niedziela, 6 grudnia 2015

Zapraszam serdecznie



Witam serdecznie już w adwentowym, świątecznym nastroju.
I w takim nastroju będzie przebiegało nasze spotkanie z cyklu “Kobieca Sobota”, ponieważ ARKA na Pradze jest już świątecznie przystrojona
Gościem naszego spotkania będzie Danuta Longić - psycholog i psychoonkolog, terapeuta.
Danuta pracuje z parami i rodzinami, ale także z osobami przewlekle chorymi i ich bliskimi.
Jest osobą niezwykle kontaktową, ciepłą i pełną poczucia humoru.
Zapraszam więc do ARKI w sobotę, 12 grudnia, o godz. 16.00.
Temat spotkania brzmi “Boży makijaż”. Wszystkie Panie proszone są o przyniesienie małych lusterek.

Pozdrawiam i do zobaczenia,
Wala Jarosz








Kącik dobrej książki

Anons
Kupię po korzystnej cenie
każdą ilość czasu bo
mój zapracowany czas
ma tak mało czasu dla siebie
kawa z przyjaciółmi
już dawno wystygła
plotki straciły datę ważności
na ulubionych książkach
wyleguje się kurz
a romantyczna kolacja z tobą
odwleka się w czasie
dlatego
kupię po korzystnej cenie
każdą ilość czasu...
(Ewa Sempławska)

Taką miałam nadzieję, że te recenzje staną się chociaż jedynym postem listopadowym. Nie udało się. Ostatnio cierpię na chroniczny brak czasu, połączony ze zmęczeniem i jakkolwiek powód jest najsłodszy z możliwych - codzienna opieka nad wnuczkiem - to efekty uboczne bywają czasem uciążliwe. Np. moja ograniczona możliwość czytania, czy w ogóle pisania. Nawet, jak urodzi mi się w głowie jakaś fajna myśl, jakiś dobry pomysł na tekst, to zanim zasiądę z nimi do komputera, już zapominam o tym, co to ja takiego chciałam napisać :-).

Ten dłuższy, wyjaśniający wstęp prowadzi do kolejnych wyjaśnień. Ponieważ nie mam teraz czasu na dłuższą lekturę - bez szkody dla czytanej książki, kiedy to zapominam, o czym już czytałam i muszę wracać do początku - zaczęłam się zadowalać takim rodzajem obcowania z literaturą, który nazwałam „chwilówką”. (To takie zapożyczenie z reklamy :-). „Chwilówka” polega na tym, że: 1.) Czytane przeze mnie książki zawierają krótkie, niepowiązane ze sobą rozdziały lub teksty. 2.) Poświęcam na ich czytanie 10-20 minut dziennie. I tym sposobem nazbierało mi się troszkę cennych tytułów.

„Znaki ufności”, Jan Twardowski, Wydawnictwo ZNAK, Dzięgielów 1997 r.

To piękny zbiór wierszy wybranych ks. Jana Twardowskiego, powstałych w latach 1946-1963. Co ciekawe, tomik ten otrzymałam od kogoś w darze i ku mojemu miłemu zaskoczeniu znalazłam w niej osobisty wpis autora, skierowany do prawowiernej właścicielki zbiorku.

W „Znakach ufności” porusza mnie prostota poezji Jana Twardowskiego, trafność jego obserwacji i doskonała znajomość drugiego człowieka - jego postaw, tych dobrych i złych. Cenię też sobie jego poczucie humoru i traktowanie spraw, czasem nawet bardzo poważnych, z przymrużeniem oka. Może właśnie dzięki temu stają się one bardziej przystępne, bardziej ludzkie.

I jakkolwiek, nie ze wszystkim mi po drodze z księdzem Janem, szczególnie jeśli chodzi o ‘teologiję świętą’, to urzeka mnie jego sposób widzenia Boga, Jezusa, Kościoła, drugiego człowieka  i siebie samego, jako jego sługi.

Ten wiersz mnie po prostu rozbroił:
Suplikacje
Boże, po stokroć święty, mocny i uśmiechnięty -
Iżeś stworzył papugę, zaskrońca, zebrę pręgowaną -
kazałeś żyć wiewiórce i hipopotamom -
teologów łaskoczesz chrabąszcza wąsami -
dzisiaj, gdy mi tak smutno, i duszno, i ciemno -
uśmiechnij się nade mną.  

Polecam…

„W pajęczynie snów”, Almanach Poezji, Kujawskie Stowarzyszenie Literatów we Włocławku, Włocławek 2009 r.

Jako młoda dziewczyna nie lubiłam poezji. Może przez to szkolne pytanie: „Co autor miał na myśli?”. Ale, na szczęście, to się zmieniło. Od pewnego czasu rozczytuję się głównie w poezji osób wierzących, związanych z kręgami, w których się obracam i w których buduję swoją wiarę. Poezję tą traktuję jako swego rodzaju współczesne Psalmy. Tym bardziej, że odnosi się ona do spraw tych codziennych, egzystencjalnych i tych boskich.

Kiedy jednak wpadł w moje ręce prezentowany tu tomik, jakby nie przystający do moich upodobań, nie zniechęciłam się i z przeczytałam go - z ogromną przyjemnością. Jeśli można to tak określić - pozostawił on w moim umyśle bardzo pozytywne odczucia estetyczne. Na ten almanach składa się 114 wierszy 23 autorów i tylko jeden autor absolutnie nie przypadł mi do gustu. I… ku mojemu miłemu zaskoczeniu, odkryłam, jak wielu autorów wyraża bardzo świadomie swoją wiarę w Boga i odczuwa Jego obecność i działanie w swoim życiu.

