Chuck zakłada Prison Fellowship (Wspólnotę Więzienną) - największą na świecie organizację, docierającą z Ewangelią do więźniów, byłych więźniów i ich rodzin.
Jak twierdzi Colson „Wspólnota Więzienna” nie jest dziełem jednej osoby, ale składa się z kobiet i mężczyzn wezwanych do głoszenia chwały Bożej w więzieniach… . Niesiemy nie magiczną różdżkę, ale Krzyż. I musimy pamiętać o tym, co on symbolizuje - cierpienia, prześladowania, upadki - nie sukcesy tego świata, ale ostateczną i znacznie większą nagrodę Bożej pochwały.

Informacje o innych jego dokonaniach i osiągnięciach są dostępne w Internecie. Ja pozostanę przy tematyce więziennej. 
W roku 1995 Wydawnictwo „Vocatio” wydało książkę „Nadzieja spoza krat”. Opracowana ona została przez Betty Mc Kay i Louise Purvis i opowiada o tym, jak rodzi się szkocka Wspólnota Więzienna. Mówi też o wizycie Chucka Colsona w Szkocji.
(Warto tu wspomnieć, że tego typu wspólnoty są już obecne w ponad 110 krajach świata.)

Książka jest poruszająca. Rzadko jedno dzieło ma tak dziwny zespół autorski: więźniowie, byli więźniowie, personel więzienny, członkowie wspólnoty spoza środowiska więziennego. Czy możecie sobie wyobrazić urzędnika więziennego, który spędza swój wolny dzień na przepisywaniu rozdziału napisanego przez jednego z więźniów? W tej wspólnocie jest to możliwe.
Ksiądz Jan Sikorski (były Naczelny Kapelan Więziennictwa w RP) pisze o książce: Książka, którą Państwo trzymają w ręku, wprowadza Was w zastraszający świat marginesu ludzkiego. Są w niej jednak niebanalne i nietypowe, choć pasjonujące historie zabłąkanych, ale i odnajdywanych owiec. Szaleńcy ze Szkockiego Bractwa Więziennego uwierzyli, że trzeba szukać tych zgubionych….
Jak sobie to wyobrażam, to właśnie do nich Jezus powie: Byłem w więzieniu, a przychodziliście do mnie… (Ew. Mateusza 25:36c).

Dotąd jeszcze nie miałam możliwości przekroczyć progów polskiego więzienia. Mój mąż był w kilku więzieniach i aresztach, i z pierwszej ręki wiem, że jest to niesamowite przeżycie. Natomiast, dane mi było  być w amerykańskim więzieniu, na Florydzie. Dokładnie 3 listopada 2007 roku, na kilka dni przed moimi urodzinami. Cieszyłam się, że udało mi się z niego wyjść i mogłam celebrować urodziny na wolności :-). Oczywiście, nie było aż tak groźnie, ale podczas formalności w więziennej recepcji zagubiono prawo jazdy naszego opiekuna i przez dłuższą chwilę nie było nam wesoło. Nic nie zrobiliśmy, a czuliśmy się winni. Dokument znalazł się dopiero po trzech dniach, w tejże recepcji.

W wiezieniu tym, byliśmy na dwóch różnych spotkaniach (dobrowolne nabożeństwo dla więźniów odbyło się w kaplicy więziennej). Grupy więźniów różniły się kalibrem przestępstwa. Oczywiście, przeważali afro-amerykańscy więźniowie.
Obydwoje zaśpiewaliśmy (ja i Paweł). A Paweł opowiedział im historię syna marnotrawnego, ubogacając ją opowieściami o relacjach ze swoim ojcem. To był strzał w dziesiątkę. Trafił w ich czuły punkt. Kapelan więzienny powiedział nam po spotkaniu, że większość z więźniów zmaga się z tzw. raną ojca.
Po tylu latach trudno jest mi oddać atmosferę tych spotkań, ale pamiętam, że dostarczyły nam one niesamowitych  przeżyć duchowych i wzruszeń. O drugim z nich, w swoim pamiętniku, zapisałam wtedy takie słowa: Na drugie spotkanie przyszliśmy już dosyć zmęczeni. Również z powodów technicznych było ono opóźnione. Sala bardzo powoli się napełniała. Nie wróżyło to nic dobrego. A jednak... to spotkanie było wspaniałe. Śpiew (Jeanne i nasz), mini kazanie Mike'a i kazanie- świadectwo Pawła, miały w sobie niesamowitą moc. Czuło się Boże działanie i poruszenie wśród słuchaczy

Chrystus buduje swoje Królestwo z tego, co według ludzi jest słabe. […] On może wynieść łotra do niebieskiej chwały. J.D. Miller

***
Polecam ten filmik: Chuck Colson Remembered  KLIKNIJ



środa, 25 kwietnia 2012

Kącik dobrej książki


Bohaterowie wiary

Florence Nightingale, Lady with the lamp ”, Sam Wellman, Barbour Publishing, USA, 1999r.

Dla mnie historia życia Florence Nightingale, przedstawiona w tej książce, ma szczególne znaczenie, a to z dwóch powodów.
Po pierwsze - z powodu tego, że sama z zawodu byłam pielęgniarką i zasługi Florence, dla tegoż zawodu, były pierwszym tematem na zajęciach „Pielęgniarstwa ogólnego”, w Liceum Medycznym, w którym się uczyłam.
Po drugie - z powodu jej wiary. Co prawda, było to już bardzo dawno, ale pamiętam dokładnie ze szkoły, że niewiele wspominało się wtedy (a może wcale) o wierze Florence.

I właśnie dlatego książka, którą proponuję, jest wyjątkowa, ponieważ pokazuje ona niesamowitą wiarę Florence, która kształtowała się samotnie, w domu o nominalnym podejściu do wiary w Boga. Przedstawia jej wyjątkową inteligencję i szerokie zainteresowania naukami, również teologicznymi, wykraczającymi poza obyczajowość jej czasów. Opisuje dojrzewające w niej pragnienie pomagania potrzebującym i chorym oraz samozaparcie w jego realizowaniu. Niezrozumienie ze strony rodziny, przeszkody obyczajowe i społeczne tamtych czasów, upływające lata i problemy zdrowotne, nie zatrzymały Florence w realizacji ślubowania, jakie złożyła Bogu, będąc kilkuletnim dzieckiem.
Dopiero mając 31 lat zaczęła się uczyć pielęgniarstwa. Dziewięć lat później założyła pierwszą szkołę pielęgniarstwa. W międzyczasie, praktyczne doświadczenie zdobyła podczas wojny krymskiej, opiekując się brytyjskimi żołnierzami. Do procesu leczenia, wprowadziła dwa istotne składniki: troskliwą opiekę i higienę. Pamiętam, jak te dwie zasady były mi wpajane teoretycznie i na salach ćwiczeń. Ale dopiero szpitalna praktyka, pokazała mi prawdziwą ich wartość.

