wtorek, 8 listopada 2022

Kącik dobrej książki

W ostatnim numerze biuletynu, wraz z opisywanymi historiami misyjnymi współczesnych misjonarzy, skupiłam się na misji w Afryce. Konkretnie w Ugandzie. A tym razem będziemy towarzyszyć naszym bohaterom na polu misyjny jakim jest Ameryka Południowa. Dzięki wybranym książkom będziecie mogli śledzić przebieg wielkiego duchowego przebudzenia w Argentynie, które miało miejsce w latach 50-tych minionego stulecia. A zadziało się dzięki determinacji, wierności i poświęceniu kilku misjonarzy. Poznacie też historię misji medycznej  i powstania niezwykłego szpitala dla najbiedniejszych mieszkańców Andów (Peru), opowiedzianą przez lekarza z misyjnym powołaniem. Trzecia książka jest bardzo praktycznym podręcznikiem, pomagającym czytelnikowi w zrozumieniu istoty Wielkiego Posłannictwa, jako klucza do sukcesu we wszelkich działaniach ewangelizacyjnych (misyjnych).

Edward R. Miller, Wołaj do mnie Argentyno, Wydawnictwo „DABAR”, Toruń 1997

W przedmowie do książki czytamy takie oto znamienne słowa autora (misjonarza Edwarda R. Millera): Argentyna w misyjnych kręgach uchodziła za najtrudniejsze pole na zachodniej półkuli. Jej obojętność stała się dla mnie tak zniechęcająca, że poważnie rozważałem sens mojego powołania do tego kraju. W Argentynie wypaliłem całą moją energię. Myślałem więc o jej opuszczeniu i znalezieniu sobie bardziej owocnej służby, ale wewnątrz mojego serca usłyszałem: Wołaj do mnie Argentyno! Zrozumiałem, że jeśli Argentyna zacznie wołać do Boga, On przyjdzie do niej.

Dzięki posłuszeństwu i determinacji tego i innych misjonarzy Bóg w istocie przyszedł do Argentyny. W latach 50-tych przybył tam na głośnie wołanie tych jednostek, które pragnęły jej przebudzenia, a potem na wołanie tłumów nowo narodzonych chrześcijan, którzy pragnęli dla swojego kraju więcej i więcej Bożej obecności i błogosławieństw duchowych. Autor pisze: Bóg nawiedził Argentynę w suwerenny sposób. On sprawił, że cały naród był świadomy Jego Imienia, Jego mocy i realności Jego Ewangelii. (...) Tutaj, w kraju zanurzonym w bałwochwalstwie, pogaństwie i nieczystości, Bóg przyniósł jedno z największych masowych działań Jego łaski.

Ten swoista kronika szerokiej gamy Bożego działania w Argentynie, w okresie wielu lat przebudzenia, jest zapisem poruszających świadectw nawrócenia, opisów uwolnienia i uzdrowienia, namacalnych dowodów na Boże prowadzenia i zaopatrzenie. Czytelnika zapewne zainteresują polskie wątki pojawiające się w opisie tych przebudzeniowych wydarzeń.

Nieżyjący już pastor Anatol Matiaszuk tak pisze do polskiego czytelnika (1997): W Argentynie byłem przez kilka tygodni, u schyłku 1996 roku. Najbardziej zainteresowało mnie obserwowanie skutków przebudzenia duchowego... Kościoły, które dotknęło przebudzenie, są bardzo liczne, wielotysięczne. Frekwencja na nabożeństwach jest znakomita. W niektórych nabożeństwa odbywają się jednym ciągiem, od rana do późnej nocy. Ludzie modlą się godzinami, słychać tu i ówdzie wypowiedzi prorockie, tłumaczenia obcych języków. Był to dla mnie prawdziwy zastrzyk entuzjazmu i optymizmu. (...) Oby nasz kraj wołał ze wszystkich sił do Boga, który czeka, aby się zmiłować.

John Klaus-Dieter, Widziałem Boga, Wydawnictwo Szaron, Ustroń 2016

Czy wszystko zaczęło się już w szkole średniej, od tej wymiany zdań?

Ona: Chcę po maturze pójść na medycynę i później pracować w krajach Trzeciego Świata.

On: Ja też o tym marzę.

Wiele lat po tej rozmowie, małżeństwo lekarzy Martina i Klaus-Dieter John, zdobywszy pełne wykształcenie medyczne na uczelniach kraju (Niemcy) i za granicą (Anglia, USA), podjęło się podjąć wyzwanie do pracy lekarsko-misjonarskiej w Peru.

Już po kilku miesiącach swojej pracy, nasi bohaterowie zauważyli, że w szpitalu, w którym pracują, nie przyjmuje się wielu najbiedniejszych pacjentów. Jak pisze Klaus-Dieter: W szpitalnym funduszu dobroczynności brakowało pieniędzy. Już wcześniej marzyło się im wybudowanie szpitala, który służyłby najuboższym. Teraz to pragnienie stało się coraz silniejsze. Dalej czytamy: Marzyć o szpitalu to jedna sprawa, ale już konkretne planowanie to coś innego. (...) Wyraźnie odczułem, że przed naszym mglistym marzeniem stoją problemy nie do pokonania. (...) I... Nagle poczułem pewność, że szpital misyjny nie tylko może powstać, ale rzeczywiście powstanie. W końcu to nie ja będę za to odpowiadał, ale sam Bóg.

Dalsza część książki to fascynująca opowieść o tym jak marzenie staje się rzeczywistością. Opowieść o tym, że ostatnie zdanie zawsze należy do Boga, szczególnie wtedy, kiedy poprzedzone jest modlitwą pełną wiary i działaniem pełnym determinacji. Klinika Diospi Suyana (Ufamy Bogu), która dziś stoi w Andach i służy potrzebującym, jest dowodem na to, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Dowodem też na to, że ludzie z pasją, gorącym sercem i otwartymi portfelami są przedłużeniem  Jego dobrotliwej ręki. Żona prezydenta Peru, Pilar Nores de Garcia, stwierdziła: W tym dziele Bóg użył Johnów jako swojej prawicy.

Ta opowieść ma dodatkową wartość. Jest współczesna. Z tego tysiąclecia. Chociaż spisana w 2010 roku, dzieje się niejako tu i teraz. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę adres www.diospi-suyana.org i zobaczyć to wyjątkowe miejsce na ziemi.

Bill Monroe, Idźcie. Dobra Nowina jest czasownikiem, KOMPAS II, Warszawa 2009

Książka Billa Monroe przypomina czytelnikowi o istocie Wielkiego Posłannictwa i koncentruje się na trzech elementach Wielkiego Posłannictwa: pozyskiwaniu uczniów, włączaniu ich przez akt chrztu do lokalnego zgromadzenia oraz nauczaniu tych uczniów.

Wielkie Posłannictwo (takiego określenia użył Hudson Taylor odnośnie ostatniego nakazu Jezusa skierowanego do swoich uczniów) występuje w Nowym Testamencie pięciokrotnie, chociaż za każdym razem na co innego jest kładziony akcent.

Tekst Mateusza został nazwany Wielkim Posłannictwem, Marka - nakazem pójścia, Łukasza - ewangelicznym nakazem, Jana - natchnionym przez Boga nakazem i tekst Dziejów Apostolskich - globalnym nakazem.

