sobota, 23 grudnia 2017

Kącik dobrej książki

Tym razem zacznę dłuższym cytatem z książki „Dziecko pokoju” (Don Richardson).

Możecie zostać powołani do uczynienia pierwszych kroków wśród plemion, które nigdy nie zaznały jakiejkolwiek formy nadzoru rządowego, gdzie ludzie sami dla siebie stanowią prawo i gdzie okrucieństwo jest stylem życia.
Musicie nauczyć się sprawiać, by ludzie, których języków nie poznał dotychczas żaden obcy, zrozumieli was i zrozumieli to, co macie do przekazania. Nie istnieją słowniki, gramatyki ani podręczniki, na których moglibyście się oprzeć - będziecie musieli sami je napisać.
Zetkniecie się z zaskakującymi zwyczajami i wierzeniami, które będziecie musieli zrozumieć, jeśli chcecie odnieść sukces. Będziecie próbowali leczyć odrażające tropikalne choroby i będziecie ryzykowali oskarżenie o spowodowanie śmierci waszych pacjentów, jeśli nie uda wam się ich wyleczyć.
Musicie wypracować w sobie hart ducha, pozwalający na wytrzymywanie samotności, znudzenia i uczucia zawodu. Ale przede wszystkim musicie być przygotowani do walki w imię Pana z księciem ciemności, który trzymał te setki plemion w niewoli przez tysiące lat i nie pozwoli ich sobie wydrzeć bez walki.  

Propozycje na dziś to fascynujące i mrożące krew w żyłach obrazy pracy misyjnej wśród dzikich plemion wysp Pacyfiku: Nowe Hebrydy i Nowa Gwinea.
W swojej autobiograficznej książce John Paton, który dotarł na Nowe Hebrydy w 1858 roku,  pisze: Chciałbym w krótkim zarysie opowiedzieć, co działo się na wyspach przed rokiem 1858, bo wtedy podjęto próbę głoszenia tu ewangelii. Pierwszymi misjonarzami byli John Williams i jego młody towarzysz Harris. Wylądowali 30 listopada 1839 na wyspie Eromanga, ale skoro tylko stopy ich stanęły na lądzie, zostali przez dzikich zabici i zjedzeni. ... Więcej o Johnie Williams’ie w książce „John Williams - Zwiastun pokoju” (prezentowana w numerze 71).

A teraz o Patonie.

John Paton, Misjonarz wśród kanibali na Nowych Hebrydach, Fundacja Promocji Literatury Chrześcijańskiej, Tczew 2002

To niesamowite, będąc w wieku dorosłym i podejmując się pracy misyjnej, usłyszeć od rodziców takie wyznanie: Kiedy ty, jako pierworodny zostałeś nam darowany, poświęciliśmy cię Bogu, jeżeli zechciałby cię przyjąć i uczynić Swoim posłańcem, udającym się do pogan. Było to naszą codzienną modlitwą...
John Paton właściwie odebrał swoje powołanie od Boga. Na Nowe Hebrydy przybył w listopadzie 1858 roku. Dwadzieścia lat po tragicznej śmierci Johna Williams’a, w momencie, kiedy praca misyjna na wyspach przyniosła już pewne pozytywne efekty.

Paton poświęcił swoje życie mieszkańcom dwóch wysp. Na wyspie Tanna, gdzie praca misyjna była trudna i niebezpieczna, i którą musiał opuścić ze względu na realne zagrożenie swojego życia. I na wyspie Aniwa, której mieszkańcy okazali się bardziej otwarci na działania Patona i gdzie wreszcie mógł oglądać owoce swojej oddanej służby.

Jak dramatyczna była służba człowieka, „któremu towarzyszyła tylko jedna myśl” (tak o nim mówiono) - ewangelizowanie mieszkańców wysp Pacyfiku, z zapartym tchem przeczytacie w jego autobiografii.

Mnie ujęło jedno z jego cennych spostrzeżeń: Wśród pogan prawie każdy nawrócony staje się misjonarzem. Życie, które uległo zmianie, odcina się swoją jasnością od mroku, w którym żyją pozostali ludzie i można je porównać do książki o dużych, wyraźnych literach, które każdy z daleka może odczytać.