Biograficzna książka o Florence Nightingale swoją wyjątkowość zawdzięcza samej bohaterce. A to z tego powodu, że Florence dużo pisała. Zachowały się jej listy, pamiętniki, zapiski w kalendarzach. Pisała bardzo szczerze, przelewając na papier wszystko, co leżało jej na duszy. Wiele pisała o swojej wierze w Boga, o swoich pragnieniach i wizji służenia ludziom, o frustracjach związanych z niemożnością ich realizacji, o trudnych relacjach z siostrą i matką, o rozterkach związanych z potencjalnym małżeństwem.
Wyjątki z pozostawionych przez Florence zapisków, doskonale uzupełniają spisaną historię jej bogatego i długiego życia. Bóg powołał ją do służby, a ona podjęła się jednego z najtrudniejszych zadań. Na jej nagrobku widnieje tylko taki zapis: F.N. Born 1820, Died 1910.


Dawco życia! Zachowaj w czystości moje usta, by nie wypowiadały raniących słów. Daj mi bystry wzrok, bym dostrzegała dobro u innych. Obdarz mnie delikatnymi dłońmi, czystym sercem i cierpliwą duszą. F. N.

***

Do zapoznania się z biografią Florence Nightingale, zwanej „Damą z lampą”, twórczynią nowoczesnego pielęgniarstwa, odsyłam do Wikipedii (KLIKNIJ).
12 maja - w rocznicę urodzin Florence Nightingale - obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Pielęgniarki.

                       


wtorek, 24 kwietnia 2012

Konferencja w Poroninie - lekcja numer 6


Temat 6: Przywódcy i przyszłość, którą muszą ukształtować. Ks. Nehemiasza 1-2.

Kluczowe słowa: troska, kłopoty, egzegeza, modlitwa, post, od-waga, strategia, planowanie, szczegóły, marzenia, relacje, autentyczność, dostępność, od-powiedzialność, udział, szacu-nek.

Liderzy rysują obraz przyszłości poprzez „egzegezę” aktualnej rzeczywistości, modląc się intensywnie o mądrość w zrozumieniu tego, jak może wyglądać nowa ‘normalność’; na nowo kształtując struktury i systemy działania, które pozwolą im osiągnąć zamierzony cel; korzystając z wszelkich zbudowanych relacji.

Kończąc serię wykładów i jednocześnie zamykając konferencję w Poroninie, pastor Matthew St. John poruszył temat kształtowania nowej misji i wizji w służbie. Powiedział, że każdy lider potrzebuje odświeżać lub kształtować na nowo wizję swojej służby. Powody ku temu są różne. Sądzę, że na konferencji w Poroninie byliśmy jedynymi, którzy zostali niejako zmuszeni do zaczynania wszystkiego od początku. Wykłady Matthew pomogły nam zauważyć wiele plusów zaistniałej konieczności. Mamy nadzieję i modlimy się o to, aby te plusy, już w niedalekiej przyszłości, przełożyły  się na coś bardzo praktycznego i konkretnego.

Podzielę się pięcioma prostymi wskazówkami, jakich udzielił nam kaznodzieja. Są na tyle uniwersalne, że można zastosować je w różnych sytuacjach życiowych (np. w związku z utratą pracy). Oto one:
1. Rozpocznij od badania otaczającego cię świata (egzegeza rzeczywistości).
2. Módl się o pewność odnośnie tego, co chcesz robić (robić z pasją).
3. Dziel się swoją wizją, swoimi marzeniami z innymi. Wykorzystuj relacje z ludźmi. Proś ich o modlitwę. Zapraszaj do udziału w twojej wizji.
4. Zbierz wszystkie plany i zamierzenia w jedną całość.
5. Idź i urzeczywistnij je. (Tutaj zwykle przegrywamy. Powody są różne; strach, wstyd, duma…)

I na tym kończę poroniński cykl. Proponuję, w wolnej chwili, przeczytanie całości. Wyjątkowo się nie rozpisywałam, więc nie powinno to nikomu zająć zbyt wiele czasu :-).



piątek, 20 kwietnia 2012

Pomoc z Nieba...


… zmęczonemu daje siłę… Ks. Izajasza 40:28-31

Kameralne spotkanie z Grace Fox miało miejsce 4 kwietnia, w przytulnym saloniku Steni Shaded. Nie było nas zbyt wiele uczestniczących. Może trudno się dziwić - do Świąt zostały tylko cztery dni. Cieszę się, że już dawno przestałam mieć problem z wyborem „być czy robić” :-). Kiedy wiem, że mogę spotkać kilka fajnych osób i posłuchać czegoś wartościowego, to zostawiam Martę w domu i zamieniam się w Marię, która wybiera tę lepszą cząstkę (Ew. Łukasza 10:38-42).

Rozpoczynając spotkanie, Grace zadała nam pytanie: Jak często czujecie się zmęczone, utrudzone życiem? Chórem odpowiedziałyśmy, że… Często. Grace zachęciła nas do przestudiowania tego stanu pod kątem: co nas męczy i obciąża; a co daje nam siłę.

Nawiązując do obrazu orła, zawartego we wskazanym powyżej fragmencie Biblii, Grace poczyniła następujące spostrzeżenia:
- kiedy w naszym życiu wszystko się dobrze układa, wtedy wydaje się nam, że fruwamy;
- gdy przychodzą problemy, czujemy się, jak ptaki ze złamanym skrzydłem.

I podała następujące przyczyny naszego utrudzenia życiem:
- Nasze okoliczności - trudna sytuacja zawodowa, finansowa; trudne małżeństwo, kłopoty z dziećmi; kłopoty ze zdrowiem.
- Krytyka ze strony ludzi - przeważnie niezasłużona.
- Konflikty z ludźmi - na różnym tle (osobowościowym, kulturowym, wartości, płci, wychowania…).
- Zmiany - miejsca zamieszkania, pracy, statusu, konieczność dokształcania, śmierć kogoś bliskiego, samodzielność naszych dzieci i inne. Tutaj Grace zatrzymała się, nawiązując do Filipian 4:6-7.
- Porównywanie się z innymi - tracimy na to dużo energii. Rada: uczmy się być zadowolone z tego, kim jesteśmy i co posiadamy.
- Zobowiązania - uczmy się odmawiać, nie czujmy się z tym źle; stawiajmy sobie pytanie: Co, z rzeczy, które mam do zrobienia, pochodzi od Boga, a co zostaje mi narzucone przez ludzi?

Takie utrudzenie życiem sprawia, że patrzymy na nie z niewłaściwej pespektywy. A też często źle reagujemy i  podejmujemy niewłaściwe decyzje.
Słowo Boże mówi: Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie…(Ew. Mat. 11:28). W obecności Boga nasze zmęczenie maleje. Bóg nigdy się nie męczy, nie ustaje. On sam w sobie jest siłą i jest też źródłem naszej siły. Nasza siła odnawia się, kiedy czekamy na Pana (Izaj. 40:31).
Nasza siła rośnie, kiedy budujemy intymną relację z Bogiem. Bóg pragnie bliskiej relacji z nami. Takiej, jak opisana jest w 15 rozdziale Ewangelii Jana 15:5 Ja jestem krzewem winnym, wy jesteście latoroślami (a Ojciec mój jest winogrodnikiem w.1). Kto trwa we mnie, a Ja w nim, ten wydaje wiele owocu; bo beze mnie nic uczynić nie możecie.