Autor stwierdza: Porównując te wszystkie teksty, otrzymujemy pozytywny obraz tego, jak mamy ewangelizować świat. Jesteśmy ludźmi posłanymi do szczególnej misji. (...) Naszą strategią jest rozpoczęcie od swego domu i coraz dalsze rozpowszechnianie ewangelii aż do najdalszych krańców ziemi. Jest to nasz ewangelizacyjny mandat. Bill Monroe podkreśla również bardzo mocno, że w dziele Wielkiego Posłannictwa kluczową rolę odgrywa zbór - zbór jest najbardziej skutecznym narzędziem ewangelizacyjnym - stwierdza.

W książce Billa Monroe możemy natknąć się na inne ciekawe stwierdzenia, nad którymi warto się zastanowić. Np.: Wielokulturowość jest zagorzałym przeciwnikiem ewangelizacji. Lub: Każdy przejaw uniwersalizmu zabije ewangelizację. I wiele innych.

Myśl stanowiąca wyzwanie dla mnie i każdego z nas: Naśladować Go (Jezusa), to stać się chrześcijaninem Wielkiego Posłannictwa.  Stąd też moja zachęta do przeczytania tej książki, a posłużę się słowami jednego liderów zachęcających do jej przeczytania: Przeczytaj tę książkę dla osobistego odświeżenia prawdy, którą posiada ona dla ciebie i tych, którzy są pod twoim wpływem (Keith Bassham).


* Napisane na zamówienie Biuletynu "Idźcie". 




środa, 20 lipca 2022

Kącik dobrej książki

 Tak się złożyło, że w przedostatnim numerze biuletynu prezentowałam Wam bardzo ciekawą książkę  polskiego autora, artysty, misjonarza - Janusza Kokota, pod tytułem Afrobiografia. Książka ta opowiadała o blaskach i cieniach, radościach i smutkach, sukcesach i porażkach jakie zawierają się w przyjęciu tego odpowiedzialnego wyzwania, jakim jest powołanie misyjne. Janusz Kokot podjął takie wyzwanie, wybierając za miejsce docelowe Ugandę. Mam nadzieję, że przynajmniej jakaś część z Was już zapoznała się z jego książką.

Dziś znowu powędrujemy do Ugandy, a to za sprawą mojej znajomej, która zaledwie kilka tygodni temu wróciła stamtąd, z krótkoterminowej misji. Ania nie napisała jeszcze książki o swojej podróży, ale obserwowane przeze mnie jej przygotowania do wyjazdu, opisy przebiegu tej misji i towarzyszących jej wstrząsów kulturowych, doznań smakowych i przeżyć duchowych oraz jej obecne wspomnienia, rozterki, tęsknoty przyczyniły się do tego, że kiedy ona zmagała się na polu misyjny - niczym żołnierz na froncie, ja - siedząc na kanapie - mogłam spokojnie przeczytać dwie książki na temat Ugandy :-)

Właśnie zamierzam je tu zaprezentować, a do osoby Ani powrócę w końcowej części tego artykułu.

 

Honorata Wąsowska, Aby do czegoś dojść... trzeba wyruszyć w drogę, Wydawnictwo „ARKA”, Ustroń 2010 (Jest to już wydanie trzecie. Poprawione.)

Od razu zaznaczam, że o tej książce pisałam do biuletynu w 2018 roku. Postanowiłam jednak ponownie ją przeczytać i przypomnieć tu z dwóch powodów.

1. Uganda stała się „modna”, „popularna”. Może są to nieadekwatne określenia, dlatego wpisałam je w cudzysłowie, ale niezaprzeczalnym jest fakt, że coraz więcej Polaków angażuje się w misję w Ugandzie. Dla mnie Honorata wciąż pozostaje pionierem w tej służbie.

2. Moja znajoma Ania znalazła się w Ugandzie na zaproszenie Honoraty. Nie było ono skierowane bezpośrednio do Ani. Było raczej ogólnym apelem o nowych ‘robotników’. Do ilu osób ten apel dotarł nie wiem, ale Ania go usłyszała bardzo wyraźnie i odebrała dla siebie.


Pozwolę też sobie zamieścić okładkę pierwszego wydania i zacytować to, co napisałam cztery lata temu: Przyglądam się zdjęciu z okładki. Widzę na nim drobną, filigranową blondynkę, trzymającą w objęciach czarnoskórą dziewczynkę. Patrzę na jej subtelne i delikatne rysy, delikatną budowę i zadaję sobie pytanie, ile siły musiało być w tej istocie, aby spędzić osiem miesięcy na polu misyjnym w Ugandzie. Odpowiedź na moje pytanie znajduję na kartach tej książki.

 

Jest to książka nie tylko o misji, podczas której, oprócz głoszenia Ewangelii, główny nacisk kładziony jest na praktyczną pomoc niesioną ubogim mieszkańcom Ugandy. Głównymi odbiorcami tej pomocy są osierocone dzieci, samotne matki, osoby żyjące w skrajnym ubóstwie, ludzie dotknięci wirusem HIV. W pamiętniku Honoraty widzimy w działaniu Boga, który jest Bogiem cudów, jest zaopatrzycielem, jest Ojcem wdów i sierot. Widzimy też w działaniu ludzi - wiernych, oddanych, ufających, nie poddających się przeciwnościom. A pośród nich jest Honorata.

Najlepiej o niej mówią jej własne słowa: W lipcu 2007 r. Pan powołał mnie do wyruszenia w nieznaną mi drogę, aby dojść do nowego wymiaru mojego życia wiary. Wtedy o tym nie wiedziałam, ale zdecydowałam się Mu zaufać. Postanowiłam spisywać w formie pamiętnika, co Pan dawał mi poznać i doświadczyć w Ugandzie. Pisze też: Czasem doświadczam trudności, ale gdy czuję, że coś jest ponad moje siły, mówię sobie: „Nie poddam się, bo jestem w miejscu mojego powołania...”.

Pragnieniem Honoraty jest, aby czytelnik znalazł w jej książce zachętę do podjęcia wyzwania szukania pełni, którą mamy w Jezusie, nie zgadzając się na swoje mierne życie chrześcijańskie, o ile takie jest oraz podejmując z odwagą stawiane nam przez Boga wyzwania. (...) Myślmy kryteriami wieczności, a będziemy zdolni do poświęceń ze względu na Jezusa, motywowani nie tylko emocjonalnym współczuciem, które przecież i niewierzący odczuwają, ale będą raczej posłuszni wezwaniu naszego Boga.

Zachęcam - na początek podejmijcie wyzwanie do przeczytania tej wspaniałej misyjnej historii. Zaznaczam, że przygoda z Ugandą, Honoraty i jej męża, wciąż trwa.

 

Bogusław Kalungi Dąbrowski, Spalić paszport, ZYSK I S-KA Wydawnictwo, Poznań 2017

Kiedy szukałam nowych propozycji książkowych, mogących zasilić mój zapas prawdziwych historii z pola misji, zaintrygował mnie ten tytuł. Spalić paszport?! - aż tak?! Właśnie tak... Ojcowie Biali, pierwsi katoliccy misjonarze afrykańskiego kontynentu, palili po przyjeździe swoje paszporty, odcinając sobie możliwość odwrotu, gdy przygniecie ich poczucie obcości i bezsensu swoich wysiłków.