John Paton żył w latach 1824-1907.

Kolejne książki opisują pracę misyjną na Nowej Gwinei. Co ciekawe służba przedstawionych w nich misjonarzy pokrywa się ze sobą w czasie lub częściowo zazębia, następując jedna po drugiej,w krótkim okresie czasu. Pokazuje to wyraźnie jak postępowała, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, chrystianizacja tych bardzo prymitywnych ludów, którzy zamieszkiwali Nową Gwineę. Jak, wydawać by się mogło bezowocna służba jednych misjonarzy, pomagała zbierać żniwo innym. Można powiedzieć, że wszystko działo się według Bożego planu i w Jego czasie.

Doris Van Stone i Erwin W. Lutzer, Dorie, dziewczyna, której nikt nie kochał, Operation Mobilisation, Fundacja CLC Katowice 2003

Dokładnie, za słowami Evelyn Christenson, autorki przedmowy do tej książki, mogę powtórzyć: Ze łzami w oczach czytałam tę wstrząsającą historię o małej dziewczynce, która mimo dorastania w całkowitym odrzuceniu i braku miłości, zostaje wybrana do służby przez Boga.

Tę niesamowicie skrzywdzoną przez najbliższych dziewczynę, trzymały przy życiu tylko słowa pewnej obietnicy, którą usłyszała w dzieciństwie: Dzieci, Bóg was kocha!
Dorastająca Dorie nosiła w sobie ogromne pragnienie służenia Bogu. Pod jednym warunkiem, tylko nie jako misjonarka. Oni prowadzili życie bez wygód, a tych ona była pozbawiona przez całe swoje dotychczasowe życie. Argument słuszny, ale Pana Boga chyba nie przekonał :-).  
W marcu 1952 roku, Doris, jej mąż Lloyd i dwoje dzieci przybyli do Nowej Gwinei. Ich zadaniem było wejście do doliny Baliem, będącej jednym z ostatnich miejsc na ziemi odciętych od cywilizacji i Ewangelii. Stało się to w 1954 r. Ich misją było dotarcie do ludu Dani, mającego reputację dzikich kanibali. Lloyd tak podsumował to wyzwanie: Musimy tam iść, nie musimy stamtąd wrócić.

Po siedmiu latach intensywnej służby, rodzina Stone, z powodu choroby Dorie, zmuszona była do powrotu do Stanów. Dorie podsumowała te lata słowami: Oddaliśmy nasze życie dla tych ludzi, a jednak Lloyd i ja nie mieliśmy przywileju przyprowadzenia choćby jednego z nich do Jezusa Chrystusa. Byliśmy pionierami pomagającymi otworzyć drzwi, przez które inni mieli wchodzić. (Był to 1961 rok.) Te słowa okazały się prawdą - kolejne lata przyniosły innym misjonarzom długo wyczekiwane owoce. Trzy lata po ich wyjeździe przyjaciel przekazał im wiadomość: Powiedz Mamie i Tuan Van Stone, że zaczynamy wierzyć...

Po powrocie do Stanów, Doris i jej mąż wiele podróżowali, opowiadając w kościołach o swojej służbie misyjnej. Podjęli się też pełnoetatowej służby pastorskiej. Doris, ze względu na swoje zaangażowanie na rzecz odrzuconych i zapomnianych dzieci z całego świata, nazwana została ambasadorem sierot. Zachęcam do poznania jej poruszającej historii.

Jacques H. Teeuwen, Powołany do zwiastowania - historia Nabelan-Kabelan, Kościół Ewangelicznych Chrześcijan, Warszawa 1991

Czy to możliwe, aby młody Holender, który w czasie wojny szkolony w młodych bojówkach Hitlerjugend do walki z chrześcijanami (co ciekawe, szkolony był na południu Polski), mógł zostać gorącym chrześcijaninem i oddanym misjonarzem? U Boga nie ma rzeczy niemożliwych.
Zachęcam do zapoznania się z niezwykle burzliwą i zawiłą historią życia młodego Jacques’a Teeuwen’a.