Końcowa rada Grace brzmi bardzo prosto (rzeczy oczywiste, niestety, najtrudniej nam przychodzą): Czytaj Słowo Boże codziennie; codziennie rozmawiaj z Bogiem. Trwaj u Jego stóp - tak jak Maria.

***
Zachęcam do wysłuchania audycji z Grace Fox. Szczegóły w zamieszczonej ulotce.
Uwaga, zaktualizowano ulotkę!

Zapraszam też na:
Blog Grace Fox „Leading Women in Fearless Faith” (KLIKNIJ)
I do polubienia jej strony na Facebooku „Peaceful Moments to Begin Your Day” (KLIKNIJ)



środa, 18 kwietnia 2012

Rozdarte serce...


Weekend 13-16 kwietnia 2012.

Piątek. Do Bielska-Białej jechałam z rozdartym sercem. Paweł zobowiązał się stowarzyszeniu „Missio Musica”, w osobie Jurka Dajuka, udzielić swojego głosu - basa - podczas koncertu chóru „Soli Deo Gloria” w tamtejszym zborze. Jak to się zwykło biblijnie argumentować, „Miejsce żony jest przy mężu”, jechałam więc i ja „przy swoim mężu”. Również z troski o jego zdrowie. (Po przebytym udarze nie jeździ w długie trasy sam.)

Zwykle cieszą mnie nasze wspólne wyjazdy, ale tym razem moje serce było rozdarte, ponieważ tej samej niedzieli, kiedy „Missio Musica” śpiewała koncert w Bielsku-Białej, w Warszawie odbywała się ordynacja Jacka Konickiego na Duszpasterza Policji i Służb Mundurowych. Myślę, że Jacek się nie obrazi, jeśli określę go tu mianem naszego duchowego dziecka. Stąd moje rozdarcie. Czułam, że go zawodzę. Och, gdyby można było być jednocześnie tu i tam… Gdyby był możliwy jakiś plan B... Niestety nie było. Mój wisielczy humor pogłębił się dodatkowo po telefonie pastora Zbyszka Tarkowskiego i samego Jacka, którzy liczyli na czynny udział Pawła w uroczystościach. Niestety, byliśmy już w drodze… Tylko obraz z Przypowieści Salomona, o zrzędzącej kobiecie, powstrzymał mnie od …ponarzekania.
Zdroworozsądkowo tłumaczyłam sobie, że Bóg wie najlepiej, że we wszystkim współdziała On KU DOBREMU (!).

W kolejnych godzinach, wraz z ubywającymi kilometrami, mój nastrój poprawiał się. Cieszyła mnie przecież perspektywa zobaczenia się z pewnymi osobami. Tymi z „Missio Musica”, ale też z przyjaciółmi z okolic Bielska Białej. Już po drodze spotkaliśmy się z Jurkiem i Gosią Dajukami. Miłą chwilkę spędziliśmy w Piasku, u zaprzyjaźnionego pastora-mechanika Ewalda i jego żony Danusi (okazało się, że samochód Jurka wymaga naprawy).
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, do Kościoła Zielonoświątkowego w B-B, czekała na nas pyszna kolacja. Pojawiło się też kilkoro innych uczestników wydarzenia. I w tej grupie też zobaczyłam kilka znajomych twarzy. Razem z Dajukami trafiliśmy na nocleg do przemiłej i bardzo oddanej Bogu rodziny. Rodzice, córka i syn z żoną przez cały weekend zajmowali się, z godziny na godzinę, powiększającą się grupą muzyków i solistów. Karmili nas pysznie, a na przerwy kawowe zapewnili ogromną ilość wspaniałych domowych wypieków.  

Sobota. Rano obudziłam się z lekkim bólem głowy, który z czasem pogłębiał się. Tabletki nie zawsze działają; tak było i tym razem. Rozpoczęły się próby, na początek bez orkiestry. Tak na rozśpiewanie się i dla poznania swoich ‘ról’. Dla mnie, w przeciwieństwie do Pawła, który w niejednym chórze śpiewał, była to nowość. Repertuar był mi znajomy w 50%, co oznacza, że wiele, w ciągu najbliższych kilku godzin, musiałam się nauczyć. Ból głowy i niepewność debiutantki spowodował, że znowu zaczęłam się czuć rozdarta i sfrustrowana, jakby nie na miejscu. Nie chciałam przecież tutaj być, bo śpiewanie to nie do końca moja bajka. Jednak, nie czułam się też dobrze ze swoją negatywną postawą. Łapiąc oddech pomiędzy kolejnymi strofami, prosiłam Boga, aby zmienił moje nastawienie. I Bóg to czynił, głównie przez sympatyczną atmosferę pracy i kolejne znajome twarze.

Ale radykalna zmiana nastąpiła w chwili, kiedy przystąpiliśmy do prób z orkiestrą. My, soliści, wszystkie głosy i muzycy, kierowani ręką dyrygenta. To było kolejne niesamowite doświadczenie. Pierwszy raz znalazłam się po tej stronie sceny. Słysząc pierwsze dźwięki muzyki i pierwsze słowa pieśni, zrozumiałam, że biorę udział w pięknym dziele. I, że jestem współodpowiedzialna za jego powodzenie. A moje rozdarte serce, pragnienie bycia gdzie indziej, frustracja i kiepski nastrój stanowią ku temu przeszkodę. Poczułam wręcz namacalnie, jak następuje we mnie zmiana myślenia. I chociaż ból głowy się potęgował, a mieliśmy przyzwolenie na przerwanie próby, kiedy poczujemy, że opadamy z sił, to zostałam do jej końca. Po prawie dwunastu godzinach wytężonej pracy (w tym przerwy na posiłki i na kawę) wróciliśmy do naszych serdecznych gospodarzy. I, jak dzień wcześniej spędziliśmy z nimi miły wieczór, tak tym razem poszliśmy prosto do łóżek.

Niedziela. Dobrze, że nie czekały na nas z rana żadne obowiązki (koncert miał być dopiero wieczorem). Ledwo wstaliśmy. Dzień był pochmurny i mokry. Natomiast nasze nastroje -  przeciwnie. Z ciekawością udaliśmy się do kościoła, zastanawiając się, co w tym dniu ma dla nas Bóg. I miał - wspaniałe kazanie. Wiecie, to nie jest tak, że każde kazanie musi dotknąć nas tak bardzo osobiście. Wpasować się treścią w to nasze „tu i teraz”. W ostatnich trzech miesiącach zdarzyło nam się coś takiego trzykrotnie. Kiedy po raz pierwszy pojawiliśmy się w SCh Puławska, podczas konferencji w Poroninie i minionej niedzieli, w Bielsku-Białej. Mówcą był Waldemar Sardaczuk. To było mistrzostwo świata - wygłosić kazanie, którego słucha się lekko i z przyjemnością, mimo że temat nie jest lekki i przyjemny; kazanie, które słuchacza rozbawi, ale też pobudzi do łez, potem pocieszy i natchnie nadzieją. Pomyślałam sobie: Boże, Ty miałeś dla nas plan B.

