poniedziałek, 24 maja 2010

Kącik dobrej książki

Zanim zachęcę was do lektury pewnej ciekawej i godnej wnikliwej lektury książki, pozwólcie, że podzielę się pewną refleksją o książce w ogóle. Posłużę się tu kilkoma fragmentami z artykułu „Książka” autorstwa luteranina Henryka Dominika (Zwiastun 7/2008).

Pojęcie „książki”, niezależnie od jej kształtu czy formy, istnieje już od czasów starożytnych. Dzieje książki przebiegają od jaskiniowych rysunków, kamiennych tablic, poprzez papirusy, rękopisy, aż do wersji drukowanej. Dzisiaj, dzięki drugiej albo już trzeciej rewolucji technicznej, wcieliła się książka w małe płytki z tekstem odczytywanym na ekranie komputera lub do odsłuchania. [...]

Książka weszła w życie człowieka jako dar pożądany, nieodzowny do pracy, nauki, ale i wypoczynku. „Książka nierozdzielny towarzysz, przyjaciel bez interesu, domownik bez naprzykrzania” - jak ją określił Ignacy Krasicki. Niegdyś cenna w znaczeniu towaru, rzadko dostępna, a od czasów imć pana Gutenberga coraz częstsza, przez Reformację upowszechniona, stała się codziennością naszych domów. Niestety nie wszystkich. [...]

Ona stała się skarbnicą wiedzy, zaczynem postępu, była uwielbiana, choć czasami przeklinana. Rozpalała płomień wiedzy, nawet miłości, poszerzała horyzonty umysłowe i geograficzne, ale była także niszczona, palona na stosach, wyklęta. Zakazywano jej czytania. Dziś jest fundamentem bibliotek, uczelni. Źródłem etyki, ale czasami też niemoralności; źródłem żaru serca, uczuć i piękna, poezji i obrazu życia. [...] Jak to dawno temu powiedział Cycero: „Pokój bez książek jest jak ciało bez duszy.” Dlatego ja nie wyobrażam sobie życia bez czytania. (I ja też :-)

Należy zadać sobie jednak jedno pytanie: Czy każda książka jest godna szacunku? Odpowiadam: nie. Są bowiem i takie, które podważają prawdę, sieją nienawiść między ludźmi, a więc są zaprzeczeniem tego wszystkiego, co nazywamy chrześcijaństwem i dobrym obyczajem. [...]

Dzisiaj, zapracowani, nie czytamy wiele, statystyki są nieubłagane. [...] A przecież książka to podróż przez życie wielu ludzi, podróż przez świat, historię i naukę. Warto czasami o tym pomyśleć, tym bardziej, że one wielokrotnie prostują nasze błędne postawy i uczą odróżnić prawdę od fałszu. [...]

W wielu książkach jest zawarta także prawda o Bogu, o Jego dziełach, Jego miłości. Wiele z nich otwiera nasze oczy na prawdy duchowe, które powinny zawsze kształtować naszą chrześcijańską dojrzałość. Dlatego zawsze patrzmy na nasze lektury z perspektywy Biblii, jej standardów i wymagań. Ustrzeże nas to od błędnych ocen, fałszywych wniosków i pozwoli zachować pokój serca i sumienia.

I tu zgadzam się z Henrykiem Dominikem. Niedawno, będąc w 1/3 ponad trzystustronicowej książki, zdecydowałam się odłożyć ją na półkę i więcej do niej nie wracać. Była to książka byłego dominikanina Tadeusza Bartosia (filozofa i teologa) pt. „Wolność, równość, katolicyzm”. Intrygowało mnie, co spowodowało w nim decyzję porzucenia zakonu i odejścia z łona Kościoła Katolickiego. Niestety, pośród wielu jego cennych spostrzeżeń i myśli znalazłam też takie, które mnie niepokoiły i nurtowały. Stały w sprzeczności z tym, co odnajduję w Biblii. (Chociaż autor wydawał się być zaznajomiony z tą księgą.) Najbardziej jednak w tym wszystkim przeszkadzał mi jego humanizm - podkreślanie tego, że człowiek jest dobry i że w człowieka trzeba wierzyć. Słowo Boże głosi, że jest dokładnie na odwrót - człowiek jest z gruntu zły (np.: I Mojż. 6:5) i nie należy ufać człowiekowi/pokładać w nim nadziei (np. ks. Micheasza 7:5-6). Życie te prawdy mi potwierdziło - czasami nawet bardzo boleśnie.