Ja poznałam go już jako dorosłego człowieka, mającego za sobą wieloletni pobyt misyjny w Nowej Gwinei. Po zakończeniu tej służby, Jacques często przejeżdżał do Polski, odwiedzając polskie zbory i obozy młodzieżowe. Największym powodzeniem cieszyły się jego opowieści z misji, bogato ilustrowane slajdami. (To taki Power Point z zeszłego stulecia :-)) Dane mi było odwiedzić Jacques’a w Holandii. Z fascynacją oglądałam wtedy liczne pamiątki z pobytu jego rodziny na misji, a też ciekawe rozwiązania w gospodarstwie domowym, żywcem wzięte z życia w dżungli.
I jeszcze ciekawostka, ku samemu zaskoczeniu Jacques’a, jego pierwsza wizyta w Polsce została zaplanowana dokładnie w tym samym mieście, w którym szkolił się w Hitlerjugend. Boże drogi są niesamowite!

W roku 1961 (w tym samym roku Stone’owie opuścili Nową Gwineę), po ponad pięciu latach od otrzymania Bożego powołania  do służby na Nowej Gwinei, pokonując niezliczone ilości przeszkód, Jacques Teeuwen ze swoją rodziną dotarł na miejsce. Jak wspomina Jacques - naszym pilotem do Karabuga była urocza osóbka o imieniu Betty Greene. (Betty Greene - Służba na skrzydłach / Biuletyn nr 82)

Jacques również wspomina: Praca misyjna w sąsiednich dolinach trwała trochę dłużej niż w naszej okolicy. To poprzez plemieńców Dani nastąpił duchowy przełom. Zostali oni przewiezieni samolotem do Karabuga, aby przekonać swoich współplemieńców, że biali ludzie posiadają tajemnicę Nabelan Kabelan. Żyć wiecznie - takie było znaczenie tego pełnego czci wyrażenia.

Do 1974 roku Jacques, jego rodzina i inni współpracownicy mogli być świadkami tego, jak lud Dani przechodzi z ciemności do światłości. Doris Van Stone  miała rację - to oni pomogli otworzyć te drzwi.

Gorąco polecam tę książkę.

Don Richardson, Dziecko Pokojn, CHZ „Ars Polonia”, Warszawa 1988

Opowieści ze służby misyjnej w regionie Nowej Gwinei mają jedną wspólna cechę - mrożą krew w żyłach.
„Dziecko Pokoju” to niesamowita opowieść o służbie Dona Richardsona i jego żony Carol wśród dzikiego plemienia Sawi. Zawiera ona fragmenty mogące szokować kogoś, kto nie zetknął się dotychczas z opisami mrocznych rytuałów plemion ludożerczych. To nie są przygody Tomka Szklarskiego.

Dona Richardsona znamy jako autora książki „Wieczność w ich sercach” (Biuletyn nr 73). Don odkrył pewien klucz do docierania do prymitywnych plemion i narodów z Ewangelią. Ty kluczem są analogie zbawcze - Boże klucze do ludzkich kultur, umożliwiające prowadzenie owocnej i efektywnej działalności misyjnej.
Takim kluczem do życia ludu Dani było nabelan kabelan - głęboko w ich kulturze osadzona nadzieja na nieśmiertelność.
W kulturze Sawi było to dziecko pokoju. Użycie tego klucza, poprzez opowiedzenie im o Bożym Dziecku Pokoju, uwieńczyło zwycięstwem walkę misjonarzy o przeniknięcie z Ewangelią do samych korzeni jednej z najbardziej przesyconych przemocą kultur.

Don i Carol wraz z dziećmi spędzili w Nowej Gwinei 15 lat. Przybyli tam w 1962 roku.
Warto poznać fascynującą historię ich pracy misyjnej.

***

Warto też przypomnieć sobie książkę Neila Andersona i Hyaat’a Moore „W poszukiwaniu źródła - pierwszy kontakt ze Słowem Bożym”, prezentowaną w numerze 71 Biuletynu. Neil Anderson i jego rodzina spędzili na Papui Nowej Gwinei ponad dwadzieścia lat (od początku lat 70-tych).  

Mam również nadzieję, że kiedyś doczekamy się książki autorstwa Beaty Woźnej, naszej polskiej misjonarki, służącej współcześnie na wyspach Papui Nowej Gwinei.

***
Napisane na potrzeby Biuletynu "Idźcie".