Jak możecie się domyślać ze wstępu Bogusław Kalungi Dąbrowski jest misjonarzem katolickim. Franciszkaninem. Przetrwał na polu misyjnym w Ugandzie piętnaście lat. Nie spalił paszportu, chociaż wielokrotnie chciał stamtąd uciekać, ale zawsze ktoś go w tej decyzji wyprzedził, więc on nie miał innego wyjścia - musiał pozostać na posterunku.  Pisał o tym: Tropikalny klimat, nowe jedzenie, tyfus i malaria, toaleta w buszu... życie bez prądu i łączności telefonicznej, obcość innej kultury, słaba znajomość miejscowego języka, i co gorsza niewiara, że kiedykolwiek się go nauczę, powodowały utratę sensu mojej pracy. (...)  Afryka ma to do siebie, że z dnia na dzień może człowieka wykończyć. Nagle wydarza się coś, co sprawia, że chcesz i czujesz, że musisz stąd uciec. O swoich kryzysach pisze naprawdę bardzo szczerze. Podaje też receptę na swoje małe zwycięstwa: Zrobiłem następujące postanowienia: nie odrzucać codziennego krzyża, nieść go do końca, zwalczać pokusy i zwiększyć samodyscyplinę, codziennie pracować fizycznie, modlić się i pisać doktorat. Resztę pozostawiłem Bogu. Uzyskałem pokój w sercu.

Książka „Spalić paszport” stała się dla mnie obfitym źródłem wiedzy na temat Ugandy. Nigdy wcześniej tak wiele o Ugandzie się nie dowiedziałam. A przy tym jest pięknie wydana i zaopatrzona dużą ilością pełnokolorowych zdjęć. Zdjęć, które czytelnika zachwycają.

Piętnaście lat pobytu w tym kraju zaowocowało tym, że autor mógł przedstawić czytelnikowi Ugandę wielowątkowo. Dowiemy się wiele o historii tego kraju, o jego kulturze, o dynamicznej polityce. O klanach rodzinnych, o języku, o kolorach, o porach roku. O różnorodnych zwyczajach, tradycjach i praktykach duchowych - również tych pochodzących z głębokiej duchowej ciemności. Dowiemy się o codziennych posiłkach, o chorobach. O uzdrawiaczach i czarodziejach. O egzotycznych owocach i warzywach, które są rajem dla podniebienia. O suszy i o głodzie. O komarach i malarii. O wszechobecnym wirusie HIV. To wszystko, o czym pisze autor, to Uganda w pigułce. Tyle wiedzy, komuś, kto wybierałby się w tamtą stronę wystarczy :-)

Bardzo gorąco zachęcam do przeczytania tej książki.  


A teraz... Anna Magdalena Siemczuk. Ania jest autorką pięknej poezji. W ciągu ostatnich dwóch lat zostały wydane dwa tomiki z jej wierszami: „Ziarna” i „Sercopogląd”.

Stosunkowo niedawno Ani sercopogląd skłonił ją do podjęcia się nagłego wyzwania - krótkoterminowego wyjazdu na misję do Ugandy (29.04.-28.06.2022). Była to jej odpowiedź na apel Honoraty Wąsowskiej. Odpowiedź spontaniczna, ale również mocno przemodlona.

Odpowiedź entuzjastyczna, przez co ryzykowna (wiele spraw w życiu Ani się skomplikowało, czego skutki odczuwa po powrocie z misji) i ufna (wtedy i teraz ufa, że Bóg zatroszczy się o wszystko i zaopatrzy).

Ania właśnie zaczęła pisać swojego bloga z tej pierwszej podróży misyjnej - bo wierzę, że nie ostatniej:  https://annasiemczuk.pl/uganda/. Pozwolę sobie przytoczyć z niego dwa fragmenty:

Właściwie to nie wiem od czego mam zacząć… …więc może od pierwszych odczuć, które pamiętam z tych pierwszych 2 tygodni na miejscu, czyli w wiosce Kisekera, tuż przy Kaihura (Kyenjojo district). Cóż, czułam się trochę jakbym przybyła do dżungli po przebyciu niezbędnego treningu w polskich lasach, przygotowującego fizycznie. I po nabyciu bogatej wiedzy książkowej na temat trudów, które w dżungli nas spotykają. Niby jest się przygotowanym, ale jednak wszystko odczuwa się inaczej, gdy to, co się włożyło do głowy, nagle zaczyna rzeczywiście dotykać ciała i staje się namacalnym bliskim otoczeniem, i gdy, po czasem bywających gorących polskich lasach, nagle znajduje się w inaczej gorącej afrykańskiej dżungli… Wszystko oddziałuje właśnie inaczej, tak na psychikę jak i ciało. Więc byłam takim skautem, po harcerskim przygotowaniu na zieloną szkołę, a znalazłam się na poligonie w powinności bycia żołnierzem :D! (...)

(...) Przeżyłam wędrówki mrówek w swojej „celi misyjnej”, gekony (one akurat są naprawdę milusie!), przez chwilkę miałam karaluchy, próbę wprowadzenia się do mnie szczurów, robaki jakieś, które gryzły mnie przez kilka ładnych nocy, spotkanie z pająkiem wielkości dłoni, pogryzienia przez komary nie raz i zero malarii :D!!

Wszystko przeżyłam i choć na początku chciałam jak najszybciej wracać do Polski, zapominając o tym kawałku mego życia, teraz jestem gotowa na powrót (może, gdy to czytacie już tu jestem :D!).

W oczekiwaniu modlitewnym na Boże odpowiedzi i prowadzenie, Ania dzieli się taką myślą: Daj się Bogu poprowadzić, a owoce będziesz oglądać w zachwycie i może czasem z niedowierzaniem.

 Aniu, życzymy Ci tego ponownie!!! I może kiedyś doczekamy się książki

***

Napisane na potrzeby Biuletynu "Idźcie".




niedziela, 29 maja 2022

Wróć do mnie, Walu... Rocznica pewnego wydarzenia.

- Pawełku, co się dzieje, jestem zdezorientowana, jaki dziś dzień?

- Sobota, dwudziesty dziewiąty. 

- A miesiąc? - Maj.

- A rok?  -  2021.  

- Nie to niemożliwe! Pokaż mi mój kalendarz, tam mam wszystko zapisane... To jaki dziś dzień? - 29 maj.

- A rok? Ten tutaj? (Wala pokazuje na okładkę kalendarza)

- Tak, 2021. 

- Nie, to niemożliwe! To nie jest mój kalendarz...

- Czy to jest sen? A co ja mam na sobie? To nie jest moja sukienka, kto mi ją ubrał? A te oprawki są brzydkie, to nie są moje oprawki (zdejmując okulary). A te buty, one też nie są moje. Jakie śmieszne, kosmiczne. To nie mój styl, kto mi je ubrał? 

- Walu, kochana, to ja Ci je ubrałem. Jestem tu, przy Tobie. Kocham Cię bardzo! 

- Ja też Ciebie kocham Pawełku... a jaki dzisiaj jest dzień... a miesiąc... a rok?

