środa, 29 lutego 2012

Kącik dobrej książki

Kończy się zima. Dzisiejsze słońce wyraźnie na to wskazywało. Jak usłyszałam w TV, jutro zaczyna się wiosna meteorologiczna, a kalendarzowa - wiadomo, już za trzy tygodnie.
W kontekście rozważań na temat ‘dobrej książki’, zacytuję dziś słowa jednego z moich ulubionych felietonistów - Henryka Dominika. Zima to dobry czas na czytanie książek. Za oknami mróz, zawieja sypie śniegiem (u nas tak sypało jeszcze wczoraj), więc wychodzimy z domu tylko wtedy, gdy musimy… Widno jest zaledwie kilka godzin, a w domu ciepło i światło lampy wzywają do zaszycia się w miękkości fotela oraz poddania się późnym popołudniem w niewolę dobrej książki. A tych nie brakuje… (Zwiastun 2/2011)  
Ostatnio zdarzyło się mi, i mojemu mężowi, taką dobrą książkę otrzymać. To wyjątkowy prezent pożegnalny od grupy małżeństw, którym przez ostatnie dwa lata służyliśmy, organizując "Spotkania dla Małżeństw". Może nie brzmi to zbyt szczęśliwie :-), cały czas myśleliśmy o zmianie nazwy na bardziej chwytliwą, ale formie i tematyce tych spotkań nie można niczego zarzucić (KLIKNIJ).

„Otucha zmienia wszystko”- błogosław i bądź błogosławiony, John C. Maxwell, Oficyna Wydawnicza LOGOS, Warszawa, 2011r.

Jest to książka o tym, jak ważne są słowa otuchy, zachęty, podziwu, wsparcia w życiu każdego człowieka. Otucha działa w dwie strony. Nie można być tylko osobą dającą otuchę innym. I nie można być osobą, która tylko karmi się otuchą ze strony innych. Podtytuł książki wyraźnie tę prawdę podkreśla - błogosław i bądź błogosławiony.
Autor pisze: Każdy potrzebuje otuchy. Każdy też, kto ją otrzymuje, doświadcza zmiany - zarówno młody, jak i stary, znany i nieznany, ten, kto odnosi wielkie sukcesy, i ten, zadowalający się skromniejszymi.

Czytaliśmy tę książkę wspólnie. Często tak robimy, kiedy treścią książki są jakieś krótkie rozważania. Tym razem nie było to jedynym powodem. Po prostu, mieliśmy taką potrzebę. Ta książka pozwoliła nam odkryć, jak ważna dla nas jest otucha i jak bardzo nam jej ostatnio brakowało. Zrozumieliśmy pewne mechanizmy, które wpływają na to, że komuś łatwo przychodzi dodawanie otuchy lub stanowi to ogromną trudność. Mogliśmy zastanowić się nad tym, jak to się dzieje w naszym życiu. Czy jesteśmy ludźmi, którzy zachęcają, błogosławią… Zastanawialiśmy się nad sukcesami, jakie w tej dziedzinie odnieśliśmy i nad błędami, które popełniliśmy. Rozmawialiśmy z wdzięcznością o osobach, które - poprzez słowo zachęty - uczyniły w naszym życiu różnicę. Jak to napisał John C. Maxwell: Człowiek jest w stanie zajść znacznie dalej, jeśli ktoś w niego wierzy. Doświadczyliśmy tego niejednokrotnie.

Ci, którzy znają twórczość Johna C. Maxwella, wiedzą, że pisze on głównie do liderów. Jednak tę książkę spokojnie mogę polecić każdemu. Jej dodatkową zaletą jest piękna szata graficzna. Zachęca ona nie tylko do zagłębienia się w lekturze, ale jest też świetnym materiałem na prezent dodający otuchy. Zresztą, wydawca o tym pomyślał, dając możliwość wpisania dedykacji.