Kilka wierszy wykorzystałam w stosowny sposób w różnych sytuacjach. Okazały się naprawdę bardzo odpowiednie. Oddały to, czego ja nie potrafiłabym wyrazić.

Na zachętę - że warto czytać poezję:
Konfitury z poezji na zimę
Poezja
Słoneczne konfitury
Rozbłyskuje
Płomykami
Lata
 I słodzi
Małe
Tęsknoty
W zimowe
Wieczory
(Irena Górska-Nowicka)

„Prosiłem o cud”, Abraham Joshua Heschel - Antologia duchowej mądrości, Wydawnictwo W DRODZE, Poznań 2001 r.

Książkę tą dostałam kiedy miałam przysłowiowego ‘doła’. Zresztą, podarowała mi ją koleżanka, gdy szczerze otworzyłam przed nią swoje serce, dzieląc rozterkami, frustracjami, i przeróżnymi dylematami. W swoim liście napisała: „Kochana, posyłam Ci książeczkę, która jakiś czas temu kupiłam z myślą o Tobie… Stała mi się ona podporą w czasie dla mnie niezwykle trudnym i bolesnym…”

Duchowa mądrość Heschela towarzyszyła mi w ciszy poranka, w szumie przytłumionych rozmów w miejskim autobusie, w cierpliwym oczekiwaniu pod gabinetem lekarskim. Ciekawe, byłam jedyną osobą, która czytała książkę. Pozostałe serfowały po Necie.

Im więcej się w niej zagłębiałam, tym lepiej rozumiałam słowa przyjaciółki. Ja też odnajdowałam w niej szczególne ukojenie, uspokojenie, oderwanie od codzienności oraz blasków i cieni dnia powszedniego. Głębokie i cenne myśli na temat Boga, modlitwy, odpoczynku, religii, człowieka, Biblii i inne - pozwoliły mi spojrzeć na siebie i moją fizyczno-duchową rzeczywistość z innej perspektywy. Były dla mnie odkrywcze i wyjątkowo odświeżające. Głębokie, a zarazem tak proste, tak oczywiste, że chciałoby się powiedzieć: Czemu wcześniej tak nie pomyślałam.

Na przykład to: Wiara to rumieniec wywołany obecnością Boga.
Czy piękna myśl o modlitwie: Słowa nie mogą nam spadać z warg jak zeschłe jesienią liście. Musza wzbijać się w górę jak ptaki, prosto z serca ku szerokim przestrzeniom wieczności.
O szabacie (dniu odpoczynku): Sześć dni w tygodniu zmagamy się ze światem, czyniąc sobie ziemię poddaną; w szabat troszczymy się o ziarno wieczności posiane w naszych sercach.
O człowieku wygnanym z raju: Podjął się budowy raju własnymi siłami i wypędza właśnie z niego Boga.
Czy to: Najgłębsza mądrość, jaką może posiąść człowiek, to zrozumieć, że jego przeznaczeniem jest pomoc i służba.

I jeszcze dwa ostatnie cytaty. Bolesne, ale jakże prawdziwe. Tak widzi świat Abraham Heschel, a ja się z nim całkowicie zgadzam.
Współczesne dyktatury nie mogą być alibi dla naszego sumienia. Nie walczyliśmy - chociaż powinniśmy - o to, co prawe, sprawiedliwe i dobre. Z tego powodu musimy dzisiaj walczyć z tym, co złe i niesprawiedliwe. Nie składaliśmy ofiar na ołtarzu pokoju i dlatego złożyliśmy ofiary na ołtarzu wojny.  
Sumienie świata zostało uśmiercone przez tych, którzy mieli w zwyczaju obwiniać innych miast siebie. Nie zapomnijmy o tym. Czciliśmy instynkty, a nie ufaliśmy prorokom. Pracowaliśmy niestrudzenie nad udoskonaleniem silników samochodów i samolotów, a tymczasem nasze wnętrze stało się wysypiskiem śmieci. Śmialiśmy się z przesądów, aż utraciliśmy zdolność wiary. Pomogliśmy zagasić światło, które zapalili nasi ojcowie. Przehandlowaliśmy świętość za wygodę, wierność za sukces, miłość za władzę, mądrość za informację, tradycję za modę.

„Kazania strasburskie o czci dla życia”, Albert Schweitzer, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2014 r.

Z pośród wielu książek, jakie znajdowały się w moim rodzinnym domu, szczególnie zapamiętałam jedną. Była to biografia Alberta Schweitzera. Czytałam ją jako nastolatka. Zachwyciła mnie postać tego mężczyzny w sile wieku, z siwą, gęstą czupryną, w białej koszuli, pośród gromady małych murzyńskich dzieci. Nie pamiętam autora tej książki, która niestety zaginęła, ale pamiętam granatową płócienną okładkę i czarno-białe zdjęcia. Nawet teraz budzi we mnie ciepłe wspomnienia z beztroskich dziecięcych lat.

Kazania strasburskie dostałam od przyjaciółki. Nie gniewaj się, nie miałam dla Ciebie niczego innego… - powiedziała. Nie przypuszczała, że sprawi mi ogromną przyjemność tą, prawie że, broszurą, zawierającą jedynie dwa kazania.