Setki razy Wala zadawała mi te pytania: o dzień, o miesiąc, o rok. Zadawała je w Arce, gdzie o około 20.00 nastąpił udar, w samochodzie, w drodze do szpitala, w poczekalni SOR, a później jeszcze pół nocy - przez telefon - kiedy wróciłem do Arki (00:00 - 2:00), kiedy jechałem do Piaseczna po leki i dokumentację medyczną Wali (2:00 - 3:00) i później, kiedy już zajechałem do domu i do godziny 5.00 przebywałem w Piasecznie.

Rozmawiałem z nią cały czas: ona - z dziecinną naiwnością w głosie - zadawała mi pytania, a ja - cierpliwie, z miłością - powtarzałem moje odpowiedzi... Ale czy rzeczywiście to była rozmowa? To była niekończąca się gra w zadawanie tych samych pytań i udzielanie tych samych odpowiedzi... Wszystko wskazywało na to, że Wala natychmiast zapomina, jaka padła odpowiedź. Ba, zapomina też, że już zadała to samo pytanie - zaledwie 15 sekund wcześniej.

Później dowiedzieliśmy się, że udar (w dokumentacji medycznej podano „zawał mózgu”) - zapewne spowodowany oderwanym skrzepem powstałym w tętnicy (Wala leczy się na nadciśnienie) - spowodował czasowe uszkodzenie pamięci krótkotrwałej (udar miał miejsce w hipokampie - części mózgu odpowiedzialnej za pamięć)...

Można założyć, że Wala była całkowicie nieświadoma wszystkiego, co się wokół niej działo. Wprawdzie poruszała się o własnych siłach, reagowała na bodźce zewnętrzne, myślała i działała logicznie, rozmawiała, zadawała konkretne pytania. Jednak jakie znaczenie miało to, jakich odpowiedzi udzielałem, albo, że mówiłem jej o swoim uczuciu do niej, skoro ona to po sekundzie zapominała??? Czy to można nazwać kontaktem z chorym? Czy ona na pewno mnie słyszy, rozumie? Czy ona tam jest? Tam w środku? Czy to tylko jej ciało? A umysł nie może zaskoczyć? (Zatrybić, jak to określiła Wanda.)

Myśli plątały się w mojej głowie. Boże, co teraz?! Czy to już tak zostanie? Czy teraz już do końca życia (mojego lub Wali) nie będę miał z nią kontaktu? Będę zawsze ją kochał, będę się nią troskliwie opiekował każdego dnia... Ale czy nasze rozmowy będą już polegały tylko na tym, że Wala będzie mi zadawać w kółko te same pytania: Czy jadłam już śniadanie? A kto mi to założył? To nie są moje ubrania! Czy moja miłość do niej nie będzie nawet przez nią odnotowywana, rozumiana, zapamiętana?

I czy nie będzie już moją „ezer kenegdo” - odpowiednią (właściwą) pomocą - daną w kobiecie każdemu mężczyźnie??? Czy nie będzie w stanie wspierać mnie w mojej służbie? Nie będzie już moją żoną, kochanką, przyjacielem, współpracownicą, częścią zespołu, „mózgiem Arki”? Przecież bez niej moje życie nie ma sensu! A Arka bez niej... Nie!

Nie, nie nie! Nie zgadzam się! Boże, kłócę się z Tobą! Natychmiast zwróć mi Walę!!! Słyszysz?! Tę moją, myślącą logicznie, uporządkowaną, zorganizowaną! Nie, nie chciałem; przepraszam... Proszę, zwróć mi Walę... Walu, wróć do mnie...

Bezwiednie poruszając ustami, szeptałem wciąż i wciąż do jej ucha: Proszę, wróć do mnie, wróć do mnie, wróć...

[Gdy to piszę, moje oczy zalewają się łzami...]

Ale, co ja mówię! Jestem niepoprawnym egoistą... A co z nią? Z jej twórczym umysłem? Z jej pomysłami, które tak uparcie i konsekwentnie realizowała. Co z jej planami, których tyle miała? Czy teraz trzeba będzie wyrzucić je wszystkie do pojemnika na śmietniku?! Czy już nie będzie mogła spełniać się w pomaganiu ludziom, w nauczaniu kobiet, w kochaniu tych, którzy są biedni, którzy mają życiowe problemy? Czy to wszystko już nie będzie jej dotyczyło? Bo będzie zajęta pytaniem, jaki dziś dzień? Do cholery!!! Czy to już będzie jedyne, co ją czeka w życiu? Nie! Na to też się nie godzę!

Boże słyszysz?! Ja się na to nie zgadzam!

Biłem się z tymi myślami całą noc, co rusz to odpowiadając na pytania Wali, tłumacząc jej cierpliwie jej sytuację (wiedząc, że za chwilę i tak zapyta o to samo). Od czasu do czasu modliłem się, wpadając w bezgłośny szloch, dusząc się w spazmach łkania, zużywając jedną chusteczkę po drugiej...

Wreszcie, gdzieś około 5 godziny Wala zadała mi jedno czy dwa pytania, które świadczyły o tym, że zapamiętała tych kilka moich wcześniejszych tłumaczeń-odpowiedzi. Na przykład: wcześniej kłóciła się (z dziecięcą łagodnością), że nie prowadziła w tym dniu spotkania dla kobiet. Teraz (o 5 rano) zapytała: To ja miałam Kobiecą Sobotę, tak? A kto był gościem? O - pomyślałem - coś drgnęło. I choć za chwilę Wala ponownie zapytała „Jaki dziś dzień?”, ja już wiedziałem, że moja WALA WRACA!

Wreszcie  rozpoczęła drogę powrotną ze swej nieplanowanej podróży w mentalnej czaso - przestrzeni...

O ile dobrze pamiętam, to zaraz zasnęła, a ja wsiadłem w samochód i wróciłem do Arki (stąd miałem bliżej do szpitala). Zdrzemnąłem się od 6 do 8. Kiedy zadzwoniłem do niej około 9 odpowiedziała mi... moja „dobra - stara Wala” - już nie infantylny głosik, pytający ”gdzie jestem”, ale ONA, ta sama jaką znam od lat, logiczna, uporządkowana, konkretna, itd.

Boże - pomyślałem - dziękuję Ci, dziękuję, dziękuję... Za to, że zwróciłeś mi Walę... Całą i zdrową... (No, prawie zdrową.)

Na fejsbuku mogłem już napisać: Powiem krótko: Wala wróciła! Wróciła z dalekiej podróży w szarokomórkowej czaso-przestrzeni. Znowu jest w "swoim sosie" - planuje, analizuje, podejmuje decyzje, zarządza, pilnuje... Jak to powiedziała nasza księgowa: Mózg Arki nie może być chory! Już w dzień po udarze wydała mi pełną garść zleceń, przypomnień i ponagleń. Kocham ja taką! I jeszcze: co ja bym bez niej zrobił? Nie wstydzę się tego powiedzieć. Bo przecież my od 40 lat jesteśmy wzajemnie uzupełniającym się team'em! Pasujemy do siebie jak... jak... jak klucz do zamka! Ja wymyślam, rozkręcam a Wala później konsekwentnie i skrupulatnie to realizuje...