Po nabożeństwie czekało mnie i Pawła kilka miłych niespodzianek. Spotkałam koleżankę z dzieciństwa, ze swojego Lwóweckiego zboru, która aktualnie mieszka w Irlandii, a do B-B wpadła odwiedzić rodzinę. Syna dobrego znajomego z Warszawy. Z Beatką Bednarz i jej mężem Mirkiem wypiliśmy kawkę, zajadając szarlotkę upieczoną przez naszą gospodynię. A kolejni przyjaciele, Halinka i Andrzej Michnik, zabrali nas do siebie na obiad. Tak nam było z nimi dobrze i smacznie, że spóźniliśmy się na próbę. Mam nadzieję, że zostało nam to wybaczone.


Koncert „Soli Deo Gloria” rozpoczął się o godzinie 18-tej. Sala i balkon były wypełnione. Program składał się z kilkunastu pięknych pieśni chwały. Niektórych mocno zapomnianych, niektórych nowych, napisanych współcześnie. Widać było, jak dzieje każdej pieśni, opowiadane przez Jana Murantego, chóralny śpiew, oprawa muzyczna i treści tych pieśni pracowały w sercach słuchających. Skupienie, zaduma i łzy wzruszenia pojawiały się na ich twarzach. Był też i uśmiech, bo był to koncert radosny, pochwalny, ku czci Tego, który umarł, ale też zmartwychwstał. Słowo ewangelizacyjne wygłosił również Jan Muranty.
Jakże szybko zleciało to 1,5 godziny. Zaśpiewaliśmy naprawdę pięknie. Mam nadzieję, że czułe mikrofony nie wyłapały kilku nutek fałszu, które mi się przytrafiły :-). Dodam też, że pięknie się prezentowaliśmy, w czerni przełamywanej bordo lub fioletem. A sekcja instrumentalna była naprawdę imponująca.


Po koncercie spotkaliśmy kolejnych starych znajomych. Niektórych osób nie widzieliśmy po kilka, a nawet kilkadziesiąt lat. Szczególnie ucieszył nas widok kochanego wujka, Pawła Małysza z Ustronia. Serdecznym powitaniom i radosnym okrzykom nie było końca.
Jako jedni z nielicznych postanowiliśmy zostać na noc. Tym razem, zmęczeni, ale zrelaksowani, spędziliśmy wieczór z gospodarzami. A potem, z Jurkiem i Gosią rozmawialiśmy jeszcze do 1-ej w nocy.

Poniedziałek. Jeszcze przed wyjazdem do Bielska-Białej, kiedy tylko dowiedzieliśmy się o tym wyjeździe, natychmiast ułożyliśmy sobie listę osób, z którymi chcielibyśmy się choć na chwilę spotkać. Już na miejscu okazało się, że zrealizowanie tych planów jest absolutnie niemożliwe. Nie czuliśmy się jednak rozczarowani, ponieważ i tak, zupełnie niezaplanowanie spotkaliśmy innych, bliskich naszemu sercu ludzi. Pobyt na Śląsku zakończyliśmy odwiedzinami u Irenki i Maćka Wilkoszów w Skoczowie. To jedyne, z planowanych, spotkanie, które doszło do skutku.
W drodze powrotnej zdzwoniliśmy się jeszcze z Jurkiem i Gosią, którzy wracali do domu już naprawionym samochodem. Jechaliśmy razem od Częstochowy do Piotrkowa, ścigając się, machając i uśmiechając się do siebie przez szyby samochodów. (Jak te dzieci :-). Potem nasze drogi rozdzieliły się. Powoli, rozkopaną ‘katowicką’, szczęśliwie dotarliśmy do domu, mając za pasażerów kontrabas i elektryczne pianino. Jakoś tego dnia wyjątkowo milczące.

Jestem wdzięczna Bogu za ten czas. Za to, że pomógł mi się dostroić do planów, z których nie byłam zadowolona. Za wszystkich spotkanych przyjaciół i zawarte nowe znajomości. Za wszelkie duchowe błogosławieństwa, jakie dane było mi doświadczyć podczas tych czterech intensywnych dni. Soli Deo Gloria! Tylko Bogu chwała!



czwartek, 12 kwietnia 2012

Konferencja w Poroninie - lekcja numer 5

Temat 5: Przywódcy i powołanie, jakie otrzymali. I Ks. Samuelowa 16-17.

Kluczowe słowa: działanie, synchronizacja czasowa, powołanie, przydzielenie zadania, oczekiwania, możliwości, samodzielność, ochrona, samo-świadomość, doświadczenie, suwerenność, instrukcja, rada, presja, przejrzystość, cel, dostępność.

Liderzy często otrzymują takie powołanie od Boga, które wprawia ich w zakłopotanie. Powołanie to odzwierciedla suwerenne Boże uwarunkowanie, często nie zawsze przez powołanych doceniane. Wymaga ono od lidera po prostu bycia tym, kim Bóg go zaplanował, niezależnie od opinii jego samego czy innych ludzi.

Pastor Matthew St. John mówił: Szatan nienawidzi ciebie. Nienawidzi tego, co reprezentujesz i komu służysz. Najbardziej chce on ciebie zniechęcić, podważając twoje powołanie. Wzbudza w tobie wątpliwość w to, że jesteś powołany. On chce, abyś nie czuł się wystarczająco godny i wartościowy, aby cokolwiek robić dla Boga. Wmawia ci brak talentów, złe motywacje, kiepskie nauczanie. Wmawia ci, że nie nadajesz się do służby. On jest zdesperowany, aby cię pognębić, chce oddalić cię od Boga. Dlatego doświadczasz opozycji, pokus, ataków.
To prawda, nie jesteś wystarczająco dobry, ale to dzięki Bożej mocy możesz Mu służyć.

Isaj nie widział w Dawidzie kandydata na króla. Ilu z was miało takich rodziców?
Dawid był na końcu listy. Jego bracia mieli taki sam stosunek do niego, jak ich ojciec.
Boża perspektywa jest inna. Bóg lubi nas zaskakiwać i działać wbrew ludzkim oczekiwaniom. Powołuje tych, po których najmniej się tego spodziewamy. Dowodzi tym swojej suwerenności.

Bóg poszukuje ludzi „według swojego serca”.
To Bóg daje ci talenty.
To On przygotowuje ciebie do służby poprzez twoje doświadczenia.
Bóg przepracowuje twoje życie.
Bóg nie powołuje wyposażonych. On wyposaża powołanych.
Bóg chce byś był sobą.
Nic w twoim życiu nie jest przypadkiem.
To kim jesteś i co masz oddaj w Boże ręce. On tego użyje.

Szatanowi, który podsuwa ci wątpliwości powiedz: Spadaj!