Ciekawie czyta się kazania, które zostały wygłoszone w 1919 roku, jeszcze przed grozą II wojny światowej, Hiroszimą, wojna w Wietnamie, Afganistanie, na Bałkanach, w Syrii, przed atakami terrorystycznymi. Widząc ten kontrast w podejściu do życia, zdałam sobie sprawę, że to, co charakteryzuje dzisiejszy świat to dwie skrajne postawy: pycha życia i zupełny brak poszanowania, wartości życia drugiego człowieka. Żadna z nich nie ma nic wspólnego z czcią dla życia, z miłością bliźniego. Wszystko jest wynikiem egoizmu, skoncentrowania na sobie. Już mało kto przejmuje się nauczaniem Jezusa, a tym bardziej mało kogo obchodzą słowa Alberta Schweitzera: Nikt z nas nie żyje dla siebie samego. Obyśmy szli za tym słowem i nigdy nie pozostawali w spokoju, aż się w grób położymy. (Z kazania o kwestiach etycznych i czci dla życia - na podstawie Rzymian 14:7.)

Uff. Jeszcze mam dwie książki - „chwilówki” w zanadrzu, ale o nich innym razem.
Będą to również kazania: „Postylla kobiet” (praca zbiorowa) i wybór kazań ks. Waldemara Preissa, seniora. 







poniedziałek, 9 listopada 2015

Zaproszenie


Pewnie dziwi Was takie przyspieszenie, że - w dwutygodniowym odstępie - proponuję kolejne spotkanie z serii “Kobieca Sobota”.
Tak się składa, że to ja dopasowuję się do wolnego terminu zapraszanego gościa – nie odwrotnie :-).
Jest to jednak wyjątkowa sytuacja, ta tak krótka przerwa. Kolejne spotkanie odbędzie się dopiero 12 grudnia.
Bardzo gorąco zapraszam na spotkanie ze Stenią -artystką, malarką, kobietą Słowa.
Jej piękne inspiracje zawsze budują, konfrontują i zachęcają do zmiany.
Dlatego myślę, że temat “W poszukiwaniu pełni” też zabrzmi dla Was zachęcająco.
Ilustracją do wykładu Steni, jak zwykle, jest jeden z jej obrazów. Te z Was, które ją znają, zapewne rozpoznają jej postać na tym obrazie.
 
Pozdrawiam i mam nadzieję do zobaczenia,
Wala








poniedziałek, 19 października 2015

Kącik dobrej książki

Po krótkiej przerwie przyszła pora na kolejną porcję książek o misji. Tradycyjnie wybrałam trzy tytuły autorstwa Janet i Geoffa Benge, tym razem celowo skupiając się na jednym polu misyjnym - Chinach.
O rozwoju misji na tym trudnym terenie i o bohaterstwie pewnych trojga misjonarzy pisałam już wcześniej. Byli to:
Hudson Tylor – Do wnętrza Chin, „Idźcie” nr 78; KLIKNIJ
Eric Liddell – Wspanialsze niż złoto, „Idźcie” nr 76; KLIKNIJ
Gladys Aylward – Przygoda całego życia, „Idźcie” nr 70. KLIKNIJ
Teraz zachęcam do lektury poniższych książek. Całość pozwoli na pełniejsze poznanie przebiegu misji, a tym samym rozwoju chrześcijaństwa w Chinach, w okresie prawie 100 lat. Od momentu wypłynięcia Hudsona Tylora do Chin (1854 r.), po rok ich opuszczenia przez Isobel Kuhn (1954 r.).

Janet i Geoff Benge, Lottie Moon – Oddanie wszystkiego dla Chin, Wydawnictwo „Pojednanie”, Lublin 2010

Lottie westchnęła. Gdy była młodsza, gdy miała sześć, siedem i osiem lat, wierzyła we wszystko, co rodzice i pastor mówili jej o Bogu i Biblii, ale teraz, gdy miała dziesięć lat, większość z tych rzeczy przestała wydawać się jej sensowna… :-). Będąc troszkę starszą, powtarzała sobie, że najlepszym sposobem na zmarnowanie sobie życia jest zostanie misjonarzem.
Co zatem musiało się stać, aby ta sama osoba, w wieku 33 lat, znajdując się już w drodze do Chin, pisała: Czyż może istnieć większy zaszczyt dla chrześcijanki, jak pozwolenie na to, by chodziła od drzwi do drzwi i opowiadała o Zbawicielu tym, którzy nigdy nie słyszeli Jego imienia…?
Tej tajemnicy Wam nie zdradzę :-). Odkryjecie ją w książce.
Faktem niezaprzeczalnym jest to, że Lottie Moon siódmego października 1873 roku postawiła stopę na chińskiej ziemi. Przybyła do Chin, aby, jak napisała, dzielić się Ewangelią z tymi, którzy o niej nie słyszeli. Okazało się jednak, że nie było to dla niej takie łatwe. Zwłaszcza przez to nieustanne przyglądanie się jej, dotykanie i stawianie pytań dotyczących jej osobistego życia. Lubiła prywatność, Chińczycy jednak pojmowali ją inaczej. Lottie nie pozwoliła jednak, aby te zewnętrzne czynniki niszczyły jej oddanie misji. Podejmowała się ciągle to nowych wyzwań, a praca, choć powoli i z wieloma trudnościami, rozwijała się dobrze, do tego stopnia, że była pierwszą kobietą, która otrzymała pozwolenie na samodzielne założenie nowej stacji misyjnej.
Lottie Moon, poza kilkoma krótkimi pobytami w USA, spędziła na misji w Chinach 39 lat. Tam było jej serce. Dane jej było przeżyć przeróżne epidemie, Powstanie Bokserów, powstanie republiki, a pokonała ją klęska głodu. Lottie głodziła samą siebie, aby móc nakarmić innych.
Olbrzymią zasługą Lottie Moon było zwrócenie uwagi zarządom misji na sytuację życiową misjonarzy. Pisała ogromne ilości listów o ich życiu, o ich dzieciach pochowanych w chińskiej ziemi, o zagrażających chorobach, o stosowanej wobec nich przemocy i o stresie spowodowanym przez życie w całkowicie obcym środowisku. Jej nieustępliwa postawa spowodowała, że zarządy misji postanowiły więcej uwagi poświęcić wysyłanym przez siebie misjonarzom, a przede wszystkim dać im możliwość częstszych przyjazdów do kraju dla odpoczynku od pełnej poświęcenia służby. Można to nazwać sukcesem Lottie, okupionym jednak bardzo osobistą i bolesną stratą.