(Teraz, kiedy to piszę, Wala nadal przebywa na oddziale neurologicznym szpitala na ul. Szaserów. Robią jej szczegółową diagnostykę. Teraz muszą się zająć jej serduszkiem...)




 

 

wtorek, 17 maja 2022

Kącik dobrej książki

Chcąc być wierną tradycji, że nie prezentuję tu mniej niż trzy książki na raz, utknęłam w punkcie, kiedy nie mogłam znaleźć właściwej kandydatki na trzecią propozycję książkową. Przyznaję, ostatnio zaczyna mi trochę brakować książek, stąd ta trudność. Z nadzieją przeszperałam swoje półki z książkami i natknęłam się właśnie na tą trzecią. O niej potem, ale... przy okazji okazało się, że w bibliografii zawiera ona bardzo obszerną listę polskich (to znaczy wydanych w Polsce) książek o tematyce ewangelizacyjno-misyjnej. Ku mojej radości, niektóre z nich mam. Po prostu znajdowały się w innym „dziale” naszej prywatnej biblioteki - np. w dziale ewangelizacji lub rozwoju Kościoła, a nie misji. Jednak warte są zaprezentowania. Nie można przecież traktować ewangelizacji, misji i rozwoju Kościoła oddzielnie.

Kilka ciekawych tytułów już zamówiłam. Oznacza to, że ta rubryka tak szybko się nie zamknie :-)

Roger K. Snock, Przyjaciel Boga, Wydawnictwo „ŁASKA I POKÓJ”, Katowice 1994

„Przyjaciel Boga” to opowieść o życiu i służbie Alberta Fallaize. Misjonarza, który swoje życie poświęcił na misji wśród marokańskich muzułmanów. Bardzo mocno czuł, że jego miłość kieruje się do tych, nad których życiem panuje Islam. Wyjechał tam w 1915 roku, jako 25 latek. Opuścił Maroko w roku 1947. Głównie z przyczyn zdrowotnych. Zarówno on, jak i jego druga żona Lucy poważnie chorowali. Pierwsza żona Alberta, Daisy, zmarła wkrótce po porodzie. Dziecko urodziło się martwe.  

Albert wracał do Maroka jeszcze kilkakrotnie, nawet będąc już blisko dziewięćdziesiątki. Do końca swoich dni pozostawał on aktywnym sługą Bożym i Jego przyjacielem.  

Podczas swojej służby wśród muzułmanów, Albert doszedł do bardzo cennych wniosków. Po pierwsze mówił, że: Chrześcijanin z Zachodu powinien pamiętać, że muzułmanin może stracić wszystko za uwierzenie w coś, co kosztuje tego chrześcijanina bardzo mało. Po drugie twierdził, że: Jeżeli chrześcijanin ma dotrzeć do muzułmanina, to zanim pozna język arabski, musi poznać język Boży. Jest język miłości. Musi ich kochać. I tu wróciły moje wspomnienia z pewnych wykładów w Haggai Institute, w który uczestniczyłam w 2004 roku. Osoba, która prowadziła z nami zajęcia na temat Islamu, pokazała nam slajd modlącego się kilkuletniego muzułmanina i z naciskiem powiedziała: Musicie nauczyć się ich kochać. Wciąż to pamiętam.

I właśnie tą miłością Albert zdobywał muzułmańskie dusze dla Chrystusa. Mówiono o nim jako o: Jasnym człowieku, o charakterze zdominowanym cierpliwością. O zdominowanym przez miłość do Chrystusa i całkowicie ogarniętym chęcią pomagania innym. Prawdziwy człowiek o ciepłym sercu, przyjaciel i doradca.

Pewien Marokańczyk powiedział o nim: To jest człowiek z Jezusem Chrystusem na twarzy! Czy może istnieć jeszcze jakiś większy komplement (czy świadectwo)?

*** W jednym z wcześniejszych numerów biuletynu opisałam życie innej misjonarki, służącej w Maroku - Patrycji St. John.


Mel Tari, Jak potężny wiatr, Absolutnie Fantastyczne, Gorzów Wielkopolski 2021

Książka ta opowiada o jednym z największych przebudzeń duchowych XX wieku, które miało miejsce w Indonezji. Działo się ono w latach 1965-1971. Mel Tari był uczestnikiem i wiernym świadkiem tego przebudzenia, dlatego odebrał od Boga powołanie, aby brać czynny udział w tym przebudzeniu poprzez docieranie z Ewangelią do najdalszych zakątków swojego kraju. Odebrał również przekonanie, że o przebudzeniu tym ma opowiedzieć zachodniemu (chrześcijańskiemu światu), głosząc cuda, jakie miały miejsce w Indonezji podczas tego przebudzenia oraz niosąc kościołom na Zachodzie takie oto przesłanie: Wróćcie do Biblii, wróćcie do prostoty Bożego Słowa.

Mel Tari opisuje w swojej książce jak spektakularne, niesamowite i potężne było to Boże przebudzenie wśród chrześcijan indonezyjskich oraz ich pogańskich rodaków. To był wiek cudów, takich jakich dokonywał Jezus, chodząc po ziemi. To była powtórka drugiego rozdziału Dziejów Apostolskich. Boża obecność w cudowny sposób objawiała się w tym narodzie.

W książce przeplatają się trzy istotne wątki. Jeden to opis indonezyjskiego przebudzenia. Drugi to odbiór przez autora zachodniego chrześcijaństwa. Autor jest wdzięczny Bogu za misjonarzy, którzy przynieśli do Indonezji Ewangelię. Jednocześnie jest świadomy niekorzystnych zmian, jakie zaszły w chrześcijaństwie zachodnim XX wieku. Stąd jego przekonanie z jakim przesłaniem ma wyruszyć w swoją podróż misyjną do Ameryki i nie tylko Ameryki.  Trzeci wątek to jego osobiste nauczanie, głównie odnoszące się właśnie do prostoty Słowa Bożego oraz do roli Ducha Świętego i wszelkich przejawów Jego działania w życiu chrześcijanina.

 

Misja w Polsce jako problem międzykościelny, red. Tadeusz J. Zieliński, Wydawnictwo Credo, Warszawa - Katowice 2006

Książka jest zbiorem referatów wygłoszonych w ramach sympozjum zorganizowanego w 2004 r. w Wyższym Baptystycznym Seminarium Teologicznym. Temat sympozjum brzmiał „Misja w Polsce jako problem międzykościelny”. Referaty wygłoszone były przez przedstawicieli różnych środowisk naukowych i wyznaniowych. Warto tu wymienić niektóre tematy referatów oraz ich autorów. Co może skłonić czytelnika do zapoznania się z tą propozycją książkową.

Nad ciekawym tematem Co utrudnia zainteresowanie ewangelizacją i jej akceptację? skoncentrował się przedstawiciel Kościoła Ewangelicko-Reformowanego Biskup Zdzisław Tranda.

Edward Czajko - duchowny Kościoła Zielonoświątkowego w Polsce omówił misję Kościoła z perspektywy chrześcijaństwa entuzjastycznego, zwracając uwagę na cztery jej elementy: oddawanie chwały Bogu, modlitwa wstawiennicza i dziękczynna, troska społeczna i ewangelizacja.