Wysłuchaliśmy tego wykładu w wielkim skupieniu. Oczywiście, zawarłam tu tylko myśli, które uznałam za bardzo istotne dla mnie i Pawła. Zdaję sobie sprawę, że brzmią one dosyć sucho, jakby wyrwane z szerszego kontekstu. To prawda, ożywiała je pięknie opowiedziana historia o wyborze Dawida na króla, o jego starciu z Goliatem, a też historia o chłopcu, który przyniósł do Jezusa to, co miał - pięć chlebków i dwie rybki. Nie zabrakło osobistych przykładów z życia kaznodziei.
Całość była niezwykle zachęcająca. Na tyle, że w którymś momencie, mój mąż przechylił się do mnie i powiedział: Nikt nie odbierze nam naszego powołania…





wtorek, 10 kwietnia 2012

Konferencja w Poroninie - lekcja numer 4

Temat 4: Przywódcy i to, z jakim traktowaniem się spotykają. Psalm 55 i Psalm 27.

Kluczowe słowa: zdrada, zranienia, plotka, obmowa, zniesławienie, oszukaństwo, autorytet, ochrona, dochodzenie praw, strach, ucieczka, walka, porażka, schronienie, ucieczka, nadzieja, czekanie na Pana, siła, odwaga.

Liderzy często doświadczają takiego traktowania, które niepokoi ich dusze, powoduje jej drżenie i sprawia głębokie zranienia. A jednak, w tym wszystkim Bóg słyszy ich wołanie o ulgę i ukojenie, i okazuje im ogromną łaskę.

Pastor Matthew, na przykładzie biblijnego Dawida oraz swoich własnych doświadczeń, odkrył przed nami trzy zachęcające prawdy. Ich odzwierciedlenie doskonale oddaje Psalm 55 i 27:

1. Pan cię usłyszy, kiedy zawołasz do Niego. Niestety, często w bólu doświadczeń zapominasz o tym. Narzekaj, płacz, krzycz. Bądź brutalnie szczerym przed Bogiem. Bóg nie może cię usłyszeć, jeśli nie wołasz. (55:20)

2. On pokrzepi twoją duszę. Nie interesuje Go twoje ciało, czy okoliczności, w jakich się znajdujesz, chociaż i to się zatroszczy. To twoja osoba liczy się w tym momencie dla Niego - twoja dusza - to, co jest wewnątrz ciebie, to kim jesteś. (55:19)

3. Bóg ciebie podtrzyma (55:23) i da ci siłę, abyś:
- przebaczył,
- mógł kochać jeszcze bardziej,
- zamienił swój ból w przypowieść,
- był ponad to, co cię spotkało,
- modlił się, aby Bóg zmieniał ciebie,
- modlił się, aby Bóg zmiękczył serca twoich wrogów,
- nie był w defensywie,
- błogosławił.

Po powrocie z konferencji, z ciekawości otworzyłam swoją Biblię (tę od przeglądowego czytania). Interesowały mnie dwa powyższe Psalmy. Dołączyłam jeszcze do nich Psalm 42. Znalazłam w nich wiele podkreśleń na niebiesko. Przy niektórych wersetach postawiona była data (marzec 2012), a na marginesie pojawiły się luźne dopiski. Jakże wciąż adekwatne są te Psalmy to tego, jak się obecnie czuję...

Od czasu konferencji towarzyszy mi pewna piękna pieśń. W jej refrenie padają następujące słowa:
And though my heart is torn  Mimo tego że serce mam rozdarte
I will praise You in this storm  Będę chwalić Cię podczas tego sztormu…

„I will praise You…” KLIKNIJ


poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Książka Steni Shaded


Z radością powiadamiam, że jest już dostępna książka Steni (Stefanii) Shaded.
W zasadzie jest to przepiękny album jej malarstwa, wzbogacony osobistymi rozmyślaniami, refleksjami i medytacjami nad Słowem Bożym.
Pomysł zebrania obrazów Steni i napisania do nich komentarzy, zrodził się po konferencji dla kobiet, zatytułowanej "Barwy Życia". Stąd tytuł książki. Wystąpienia Steni, podczas tejże konferencji, można posłuchać z nagrania video: KLIKNIJ

O autorce i malarce, Steni Shaded, więcej piszę w poście tutaj: KLIKNIJ

Książkę można nabyć poprzez Wydawnictwo "MoneFil" - monefilwydawnictwo@gmail.com

niedziela, 8 kwietnia 2012

W cieniu krzyża

W sobotni wieczór wybrałam się z moim mężem na przed-stawienie pasyjne pt. „W cieniu krzyża”, w wykonaniu grupy „Kaleo” (powołani). Chciałam tu napisać, że aktorami jest mło-dzież z różnych ewangelicznych kościołów warszawskich, ale w porę uświadomiłam sobie, że od pierwszego przedstawienia „Ka-leo” minęło kilkanaście lat! To już nie jest młodzież, to są młodzi ludzie w wieku ok. 30 lat, niektórzy żonaci i dzieciaci.

Pomysłodawcą i reżyserem był, jak zwykle, niezastąpiony Paweł Doroba.

Wydarzenie miało miejsce na Pradze, w siedzibie ewangelicznej fundacji charytatywnej, a publicznością, w przewadze, była licznie zebrana grupa osób, które w tejże fundacji otrzymują pomoc żywnościową, a też roztoczona jest nad nimi opieka duchowa. Kto zna Pragę i jej klimaty ten wie, że potrzeba na tego typu działalność jest tam ogromna.

Trwające około godziny przedstawienie było niesamowicie dynamiczne, dramatyczne i poruszające. Sceny grane przez aktorów na żywo, przeplatały się z obrazami z filmu Mela Gibsona „Pasja”. Pieśni „Via Dolorosa” i „Golgota” dopełniały to, co nie zostało dopowiedziane w scenariuszu. Wszystko, co działo się od momentu zdrady Judasza, po śmierć Jezusa na krzyżu, opowiedziane było przez naocznych świadków tych wydarzeń. Nacisk w scenariuszu położony był na to, co czuły te osoby w związku ze śmiercią Jezusa. Pokazywał on  przemianę ich myślenia i serca.

Pochwalić należy prostą scenografię, świetną charakteryzację - szczególnie odtwórcy Jezusa. Jakkolwiek nie jest trudno ubrać cywilów na wzór tamtej epoki, to aktorzy nie poszli na łatwiznę i naprawdę prezentowali się bardzo przekonywująco. Żołnierze rzymscy i Piłat dysponowali strojami prosto z rekwizytorni teatru czy telewizji.
To wszystko miało niewątpliwy wpływ na odbiór całości - a przede wszystkim na odbiór treści.

Już na samym początku przedstawienia pojawił się pewien niezaplanowany i nieprzewidziany element - pani Basia. Pani Basia to osoba w pewnym stopniu niepełnosprawna intelektualnie. Pierwsze sceny, przedstawiające biczowanie i krzyżowanie Chrystusa, wywołały u niej spazmatyczny płacz i krzyk niezgody. I tak już pozostało do końca. Pani Basia żywo reagowała na każdą zmianę sceny, na każdy fragment filmu, na pojawiających się kolejno bohaterów. Doskonale ich zresztą rozpoznawała. Podczas pieśni płakała. Czasem było to głośne szlochanie, czasem ciche pojękiwanie. Osoba, siedząca obok, bez powodzenia próbowała ją uciszyć.