Lottie Moon żyła w latach 1840-1912.

Janet i Geoff Benge, Jonathan Goforth – Otwarte drzwi do Chin, Wydawnictwo „W Wyłomie”, Gorzów Wielkopolski 2003

Miał przed sobą cztery lata nauki w Kolegium Knox, ale był przekonany, że po ukończeniu nauki wyjedzie służyć do jakiegoś kraju. Jednego z tych, którym przyglądał się na mapie w szkole podstawowej.
Z czasem jego pragnienia zostały sprecyzowane - chciał zostać misjonarzem w Chinach.
W 1888 roku jego pragnienia stały się rzeczywistością. Płynął do Chin wraz ze swoją oddaną i gotową do poświeceń żoną, Rosalindą.
Ich służba w Chinach, do roku 1900, rozwijała się bardzo dynamicznie, chociaż sami zmagali się z wieloma osobistymi dramatami. Głównie były to atakujące ich choroby oraz śmierć kilkorga dzieci. Życie Goforth’ów było najbardziej zagrożone podczas Powstania Bokserów, z rąk których zginęło ponad dwieście pięćdziesiąt cudzoziemców (w tym wielu misjonarzy) oraz wielu chińskich chrześcijan.
Zamieszanie polityczne w Chinach nie przerwało oddanej służby Jonathana Gofortha. Wydawać by się mogło, że miał on talent do bardzo elastycznego podchodzenia do zachodzących zmian i wykorzystywania otwierających się możliwości, kiedy inne się kończyły. Taką była jego działalność w Mandżurii. 
Jonathan Goforth widział wszystkie otwierające się drzwi i przechodził przez nie. W wyniku tego stał się jednym z największych ewangelistów w Chinach. Efektem jego pracy było nawrócenie się wielu tysięcy Chińczyków.
Pomimo przybywających Goforth’om lat i pogarszającej się ich kondycji zdrowotnej oni wciąż pozostawali w służbie. Słowo ‘emerytura’ nie funkcjonowało w słowniku Jonathana. Nie zdecydował się na powrót do domu, nawet wtedy, gdy stracił wzrok. Dopiero ciężka choroba żony zmusiła go do tego. Ostatni rok swojego życia spędził na podróżowaniu po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, przemawiając w kościołach i mówiąc ciągle o tym samym: Drzwi są otwarte i potrzeba więcej ludzi, by zanieść Ewangelię na krańce ziemi. Wszystkich, którzy go słuchali pozostawiał z pytaniem: Dlaczego ty nie miałbyś pojechać? Pięćdziesiąt lat wcześniej sam na takie pytanie odpowiedział pozytywnie.

Jonathan Goforth żył w latach 1859-36.

Janet i Geoff Benge, Isobel Kuhn – Na dachu świata, Wydawnictwo „Pojednanie”, Lublin 2013

W jej rodzinnym domu często zatrzymywali się wracający z pola misyjnego lub wyruszający na nie misjonarze. Czternastoletnia Isobel zastanawiała się nad tym, co naprawdę motywuje ludzi do tego, by zostawiali swój dom i wiele innych rzeczy, aby wyjechać na drugi koniec świata, do życia pełnego trudów, niebezpieczeństw, niedostatków, a czasami nawet śmierci.
Na odpowiedź czekała kilka lat. W jej rezultacie, mając 24 lata, podczas studiów w Moody Bible Institute, każdego dnia wstawała o piątej trzydzieści, aby modlić się swoją służbę, jaką chciała pełnić w narodzie Lisu w Chinach. Pokonawszy szereg przeciwności, głównie związanych z rodziną, jako 27-latka, w październiku 1928 r., wypłynęła do Chin, gdzie czekali na nią - jej przyszły mąż John Kuhn i naród Lisu.
Po latach służby misyjnej przyszedł czas na podsumowanie. Rzeczywiście, wstrętne jedzenie, muchy, brud, męczące wędrówki górskimi ścieżkami, przewiewane wiatrem chaty, poród w odległości setek kilometrów od najbliższego lekarza i tak wiele innych rzeczy, które musiała znosić - wszystko to było tak trudnym dla niej przejściem do misyjnego życia. A jednak wytrwała na swoim miejscu. Możliwość przyczynienia się do rozwoju chrześcijaństwa w Chinach i zobaczenia na własne oczy, jak zmienia ono życie ludzi, powodowała, że warto było znosić wszystkie te trudności.
Misji Isobel i jej męża Johna nie zahamował wybuch II wojny światowej, Pomimo stałego zagrożenia ze strony Japończyków, wciąż pozostawali w Chinach, a ich działalność misyjna, skupiająca się głównie na prowadzeniu szkół biblijnych, przynosiła coraz większe owoce. Sytuacja zaczęła się zmieniać, kiedy do władzy zaczęli dochodzić komuniści. Misjonarze zaczęli doświadczać prześladowań, a niektórzy z nich stracili życie.
W związku z tym w życiu Kuhnów nastąpił nowy etap służby - w Tajlandii. Ku radości Isobel tam też mieszkał naród Lisu. I chociaż Lisu z Tajlandii mówili nieco innym dialektem niż ci w Chinach, wszyscy się doskonale rozumieli.
Całkowicie oddana misji Isobel, znalazła czas na napisanie kilku książek, które powstały w oparciu o prowadzone przez nią pamiętniki oraz kolekcję listów modlitewnych.
Jej piękną i owocną służbę przerwała nieuleczalna choroba.