A teraz chciałam was zachęcić do przeczytania książki Jeffa Fountaina „Żyjąc jako ludzie nadziei”, wyd, Credo 2008. Tak się akurat składa, że autora książki i jego żonę znam osobiście. A to sprawia, że zupełnie inaczej czyta się taką książkę. Ciągle mam przed oczami tego niewysokiego Nowo Zelandczyka, o sympatycznym usposobieniu i z angielskim poczuciem humoru, który bardzo lubię.

Książka jest pisana (tłumaczona) lekkim, przystępnym językiem, i choć nie jest powieścią nie brakuje w niej ciekawych zwrotów narracji i akcji. Momentami intryguje i trzyma w napięciu. Autora rozpoznajemy jako doskonałego obserwatora zmian, mających miejsce we współczesnym świecie. Zmian społecznych, politycznych a przede wszystkim duchowych. A sama książka nie dotyczy niczego innego tylko, jak pisze sam autor, rzeczywistości postchrześcijańskiej Nowej Europy - Europy, która coraz bardziej przypomina przedchrześcijańską Starą Europę.

Jeff Fountain apeluje: Jako chrześcijanie powinniśmy poważnie potraktować ostrzeżenie, że gdy Europa zapomni o Chrystusie i utraci nadzieję, wróci z powrotem do swoich korzeni. (Czyli pogaństwa - a raczej neopogaństwa.) [...] Komunizm nie jest już zagrożeniem dla Europy, jednak możliwy jest również scenariusz „siedmiu innych duchów”, które przejmą pusty dom na własność. Nie da się żyć w duchowej próżni. [...]
Przyszłość Europy zależy od tego, jaka wizja ostatecznej rzeczywistości zwycięży w XXI wieku. Europejczycy właśnie odrzucili materialistyczną wizję rzeczywistości. Stąd postmodernizm. W dobie postmodernizmu ludzie są otwarci na rzeczywistość duchową. Zatem obywatele Europy stają przed wyborem pomiędzy duchowością biblijną a nie biblijną, pomiędzy teizmem a animizmem. Która opcja zwycięży? [...]

Co na ten temat myśli autor - zdradzać nie będę. Zresztą, zachęcający tytuł książki mówi wiele. Ale, przeczytajcie sami.

sobota, 22 maja 2010

Wpływy ewangelisty Łukasza... cz. 9

Niebezpieczeństwa wynikające z bycia biednym lub bogatym.
Niebezpieczeństwo bycia biednym, to ciągłe życie w stresie, w poczuciu braku bezpieczeństwa, to niemożność zaspokojenia podstawowych potrzeb człowieka. Ciągłe zmaganie się z brakiem pieniędzy na przysłowiowy chleb, na opłaty, na leki, na odzienie. Taki stan rodzi poczucie niesprawiedliwości społecznej, poczucie braku wartości, rozgoryczenie. Może prowadzić do depresji, do nałogów. Może stać się przyczyną zejścia na drogę przestępstwa. Może też rodzić bunt przeciwko Bogu.

Niebezpieczeństwo bycia bogatym, to niebezpieczeństwo niewłaściwego lokowania swego majątku w rzeczach wątpliwych moralnie, to niebezpieczeństwo uważania się za kogoś lepszego od innych, to niebezpieczeństwo poczucia niedosytu, to przede wszystkim niebezpieczeństwo odwrócenia się od Boga. A w tym całym bogactwie najgorsze chyba jest odkrycie pustki życiowej, własnej samotności, poczucia, że tak naprawdę nie liczę się ja, tylko moje pieniądze i bez nich byłbym nikim. I bogatym nieobca jest ucieczka do nałogu, depresja, samobójstwa.

Jak uniknąć tych niebezpieczeństw? Trzeba nabrać właściwego stosunku do pieniądza.
Dobrze znana nam prawda ze Słowa Bożego mówi, że pieniądze nie są złe, nie robią krzywdy. To, co ma siłę niszczącą, to miłość do tych pieniędzy. Nauczmy się ich nie kochać.
Druga prawda to to, że nic ze sobą na ten świat nie przynieśliśmy i niczego nie zabierzemy, a to, co mamy, mamy z łaski Bożej.
Z tego wynika trzecia prawda - obchodźmy się z bogactwem jakie mamy, tak jakby nie było nasze. Jesteśmy tylko jego zarządcami - Słowo Boże nazywa to szafarstwem. Bądźmy uczciwi względem prawdziwego właściciela. Oddawajmy Mu to, co Mu się należy. Pomnażajmy to, co należy pomnożyć. On nagrodzi naszą wierność w taki sposób, że i dla nas niczego nie braknie.