Nie wiem, co czuli i myśleli inni ludzie. Mnie cała ta sytuacja głęboko poruszyła. Momentami miałam takie uczucia, że pani Basia jest jedyną osobą, która tak naprawdę rozumie ból i dramat tamtego wydarzenia. Jej smutek był tak szalenie autentyczny, jakby ona również stała  pod krzyżem. Jakby stała w jego cieniu…

Podczas ewangelizacyjnego kazania, od czasu do czasu, słychać było jej głos, mówiący: Ja kocham Jezusa. Ja kocham Jezusa... . Po wezwaniu do modlitwy pomodliła się Modlitwą Pańską. Zresztą, pomodliła się jako jedyna. Potem, kiedy niektórzy z obecnych podchodzili do krzyża, aby symbolicznie przybić na nim swój grzech, znowu usłyszałam głos pani Basi. Płacząc, prosiła Boga o przebaczenie. To, co poruszało mnie najbardziej w tym wszystkim to fakt, że pani Basia mówiła w sposób trudny do zrozumienia. Jej język nie mieścił się w jej ustach. Podczas tej modlitwy, jakby zawstydzona swoją ułomnością, zawołała: Wiem, że mówię niewyraźnie… Boże, wybacz…

Ciągle myślę o wczorajszym wieczorze. Obejrzałam piękne przedstawienie, które na nowo uświadomiło mi to, czego dokonał Jezus na krzyżu Golgoty. I przeżyłam też, w pewnym sensie, lekcję Jezusa na temat tego, że w naszej wierze mamy się stać jak dzieci. Zobaczyłam starszą ode mnie kobietę, mającą umysł, serce i wiarę dziecka. I to było piękne…

Zdjęcia z przedstawienia: KLIKNIJ

***

Oglądałam kilka przedstawień grupy „Kaleo”. Dwukrotnie dane mi było z tą grupą współpracować, przy organizacji wydarzeń ewangelizacyjnych w ramach działalności Ursynowskiej Społeczności Ewangelicznej:

  1. Musical „Skazany” (KLIKNIJ)
  2. Opowieść Wilijna - podczas Gwiazdkowej Niespodzianki. (KLIKNIJ)

Chrystus zmartwychwstał!

Rany

mówią, że Cię poznano przy łamaniu chleba
raczej po ranach rąk Twych które go łamały
chleb niewidoczny jak tajniak na co dzień
być albo nie być nie dla nas pytanie
tylko Ty jesteś

obraca się ziemia
miłość oddala bo za bardzo zbliża
chleb tak jak serce o wiele za małe

rany świadczą więcej niż ręce rozdały

                                   Ks. Jan Twardowski
                                   „Blisko Jezusa”

Ew. Łukasza 24:30-35

***

Fizyczne zmartwychwstanie naszego Pana jest fundamentem chwalebnego łuku triumfalnego chrześcijaństwa. Wystarczyłoby usunąć ten fundament, a cała reszta rozpadłaby się, ulegając zniszczeniu. Ale dzięki Bogu, JEZUS ŻYJE!

Podczas Świąt Wielkanocnych wciąż pozdrawiamy się gromkim okrzykiem „Chrystus zmartwychwstał!”. Jak brzmi odpowiedź? „Prawdziwie zmartwychwstał!” 

Radujmy się naszym zmartwychwstałym, królującym Panem, który wkrótce powróci.

Hosanna!!! Hosanna na Wysokościach! (KLIKNIJ)





sobota, 7 kwietnia 2012

Konferencja w Poroninie - lekcja numer 3


Temat 3: Przywódcy i wstyd z jakim się zmagają. Ew. Jana 21:1-19.

Kluczowe słowa: pierwsze ognisko, drugie ognisko, łaska, wartość, służba, miłość, ciemność, światłość, zmieszanie, wstyd, porażka, przyszłość, przebaczenie.

Wszystkim znana jest historia ewangeliczna, kiedy Piotr zapiera się Jezusa. Rzecz dzieje się przy ognisku. Kaznodzieja, tę właśnie scenerię, wykorzystuje do przedstawienia pewnej prawdy duchowej. Słuchającym, zadaje pytanie: Co jest twoim ogniskiem, co cię parzy, szczypie w oczy, drapie w gardło, zadławia płuca? Co jest twoim wstydem?

Piotr wstydził się tego, że zaparł się Jezusa. Już kilkakrotnie spotkał się z Nim po Jego zmartwychwstaniu, ale to nie uleczyło jego wstydu. On nawet nie wiedział, co ze sobą zrobić. Czuł się zagubiony. Skonfundowany. Nie wiedział, jak ruszyć do przodu. Jak pozbyć się tego uczucia bólu w sercu. Zrobił więc to, co było najprostsze - porzucił marzenia o służbie Bogu i wrócił do starego zajęcia… Inni podążyli za nim.

Sytuacja jednak ulega zmianie. Oto na plaży pali się nowe ognisko. To ognisko rozpalił Jezus i przygotował uczniom śniadanie. Prosi ich o kilka dodatkowych ryb. A Piotr, jak to Piotr, wyciąga wszystkie - razem 153 ryby :-). To takie typowe: ludzie kierowani wstydem, starają się zrobić na innych lepsze wrażenie. On chce zrobić wrażenie na Jezusie, chce znowu zasłużyć na Jego względy.
Jezusowi jednak wcale o to nie chodzi. W prywatnej rozmowie chce wydobyć z Piotra to, co jest na dnie jego duszy. To, że on naprawdę kocha Jezusa. Tylko, że wcześniej pozwolił, aby jego brak bezpieczeństwa i niepewność zagłuszyły tę miłość. Jezus wie o tym i dlatego pomaga mu się ‘pozbierać’.

Lider/przywódca musi zanurzyć się w bezgranicznej łasce Jezusa, gdzie zrozumie, że najważniejszą rzeczą jest odkrycie, że jest kochany przez Jezusa i że tę miłość ma odwzajemniać. Nic innego nie ma znaczenia.

W doświadczeniu pierwszego ogniska - a dla każdego to ognisko co innego oznacza:  to może być grzech, porażka, zwątpienie, zranienie (przez doświadczenie ogniska przechodzimy, kiedy nas skrzywdzono, a też kiedy my coś komuś zrobiliśmy…) - nie zapominajmy, że Jezus czeka już na nas przy drugim ognisku. Czeka, aby dać nam „nowy start”.

W Psalmie 91:14-16 znajdujemy piękną obietnicę:

Ponieważ mnie umiłował, wyratuję go,
Wywyższę go, bo zna imię moje.
Wzywać mnie będzie, a Ja go wysłucham,
Będę z nim w niedoli,
Wyrwę go i czcią obdarzę,
Długim życiem nasycę go
I ukażę mu zbawienie moje.

Ten pobyt w Poroninie, pomimo nagłego nawrotu zimy, był dla mnie takim momentem, kiedy ogrzałam się przy ognisku, które Jezus dla mnie przygotował. Jeszcze nie wiem, co przyniesie przyszłość, ale wiem jedno - po starym ognisku pozostał już tylko popiół.