Isobel Kuhn żyła w latach 1901-1957.

***

Napisane na zamówienie biuletynu „Idźcie”. 





piątek, 9 października 2015

O historii zjazdów Pokolenia Wiecznie Młodych

Wszystko zaczęło się dobrych naście lub dzieścia lat temu. Zawsze energiczne, pomysłowe , otwarte na ludzi i pamiętające stare przyjaźnie - Alina Lewczuk i Danuta Ryżyk - od czasu do czasu organizowały kameralne spotkania młodzieży z dawnych lat. Podobno to Alina wpadła na pomysł, aby grono tych przyjaciół, z odległych już czasów ZKE, nazwać Pokoleniem Wiecznie Młodych.


Z czasem formuła tylko warszawskich spotkań - organizowanych w salkach przy Puławskiej, w praskiej Arce, w mieszkaniu Lewczuków czy na tarasie Danusi - zrobiła się za wąska. Przyszedł czas, aby spotkać się w dogodnym miejscu w wymiarze ogólnopolskim. Oczywiście, wybór padł na Ostródę - jedno z wiodących w czasach ZKE miejsc spotkań młodzieży ewangelicznej z całej Polski. I tak, w dniach 28-31 sierpnia 2007 roku odbył się I Zjazd Pokolenia Wiecznie Młodych. Komitet organizacyjny tworzyli: Jurek Bajeński, Marysia i Kostek Jakoniukowie, Ala i Lonek Lewczukowei i Danuta Ryżyk. W zjeździe uczestniczyło ponad 50 osób.


Zaczęła się nowa, dobra tradycja. W liście przewodnim drugiego zjazdu, Danusia napisała: Niezwykłe było nasze ubiegłoroczne spotkanie w Ostródzie… Niepowtarzalny klimat. Starzy obozowi przyjaciele. Ci sami, ale nie tacy sami. Dojrzalsi, dostojniejsi, ale tak samo weseli, dowcipni i bliscy. Dostaliśmy wiele listów, maili i telefonów, że pomysł był wspaniały i chętnie byście go powtórzyli...  Dalej czytamy:  A więc, spotykamy się ponownie… Nie ma ograniczeń wiekowych, rasowych, „kościółkowych”. Wszystkich miłujących Pana i spragnionych społeczności z przyjaciółmi „z tamtych lat”, serdecznie zapraszamy!!!  … W programie: wspomnienia, piosenki z tamtych lat, świadectwa Bożej miłości, chwile wytchnienia w gronie dawnych i obecnych przyjaciół, kajaki, grille i niekończące się rozmowy… II Zjazd Pokolenia Wiecznie Młodych odbył się w dniach 25-27 sierpnia 2008 roku.

Kolejny zjazd przyniósł ze sobą pewne zmiany. Mianowice pojawił się temat przewodni spotkania. I chociaż w dwóch poprzednich edycjach nie brakowało nauki ze Słowa Bożego, ponieważ gościliśmy różnych kaznodziejów, to tym razem zaproszeni goście przygotowali się z usługą na konkretny temat. Brzmiał on „Zagrożenia współczesnego chrześcijaństwa ewangelicznego”. Wysłuchaliśmy wielu bardzo ciekawych wykładów, wciąż mam zachowane obszerne notatki.  III Zjazd PWM odbył się w dniach 14-17 maja 2009 roku.

Warto powiedzieć, że chociaż doroczne zjazdy PWM w Ostródzie na dobre  wpisały się w nasze terminarze, to tradycja warszawskich spotkań nie zanikła. Z tą różnicą, że określenie ‘warszawskie’ jest już właściwie mało adekwatne, ponieważ na nasze spotkania dojeżdżają osoby z Lublina, Łodzi, Wrocławia, Piasku, Biskupca. Odbywają się one zawsze jesienią. Od kilku lat stałym miejscem spotkań jest „Arka” - warszawski  ośrodek Ewangelicznej Fundacji Przyjaciół Rodziny. Z czego my, Wala i Paweł - jako gospodarze, bardzo się cieszymy.

IV Zjazd PWM odbył się w dniach 10-13 czerwca 2010 roku. Niewiele mogę o nim napisać, ponieważ nas tam nie było. Mój mąż dochodził do zdrowia - po przebytym 6 tygodni wcześniej udarze. Bardzo brakowało nam tego wyjazdu do Ostródy. Naszą tęsknotę za tą szczególną społecznością wierzących wynagradzała świadomość, że oni wszyscy tam o nas pamiętają, a szczególnie o Pawle. Teraz, kiedy przeglądam kronikę PWM, nie mam w niej listu przewodniego na rok 2010, nie znam więc tematu zjazdu, ale jest zdjęcie grupowe, podpisy uczestników i fajny wierszyk:
Z Wrocławia, Łodzi, Olsztyna czy Leśnej Podkowy
Do Ostródy jechać  byłeś gotowy
By czcić Jezusa
Co wiecznie żywy
Sprawia, że jesteś szczęśliwy…
Jest też inny cenny wpis: Nie zmienił się mój problem, ale zmieniło się moje podejście do niego. To pewnie wynik przemyśleń nad głoszonym w Ostródzie Słowem Bożym. To miejsce widziało wiele takich cudów…