Wpływy ewangelisty Łukasza... cz. 10

Co robić, gdy ludzie sprzeciwiają się mojej wierze?
Podstawą w takich sytuacjach jest dla mnie wiara w to, że istnieje jedna absolutna prawda. Dla mnie tą prawdą jest autorytet Słowa Bożego oraz osoba Jezusa Chrystusa, który sam o sobie powiedział, że jest Prawdą.

Jeśli ktokolwiek krytykuje lub atakuje moją wiarę, albo opowiada rzeczy zupełnie z nią sprzeczne, to w zależności jaki charakter ma taka rozmowa, podejmuję ją, aby bronić swojej wiary lub nie podejmuję jej, gdy widzę, że będzie to tylko walka z wiatrakami.

Jest jeszcze jeden czynnik, który pomaga mi pozostać wierną Chrystusowi - dowody Jego działania w życiu moim i innych ludzi. Takich argumentów nawet mój najzagorzalszy przeciwnik nie jest w stanie obalić.

sobota, 15 maja 2010

Post Scriptum

Kiedy pisałam tekst Czy Bóg się zagapia? nie przypuszczałam, że w odstępie kilku dni sama zostanę skonfrontowana z jego treścią. Dokładnie - wystawiona na test zostanie moja integralność. Czy rzeczywiście wierzę w to, co piszę? Czy żyję tak jak wierzę? Życie samo dopisało post scriptum.
24 na 25 kwietnia 2010r.
Otóż, u mojego męża Pawła wystąpił udar krwotoczny mózgu. Nagle! Takie rzeczy zawsze przychodzą nagle. Tomografia komputerowa wykazała krwawienie podpajęczynówkowe, ale niestety, to i późniejsze badania diagnostyczne nie wykazały źródła krwawienia.
Lekarka, obsługująca nas na Izbie Przyjęć szpitala MSWiA przy ulicy Wołoskiej, zwróciła się do mnie i do naszego syna Michała słowami: „U Pana Jarosza najprawdopodobniej pękł tętniak. Rozumiecie, Państwo, że to jest poważna sprawa…”. Zwracała się do nas, bo Paweł już dawno ‘odpłynął’. Od kilku godzin byliśmy świadkami tego, jak jego stan pogarsza się z minuty na minutę. Zaczęło się od bardzo silnego bólu głowy i wymiotów; potem pojawiły się zaniki pamięci; w tym momencie kontakt był już bardzo utrudniony. Wciąż leżący na noszach, Paweł, pogrążony był w jakimś dziwnym półśnie, letargu. Pocieszający był jedynie fakt, że nie wystąpiły u niego żadne ślady porażenia (kończyn, twarzy). Zrozumieliśmy. Syn objął mnie ramieniem i powiedział: „Są rzeczy, na które nie jest się przygotowanym. I to jest właśnie ta rzecz…”
Ja też nie byłam. Ale trzymałam się dzielnie, starając się dodać otuchy Michałowi. Wbrew temu, co widziałam, miałam nadzieję. Ale też czułam, że jestem gotowa na przyjęcie każdej woli Bożej…
26 kwietnia 2010r.
Drugi dzień pobytu Pawła w szpitalu - to czas odpoczynku po wielogodzinnym okresie bólu, dezorientacji, przerażenia. Wiele spał. Był monitorowany, otrzymywał kroplówki z lekami zmniejszającymi obrzęk i wspomagającymi wchłanianie rozległego krwiaka. Personel przygotowywał go do kolejnych badań diagnostycznych. W pewnym momencie lekarz prowadzący powiedział do mnie: „Ten Pan jest szczęściarzem. Zwykle, gdy naczynie tak rozlegle pęka, człowiek po prostu umiera”. No cóż, ja nie nazywam tego szczęściem, ale - upraszczając - Bożym palcem. Każdy z Was wie, co mam na myśli.
To miłe, że w takich sytuacjach rodzinie pozwala się być przy chorym. Siedziałam sobie cichutko, modląc się. Wiedziałam też, że nie jestem sama. Cała rzesza Przyjaciół - Braci i Sióstr, wspaniałych ‘modlicieli’ wstawiała się do Boga za Pawłem. Byłam tego pewna, bo już odebrałam dziesiątki maili i SMS-ów, zapewniających mnie o nieustannych modlitwach. Paweł naprawdę był w dobrych rękach!
27 kwietnia 2010r.
Kolejny dzień pobytu Pawła w szpitalu. Ma mieć arteriografię - lekarze próbują znaleźć źródło krwawienia. Badanie inwazyjne i niebezpieczne. Znalezienie tętniaka, to perspektywa otwierania czaszki - równie inwazyjna i niebezpieczna. Nie znalezienie tętniaka na tym etapie choroby - to ryzyko ponownego wylewu. A czy jest jakaś pozytywna opcja?
