środa, 28 października 2015
poniedziałek, 19 października 2015
Kącik dobrej książki
Po krótkiej
przerwie przyszła pora na kolejną porcję książek o misji. Tradycyjnie wybrałam
trzy tytuły autorstwa Janet i Geoffa Benge, tym razem celowo skupiając się na
jednym polu misyjnym - Chinach.
O rozwoju misji na
tym trudnym terenie i o bohaterstwie pewnych trojga misjonarzy pisałam już
wcześniej. Byli to:
Hudson Tylor – Do wnętrza Chin, „Idźcie” nr 78; KLIKNIJ
Eric Liddell – Wspanialsze niż złoto, „Idźcie” nr 76; KLIKNIJ
Gladys Aylward – Przygoda całego życia, „Idźcie” nr 70. KLIKNIJ
Teraz zachęcam do
lektury poniższych książek. Całość pozwoli na pełniejsze poznanie przebiegu
misji, a tym samym rozwoju chrześcijaństwa w Chinach, w okresie prawie 100 lat.
Od momentu wypłynięcia Hudsona Tylora do Chin (1854 r.), po rok ich opuszczenia
przez Isobel Kuhn (1954 r.).
Janet i Geoff Benge,
Lottie Moon – Oddanie wszystkiego dla Chin, Wydawnictwo „Pojednanie”,
Lublin 2010
Lottie westchnęła. Gdy była młodsza, gdy miała sześć, siedem
i osiem lat, wierzyła we wszystko, co rodzice i pastor mówili jej o Bogu i
Biblii, ale teraz, gdy miała dziesięć lat, większość z tych rzeczy przestała
wydawać się jej sensowna… :-). Będąc troszkę starszą, powtarzała sobie, że
najlepszym sposobem na zmarnowanie sobie życia jest zostanie misjonarzem.
Co zatem musiało się stać, aby ta sama osoba, w wieku 33
lat, znajdując się już w drodze do Chin, pisała: Czyż może istnieć większy zaszczyt dla chrześcijanki, jak pozwolenie na
to, by chodziła od drzwi do drzwi i opowiadała o Zbawicielu tym, którzy nigdy
nie słyszeli Jego imienia…?
Tej tajemnicy Wam nie zdradzę :-). Odkryjecie ją w książce.
Faktem niezaprzeczalnym jest to, że Lottie Moon siódmego
października 1873 roku postawiła stopę na chińskiej ziemi. Przybyła do Chin,
aby, jak napisała, dzielić się Ewangelią z tymi, którzy o niej nie słyszeli.
Okazało się jednak, że nie było to dla niej takie łatwe. Zwłaszcza przez to nieustanne
przyglądanie się jej, dotykanie i stawianie pytań dotyczących jej osobistego
życia. Lubiła prywatność, Chińczycy jednak pojmowali ją inaczej. Lottie nie
pozwoliła jednak, aby te zewnętrzne czynniki niszczyły jej oddanie misji.
Podejmowała się ciągle to nowych wyzwań, a praca, choć powoli i z wieloma
trudnościami, rozwijała się dobrze, do tego stopnia, że była pierwszą kobietą,
która otrzymała pozwolenie na samodzielne założenie nowej stacji misyjnej.
Lottie Moon, poza kilkoma krótkimi pobytami w USA, spędziła
na misji w Chinach 39 lat. Tam było jej serce. Dane jej było przeżyć przeróżne
epidemie, Powstanie Bokserów, powstanie republiki, a pokonała ją klęska głodu.
Lottie głodziła samą siebie, aby móc nakarmić innych.
Olbrzymią zasługą Lottie Moon było zwrócenie uwagi zarządom
misji na sytuację życiową misjonarzy. Pisała ogromne ilości listów o ich życiu,
o ich dzieciach pochowanych w chińskiej ziemi, o zagrażających chorobach, o stosowanej
wobec nich przemocy i o stresie spowodowanym przez życie w całkowicie obcym
środowisku. Jej nieustępliwa postawa spowodowała, że zarządy misji postanowiły więcej
uwagi poświęcić wysyłanym przez siebie misjonarzom, a przede wszystkim dać im
możliwość częstszych przyjazdów do kraju dla odpoczynku od pełnej poświęcenia
służby. Można to nazwać sukcesem Lottie, okupionym jednak bardzo osobistą i
bolesną stratą.
Lottie Moon żyła w latach 1840-1912.
Janet i Geoff Benge,
Jonathan Goforth – Otwarte drzwi do Chin, Wydawnictwo „W Wyłomie”,
Gorzów Wielkopolski 2003
Miał przed sobą cztery lata nauki w Kolegium Knox, ale był
przekonany, że po ukończeniu nauki wyjedzie służyć do jakiegoś kraju. Jednego z
tych, którym przyglądał się na mapie w szkole podstawowej.