A jak rozpoznać kogoś, komu potrzeba otuchy? Ta osoba oddycha. Truett Cathey
Drodzy Przyjaciele, dziękujemy, że Wy to rozpoznaliście....





czwartek, 23 lutego 2012

W oczekiwaniu na Boży ruch...

Właśnie skończyłam czytać Księgę Hioba. Nie sięgnęłam po nią celowo - tak po prostu wyszło w kolejności mojego czytania. Towarzyszyła mi od kilku tygodni, w bardzo trudnych i nieoczekiwanych zmianach, jakie nastąpiły w życiu naszej dwuosobowej rodziny z kotem. A teraz już bez kota…

Nie idąc zbyt głęboko w szczegóły, napiszę, że mój mąż stracił pracę, która była naszym  podstawowym źródłem utrzymania przez ostatnie 2,5 roku. Tym samym obydwoje straciliśmy miejsce służby. Miejsce, gdzie realizowaliśmy swoją pasję służenia Bogu i ludziom. Nagle, po prawie 30 latach takiej działalności, stanęliśmy przed koniecznością poszukania sobie pracy w innym zawodzie. Jakie mamy szanse? Bez odpowiednich kwalifikacji, obydwoje po 50-ce, z nienajlepszym zdrowiem? Tu naprawdę potrzeba wielkiej wiary…

Trzymamy się jednak dzielnie. Powolutku godzimy się z tą nagłą zmianą naszej sytuacji zawodowo-egzystencjalnej. Szukamy pracy, chociaż nie wiemy, jak i gdzie. Myślimy już też o nowej służbie, bo inaczej nie potrafimy... Mamy jakieś pomysły. Kilka dni temu powiedzieliśmy Bogu, że sprawy Jego Królestwa stawiamy na pierwszym miejscu. Ufamy, że On zatroszczy się o to, co będziemy jeść, pić, i w co będziemy się przyodziewać (Ew. Mat. 6:24-34). Czyli, że pomoże nam znaleźć odpowiednią pracę.

W zasadzie, powinnam napisać „trzymaliśmy się dzielnie”. Wczoraj straciliśmy dodatkowe źródło dochodu, które we wcześniejszym założeniu miało załatać nasze braki budżetowe. A w ostatnich tygodniach zaczęliśmy o tym dochodzie myśleć nie jak o łacie, ale o desce ratunkowej. Niestety, stało się inaczej.

Dziś miałam „pustą noc’, jak to określa moja siostra. Wolałabym, aby ona rzeczywiście była pusta. Ale była „pusta inaczej”… W nienajlepszym nastroju przysiadłam do swojej codziennej porannej lektury. I co czytam?

W rozważaniach „Nasz codzienny chleb”, na 23 lutego, znajduję takie słowa: Często odczuwamy, że nie podołamy narastającym kłopotom, i potrzebujemy pomocy z zewnątrz. Jako członkowie Ciała Chrystusa możemy tej pomocy doświadczyć ze strony braci i sióstr, co jest rzeczą wspaniałą. Niestety, tutaj doznaliśmy pewnych rozczarowań. Zabrakło nam troszkę tych „płaczących z płaczącymi”. Tej prawdziwej przyjaźni, która podzieli nasz smutek na pół (Cyceron). Jesteśmy bardzo wdzięczni tym, którzy nas nie zawiedli.
Ale, co czytam dalej? Ostatecznie jednak, szukamy jej u naszego niebiańskiego Ojca. Bóg zaprasza nas, aby przychodzić do Niego z ufnością: „Przystąpmy tedy z ufną odwagą do tronu łaski, abyśmy dostąpili miłosierdzia i znaleźli łaskę ku pomocy w stosownej porze” (Hebrajczyków 4:16).
W takich chwilach najlepszym narzędziem jest modlitwa, gdyż prowadzi nas ona przed oblicze samego Boga.
Autor, Bill Crowder, kończy swoje rozważanie cenną radą: Nie pozwól, by modlitwa stała się ostatnią deską ratunku; niech będzie pierwszą.