Czekam. Towarzyszy mi książka „Modlitwa - czy to działa?” Philipa Yancey'a (ciekawe, dlaczego to ją zaczęłam czytać na dzień przed całym tym wydarzeniem?). Znajduję cytat. Chyba jest dla mnie! Oto on: [...] C.S.Lewis stwierdził, że sensowne jest modlić się w południe o badanie medyczne, które było przeprowadzone o dziesiątej, jeśli nie znamy ostatecznego jego wyniku przed modlitwą. „Sprawa niewątpliwie została już zdecydowana, w pewnym sensie była nawet zdecydowana przed początkiem świata. Ale jedna z rzeczy, które zostały wzięte pod uwagę przy decydowaniu o niej, a która była jedną z jej rzeczywistych przyczyn, może być ta właśnie modlitwa, zanoszona teraz do Boga.” […]
Arteriografia nie wykazała niczego. Pacjent wraca na łóżko, na którym wcale nie odpoczywa. Wyczerpujący ból głowy i oczu, światłowstręt, nudności i wymioty - to nieodłączni towarzysze kolejnych dni w szpitalu.
Zmieniam mu mokre kompresy na głowie. Siedzę cichutko, czytam, rozmyślam o tym, co się stało. Chcę Was zapewnić, że nie jestem osobą, która pyta w tym momencie Boga: „Dlaczego ja?” Jeśli w ogóle zadaję sobie i Bogu jakieś pytanie to brzmi ono: "A dlaczego nie ja?" Tej lekcji nauczyła mnie moja przyjaciółka Beata Jaskuła-Tuchanowska (poetka i pisarka). W książce, w której opisuje swoje zmagania z niepełnosprawnością córeczki, pisze ona tak: „Znacznie lepiej jest rozpocząć swoje życie rodzica dziecka niepełnosprawnego od zadania sobie pytania: ‘Dlaczego nie ja?’ niż pytania pełnego pretensji do nie wiadomo kogo: ‘Dlaczego ja?!’. Wówczas dopiero, gdy w pełni pogodzimy się ze swoją sytuacją, będziemy mogli w pełni pokochać swoje dziecko za to, że jest, zamiast za to, jakie jest.” I zaręczam Wam - Beata nie blefuje.
Przyznam się jednak, że miałam jeden moment takiego przeszywającego serce bólu. To był pierwszy dzień choroby Pawła. Syn, po szpitalu, zabrał mnie do siebie do domu. Patrzyłam na moją wnuczkę i pomyślałam sobie: „Boże, nie pozwól na to, abym już nigdy więcej nie mogła podglądać (i zazdrościć :-) tego, jak ona cudownie bawi się ze swoim dziadkiem”.
28 kwietnia 2010r.
Dobiega końca czwarta doba. Stan Pawła bez zmian.
Jest późny wieczór, przed chwilą wróciłam ze „Spotkania Babskiego” (inaczej Siostrzanego :-). Miałyśmy bardzo fajny temat: „Nasza postawa wobec trudności i cierpienia pokazuje stan naszego serca”. Było to rozważanie oparte na Księdze Rut (według książki Magdy Grabowskiej „Kobieta warta Królestwa”). Oczywiście oparłyśmy się na Noemi, która stała się Marą z powodu tego, że w obliczu trudnych doświadczeń pozwoliła sobie na narzekanie, oskarżanie Boga i gorycz.
Kiedy wcześniej myślałam o tym temacie, przygotowując się do niego, to nie wiedziałam, że będzie on dla mnie swego rodzaju egzaminem praktycznym. (Ciekawe, tyle różnych ‘zbiegów okoliczności’ ma ostatnio miejsce w moim życiu…)
No więc, jaki jest stan mojego serca? Z reguły nie jestem osobą narzekającą i poddającą się przeciwnościom. Problemy, zamiast mnie paraliżować, bardzo często wywołują u mnie nadaktywność :-). Jest jednak jedna charakterystyczna rzecz, której piękny opis znalazłam kiedyś w I Mojżeszowej 15:12 „A gdy zachodziło słońce, ogarnął Abrama twardy sen, wtedy też opadały go lęk i głęboka ciemność”. Ze mną bywało podobnie - w dzień aktywna, odpychająca od siebie lęk i smutek, a w nocy... Ale teraz nie mam tych lęków. Śpię spokojnym snem. Nie lękam się i ciemność mnie nie ogarnia. To chyba taki stan miał na myśli ap. Paweł, kiedy pisał o spokoju, który przewyższa wszelki rozum (Flp. 4:6-7). Mam pokój Boży i wiem, że zawdzięczam go również ludziom, którzy go dla mnie wymodlili.