Obraz - Christ at the See of Tiberias - Tintoretto



piątek, 6 kwietnia 2012

Wielki Piątek

Tam na wzgórzu stał stary, szorstki krzyż… (KLIKNIJ)

To jam...
... powrozem biernym,
który skuł Ci ramiona;
... pletnią,
którą Cię smagano;
... cierniem,
co skroń Ci
wieńczyła nim zbrodnia;
... podaną Tobie
z octem gąbką żółci;
... tą kością,
którą o Twą szatę grano;
... krzyżem,
na którym do dziś
konasz co dnia...

(Leopold Staff)

***

I List do Koryntian 15:1-22

***

Stoimy przed Wielkim Piątkiem i Wielkanocą, przed dniami ogromnych czynów Boga w historii; czynów, w których sąd i łaska Boga wszechobecne były w całym świecie.
Sąd w tym czasie, gdy Jezus Chrystus, Pan wisiał na Krzyżu.
Łaska w tej godzinie, w której śmierć przemieniła się w zwycięstwo.
Nie ludzie tutaj coś uczynili. Nie, Bóg sam to uczynił. On szedł do ludzi drogą nieskończonej miłości. On podnosił wszystko, co ludzkie. I ofiarował łaskę niezależnie od zasług.        
W Wielkim Piątku i w Wielkiejnocy jest jakaś moc wyzwalająca, bo myśli biegną daleko poza osobiste szczęście; biegną aż do ostatecznego sensu życia, cierpienia i w ogóle sensu dziejów; wtedy można żywić nadzieję. (Dietrich Bonhoeffer)

Takiego przeżywania Pamiątki Śmierci i Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa Wam życzę,
Wala

(Obraz - Carl Bloch, Ukrzyżowanie - fragment malowidła)



czwartek, 5 kwietnia 2012

Wielki Czwartek


To jest ciało Twoje, Panie

Ty, o Panie, wydałeś za mnie na śmierć swoje ciało,
Ty, na krzyżu Golgoty, za moje grzechy, przelałeś swą krew,
Ty na siebie wziąłeś moje grzechy, aby mnie od nich uwolnić,
Ty życie swoje dałeś, abym ja mógł żyć.
Ty w chlebie dajesz mi Twoje ciało,
Ty w winie dajesz mi swoją krew,
abym mógł spożywać chleb żywota,
abym otrzymał zbawienie i życie wieczne.
O, Panie, rozbudź we mnie tęsknotę za Tobą
za zjednoczeniem się z Tobą w tej Pamiątce,
za świętą wspólnotą wszystkich wierzących,
za radością z tego, że jesteś ze mną.
Daj, abym godnie przystępował do Stołu Twojego
a przy nim doświadczał Twojej miłości
i otrzymywał upragnione, najwspanialsze dary Twoje:
odpuszczenie grzechów, pojednanie z Bogiem i życie wieczne.

Ks. Henryk Czembor

***
Chrześcijańska wspólnota Kościoła jest wspólnotą Chrztu i wspólnotą Wieczerzy Pańskiej, i dopiero na tym fundamencie - wspólnotą głoszenia Ewangelii.
Dietrich Bonhoeffer



środa, 4 kwietnia 2012

Konferencja w Poroninie - lekcja numer 2

Temat 2: Przywódcy i rodziny, które kochają. I List do Tymoteusza 3:4-5; Efezjan 5:21-33.

Kluczowe słowa: rodzina, dzieci, żona, mąż, matka, ojciec, inni.

Podczas tego wykładu kaz-nodzieja powiedział coś, do czego dojrzewałam przez długie lata mojej służby. Myślę, że do dnia narodzin mojej wnuczki. Czyli prawie 27 lat. Wrócę jeszcze do tego wątku. A teraz kilka luźnych myśli z wykładu:

„Rodziny wielkich biblijnych mężów Bożych, to były rodziny z problemami. A jednak były one na pierwszej linii frontu, jeśli chodzi o sprawy Boże. Te rodziny nie pasowały do tradycyjnego modelu. Nie było gorszych i lepszych rodzin.”
„W służbie wszyscy są zaangażowani. Rodzice i dzieci - czy tego chcą czy nie.”
„Jesteśmy ‘on’ (włączeni, na chodzie) cały czas i wszyscy nas obserwują, jak te ryby w akwarium :-).”
„Nasza służba nie może być ważniejsza od naszej rodziny.”
„Rodziny dostają resztki.”
„Każdy może poprowadzić twoją służbę, albo taką samą służbę, ale tylko ty możesz być mężem/żoną, rodzicem dla swoich bliskich.”
„Skąd biorą się nasi synowie marnotrawni (prodigals)? Ponieważ jako rodzice nie zrobiliśmy dla nich wystarczająco wiele, troszcząc się o innych.”
„Owce zawsze będą od nas żądać naszego czasu. Naszym zadaniem jest powiedzieć: NIE, idę do domu.”

Myśl podsumowująca: „Liderzy/przywódcy powinni pamiętać, że zanim Bóg spyta ich o ich służbę na rzecz Jego Królestwa, wpierw spyta ich o stan ich rodziny.”
To przypomniało mi słowa Davida Wilkersona, który, na konferencji we Wrocławiu, mówił pastorom, że Bóg nie spyta się ich, jakimi pastorami byli, jakie służby prowadzili, ile i jakich kościołów zbudowali czy założyli. On spyta się ich - jakimi byli mężami.

Wracam do osobistego wątku.
Służba na rzecz Bożego Królestwa zawsze była dla mnie najważniejsza. To dla niej porzuciłam swój ukochany zawód, kiedy musiałam dokonać wyboru. Zawsze uważałam, i poniekąd nadal tak uważam, że nie można oddzielić postawienia Boga na pierwszym miejscu w swoim życiu, od służby dla Niego. Te dwie rzeczy szły u mnie w parze.
- Pamiętam, jak odeszłam od łóżka mojego ciężko chorego Taty, aby pokonać prawie 500 km. i wrócić do Warszawy, bo tam czekało mnie przeprowadzenie ważnego spotkania dla członków naszej wspólnoty. Zanim dojechałam do domu, mój Tato już nie żył. Walcząc ze łzami, wykonałam zadanie i następnego dnia pojechałam pożegnać Tatę. Nie wiem, ile osób było świadomych tego, przez co przechodzę.
- Pamiętam, że wielokrotnie, zajęta służbą, nie poświęcałam należytego czasu naszemu synowi. Wykładowca prosił, aby się nie obwiniać i nie oskarżać, więc nie będę tego robić, ale dałabym wiele, aby można było czasem cofnąć czas i nie popełnić pewnych błędów.
- Pamiętam, kiedy mój mąż leżał w szpitalu w ciężkim stanie po udarze. Zamiast siedzieć obok niego całe dnie, odwiedzałam go, wpadając na krótsze lub dłuższe chwile. Resztę czasu poświęcałam na wypełnianie swoich własnych, naszych wspólnych, a czasem nawet jego obowiązków służbowych. Dzisiaj nawet nie mam pewności czy zostało to docenione przez moich przełożonych.
- Pamiętam, jak urodziła się moja wnuczka i wszystko się zmieniło. Postanowiłam, że będę Babcią z prawdziwego zdarzenia. Okazało się, że potrafię inaczej poukładać sobie priorytety, że potrafię przeorganizować swój kalendarz, że potrafię - w razie potrzeby - poprzekładać sobie ważne zajęcia i obowiązki. A nawet, dla wspólnych z nią chwil, potrafię w cudowny sposób odzyskiwać siły.
I co się okazało? Moja służba nie doznała na tej przemianie żadnego uszczerbku. Wprost przeciwnie, bycie Babcią dodało jej smaku i stało się jeszcze jedną dziedziną, w której mogę służyć kobietom. (KLIKNIJ)