Sięgam po kolejne rozważanie „Z Biblią na co dzień”. Hasło na ten rok brzmi „Moc w słabości”. W dzisiejszym rozważaniu znajduję piękne słowa z hymnu kościelnego: Święty jest Pan, nasz Bóg, Bóg życie, Pocieszyciel, ożywczy Ojca Duch, którego śle Zbawiciel, by krzepił serce me, dodając nowych sił, i by mi w każdy trud pomocą, radą był. (bp J. Olearius, Śpiewnik Ewangelicki 239,3)

Kończę czytanie na lekturze Księgi Hioba. Czytam ostatnie rozdziały 38-42. Ostatnimi dniami czuję się troszkę jak Hiob. Z całej księgi wybieram trzy wersety. „…Dobre przyjmujemy od Boga, czy nie mielibyśmy przyjmować i złego?...” 2:10 oraz „Pan zmienił los Joba…” 42:10 i „…Pan pobłogosławił ostatnie lata Joba więcej aniżeli początkowe…” 42:12.

I jeszcze jeden fragment: „Tylko ze słyszenia wiedziałem o Tobie, lecz teraz moje oko ujrzało Cię” 42:5. 
W chwili obecnej, razem z Pawłem oczekujemy na to, co ujrzą nasze oczy. Jesteśmy otwarci na lekcje od Boga. Nie pierwszy i nie ostatni raz stajemy przed podobnym egzaminem. Patrząc w przeszłość - to już czwarty taki poważny. Cenimy sobie poprzednie trzy. Wiele nas nauczyły o Bogu i o nas samych. O ludziach też, ale najważniejsze było to, co wzięliśmy dla siebie.

Idąc za mądrą radą filozofa „w zmianach odnajdujemy cel” (Heraklit). Ufamy, że z Bogiem znajdziemy nowy cel dla naszego życia. W modlitwie i działaniu czekamy na Jego ruch.


***
Zrozumieć – przez trwanie w spokoju; działać – z postawy spokoju; osiągać – nie tracąc spokoju. Dag Hammarskjöld








wtorek, 21 lutego 2012

Kącik dobrej książki

Powinnam tym razem napisać: Kącik książki podróżnej :-). Bo te trzy książki towarzyszyły mi podczas ostatniej podróży na Dolny Śląsk i z powrotem.

 „Klucze do pokoju”, Magda Grabowska, Oficyna Wydawnicza „Vocatio”, Warszawa, 2011r.

Jest to kolejna książka, dla której inspiracją jest głównie Pięcioksiąg Mojżeszowy. Mniej więcej połowa książki. Druga połowa obejmuje losy narodu Izraelskiego od wejścia do Ziemi Obiecanej, poprzez niewolę babilońską, aż do powrotu z niewoli.
Takie szczegółowe studium losów narodu wybranego stanowi doskonały pretekst dla pewnej alegorii, odnoszącej się do wędrówki duchowej każdego człowieka.
We wstępie czytamy o książce następujące słowa: Czytając ją, możesz w uporządkowany i systematyczny sposób poznać znaczną część historii narodu wybranego i jednocześnie odnaleźć siebie. Na przykładzie wędrówki Izraelitów z niewoli w Egipcie do życia w Ziemi Obiecanej, pokazane jest bowiem nasze duchowe pielgrzymowanie od zniewolenia w grzechu do codziennej, bliskiej i dojrzałej relacji z Bogiem. Ukazane są etapy tej wędrówki, jej radości, ale też czyhające niebezpieczeństwa i pułapki, które mogą znacznie ją opóźnić lub wręcz zatrzymać. Jest to podróż od niepokoju do pokoju duchowego.

Rzeczywiście, na medal zasługuje uporządkowanie i systematyczność myśli autorki. Tę jej zaletę poznałam, czytając książkę „Kobieta warta Królestwa”. (KLIKNIJ).