Kolejne dni...
...to ciche wizyty w szpitalu. Staram się nie przeszkadzać choremu. Jedynie czujnie reaguję na jakieś jego - gestem czy westchnieniem wyrażone - potrzeby. Czytam. Treść książki Philipa Yancey'a - „Modlitwa - czy to działa?” wychodzi na przeciw moim potrzebom. (Przypadek?) Wybrane przeze mnie cytaty oddają to, co czuję i czym żyję w ostatnich dniach:
Modlitwa jest zachętą, byśmy szukali oparcia w fakcie, że to Bóg sprawuje kontrolę, i ostateczne rozwiązanie problemów zależy od Niego, nie od nas. Jeśli będę spędzał wystarczająco dużo czasu z Bogiem, to z pewnością zacznę patrzeć na świat z takiego punktu widzenia, który bardziej przypomina Bożą perspektywę. Czymże w końcu jest wiara, jak nie uwierzeniem naprzód w to, co nabiera sensu dopiero, gdy spojrzy się wstecz? (autor)
Zaufać Bogu to nie znaczy, że On sprawi iż żadna z rzeczy, których się boisz, nigdy się nie zdarzy. Przeciwnie, to znaczy, że wszystko, czego się boisz, najprawdopodobniej się zdarzy. Lecz z Bożą pomocą na końcu okaże się, że nie warto było się bać. (Jonathan Aitken)
Ostatnią strategią jest oparcie się na wierze innych. Kiedy spada na mnie czarna chmura, pokrzepia mnie to, że nie każdy doświadcza tego samego, co ja. Biblia kładzie silny nacisk na praktykę modlitwy z innymi. Modlitwa grupowa stwarza przestrzeń zarówno dla tych, którzy są na pustyni, jak i dla tych, którzy sięgają szczytów. Dla kogoś, kto tylko mówi: ‘Módl się za mnie’, jak i dla tego, kto z radością to zrobi. (autor)
Modlitwa jest aktem poszukiwania Boga. Podczas tego trudnego, a niekiedy przygnębiającego aktu poszukiwania Boga rodzi się we mnie przemiana, która przygotowuje mnie do służby dla Niego. Może to, co odbieram jako opuszczenie, w istocie jest formą umocnienia. (autor)
Krzepią mnie modlitwy innych ludzi. Czytam kartki ze słowami wsparcia (i ja tak robiłam), niektóre są od obcych, i opieram się na ich sile, gdy moja własna słabnie. (przyjaciel autora)
1 maja i 2 maja 2010r.
Modlitwa - czy to działa? Oj, DZIAŁA!!!
Wreszcie nastąpił przełom! Ostatni tydzień w życiu Pawła to nieustające zmagania z bólem głowy, bólem oczu i światłowstrętem, nudnościami i wymiotami. Ale w sobotę… W sobotę zastaliśmy (ja i Michał) Pawła pogrążonego w błogim śnie sprawiedliwego. Od razu wiedziałam, że to dobry znak. Do tej pory spał jak przysłowiowy ‘zając pod miedzą’, a teraz chrapał na cały oddział. Po raz pierwszy słuchałam tego chrapania z przyjemnością i nie wkładałam ‘stoperów’ w uszy :-).
W niedzielę zastałam go jeszcze osłabionego, ale z każdą chwilą widziałam coraz więcej oznak tego, że jego stan ulega poprawie. Ból głowy był umiarkowany. Nie musiałam też kłaść mu na oczy mokrego kompresu.
Pożegnałam się z Pawłem po 15-tej. Po 19-tej zadzwonił do mnie i przemówił swoim głosem. Ucieszyłam się, bo do tej pory słyszałam w słuchawce tylko ledwie słyszalny szept człowieka cierpiącego z bólu. Paweł zakomunikował mi, że poprosił pielęgniarkę o odsłonięcie żaluzji (!). W tym momencie podziwiał piękną przyrodę szpitalnego parku i koniecznie chciał rozmawiać z wnusią.
Co za ulga i radość! Wdzięczność do Boga i do ludzi, którzy wiernie nosili Pawła i całą naszą rodzinę w swoich modlitwach. Nie przesadzę, jeśli powiem, że tego dnia modlono się o Pawła od Indonezji po Meksyk; i od Norwegii po RPA. A w Polsce modlono się o jego zdrowie w wielu zborach (również w naszym). I od razu widać efekty!
Następuje drugi i trzeci tydzień pobytu