Ten wykład, to była dla mnie ważna lekcja na przyszłość. Będąc na etapie planowania nowej służby, chcę mieć na uwadze dobro moich bliskich. To oni, przed wszystkimi innymi ludźmi, mają być najważniejsi.






wtorek, 3 kwietnia 2012

Konferencja w Poroninie - lekcja numer 1

Wczoraj wróciliśmy z konferencji w Poroninie, troszkę zmęczeni podróżami i intensywnie spę-dzonym tam czasem. Wciąż przeziębieni, a to tylko dlatego, że w ciągu jednej nocy z wiosny zrobiła się zima, a my sporo spacerowaliśmy. Na szczęście znaliśmy prognozy pogody i wzięliśmy same ciepłe ubrania, więc nie było tak źle.
Oczywiście, żadnej z wy-mienionych rzeczy nie traktuję jako powodu do narzekania. Takie po prostu były realia. Sama konferencja - miejsce, ludzie, nauczanie, atmosfera, to było to, czego potrzebowaliśmy. Może nawet nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, ale Bóg jest dobry i wszystko świetnie zaaranżował. O tym, że ktoś nas zaprosił już pisałam. Teraz dodam, że wygłoszone tam wykłady - 6 częściowy cykl - były jakby przygotowane dla nas. Od początku do końca, bez wyjątku.
Postaram się je w jakiś przystępny, skrótowy sposób tu zaprezentować. Dzisiaj będzie pierwsza lekcja. Kolejne - jak czas pozwoli…
Może jeszcze zaznaczę, że wykłady były przeznaczone dla liderów, osób zaangażowanych w służbę w Kościele. Myślę jednak, że każda inna osoba mogłaby z nich swobodnie skorzystać. Wykładowca, pastor Matthew St. John, podał taką prostą definicję lidera/przywódcy: Jeśli masz wpływ na innych ludzi, na ich życie - jesteś liderem.

Temat 1: Przywódcy i konieczne im odświeżenie. I List do Tymoteusza 4:9-18.

Kluczowe słowa: zmęczenie, samotność, pilna potrzeba, cierpienie, przyjaźń, troska o wygodę, Słowo, pomoc.

Kaznodzieja postawił pytanie: Gdybyś wiedział, że wkrótce umrzesz, jakie byłyby ostatnie słowa, które byś napisał? Z tekstu widzimy, że ostatnie słowa apostoła Pawła, to nie są jakieś wielkie teologiczne wywody. On pisze o swoich potrzebach. O potrzebach swojego ciała, serca i duszy:

1. Potrzeba przyjaciół.
Jest z nim Łukasz, a on chciałby jeszcze zobaczyć Marka i Tymoteusza. Paweł dobiera sobie przyjaciół. To nie jest ktokolwiek.
Zwykle zamykamy się przed ludźmi z powodu zranień, jakich od nich doświadczyliśmy. Potrzebujemy jednak towarzystwa takich osób, przed którymi możemy otworzyć swoje serca. Bardzo często liderzy są samotni w służbie, samotni w tłumie…
Coś na ten temat wiem. A też wciąż na nowo weryfikuję słowo „przyjaciel”. Odkryłam, że najlepszym testem na przyjaźń okazują się, zmieniające się na niekorzyść, okoliczności życia.

2. Potrzeba komfortu.
Zwykła rzecz, odzyskać swój płaszcz, ogrzać swoje ciało. Dla każdego to może być coś innego, ale zasada jest taka - troszczmy się o swoje podstawowe potrzeby. Pomyślmy czasem o sobie. Mamy prawo do odpoczynku, do czasu dla samych siebie, do zaspokajania swoich potrzeb. A nawet, pozwólmy sobie czasem na odrobinę szaleństwa.
W naszej obecnej sytuacji, kiedy szukamy pracy i miejsca do służby, taką odrobiną szaleństwa był ten pięciodniowy wyjazd. Nasze serca ogrzały się, mimo nawrotu zimy. Wzmocniliśmy się duchowo. Spojrzeliśmy na swoje położenie z nowej, szerszej pespektywy. Pomogły nam w tym wysłuchane wykłady.

3. Potrzeba książek i Słowa.
Ap. Paweł dużo czyta. Zapewne brakuje mu w więzieniu jego ksiąg. To mogą być księgi historyczne, filozoficzne, poezja… Ale szczególnie brak mu pergaminów. Jak się można domyślać, tak określa Pismo Święte ST. A może są już pośród nich niektóre Ewangelie?
Apostoł pragnie mieć przy sobie Słowo Boże. A jak to jest z nami? Czy nie bywa tak, że Biblia staje się dla nas tylko książką do studiowania? Znamy ją dokładnie, jej treści niczym nas już nie zaskakują, przyjmujemy je jako coś oczywistego. Może nawet nas nudzi. A przygotowując nauczanie dla innych, nie dbamy o to, aby to Słowo dotykało w pierwszej kolejności nas.
Zacznijmy znowu czytać Biblię nie jako księgę teologiczną czy podręcznik uczniostwa, ale jak list miłosny napisany przez Boga do nas. Mi pomaga w tym ‘przeglądowe czytanie Biblii’, o którym już wielokrotnie wspominałam.

4. Potrzeba wyżalenia się.
Potrzeba rozmawiania o tych, którzy nas zranili. Boimy się tego, bo nie chcemy plotkować. I, rzeczywiście, nie plotkujmy. Apostoł Paweł po prostu mówi o tych sprawach z przyjaciółmi. Nazywa to, co go spotkało, po imieniu. Jest w tym prawdziwy, szczery i uczciwy.
Ilu z nas boi się mówić o zranieniach, bo nie chcemy być uznani za nieduchownych? Apostoł Paweł nie miał takich obaw. Szczerze, w wąskim gronie przyjaciół rozmawiał o swoich wrogach i krzywdzicielach. Potrzebujemy przyjaciół, w obecności których możemy dawać upust swoim frustracjom.
Dump your bucket of pain (Opróżnij swój kubeł bólu) - powiedział wykładowca, zachęcając nas do porozmawiania z bliskim przyjacielem. Skorzystałam. Ulżyło. A dodatkową pociechę znalazłam w jednym z przytoczonych przez kaznodzieję wersetów: „Boże, gdyś wychodził przed ludem twoim, gdyś kroczył przez pustynię…” Psalm 68:8. Jego wielokrotne powtarzanie: „Bóg kroczy z tobą przez pustynię”, było dla mnie, jak balsam.

To dopiero był początek…