Jeśli chodzi o klucze do pokoju, jak sama nazwa wskazuje jest ich więcej.
- Klucz do Pokoju Pojednania, Przebaczenia i Pewności,
- Klucz do Pokoju Poddania, Podporządkowania i Posłuszeństwa,
- Klucz do Pokoju Przebywania, Pracy i Pokonywania Przeciwników,
- jest też Klucz Awaryjny - Klucz do Pokoju Powrotu,
- i Klucz do Pokoju Wiecznego - Prawdziwego Pokoju Pełnego Poznania i Prezentów.

Nieprawdaż, że brzmi to wszystko bardzo ciekawie i zachęcająco?
Zachęcam do przeczytania tej ksiązki.
Istnieje możliwość nabycia książki wraz z autografem, podczas Wieczoru Galowego dla Kobiet (KLIKNIJ).


„Cwi”, Elwood McQuaid, Falco Kanon, Warszawa, 1996r.

Posłużę się tu słowami autora: Cwi to biografia człowieka, który podobnie jak jego naród – Izrael – nie da się pojąć w oddzieleniu od Boga.
[…] Podczas lektury uświadamiamy sobie, że ludzie i wydarzenia, które w kulminacyjnych punktach wpływają na życie Cwiego, nie mogą być przypadkowe. Na mozolnym szlaku przetrwania dostrzeże Czytelnik wyraźne ślady Opatrzności. […] O tym, jak Cwi przetrwał Holokaust, jak dotarł (z Polski) na ziemię izraelską i jak doszło do spotkania z Mesjaszem, który przemienił jego życie, nie można czytać obojętnie. Uważne rozważanie kolei jego losu, ukaże nam, jak wielkie starania podejmuje Bóg, aby przywieść bezpiecznie do Siebie choćby jedną tylko duszę.

Może nie jest to książka na miarę Nobla, tak jak książka „Los utracony”, węgierskiego pisarza Imre Kertésza, ale naprawdę warto ją przeczytać. Bohaterowie książek są w podobnym wieku, a ich wojenne ‘przygody’ są równie niesamowite.


„Głoś to na górze”, James Baldwin, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa, 1966r.

James Baldwin jest Murzynem. A jego książka jest powieścią religijną. Powieścią o murzyńskiej religijności. Jeśli dane wam było być w murzyńskim kościele (ja miałam taką możliwość) lub znane są wam filmy, pokazujące charakter murzyńskiej religijności, możecie już na wstępie uruchomić swoją wyobraźnię. Ponieważ, religijność - opisana przez Baldwina w tej książce - jest żywiołem.
Wydawca pisze: Bohaterowie książki, Murzyni z najuboższych dzielnic Nowego Jorku, żyją w niej (w swojej religijności) jak w wirze, druzgocącym i wzniosłym, i okrutnym zarazem. Religijność pieśni spontanicznie wykrzykiwanych w takt bębenków, religijność transów i piorunujących nawróceń. W tym świecie wszystko ma inny wymiar, tu nic nie jest i nie może być połowiczne, grzech i świętość miotają ludźmi z jednakową siłą. I właśnie z tego powodu ta książka jest bardzo bolesna i… bardzo prawdziwa.

To nie jest książka, którą łatwo się czyta. Ona nie poprawi nam nastroju. Warto ją jednak przeczytać, bo daje wiele do myślenia. Pokazuje, że nie zawsze radosne okrzyki uwielbienia, głośne modlitwy czy przejawy działania Ducha na naszym „kościelnym klepisku”, idą w parze z prawdziwym nawróceniem, czystością życia, brakiem w nim grzechu, miłością bliźniego i przebaczeniem.

Gorąco polecam osobom, które się nie gorszą i nie są hipokrytami :-).
Nie ma świętych bez przeszłości ani grzeszników bez przyszłości. Gerhard J. Rötting




poniedziałek, 20 lutego 2012

Polecam... pewnie też się wybiorę




Kilka myśli o rudym kocie...