Andrzej Siemieniecki przedstawiciel Kościoła Rzymskokatolickiego przedstawił słuchaczom eklezjalny wymiar katolickiej misji, głównie jako misji wewnątrzkościelnej.

Mirosław A. Patalon reprezentant Kościoła Chrześcijan Baptystów w RP skupił się na dialogicznym charakterze misji chrześcijańskiej. Twierdził, że przyszłością misji są inicjatywy międzywyznaniowe skupiające katolików, prawosławnych i protestantów, dla których osoba i myśl Jezusa stanowi podstawę życia.

Wojciech Kowalewski, również z KChB w RP, również skupiał się na jedności i różnorodności ewangelizacyjnej w odniesieniu do paradygmatu misjologii trynitarnej. Jedność w różnorodności i różnorodność w jedności lekarstwem na rozłamy, nieporozumienia i antagonizmy.  

Tadeusz J. Zieliński (KChB w RP), zaprezentował bardzo interesujący i praktyczny temat Etyka misji chrześcijańskiej według międzynarodowych ustaleń ekumenicznych. Omówił niedopuszczalne zachowania w toku działalności misyjnej; praktyczne działania w kierunku etycznej przemiany misji; oraz potrzebę implementacji (wdrożenia) zasad ekumenicznej etyki misji w Polsce.

Jak już wspomniałam, dzięki temu opracowaniu pozyskałam wiele nowych tytułów książek, którymi chętnie się z Wami podzielę.

 

Życzę miłej lektury.

*** Napisane na zamówienie Biuletynu "Idźcie". 

 

 

 

wtorek, 22 marca 2022

Na górze Pana jest zaopatrzenie

Czytając Biblię, kilkakrotnie napotykamy starotestamentowe historie, które pokazują nam Boga jako Zaopatrzyciela. Manna na pustyni, przepiórki spadające z nieba, woda płynąca ze skały (w Księdze Exodus), cudownie pomnażająca się oliwa (II Księga Królewska). Jahwe Jireh - Bóg zaopatruje - to jedno z Bożych imion. Znamy też ewangeliczne przykłady o nakarmieniu przez Jezusa kilkutysięcznych tłumów. Dokonywał On cudownego rozmnożenia chleba w takich ilościach, że nie tylko wystarczyło dla wszystkich potrzebujących, ale jeszcze pozostały pełne kosze resztek.

Oczywiście, pamiętamy, że Jezus do rozmnożenia użył tego, co przynieśli ludzie. Konkretnie - mały chłopiec. To on oddał Jezusowi swoje dwa chlebki i pięć rybek.

Kiedy obserwuję dzisiejszą sytuację, związaną z zaangażowaniem Polaków w pomaganie ukraińskim uchodźcom, to właśnie ta wspomniana historia przychodzi mi na myśl. Jezus, patrząc się na głodne tłumy, powiedział swoim uczniom - To wy dajcie im jeść (Ew. Łukasza 9:13). I pokazał im jak można wykorzystać nawet najmniejszy dar.

Do Polski zmierzają tłumy uchodźców wojennych i okazuje się, że każdy najmniejszy dar się liczy. Nie jest ważne, czy ktoś przyniesie jedną butelkę wody czy całą zgrzewkę. Dostarczy 10 zrobionych przez siebie kanapek, czy sto. (Znajoma opracowała prostą logistykę na szybkie przygotowanie 120 kanapek z tostów i sera. Z udziałem swoich dzieci. Wystarczy smarowaczka, nakładaniec i pakowaczka :-) Liczy się serce i chęć podjęcia wyzwania „Wy dajcie im jeść”.

W naszej fundacji codziennie doświadczamy cudownego rozmnożenia, a też zauważamy, że czymkolwiek się podzielimy, zaraz wraca do nas z nadwyżką i znowu mamy czym się dzielić. A lista osób, czy miejsc, gdzie potrzebna jest natychmiastowa pomoc jest wielka!

Jesteśmy wdzięczni wszystkim, którzy nas zaopatrują:

Bankowi Żywności i za jego pośrednictwem sklepowi Macro za zaopatrzenie na nasze bieżące potrzeby oraz na rzecz uchodźców, Burger Kingowi za hamburgery i nuggetsy, Galerii Wypieków za naszego busa cotygodniowo wypełnionego szerokim asortymentem pysznych wypieków, Fundacji ESPA za umożliwienie współpracy ze sklepem ALDI, który zaopatruje nas raz w tygodniu w owoce, warzywa i produkty suche.

To wszystko są regularne dostawy dla naszej Arki. Obecnie, w związku z pojawieniem się uchodźców w Polsce, w Warszawie, na Pradze Południe obserwujemy jak wiele jest szeroko otwartych serc i  otwartych dłoni, gotowych dzielić się z potrzebującymi.

Auchan Polska przekazał na potrzeby małych dzieci z Ukrainy duże ilości produktów żywnościowych (odżywek), wilgotnych chusteczek, pieluch. Pewna firma consultingowa, na nasz apel, zakupiła 100 sztuk folii izotermicznej (koce) oraz podstawowe artykuły szkolne, aby dzieci, oczekujące na Dworcu Wschodnim mogły się czymś zająć. Zaprzyjaźniony młody człowiek, pracujący w małym sklepie spożywczym swojego znajomego, dostarczył nam zawartość jednego sklepowego wózka, zapełnionego przez stałych klientów. Ktoś inny przekazał kilka niewielkich pakunków, w każdym niezbędne produkty z opisem: na Dworzec Wschodni lub dla Arki.  Odzież, klapki, kosmetyki, podstawowe leki. Młoda rodzina dostarczyła nam nowe ręczniki i koce oraz piękny wózek dziecięcy z gondolą i dodatkową zawartością (kocyk, śpiworek, pieluchy...).

Kolejna osoba zareagowała na naszą prośbę o wózek (spacerówkę). Też na Dworzec Wschodni. Pan wyskoczył z pracy, aby zaspokoić tę pilną potrzebę. Wcześniej dostarczył nam zapas wody niegazowanej i dobrej herbaty. Kilka kobiet przyniosło nam czyste zmiany pościeli, ręczniki. Zaprzyjaźniona z nami właścicielka stadniny koni umożliwiła dzieciom z Ukrainy, przebywającym w Arce, przejażdżki konne. (To swoista hipoterapia na ich zalęknione serca.) Na naszym fundacyjnym koncie i w kasie pojawiły się mniejsze i większe wpłaty na rzecz uchodźców. To wszystko chwyta za serce.

A uchodźcom zaczęliśmy pomagać od 28 lutego. Wtedy przyjechali do nas pierwsi goście. Kiedy piszę ten tekst (22.03.2022), przez Arkę przewinęły się już 93 osoby. Może komuś  wydawać się, że to niewiele. Ale my mierzymy nasze wątłe siły na zamiary. Prowadząc bieżące działania naszej fundacji, jednocześnie przyjmujemy uchodźców. Przeważnie rodziny z dziećmi, czasem trzy pokolenia lub tylko matki z dziećmi. (Ojcowie zostali, aby walczyć o Ukrainę.) Bolesna jest ta nieobecność mężczyzn. 

Uchodźcy przyjeżdżają w grupach od kilku do kilkunastu osób. Na noc lub dwie. Potem jadą dalej - w Polskę lub w daleki, obcy świat. Czasem wpadają po drodze, dla krótkiego wytchnienia. Zjedzą ciepłą strawę i odjeżdżają.