Pawła w szpitalu. To okres wzmożonych odwiedzin rodziny i wielu przyjaciół. To również okres wyraźnej poprawy w jego stanie zdrowia. Ból głowy prawie całkowicie ustąpił - pojawia się tylko po większym wysiłku (spacer z rehabilitantką wzdłuż korytarza oddziału :-). Oczy nie bolą - ich stan pozwala mu na czytanie i pisanie. Jest jednak wyraźne pogorszenie widzenia, które, w ocenie okulisty, niedługo powinno ustąpić. Apetyt i humor Pawłowi znowu dopisują.
13 maja 2010r.
Powtórna arteriografia wykazała, że u Pawła miał miejsce udar krwotoczny mózgu (krwotok mózgowy) - spowodowany przedostaniem się krwi poza naczynie mózgowe. Nie stwierdzono jednak obecności tętniaka, co jest bardzo dobrą wiadomością. W jego głowie nie ma więc tykającej bomby zegarowej - nie jest też konieczna żadna operacja czy inny zabieg. Według lekarzy wylew mógł być spowodowany po prostu wysiłkiem fizycznym. Co by się zgadzało - Paweł w tym dniu odbył, pierwszą po zimie, długą wycieczkę rowerową.
Przed nim jeszcze tylko jedna tomografia komputerowa. Jeśli wykaże ona, że krwiak dobrze się wchłania, za kilka dni wróci do domu. No, może po drodze zahaczy o sanatorium w Wesołej.
I cóż my na to? Boża to łaska i cud! Znowu uroniliśmy kilka łez wdzięczności Bogu i ludziom.
***
Na koniec podzielę się jeszcze jedną myślą. Otóż, 27 kwietnia 2010r., z The Berean Call dostałam pewien cytat, którego tłumaczenie podaję. (Czyżby znowu ‘przypadek’?)
UZDROWIONY PRZEZ CHRYSTUSA
Mój przyjaciel powiedział: „Wiara cię uzdrowiła.” „Och, nie” - odpowiedziałem - „Uzdrowił mnie Chrystus”. Czy jest w tym jakaś różnica? O, jest! I to wielka. Bywały chwile, kiedy nawet wiara zdawała się stawać pomiędzy mną a Jezusem. Myślałem, że powinienem wypracowywać swoją wiarę, i ciężko pracowałem nad tym, aby ją mieć. I wreszcie, kiedy pomyślałem, że ją mam; i jeśli się dobrze na niej oprę, ona mnie utrzyma. I wtedy, kiedy myślałem, że mam wiarę, mówiłem: „Uzdrów mnie”. Pokładałem ufność w samym sobie, w swoim sercu i w swojej własnej wierze. Prosiłem Pana, aby uczynił coś dla mnie, ze względu na to, co mam w sobie, a nie ze względu na to, co On ma w sobie.
A.B. Simpson, Kanadyjski kaznodzieja, teolog, autor, i założyciel The Christian and Missionary Alliance
Ten cytat przemówił do mnie, bo pomyślałam sobie o zanoszonych, w ostatnim czasie, modlitwach do Boga o uzdrowienie Pawła. Modlitwach moich i naszych przyjaciół. I cieszę się, że wszyscy mieliśmy jeden wspólny Obiekt naszej wiary. Ten jedyny właściwy. Bo tu rzeczywiście chodzi o ‘obiekt wiary’, nie o wiarę.
Prorocy Baala też mieli wiarę (I Królewska 18:20-40). Od rana do południa, i jeszcze dłużej, wzywali imienia swojego boga; ba, zadawali sobie nawet rany nożami i dzidami. Aby tak robić, naprawdę trzeba mieć wiarę.
Ciekawy rodzaj wiary prezentuje też ruch Anonimowych Alkoholików. W ruchu tym wystarczy wierzyć w boga „jakkolwiek się go pojmuje” - to może być ‘ten Bóg’, ale to może być inny bóg; to może też być drugi człowiek, to może być nawet przyroda (szczególnie góry) - wszystko, cokolwiek wydaje się mieć w danym momencie troszkę więcej siły niż my sami („Siła wyższa od naszej”). Wszystko, ale niestety, nie Chrystus (piszę to z perspektywy 20-letniego obcowania z ruchem AA).
To Boża łaska (i dar), a nie nasza zasługa, że wierzymy w Chrystusa. Dlatego, jestem ogromnie wdzięczna moim Przyjaciołom za wszystkie modlitwy, westchnienia i myśli zanoszone do Boga (do właściwego OBIEKTU naszej wiary) za Pawła, za mnie, za nasze dzieci... Dzisiaj możemy widzieć tego efekty.
A ja, czy zdałam test na integralność? Z pomocą Bożą i bliskich mi ludzi - myślę, że tak. Chociaż, po tym doświadczeniu, moje życie już nigdy nie będzie takie samo...