...

już nie przeszkadzają mu hałasy i zapalenie światła
z boku na bok można się przekręcić, nie bojąc się, że się go przyciśnie;
po podłodze chodzić po ciemku, bez obawy, że coś zamiauczy… przydepnięte
i kabelki mogą sobie spokojnie zwisać, bo nikt ich nie zamierza gryźć
dźwięk otwieranej lodówki już nie zapala dwóch małych ciekawskich oczek
na stole też jakoś pusto przy kolacji, nikt nie poluje na łyżkę, nie próbuje wsadzić pyszczka do talerza

pusto tu jakoś, kogoś tu brakuje - czyjejś ciągłej obecności w każdym pokoju (w każdym, gdzie się było)
byłeś taki towarzyski - wierny mały przyjaciel, nieodstępujący na krok swojego pana.
żadna czynność nie działa się bez twojej obecności: razem ze mną jadłeś, czytałeś, oglądałeś tv, a nawet „brałeś prysznic i siedziałeś na tronie”; witałeś i żegnałeś na wycieraczce.
do sypialni samemu już się chodzi, nikt nas nie woła do spania o 23.00 miauczeniem na progu sypialni

byłeś i byłeś, a teraz uporczywie cię nie ma – jak pisała poetka

oj, Kacprze, ile bym dał, żebyś się tu nagle pojawił, podrapał fotel i wskoczył na kanapę – tuż obok mnie; trącał mnie łapką w ramię i w końcu wtulił swój pyszczek w moją, zwiniętą w muszelkę, dłoń…

ile bym dał, żebyś tu znowu był

rudy pyszczku…
(Paweł Jarosz)


sobota, 11 lutego 2012

Wpadnę tu za tydzień...

... wyjeżdżam do Siostrzyczki i Mamy.
Walentynki i Tłusty Czwartek - spędzę na Dolnym Śląsku.
Serdecznie pozdrawiam,
Wala

Umrzeć - tego nie robi się Państwu

Smutna opowieść z wierszem Wisławy Szymborskiej w tle.


Jak dziś pamiętam chwile, kiedy mój mąż na długie tygodnie zniknął z naszego domu. Poważna choroba zatrzymała go w szpitalu na miesiąc. A kolejne trzy tygodnie spędził w sanatorium. Ja jakoś sobie z tym ‘zniknieniem’ radziłam. Codziennie odwiedzałam Pawła w szpitalu. Gorzej radził sobie nasz kot - Kacper. Zaskoczony nagłą i długą nieobecnością swojego ukochanego Pana, zachowywał się jak kot z wiersza „Umrzeć - tego nie robi się kotu”.



Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.
Do wszystkich szaf się zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.

Zwierzak chodził, szukał, płakał, nasłuchiwał - słychać kroki na schodach, ale to nie te… Stracił apetyt, zmarkotniał, a nawet pozwalał sobie na łamanie pewnych zasad, dotyczących korzystania z kuwety. Po prostu, zdarzało mu się z niej nie skorzystać.
Żal mi było Kacperka ogromnie. Bo chociaż byłam przekonana, co do jego przywiązania i kociej miłości w stosunku do mnie, i to ja byłam tą, której ręka, kładzie rybę na talerzyk, to jednak dla niego było za mało. Kotu najwyraźniej brakowało stałych rytuałów, które były wspólne tylko jemu i jego Panu. Czyżby myślał sobie: Coś się tu nie zaczyna w swojej zwykłej porze. Coś się tu nie odbywa jak powinno.?
A nie odbywało. Nie było komu towarzyszyć przy porannym prysznicu; nie było z kim oglądać telewizora, leżąc pod miękkim kocykiem; nie było dłoni, w którą wtulało się pyszczek; nie było komu wskoczyć na stół podczas posiłku; nie było komu zlizać lukru z pączka; nie było kogo zaprowadzić do sypialni w porze do spania…

Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
O żadnych skoków pisków na początek.