Zjazd podwójnie jubileuszowy. V Zjazd PWM odbył się w dniach 15-19 czerwca 2011 roku i połączony był z 40-leciem istnienia ośrodka w Ostródzie.  Oj, gości, wspomnień i wzruszeń było wiele.  Było za co dziękować Bogu. Jak to pięknie podsumował pastor Zbigniew Chojnacki (z Ostródy): Ośrodek ten w ciągu tych czterdziestu lat zapisał się w sercach setek, a nawet tysięcy osób jako miejsce odnalezienia swojej drogi do Pana i nowy cel w życiu. Niektóre osoby dzisiaj są pastorami i usługują w różnych ewangelicznych kościołach. Wiele osób poznało się na ośrodku podczas obozów i zdecydowało się na wspólną drogę życia w małżeństwie. Dzisiaj ich dzieci przyjeżdżają tu na chrześcijańskie obozy.  Wnuki i prawnuki też tu chętnie przyjeżdżają i przyjeżdżać będą, bo Ostróda z każdym rokiem jest coraz piękniejsza i wygodniejsza. Dla nas jednak wspomnienie spania w starej stodole, na piętrowych łóżkach i materacach wypchanych słomą zawsze pozostanie bezcenne. (Brak zdjęcia.)

VI Zjazd PWM , 27 maja -1 czerwca 2012 roku. Czas upływał nam pod hasłem „Księga Zachariasza” w wykładzie Henryka Turkanika. Oczywiście, inni obecni  Bracia również mieli szansę usłużyć  Słowem. Modlitwa poranna i wieczorna społeczność, to był czas dla nich. W tym roku był też z nami i usługiwał nam brat Jan Tołwiński. 

Po tym zjeździe postanowiliśmy stworzyć na Facebooku grupę „Pokolenie Wiecznie Młodych”. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. W chwili obecnej grupa liczy już ponad 440 osób i nie gromadzimy już tylko osób mieszkających w Polsce. Dzięki Facebookowi udało nam się dotrzeć do starych przyjaciół, których losy rzuciły w przeróżne zakątki tego świata. Dzięki zamieszczanym archiwalnym zdjęciom i wpisywanym pod nimi komentarzom strona żyje bardzo dynamicznie. Dostarcza nam wielu wzruszeń, daje też wiele powodów do śmiechu. Pokolenie Wiecznie Młodych to „firma” :-) - i pomyśleć, że wszystko zaczęło się od nieregularnych spotkań w małym gronie.

Rok 2013 przynosi pewne zmiany. Ja i Paweł przejmujemy od Jurka Bajeńskiego i Danusi Ryżyk ‘pałeczkę’ organizatora zjazdów PWM. Paweł, rzeczywiście przywiózł do domu plastikową pałkę bejsbolową :-). Podarowana mu  ona została oficjalnie, a mi wirtualnie, a raczej telefonicznie - w rozmowie z Jurkiem, Danusią i wszystkimi uczestnikami zjazdu. To było bardzo miłe. Wyjaśniam, że z powodu radosnego wydarzenia w naszej rodzinie, narodzin wnuka, nie mogłam uczestniczyć w VII Zjeździe PWM (29 maja - 2 czerwca). Ale w przygotowaniach uczestniczyłam aktywnie. W 2013 postanowiliśmy poprosić usługujących gości o przygotowanie wykładów na temat przekazu międzypokoleniowego. Wszyscy staraliśmy się odpowiedzieć sobie na pytania: Jakie trwałe wartości mamy do przekazania młodemu pokoleniu? Czy jest coś, czego doświadczaliśmy, a czego oni dziś, z powodu zmieniającej się kultury, nie doświadczają? Co możemy pozostawić im w spadku? Itp. Temat był trafiony i wyczerpująco zaprezentowany, chociaż nikt nie czuł się wyczerpany. Ach ten język polski  :-).

Ostróda 2014, VIII Zjazd PWM, 28 maja - 01 czerwca.  Tego zjazdu nie zapomnimy przynajmniej z jednego powodu - z koncertu Janusza Bigdy. A tak poważnie, ten zjazd, jak każdy inny, był niepowtarzalny i wspaniały. Zaproponowany temat wykładów chwycił. Brzmiał on „Powinności ojców i matek”. Chodziło tu głównie o relację my-nasze dzieci, o obowiązek przekazania im „naszej wiary” tak, by stała się „ich wiarą”. Wzruszające były te opowieści o naszych wierzących matkach, ojcach i dziadkach, połączone ze świadectwami nawróceń synów i córek - tych dobrych i tych marnotrawnych.

Chyba warto, w tej wyliczance, wspomnieć, że 19 lipca 2014 roku odbyło się w Arce wyjątkowe spotkanie PWM. Poza wszelkim grafikiem :-).  Do Polski przyjechał Jurek Ratz z żoną i jednym z synów. Mimo ‘sezonu ogórkowego’ całkiem spora gromadka przyjaciół Jurka i Ani dotarła na spotkanie. Przyjechały nawet siostry Kozłowskie z Wrocławia i Staś Zakrzewski z Opola. Jesteście wielcy! Jak zwykle było szalenie sympatycznie i bardzo pysznie. Nikt nie odmawiał sobie sałatek ani ciast, a szczególnie wypieku Róży Ratz.