Taki u nas mamy cykl - witamy się i żegnamy się. Czasem po kilku dniach, czasem po jednej nocy. Nigdy nie zapomnę wtulającego się we mnie, przy pożegnaniu, czternastolatka... I dłoni jednej z matek, symbolicznie układających się w serce. Najbardziej bolesny jest fakt, że jeszcze miesiąc temu takiej podróży nikt z nich nie planował. To wielki przywilej, że mogą znaleźć swoją chwilową przystań w Arce.

Dzięki Bogu, niczego tu nie brakuje - możemy zapewnić im noclegi, posiłki, czystą pościel i ręczniki. No i dobrą obsługę - wiernych wolontariuszy i personel Arki.

O tym, że niczego nie brakuje już pisałam, wspominając tych, którzy nasze zasoby uzupełniają. Tylko, dziwna rzecz, nasze magazyny nie pękają w szwach, a półki nie uginają się pod ciężarem towaru. Dlaczego? Po prostu - dzielimy się. W myśl biblijnej zasady „darmo wzięliście, darmo dawajcie” (Ew. Mateusza 10:8).

I tu przypomina mi się pewna postać z serialu „Było sobie życie”. Ulubiona postać mojego synka, chociaż nie jako wzór do naśladowania. Zafascynował go sposób działania i ciemny charakter tej postaci. Otóż, był to magazynier jodu. Nasz kilkuletni  synek zwykł na niego mówić „magazynier jordu”. Bardzo mocno strzegł on zapasów jodu w magazynie, sknerzył, powodując stan jego niedoboru w organizmie. Co, jak wiadomo nie jest korzystne dla zdrowia. W nawiązaniu do tej postaci często zdarzało nam się używać tego określenia „magazynier jordu” w określeniu osób, które pilnie strzegły nagromadzonych przez siebie zapasów. Wolały, aby zjadły je mole lub zalęgły się w nich larwy, a puszki pokryła rdza. Absolutnie, nie chcemy tego w Arce! Nasze spichlerze nie mogą stać pełne. 

Nasze zasoby dzielimy na dwa ośrodki naszej fundacji (Arkę 1 - przebywa tam spora grupa dzieci i seniorów z Ukrainy i Arkę 2 - czyli naszą praską Arkę). Nie rezygnujemy ze stałych działań, czyli np. Obiadu Czwartkowego dla naszych podopiecznych, wtorkowych i sobotnich obiadów regeneracyjnych dla uczestników regularnych spotkań. Zasoby te musimy rozdzielić również dla naszych stałych odbiorców (100 rodzin raz w tygodniu dostaje paczki z pomocą żywnościową) i na bezdomnych z Kościoła Ulicznego (raz w tygodniu na tzw. Patelnię dostarczamy kanapki, ciasta, drożdżówki, chleb). Ich sytuacja przecież się nie zmieniła.

Kiedy tylko przyjeżdża jakaś dostawa, szukamy miejsc, gdzie aktualnie jest najgorętsza potrzeba. Czasem ogłaszamy chęć podzielenia się produktami na FB. Wstawiamy zdjęcie z tym, co mamy i wysyłamy do znajomych, pomagających uchodźcom. Odpowiedź jest przeważnie jedna: Biorę wszystko. Wspieramy indywidualne osoby, które przyjęły pod swój dach rodziny z Ukrainy. Co któryś dzień zawożone są na Dworzec Wschodni pościele, koce, klapki; kosmetyki, kanapki, drożdżówki. Wystarczył telefon z OPS i już jedzie do nich karton (lub więcej) niezbędnych produktów: sucha żywność, kosmetyki. Szpital Dziecięcy przy ul. Niekłańskiej (kiedyś był tam operowany nasz synek) zgłosił zapotrzebowanie na odżywki i środki pielęgnacyjne. Czy mamy? Mamy. Zawieziemy!

Dajemy i... nie ubywa! A jeśli ubywa to na chwilę. Czasem się zastanawiam, czy mam dzielić się czymś, czego mam niewiele, ale za chwilę przychodzi refleksja - przecież to się zaraz uzupełni. To jest takie codzienne doświadczanie cudu ekonomicznego.

W Psalmie 23, w wersecie 5 padają takie słowa: Stół dla mnie zastawiasz wobec mych przeciwników; namaszczasz mi głowę olejkiem; mój kielich jest przeobfity. Tak, nasz kielich przelewa się, bo jak inaczej można sobie wyobrazić przeobfity kielich? Ten obraz symbolizuje obfitość darów, które dostajemy i którymi się możemy dzielić. A zastawiony stół wobec nieprzyjaciół? Czy nie doświadczamy tego na granicy, na dworcach, na ulicach, w naszych domach? Kiedy to pragnieniem wszystkich jest przyjąć, nakarmić, zatroszczyć się o podstawowe potrzeby tłumów, uciekających przed rosyjskimi przeciwnikami. Tłumów starców, bezradnych matek i ich dzieci... 

Wojna jest straszna. Okrutna. Ale to, co jej towarzyszy, co dzieje się wokół nas, napełnia nadzieją, że dobro zwycięży. To kolejna biblijna lekcja dla nas: Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj. (List do Rzymian 12:21)

Dziękuję wszystkim, którzy biorą udział w tym szczytnym dziele.

 

 

sobota, 19 lutego 2022

Kącik dobrej książki

Na moim biurku, na widocznym miejscu widnieje wydrukowany harmonogram prac redakcyjnych biuletynu „Idźcie”. Dla mnie najważniejsza jest informacja do kiedy powinnam wysłać moje recenzje. I właśnie zbliża się ten moment. Teoretycznie mam jeszcze przed sobą kilka dni, ale praktycznie to ich nie mam. Dlatego wstałam dziś wcześnie, aby pisać. Towarzyszy mi piękny wschód słońca (znowu będzie słoneczny dzień).

Przedstawiam Wam kolejne trzy propozycje. A z książkami o misji bywa u mnie tak: Jak ich zapas się kończy, to zaczynam się martwić, czy dalej będę miała co czytać i o czym pisać. Kiedy uda mi się zapas uzupełnić, staję przed dylematem, które książki wybrać. Poniższe książki wybrały się same.

Bruce E. Olson, Bruchko, Oficyna Wydawnicza „Vocatio”, Warszawa 1995

Swego czasu bardzo poszukiwałam tę książkę. Wydawca jej nie miał. Próby zakupienia jej przez Internet spełzły na niczym. Gdziekolwiek pokazywała się informacja o sprzedaży książki, w rezultacie wszystko kończyło się na: „produkt niedostępny”. „To niemożliwe!” - myślałam sobie - „Muszą być ludzie, którzy tę książkę jeszcze posiadają!!!”

Kilka miesięcy temu znajoma oznajmiła mi, że ponownie zamierza przeczytać „Bruchko”, bo ta historia niesamowicie ją inspiruje. „Masz Bruchko? Ja też chcę ją mieć!” Wiedziałam, że mogę liczyć na pożyczenie tego cennego egzemplarza, ale lubię mieć książki na własność. Znowu zaczęłam szukać jej w Internecie i udało się. Kilka dni później już ją czytałam. Jej stan wskazywał, że wcześniej też była czytana. I chyba nie jeden raz.