Kacper nie chodził na obrażonych łapach. Tym różnił się od naszego poprzedniego kota - kotki Psotki. On wybiegał w podskokach, aby witać, powracających do domu. A do Pana to zbiegał na pół piętra, by przez barierkę tryknąć Pana w głowę i zostać pogłaskanym. I przy okazji powąchać czy Pan czasem czegoś ciekawego nie jadł, a może dać buziaka? - różnie to interpretowaliśmy.

***
Dzisiaj to my, parafrazując poetkę, możemy powiedzieć:

Umrzeć - tego się nie robi Państwu.
Bo co ma począć Pan
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany nie ma komu.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.

Nasz mały, futrzany, kochany Przyjaciel, który spędził z nami 13 radosnych lat, był i był, a potem nagle zniknął i uporczywie go nie ma. I już go nie będzie…

***
Nie chcę tu niczego na siłę uduchowiać, więc nie nawiążę do Bożej przyjaźni, ale wspomnę, że w ostatnich tygodniach wiele uczyliśmy się na temat prawdziwej przyjaźni. I odebraliśmy wiele bolesnych lekcji. Przeżyliśmy wiele zawodów. Ale dopiero strata tej żywej istoty, która obdarowała nas swoją bezwarunkową przyjaźnią, a nawet powiedziałabym - miłością, rozbiła nasze serca na kawałki…






piątek, 10 lutego 2012

Dwie kolejne audycje

Zapraszam - audycje emitowane będą w tygodniowym odstępie.



środa, 8 lutego 2012

Lekkie pióro

Tak brzmiał tytuł jednego z ciekawszych seminariów w jakim dane mi było, dawno temu, uczestniczyć. Seminarium to było skierowane do osób piszących, chcących rozwijać swój warsztat. Pisać lubię, więc chętnie skorzystałam z zaproszenia.

Wykłady prowadziła Amerykanka, Kathy Miller. Pisarka, autorka tekstów, wydawca. Uczyła nas (zaledwie kilka osób -  niestety) jak stworzyć dobry, przejrzysty tekst. Głównie skupiała się na pisaniu artykułów. Bo jest to o wiele prostsze niż napisanie książki - zajmuje mniej czasu i dotrze do większej ilości ludzi.

Z satysfakcją zauważyłam, że pewne rady, których nam udzielała, odnośnie zbierania materiałów niezbędnych do napisania artykułu - ich gromadzenia, tematycznego segregowania - stosowałam w sposób bardzo intuicyjny, czując że chyba dobrze robię. Okazuje się też, że moje zbieractwo poezji, cytatów, złotych myśli wcale nie jest ‘odchyłką’ od normy. Zresztą, sama wiem, jak często przydają mi się te moje rozmaite ‘perełki’.

Zostałam wtedy zachęcona do dalszego pisania i dziękuję Bogu za to, że nadal mam o czym pisać. On czyni tak wiele wspaniałych rzeczy w moim życiu i wokół mnie, że nie muszę szukać tematów zastępczych.
Również w Biblii znajduję zachętę do pisania. Oto kilka przykładów: Serce moje wezbrało miłym słowem... Język mój jest jak rylec biegłego pisarza. Ps. 45:2; Niech zapiszą to dla pokolenia przyszłego ... Ps. 102 19a; Teraz idź, napisz to wobec nich na tablicy i utrwal to w księdze, i niech to będzie na przyszłość świadectwem wiecznym... Iz. 30:8; My bowiem nie możemy nie mówić o tym, co widzieliśmy i słyszeliśmy... Dz. Ap. 4:20. I póki co - niech tak, jeśli chodzi o moją skromną osobę, pozostanie.