I tak doszliśmy do IX Zjazdu PWM. Odbył się on w dniach 27-31 maja 2015 roku. To był pierwszy zjazd bez Jurka Bajeńskiego. Od roku towarzyszył on nieprzerwanie swojej żonie Verze, zmagającej się z nieuleczalną chorobą. Bardzo nam brakowało tej atmosfery, którą tylko Jurek mógł stworzyć  swoimi zagajeniami , swoim śpiewem.  Ten zjazd poświęciliśmy tematowi : „Boże powołanie do służby”.  I tym razem też się nie zawiedliśmy. Podejście do tematu przez osoby usługujące, było prawdziwą ucztą duchową. A głos zabierali mężczyźni i kobiety. Poruszane były różne aspekty powołania  - powołanie Boże, wierność Bożemu powołaniu, wierność Bożego powołania, odpowiedzialność w służbie, zranienia w służbie… Gościliśmy też prawdziwych misjonarzy - Agnieszkę i Michała Domagałów, którzy opowiadali nam o swojej pracy misyjnej  na Syberii. To był wspaniały czas. Ktoś, w modlitwie, cytując Psalm 69:10 Obfity deszcz zesłałeś, Boże… powiedział: To był czas odświeżenia. Orzeźwiłeś nas, Boże, tym deszczem…

I czym mi pozostaje zakończyć? Jeżeli Pan zechce, będziemy żyli to w dniach 25-29 maja 2016 roku odbędzie się jubileuszowy X Zjazd Pokolenia Wiecznie Młodych (Jakub 4:13-15). Oczywiście, w Ostródzie. Dla miłośników Ostródy mam dobrą wiadomość, że z ośrodka będzie już można korzystać od 23 maja. Jeśli ktoś z Was nigdy jeszcze nie uczestniczył w zjazdach PWM, to mam nadzieję, że poczuł się zachęcony. Wierzę, że stałych bywalców zachęcać nie muszę. Dalsze informacje podane zostaną w późniejszym terminie. Zainteresowanych zapraszam do kontaktu przez Facebooka, mailowo lub telefonicznie.

A póki co - zapraszam na warszawskie spotkanie PWM, w sobotę, 7 listopada.








poniedziałek, 5 października 2015

Spotkanie z człowiekiem legendą

Z archiwum dwutygodnika Ursynowskiej Społeczności Ewangelicznej „Niedziela w USE”:

W dniach 24-26 października 2003 r. odbywała się w Warszawie, organizowana przez Chrześcijańskie Stowarzyszenie Akademickie, konferencja dla studentów, o stanowiącym pewne wyzwanie temacie: „Solą ziemi i światłością świata”. Więcej, na temat samej konferencji, przeczytacie w następnej gazetce. Ja, natomiast, chciałabym bliżej przedstawić wam sylwetkę Georga Verwera, głównego mówcy tej konferencji oraz podzielić się kilkoma myślami z jego wykładów, które zapadły mi głęboko do serca.

George Verwer jest założycielem ogólnoświatowej organizacji misyjnej Operation Mobilisation. Misja ta wśród głównych celów swojej działalności umieszcza: szkolenie przywódców chrześcijańskich w dziedzinie ewangelizacji, chrześcijańskiego uczniostwa i pomocy w zakładaniu lokalnych zborów.

George, to jedna z najwybitniejszych postaci współczesnego nurtu ewangelicznego. Jest dynamicznym, uznanym na całym świecie mówcą, który swoją pasją zaraża słuchaczy do aktywnego chrześcijaństwa oraz rozbudza zapał do głoszenia Ewangelii całemu światu. Jego myśl przewodnia brzmi: „Stale uczyć się modlitwy, miłowania Boga, wspólnoty z Nim, i nieustannie Go poznawać...”.

Wysłuchałam dwóch, zresztą bardzo spontanicznych, wykładów Georga i udało mi się połączyć je w jedną całość trzema punktami:
1.  Żniwo jest wielkie, ale robotników jest mało. (Ew. Mat. 9:35-38).
2.  Bóg stawia przed nami wyzwanie: Kogo poślę? Odpowiedź powinna brzmieć: Oto jestem, poślij mnie. (Izajasz 6:1-8).
3.  Naszym zadaniem jest wytrwać do końca. (Hebr. 12:1-6).

Ad. 1. W zasadzie świadomość tego,  że żniwo jest wielkie, a robotników mało, miałam. Informacje statystyczne na ten temat pojawiały się od czasu do czasu w naszej gazetce. Ale tak naprawdę, ta smutna prawda dotarła do mnie w chwili, kiedy patrzyłam na Georga, modlącego się ze swoją wielką piłką (globusem), uniesioną w górze i pokazującego nam miejsca na ziemi, gdzie nie dotarła jeszcze Ewangelia, gdzie nie ma Kościoła, gdzie chrześcijan można policzyć na palcach jednej ręki, albo w ogóle nie można stwierdzić ich obecności, gdyż pozostają w ukryciu z powodu prześladowań.
Znamienne, w kontekście tej bolesnej rzeczywistości, były słowa Georga, który powiedział: Nie jesteś tu przypadkiem. Bóg to dla ciebie przygotował. On to zorganizował. Niektórzy z was, tu obecni, będą odpowiedzią na modlitwę: „Proście więc Pana żniwa, aby wyprawił robotników na żniwo swoje” (w. 38).

 Ad. 2. „Oto jestem, poślij mnie!” Taka prosta modlitwa. Nie dla misjonarzy! Dla każdego! Pole misyjne jest wokół każdego z nas! „O jak piękne są na górach nogi tego, który zwiastuje radosną wieść, który ogłasza pokój, który zwiastuje dobro, który ogłasza zbawienie, który mówi...: Twój Bóg jest królem.” Izajasz 52:7.  (Inne fragmenty: Rzym. 10:15, Ew. Jana r. 17.) 
Jesteś Bogu potrzebny. On pragnie twojego 100% oddania. On pragnie usłyszeć od ciebie: „Panie, jestem do Twojej dyspozycji.”