Dlaczego Bruchko? Bruchko, a właściwie Bruce Olson, to człowiek, który ponad 15 lat swojego życia spędził w Ameryce Południowej, wśród plemienia Motilone. Plemienia dzikiego, okrutnego i morderczego. A Bruce „powiązał  się” z tym plemieniem, w rezultacie czego Motilone „powiązali się” z Bogiem.

Boży impuls, aby związać swoje życie z misją, Bruce odczuł mając zaledwie 16 lat. W tamtym czasie miał o misjonarzach nie najlepsze zdanie. Dlatego wzbraniał się przed Bożym powołaniem. Z czasem jednak jego uwagę przykuła Ameryka Południowa. Zauważył, że przerodziło się to w fascynację. Każdego dnia marzył o tej urzekającej ziemi i jej ludach. W wieku dziewiętnastu lat wyruszył na swoje pierwsze spotkanie z Indianami (1961 r.).

Nawet nie próbuję opowiadać Wam jego historii. Koniecznie przeczytajcie ją sami. Jest fascynująca, momentami mrozi krew w żyłach, ale przede wszystkim inspiruje. Ktoś, kto żyje w czasach, kiedy człowiek ląduje na Księżycu, poświęca swoje życie dla tych, którzy żyją z dala od cywilizacji. Po to i aż po to, aby opowiedzieć im o Jezusie.

Należy też wspomnieć, że jego działania wśród Motilone znacząco wpłynęły na poprawę ich życia - szczególnie w sferze edukacji i zdrowia. O tym też opowiada ta książka.


Ludmiła Plett, Przebudzenie rozpoczyna się ode mnie, Oficyna „Cel”, Kraków 1999

Stos książek o intensywnie pomarańczowej okładce przyciągał moją uwagę, kiedy tylko przekraczałam próg naszej fundacyjnej biblioteki.

Wiele jest w niej takich stosików. To zapasy zgromadzone w czasach kiedy żył jeszcze założyciel fundacji (mój teść, pastor Tadeusz Jarosz).  Od czasu do czasu ze stosików ubywa troszkę książek.  Mam w zwyczaju wykładać je na stolik z literaturą, aby ludzie, którzy bywają w naszej fundacji, mogli sobie coś wybrać. Niedawno uszczupliłam zapasy książki Ludmiły Plett.

Zaintrygował mnie tytuł. Skoro coś tak ważnego jak przebudzenie ma się rozpocząć ode mnie, to może warto ją przeczytać. Ale jaki to ma związek z misją? I tu od razu przypomnę zaprezentowaną Wam kilka lat temu książkę Dr Kurta E. Kocha - Bóg wśród Zulusów (Wydawnictwo Ewangeliczne TEW, Poznań 1990). Autor książki opisuje duchowe przebudzenie wśród afrykańskiego plemienia Zulusów, które miało miejsce w latach sześćdziesiątych minionego stulecia. Za sprawą pewnego misjonarza - Erlo Stegena (pochodzenia niemieckiego), który pozwolił Bogu używać siebie jako narzędzie tego przebudzenia.

Związek tych dwóch książek jest taki, że jedna z nich opisuje służbę misyjną Erlo Stegena. Druga zaś jest zbiorem jego kazań i świadectw wygłoszonych przez niego w Niemczech oraz Republice Południowej Afryki. Książka Ludmiły Plett jest osobistym opowiadaniem Stegena - ewangelisty i misjonarza - o darowanym przez Boga przebudzeniu duchowym pośród tego okrutnego i wojowniczego plemienia. Jest to opowiadanie bardzo osobiste. Erlo szczerze opowiada o tym, w jakich okolicznościach przebudzenie musiało się, w pierwszej kolejności,  dokonać w jego życiu. Po to, aby mógł być jego nośnikiem dalej.

Prawdy biblijne głoszone przez Erlo Stegena stanowić mogą dla czytelnika trudne wyzwanie. Czasem konieczne jest przejrzenie się w nich jak w lustrze. Skonfrontowanie z nimi swojego życia.

Marzy nam się nasze polskie duchowe przebudzenie? Niech osoba Erlo Stegena będzie dla nas inspiracją.


Janusz Kokot, Afrobiografia, Wydawnictwo Arka, Gliwice 2021

„Walu, czy słyszałaś o Januszu Kokocie i jego książce?”

„Nie, nie słyszałam, ale chętnie czegoś się dowiem. Przeczytam. Gdzie można ją kupić?”

„Ja Ci ją kupię i wyślę...”

Kilka dni później książka od Asi Marcol czekała na mnie w skrzynce pocztowej.   

Janusz Kokot jest artystą. Uprawia malarstwo i rysunek. Brał udział w wielu wystawach i jest laureatem wielu nagród. I tu pytanie: Czy artysta może zostać misjonarzem? Historia opowiedziana w tej książce dowodzi tego, że może.

Jednak podróż artysty w głąb serca Afryki (Uganda) powodowana była nie względami artystycznymi, ale pragnieniem pomagania innym oraz walką o ich lepsze jutro. Książka opowiada poruszające historie ludzi potrzebujących pomocy oraz tych, którzy tę pomoc oferują. Z całym wachlarzem zabawnych lub frustrujących sytuacji wskazujących na ogromne różnice kulturowe, jakie dzieliły misjonarza od ludzi, którym służył.

Artysta misjonarzem? Pędzel i ołówek w jego ręce, na okres trzech lat, zastąpione zostały młotkiem i siekierą. A namalowane obrazy (co czasem się zdarzało) służyły nie prestiżowym celom, ale zdobywaniu pieniędzy na kolejną paletę cegieł lub wyposażenie schroniska dla samotnych matek w Zangule.

Artysta misjonarzem? A jednak... Janusz Kokot pisze: Zastanawiałem się, co malarz i rysownik może robić na misji. W powszechnej opinii do tego zajęcia bardziej predestynowani są duchowni czy ludzie związani ze służbą zdrowia. Jednak szybko okazało się, że ta praca wymaga wyobraźni, daru improwizacji, kreatywności i oddania, czyli dokładnie tego wszystkiego, czego niezbędnie potrzebuje artysta w swojej pracowni.

Artysta misjonarzem? Janusz Kokot podsumowuje: Zdolności artystyczna i budowana latami pozycja na rynku sztuki okazały się bezużyteczne. Doświadczenie życiowe i praktyczne umiejętności z powodu różnic kulturowych i braku środków najczęściej nie znajdowały zastosowania, a znajomości z ludźmi biznesu nie spełniły pokładanych w nich nadziei. Z poczuciem bezsilności oddawałem Bogu to, co mi pozostało i za każdym razem ze zdziwieniem odkrywałem, że... wystarczy.

Gorąco zachęcam do przeczytania tej książki. Jest pięknie wydana. Zawiera dużo zdjęć oraz wybrane  wybrane obrazy artysty. Moje ulubione: African Dusk i Dark Continent.

Życzę miłej lektury. Ktoś napisał, że moje recenzje spowodowały, że w domowej biblioteczce przybyło mu kilka książek. Bardzo mnie to cieszy.

Napisane dla biuletynu "Idźcie".