Proste słowa wypowiedziane w miłości, kierowane Bożą mądrością i niesione na skrzydłach Ducha, mogą mieć wieczne konsekwencje w czyimś życiu. […] Jak kwiaty, nieświadome co dzieje się z ich wonią, nie wiemy jaki wywieramy wpływ. 
David Roper

Dopisek (22.02.2012r.):
Zainspirowały mnie słowa z Księgi Hioba 32:17-20 i 33:2-4. Co prawda, dotyczą one konkretnego kontekstu sytuacyjnego, to jednak pomyślałam sobie, że z niego wyrwane, świetnie oddają to, co czuję i dlaczego piszę. Oto one: (17) … i ja chcę wypowiedzieć swoje zdanie. (18) Bo jestem pełen słów, duch rozsadza mnie w moim wnętrzu. (19) Oto moje wnętrze jest jak moszcz, który nie ma ujścia, grozi pęknięciem jak nowe bukłaki. (20) Dlatego muszę mówić, aby sobie ulżyć, otworzę swoje wargi i odezwę się. 
(2) Oto otwieram usta, mam słowa na końcu języka. (3) Ze szczerego serca wypływają moje słowa, moje wargi wypowiadać będą słowa rozumne. (4) Duch Boży stworzył mnie, a tchnienie Wszechmocnego ożywiło mnie. 

***
Inspirujący dodatek, dla zachowania równowagi:
Ten, kto ma nadzieję, iż uczyni jakieś dobro "swoim pisaniem", dojdzie do wniosku, że jego naukę przyjmie tylko niewielu... Najpotężniejszym środkiem szerzenia dobra jest własny przykład... Książkę, która naucza bliźniego, potrafi napisać jeden człowiek na tysiąc... Stać się wzorcem nieskazitelnego życia dla innych ludzi, może każdy. Lewis Bayly, kapelan króla Jakuba I





niedziela, 5 lutego 2012

Po śmierci poetki

Poezja jest jedynie dowodem życia.
Jeżeli twoje życie mocno płonie, 
poezja jest jego popiołem.
Leonard Cohen

Jest sobotni wieczór. Po mile spędzonym z dziećmi i wnuczką dniu, po posprzątaniu i pozmywaniu, znajduję chwilę na wyjątkową lekturę.
Czytam wiersze Wisławy Szymborskiej. Dwadzieścia trzy wiersze, wykaligrafowane przez artystkę, wplecione zostały w oryginalne kompozycje plastyczne - w „zielniki” Elki Hołoweńko-Matuszewskiej. Tę przepiękną książkę dostałam od przyjaciółki na moje ostatnie urodziny. Dlatego pokuszę się na zamieszczenie tu tego okolicznościowego wiersza.

Urodziny
Tyle naraz świata ze wszystkich stron świata:
moreny, mureny i morza, i zorze,
i ogień, i ogon, i orzeł, i orzech -
jak ja to ustawię, gdzie ja to położę?
Te chaszcze i paszcze, i leszcze, i deszcze,
bodziszki, modliszki - gdzie ja to pomieszczę?
Motyle, goryle, beryle i trele -
dziękuję, to chyba o wiele za wiele,
Do dzbanka jakiego tam łopian i łopot,
i łubin, i popłoch, i przepych, i kłopot?
Gdzie zabrać kolibra, gdzie ukryć to srebro,
co zrobić na serio z tym żubrem i zebrą?
Już taki dwutlenek rzecz ważna i droga,
a tu ośmiornica i jeszcze stonoga!
Domyślam się ceny, choć cena z gwiazd zdarta -
dziękuję, doprawdy nie czuję się warta.
Nie szkoda to dla mnie zachodu i słońca?
Jak ma się w to bawić osoba żyjąca?
Na chwilę tu jestem i tylko na chwilę:
co dalsze, przeoczę, a resztę pomylę.
Nie zdążę wszystkiego odróżnić od próżni.
Pogubię te bratki w pośpiechu podróżnym.
Już choćby najmniejszy - szalony wydatek:
fatyga łodygi i listek, i płatek
raz jeden w przestrzeni, od nigdy, na oślep,
wzgardliwie dokładny i kruchy wyniośle.