piątek, 14 maja 2010

Wpływy ewangelisty Łukasza... cz. 11

Pamiętanie o ofierze Chrystusa
Jest pewna pieśń - „Golgota”. W refrenie tej pieśni zapisane są takie słowa: To nie gwoździe Cię przybiły lecz mój grzech. To nie ludzie Cię zabili lecz mój grzech.

Myślę, że najlepszym dowodem mojej pamięci o ofierze Jezusa, będzie malejąca obecność grzechu w moim życiu. Oczywiście, osiągnięcie doskonałości tu na ziemi jest niemożliwe, ale Słowo Boże mówi, że ci którzy są Bożymi dziećmi nie grzeszą. Chodzi tu o stan nie trwania w grzechu, nie powtarzania ciągle tych samych przewinień i błędów.

Moja gotowość do korekty i zmiany, której dokonać może sam Bóg - przez Ducha Świętego, będzie przejawem tego, że nie chcę dokładać ciężaru swoich grzechów na barki Jezusa. Jeśli zgrzeszę, grzech powinien budzić we mnie poczucie winy i żal z powodu tego, co się stało. Tak może się dziać, kiedy będę miała ciągłą świadomość tego, że Jezus za mnie umarł i to zupełnie niewinnie.

czwartek, 13 maja 2010

Wpływy ewangelisty Łukasza... cz. 12

Relacja pomiędzy świadomością potrzeby Bożego miłosierdzia, a prawdziwą pokorą.
Greckie określenie ‘eksaleifen’ na słowo miłosierdzie występuje w Nowym Testamencie kilkakrotnie. W klasycznej grece znaczyło ono obmywać. Później zaczęło oznaczać wymazywać lub zmazać. W tym sensie było używane w zwrotach takich jak wymazanie z pamięci jakiegoś doświadczenia, unieważnienie głosu lub anulowanie ustawy, zniesienie czyjegoś długu lub usunięcie imienia z listy czy spisu, a także starcie z powierzchni ziemi. Słowo to zawsze posiadało sens wytarcia czegoś - jakby za pomocą szmatki.

Jeśli chodzi o podejście do grzechu, występuje ono właśnie w znaczeniu wymazania grzechu. Bóg nie tylko przebacza, ale również usuwa z pamięci nasz grzech - Jezus wymazał obciążający nas dług.

Świadomość potrzeby miłosierdzia jest równoznaczna z przyznaniem się do grzechu - do winy, do przestępstwa. Akt taki wymaga wielkiej pokory. Postawą bardziej bliską naszej skórze jest duma, pycha, przekonanie o własnej doskonałości, dobroci. Tylko ludzie pokorni potrafią spojrzeć na swoje życie przez pryzmat Bożego miłosierdzia. Pokora to klejnot świętych i może dlatego jest ich tak mało. Bo tak mało jest w człowieku pokory...