Z czasem jego pragnienia zostały sprecyzowane - chciał
zostać misjonarzem w Chinach.
W 1888 roku jego pragnienia stały się rzeczywistością.
Płynął do Chin wraz ze swoją oddaną i gotową do poświeceń żoną, Rosalindą.
Ich służba w Chinach, do roku 1900, rozwijała się bardzo
dynamicznie, chociaż sami zmagali się z wieloma osobistymi dramatami. Głównie
były to atakujące ich choroby oraz śmierć kilkorga dzieci. Życie Goforth’ów
było najbardziej zagrożone podczas Powstania Bokserów, z rąk których zginęło
ponad dwieście pięćdziesiąt cudzoziemców (w tym wielu misjonarzy) oraz wielu
chińskich chrześcijan.
Zamieszanie polityczne w Chinach nie przerwało oddanej
służby Jonathana Gofortha. Wydawać by się mogło, że miał on talent do bardzo elastycznego
podchodzenia do zachodzących zmian i wykorzystywania otwierających się możliwości,
kiedy inne się kończyły. Taką była jego działalność w Mandżurii.
Jonathan Goforth widział wszystkie otwierające się drzwi i
przechodził przez nie. W wyniku tego stał się jednym z największych
ewangelistów w Chinach. Efektem jego pracy było nawrócenie się wielu tysięcy
Chińczyków.
Pomimo przybywających Goforth’om lat i pogarszającej się ich
kondycji zdrowotnej oni wciąż pozostawali w służbie. Słowo ‘emerytura’ nie
funkcjonowało w słowniku Jonathana. Nie zdecydował się na powrót do domu, nawet
wtedy, gdy stracił wzrok. Dopiero ciężka choroba żony zmusiła go do tego.
Ostatni rok swojego życia spędził na podróżowaniu po Stanach Zjednoczonych i
Kanadzie, przemawiając w kościołach i mówiąc ciągle o tym samym: Drzwi są otwarte i potrzeba więcej ludzi, by
zanieść Ewangelię na krańce ziemi. Wszystkich, którzy go słuchali
pozostawiał z pytaniem: Dlaczego ty nie
miałbyś pojechać? Pięćdziesiąt lat wcześniej sam na takie pytanie
odpowiedział pozytywnie.
Jonathan Goforth
żył w latach 1859-36.
Janet i Geoff Benge,
Isobel Kuhn – Na dachu świata, Wydawnictwo „Pojednanie”, Lublin
2013
W jej rodzinnym domu często zatrzymywali się wracający z
pola misyjnego lub wyruszający na nie misjonarze. Czternastoletnia Isobel
zastanawiała się nad tym, co naprawdę motywuje ludzi do tego, by zostawiali
swój dom i wiele innych rzeczy, aby wyjechać na drugi koniec świata, do życia
pełnego trudów, niebezpieczeństw, niedostatków, a czasami nawet śmierci.
Na odpowiedź czekała kilka lat. W jej rezultacie, mając 24
lata, podczas studiów w Moody Bible Institute, każdego dnia wstawała o piątej
trzydzieści, aby modlić się swoją służbę, jaką chciała pełnić w narodzie Lisu w
Chinach. Pokonawszy szereg przeciwności, głównie związanych z rodziną, jako
27-latka, w październiku 1928 r., wypłynęła do Chin, gdzie czekali na nią - jej
przyszły mąż John Kuhn i naród Lisu.
Po latach służby misyjnej przyszedł czas na podsumowanie.
Rzeczywiście, wstrętne jedzenie, muchy, brud, męczące wędrówki górskimi
ścieżkami, przewiewane wiatrem chaty, poród w odległości setek kilometrów od
najbliższego lekarza i tak wiele innych rzeczy, które musiała znosić - wszystko
to było tak trudnym dla niej przejściem do misyjnego życia. A jednak wytrwała
na swoim miejscu. Możliwość przyczynienia się do rozwoju chrześcijaństwa w Chinach
i zobaczenia na własne oczy, jak zmienia ono życie ludzi, powodowała, że warto
było znosić wszystkie te trudności.
Misji Isobel i jej męża Johna nie zahamował wybuch II wojny
światowej, Pomimo stałego zagrożenia ze strony Japończyków, wciąż pozostawali w
Chinach, a ich działalność misyjna, skupiająca się głównie na prowadzeniu szkół
biblijnych, przynosiła coraz większe owoce. Sytuacja zaczęła się zmieniać,
kiedy do władzy zaczęli dochodzić komuniści. Misjonarze zaczęli doświadczać
prześladowań, a niektórzy z nich stracili życie.