***

Może tym wyznaniem stracę szacunek u niektórych czytelników, ale przyznaję, że od wielu lat czytam wyłącznie tzw. literaturę chrześcijańską. A ściślej, protestancką.
Po latach suchych, kiedy książka chrześcijańska była rzadkością, nastały lata tłuste. I ja z tych lat korzystam zachłannie. Czytam głównie książki teologiczne, z naciskiem na teologię praktyczną - czyli takie, które poruszają przeróżne aspekty życia chrześcijańskiego. Chętnie też sięgam po chrześcijańską poezję; rzadziej po beletrystykę.
Oczywiście - jak to w życiu bywa - i u mnie zdarzają się wyjątki. Między innymi, mam wyjątkowe upodobanie w twórczości księdza Jana Twardowskiego i Wisławy Szymborskiej. I jakkolwiek nie zawsze zgadzam się z teologią księdza Jana, czy ze światopoglądem pani Wisławy, to jednak uważam, iż niewielu jest w stanie odnieść się do otaczającej rzeczywistości tak pięknie jak oni.

Bo czyż nie będą nam zawsze towarzyszyły słowa księdza Twardowskiego:
Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego… 

Czy Wisławy Szymborskiej:
Żyjemy dłużej, ale mniej dokładnie i krótszymi zdaniami.

Albo, również jej:
Nic dwa razy się nie zdarza
I nie zdarzy. Z tej przyczyny
Zrodziliśmy się bez wprawy
I pomrzemy bez rutyny…

A „Schyłek wieku” poetki?
Miał być lepszy od zeszłych nasz XX wiek.
Już tego dowieść nie zdąży,
lata ma policzone,
krok chwiejny,
oddech krótki.
Już zbyt wiele się stało,
co się stać nie miało,
a to, co miało nadejść,
nie nadeszło…

Jakże prawdziwym jest dla mnie kolejny wiersz „Jawa”.
Po dzisiejszej rozmowie z owdowiałą niedawno Teściową, zrozumiałam go jeszcze pełniej.
…W snach żyje jeszcze nasz niedawno zmarły,
cieszy się nawet zdrowiem i odzyskaną młodością.
Jawa kładzie przed nami jego martwe ciało.
Jawa nie cofa się ani o krok…

I tak mogłabym cytować i cytować. Typów mam jeszcze wiele. Na przykład „Żona Lota”. Autorka, ironizując, stara się podać prawdopodobne powody, dla których kobieta ta obejrzała się za siebie. M. in. pisze: A może zrobiła to przez nieuwagę - wiążąc rzemyk u sandała?

Jeden z moich wierszy-faworytów to „Kot w pustym mieszkaniu”. Mam kota i uważam, że są dwie osoby, które w doskonały sposób potrafią oddać kocie zachowania. To rysownik Simon Tofield i Wisława Szymborska właśnie. Ten piękny wiersz to przepiękne wyrażenie bólu po stracie bliskiej osoby. Umrzeć - tego nie robi się kotu…

Roztkliwiłam się. Chyba doświadczenia ostatnich tygodni spowodowały, że wybieram tylko takie smutne kawałki. Myślę, że pani Wisława wolałaby jednak, abym wspominała ją jako osobę figlarną, filuterną, dowcipną, ciepłą, błyskotliwą, pogodną, przyjazną, otwartą na ludzi. Skromną noblistkę, która podobno, na wieść o przyznaniu jej tej nagrody powiedziała „O Boże, dlaczego właśnie ja...”. A potem… Potem nie pamiętała, w której z 600 znajdujących się w jej  mieszkaniu szuflad, spoczęło to prestiżowe międzynarodowe wyróżnienie…

***
Przy okazji polecam niedzielne kazanie pastora Andrzeja Bajeńskiego "Przystanek Szymborska" KLIKNIJ.