W związku z tym w życiu Kuhnów nastąpił nowy etap służby - w
Tajlandii. Ku radości Isobel tam też mieszkał naród Lisu. I chociaż Lisu z
Tajlandii mówili nieco innym dialektem niż ci w Chinach, wszyscy się doskonale
rozumieli.
Całkowicie oddana misji Isobel, znalazła czas na napisanie
kilku książek, które powstały w oparciu o prowadzone przez nią pamiętniki oraz
kolekcję listów modlitewnych.
Jej piękną i owocną służbę przerwała nieuleczalna choroba.
Isobel Kuhn żyła w latach 1901-1957.
***
Napisane na zamówienie biuletynu „Idźcie”.
piątek, 9 października 2015
O historii zjazdów Pokolenia Wiecznie Młodych
Wszystko zaczęło się dobrych naście lub dzieścia lat
temu. Zawsze energiczne, pomysłowe , otwarte na ludzi i pamiętające stare
przyjaźnie - Alina Lewczuk i Danuta Ryżyk - od czasu do czasu organizowały
kameralne spotkania młodzieży z dawnych
lat. Podobno to Alina wpadła na pomysł, aby grono tych przyjaciół, z
odległych już czasów ZKE, nazwać Pokoleniem Wiecznie Młodych.
Kolejny zjazd przyniósł ze sobą pewne zmiany. Mianowice
pojawił się temat przewodni spotkania. I chociaż w dwóch poprzednich edycjach
nie brakowało nauki ze Słowa Bożego, ponieważ gościliśmy różnych kaznodziejów,
to tym razem zaproszeni goście przygotowali się z usługą na konkretny temat.
Brzmiał on „Zagrożenia współczesnego
chrześcijaństwa ewangelicznego”. Wysłuchaliśmy wielu bardzo ciekawych
wykładów, wciąż mam zachowane obszerne notatki. III
Zjazd PWM odbył się w dniach 14-17 maja 2009 roku.
Warto powiedzieć, że chociaż doroczne zjazdy PWM w Ostródzie
na dobre wpisały się w nasze terminarze,
to tradycja warszawskich spotkań nie zanikła. Z tą różnicą, że określenie
‘warszawskie’ jest już właściwie mało adekwatne, ponieważ na nasze spotkania
dojeżdżają osoby z Lublina, Łodzi, Wrocławia, Piasku, Biskupca. Odbywają się
one zawsze jesienią. Od kilku lat stałym miejscem spotkań jest „Arka” -
warszawski ośrodek Ewangelicznej
Fundacji Przyjaciół Rodziny. Z czego my, Wala i Paweł - jako gospodarze, bardzo
się cieszymy.
Z Wrocławia, Łodzi,
Olsztyna czy Leśnej Podkowy
Do Ostródy jechać byłeś gotowy
By czcić Jezusa
Co wiecznie żywy
Sprawia, że jesteś
szczęśliwy…
Jest też inny cenny wpis: Nie zmienił się mój problem, ale zmieniło się moje podejście do niego.
To pewnie wynik przemyśleń nad głoszonym w Ostródzie Słowem Bożym. To miejsce
widziało wiele takich cudów…
Zjazd podwójnie jubileuszowy. V Zjazd PWM odbył się w dniach 15-19 czerwca 2011 roku i połączony
był z 40-leciem istnienia ośrodka w Ostródzie.
Oj, gości, wspomnień i wzruszeń było wiele. Było za co dziękować Bogu. Jak to pięknie
podsumował pastor Zbigniew Chojnacki (z Ostródy): Ośrodek ten w ciągu tych czterdziestu lat zapisał się w sercach setek,
a nawet tysięcy osób jako miejsce odnalezienia swojej drogi do Pana i nowy cel
w życiu. Niektóre osoby dzisiaj są pastorami i usługują w różnych
ewangelicznych kościołach. Wiele osób poznało się na ośrodku podczas obozów i
zdecydowało się na wspólną drogę życia w małżeństwie. Dzisiaj ich dzieci
przyjeżdżają tu na chrześcijańskie obozy.
Wnuki i prawnuki też tu chętnie przyjeżdżają i przyjeżdżać będą, bo
Ostróda z każdym rokiem jest coraz piękniejsza i wygodniejsza. Dla nas jednak
wspomnienie spania w starej stodole, na piętrowych łóżkach i materacach
wypchanych słomą zawsze pozostanie bezcenne. (Brak zdjęcia.)
Po tym zjeździe postanowiliśmy stworzyć na Facebooku grupę „Pokolenie
Wiecznie Młodych”. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. W chwili obecnej grupa
liczy już ponad 440 osób i nie gromadzimy już tylko osób mieszkających w
Polsce. Dzięki Facebookowi udało nam się dotrzeć do starych przyjaciół, których
losy rzuciły w przeróżne zakątki tego świata. Dzięki zamieszczanym archiwalnym
zdjęciom i wpisywanym pod nimi komentarzom strona żyje bardzo dynamicznie.
Dostarcza nam wielu wzruszeń, daje też wiele powodów do śmiechu. Pokolenie
Wiecznie Młodych to „firma” :-) - i pomyśleć, że wszystko zaczęło się od
nieregularnych spotkań w małym gronie.
Rok 2013 przynosi pewne zmiany. Ja i Paweł przejmujemy od
Jurka Bajeńskiego i Danusi Ryżyk ‘pałeczkę’ organizatora zjazdów PWM. Paweł,
rzeczywiście przywiózł do domu plastikową pałkę bejsbolową :-). Podarowana
mu ona została oficjalnie, a
mi wirtualnie, a raczej telefonicznie - w rozmowie z Jurkiem, Danusią i
wszystkimi uczestnikami zjazdu. To było bardzo miłe. Wyjaśniam, że z powodu
radosnego wydarzenia w naszej rodzinie, narodzin wnuka, nie mogłam uczestniczyć
w VII Zjeździe PWM (29 maja - 2
czerwca). Ale w przygotowaniach uczestniczyłam aktywnie. W 2013 postanowiliśmy
poprosić usługujących gości o przygotowanie wykładów na temat przekazu
międzypokoleniowego. Wszyscy staraliśmy się odpowiedzieć sobie na pytania: Jakie
trwałe wartości mamy do przekazania młodemu pokoleniu? Czy jest coś, czego
doświadczaliśmy, a czego oni dziś, z powodu zmieniającej się kultury, nie
doświadczają? Co możemy pozostawić im w spadku? Itp. Temat był trafiony i
wyczerpująco zaprezentowany, chociaż nikt nie czuł się wyczerpany. Ach ten
język polski :-).
Chyba warto, w tej wyliczance, wspomnieć, że 19 lipca 2014
roku odbyło się w Arce wyjątkowe spotkanie PWM. Poza wszelkim grafikiem
:-). Do Polski przyjechał Jurek Ratz z
żoną i jednym z synów. Mimo ‘sezonu ogórkowego’ całkiem spora gromadka
przyjaciół Jurka i Ani dotarła na spotkanie. Przyjechały nawet siostry Kozłowskie
z Wrocławia i Staś Zakrzewski z Opola. Jesteście wielcy! Jak zwykle było
szalenie sympatycznie i bardzo pysznie. Nikt nie odmawiał sobie sałatek ani
ciast, a szczególnie wypieku Róży Ratz.
I czym mi pozostaje zakończyć? Jeżeli Pan zechce, będziemy żyli to w dniach 25-29 maja 2016 roku
odbędzie się jubileuszowy X Zjazd Pokolenia Wiecznie Młodych (Jakub 4:13-15). Oczywiście,
w Ostródzie. Dla miłośników Ostródy mam dobrą wiadomość, że z ośrodka będzie
już można korzystać od 23 maja. Jeśli ktoś z Was nigdy jeszcze nie uczestniczył
w zjazdach PWM, to mam nadzieję, że poczuł się zachęcony. Wierzę, że stałych
bywalców zachęcać nie muszę. Dalsze informacje podane zostaną w późniejszym
terminie. Zainteresowanych zapraszam do kontaktu przez Facebooka, mailowo lub
telefonicznie.
poniedziałek, 5 października 2015
Spotkanie z człowiekiem legendą
Z archiwum dwutygodnika
Ursynowskiej Społeczności Ewangelicznej „Niedziela w USE”:
W dniach 24-26
października 2003 r. odbywała się w Warszawie, organizowana przez Chrześcijańskie
Stowarzyszenie Akademickie, konferencja dla studentów, o stanowiącym pewne
wyzwanie temacie: „Solą ziemi i światłością świata”. Więcej, na temat samej
konferencji, przeczytacie w następnej gazetce. Ja, natomiast, chciałabym bliżej
przedstawić wam sylwetkę Georga Verwera, głównego mówcy tej konferencji oraz
podzielić się kilkoma myślami z jego wykładów, które zapadły mi głęboko do
serca.
George Verwer jest założycielem
ogólnoświatowej organizacji misyjnej Operation
Mobilisation. Misja ta wśród głównych celów swojej działalności
umieszcza: szkolenie przywódców chrześcijańskich w dziedzinie ewangelizacji,
chrześcijańskiego uczniostwa i pomocy w zakładaniu lokalnych zborów.
George, to jedna z
najwybitniejszych postaci współczesnego nurtu ewangelicznego. Jest dynamicznym,
uznanym na całym świecie mówcą, który swoją pasją zaraża słuchaczy do aktywnego
chrześcijaństwa oraz rozbudza zapał do głoszenia Ewangelii całemu światu. Jego
myśl przewodnia brzmi: „Stale uczyć
się modlitwy, miłowania Boga, wspólnoty z Nim, i nieustannie Go poznawać...”.
Wysłuchałam dwóch,
zresztą bardzo spontanicznych, wykładów Georga i udało mi się połączyć je w
jedną całość trzema punktami:
1. Żniwo jest wielkie, ale
robotników jest mało. (Ew. Mat. 9:35-38).
2. Bóg stawia przed nami wyzwanie:
Kogo poślę? Odpowiedź powinna brzmieć: Oto jestem, poślij mnie. (Izajasz
6:1-8).
3. Naszym zadaniem jest wytrwać do
końca. (Hebr. 12:1-6).
Ad. 1. W zasadzie świadomość
tego, że żniwo jest wielkie, a
robotników mało, miałam. Informacje statystyczne na ten temat pojawiały się od
czasu do czasu w naszej gazetce. Ale tak naprawdę, ta smutna prawda dotarła do
mnie w chwili, kiedy patrzyłam na Georga, modlącego się ze swoją wielką piłką
(globusem), uniesioną w górze i pokazującego nam miejsca na ziemi, gdzie nie
dotarła jeszcze Ewangelia, gdzie nie ma Kościoła, gdzie chrześcijan można
policzyć na palcach jednej ręki, albo w ogóle nie można stwierdzić ich
obecności, gdyż pozostają w ukryciu z powodu prześladowań.
Znamienne, w kontekście
tej bolesnej rzeczywistości, były słowa Georga, który powiedział: Nie jesteś
tu przypadkiem. Bóg to dla ciebie przygotował. On to zorganizował. Niektórzy z
was, tu obecni, będą odpowiedzią na modlitwę: „Proście więc Pana żniwa, aby
wyprawił robotników na żniwo swoje” (w. 38).
Ad. 2. „Oto jestem,
poślij mnie!” Taka prosta modlitwa. Nie dla misjonarzy! Dla każdego! Pole
misyjne jest wokół każdego z nas! „O jak piękne są na górach nogi tego,
który zwiastuje radosną wieść, który ogłasza pokój, który zwiastuje dobro,
który ogłasza zbawienie, który mówi...: Twój Bóg jest królem.” Izajasz 52:7.
(Inne fragmenty: Rzym. 10:15, Ew. Jana
r. 17.)
Jesteś Bogu potrzebny. On pragnie twojego 100% oddania. On pragnie
usłyszeć od ciebie: „Panie, jestem do Twojej dyspozycji.”
Ad. 3. „Przeto i my, mając
około siebie tak wielki obłok świadków, złożywszy z siebie wszelki ciężar i
grzech, który nas usidla, biegnijmy wytrwale w wyścigu, który jest przed nami.”
Hebr. 12:1
Zadanie dla ciebie -
ZOSTAŃ MARATOŃCZYKIEM!!!
Jesteś w wyścigu czy na
widowni? Jeśli jesteś w biegu, to:
1. Będziesz człowiekiem modlitwy.
2. Będziesz osobą zdyscyplinowaną.
3. Będziesz podekscytowany tym, co robisz.
4. Będziesz wielbić Pana codziennie.
5. Będziesz miał społeczność z innymi.
6. Będziesz czytać Słowo Boże, aby poznać Bożą wizję.
Przyjdzie czasem
zniechęcenie, rozczarowanie, a nawet upadek i grzech. Ale, nie opuszczaj biegu!
Pamiętaj, biegniesz dzięki Bożej mocy i łasce. Wartościowy czas z Bogiem
podtrzyma ciebie w biegu. Pielęgnuj swoją pierwszą miłość. Nie oddalaj się od
Boga! Nie ziębnij!
***
Wróciłam do tego starego
tekstu z prostego powodu - George Verwer znowu będzie w Polsce, jako gość
konferencji ZOOM, w dniach 16-18 października 2015 r., w Warszawie.
Więcej informacji na
KLIKNIJ.
Zachęcam do udziału.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