Ad. 3. „Przeto i my, mając około siebie tak wielki obłok świadków, złożywszy z siebie wszelki ciężar i grzech, który nas usidla, biegnijmy wytrwale w wyścigu, który jest przed nami.” Hebr. 12:1
Zadanie dla ciebie - ZOSTAŃ MARATOŃCZYKIEM!!!
Jesteś w wyścigu czy na widowni? Jeśli jesteś w biegu, to:
1. Będziesz człowiekiem modlitwy.
    2. Będziesz osobą zdyscyplinowaną.
    3. Będziesz podekscytowany tym, co robisz.
    4. Będziesz wielbić Pana codziennie.
    5. Będziesz miał społeczność z innymi.
    6. Będziesz czytać Słowo Boże, aby poznać Bożą wizję.
Przyjdzie czasem zniechęcenie, rozczarowanie, a nawet upadek i grzech. Ale, nie opuszczaj biegu! Pamiętaj, biegniesz dzięki Bożej mocy i łasce. Wartościowy czas z Bogiem podtrzyma ciebie w biegu. Pielęgnuj swoją pierwszą miłość. Nie oddalaj się od Boga! Nie ziębnij!

***

Wróciłam do tego starego tekstu z prostego powodu - George Verwer znowu będzie w Polsce, jako gość konferencji ZOOM, w dniach 16-18 października 2015 r., w Warszawie.
Więcej informacji na KLIKNIJ.
Zachęcam do udziału.







wtorek, 29 września 2015

Pewnej sierpniowej niedzieli

Niedziela, 16.08.2015 r., leniwe przedpołudnie w domu rodzinnym w Jeżowie Sudeckim. Wstałam po pierwszej chłodnej, rześkiej nocy tego upalnego lata. W oddali słyszę warkot samolotu. To pewnie lata ktoś z Aeroklubu Jeleniogórskiego. Jak znam życie, wkrótce pojawi się nad naszym domem. „Gdyby to był śp. Rysiek Szpieć, to pomachałby mi skrzydłami :-)” - pomyślałam, wspominając dobrego znajomego.

Przyjechałam do Jeżowa na 88 urodziny mojej mamy. Goście wyjechali wczoraj, a ja zostałam sama, zanurzając się w lekturze książki „Lotnictwo Kotliny Jeleniogórskiej” - autorstwa Tadeusza Kaczmarka i Stanisława Błasiaka. Po wnikliwym kartkowaniu (książka jest dosyć gruba - nie zdążę przed wyjazdem przeczytać całości), odkrywam, że książka ta z każdą stroną nabiera dla mnie szczególnego znaczenia.  Przede wszystkim, uświadamiam sobie, że są to moje ostatnie takie chwile w moim rodzinnym domu, który za jakiś czas będzie miał nowego właściciela. Całe moje dzieciństwo i wczesna młodość związane były z tym miejscem, z Sudetami, z Kotliną Jeleniogórską, a tym samym z jej lotniczą specyfiką i historią. Dane mi przecież było mieszkać w domu Edmunda Schneidera, który w roku 1928 założył we wsi Grunau (obecnie Jeżów Sudecki) fabrykę szybowców.
 
W fabryce tej, po wojnie, mój tato podjął pracę. Wpierw jako komendant ochrony, potem planista, następnie jako kierownik Zakładów Szybowcowych (w latach 1958-1963), a od roku 1974 jako kierownik nowopowstałego działu remontowego szybowców na tzw. Górze Szybowcowej. Tam czuł się najlepiej, pracując przy szybowcach aż do swojej emerytury (wczesne lata 80-te). Pamiętam, kiedy w 1983 roku na Górze Szybowcowej spłonął największy hangar ze znajdującymi się w nim  szybowcami, pomieszczenia warsztatowe i administracyjne oraz wieża widokowa, mój tato postanowił już nigdy tego miejsca nie oglądać. Udało mi się go jednak do tego przekonać, kiedy kilka lat później teren pogorzeliska uporządkowano i Góra Szybowcowa znowu zaczęła tętnić życiem.

Wracam do książki. Jej autorami są piloci Aeroklubu Jeleniogórskiego. Nie są historykami, ale pasjonatami lotnictwa i szybownictwa. Z treści książki wynika, że ich największym pragnieniem jest, aby bogata historia Jeżowa Sudeckiego i okolic, jako mekki polskiego szybownictwa, nie została zapomniana wraz z odejściem tych, którzy tę historię tworzyli.

Autorzy zadbali też o to, aby w książce znalazły się informacje historyczne na temat całego regionu i, te dla mnie najciekawsze, na temat Jeżowa Sudeckiego. Przeszłość i teraźniejszość przeplatała się w ich opowieściach o tym urokliwym zakątku Polski. „Kalendarz skrzydłami pisany” sięga aż roku 1785, kiedy to nad Jelenią Górą przeleciał pierwszy balon. Kończy się zaś na 31 grudnia 2014 r. Jedną trzecią tejże książki zajmują właśnie te dane historyczne, dotyczące historii lotnictwa, szybownictwa, spadochroniarstwa, modelarstwa - z czasów przedwojennych (niemieckich) i powojennych (polskich). Współcześnie dochodzi jeszcze historia lotniarstwa. Część ta jest bogato ilustrowana archiwalnymi zdjęciami z zasobów wymienianych w książce bohaterów - twórców historii lotnictwa jeleniogórskiego.

Jedno ze zdjęć na długo przykuwa moją uwagę. To zdjęcie mojego domu. Przypuszczam, że zrobione jest w latach przedwojennych. Dom został zbudowany w 1935 r. Nigdy nie widziałam swojego domu w takiej odsłonie. Nawet na bardzo starych zdjęciach rodzinnych otoczenie domu prezentuje się inaczej. Jest więcej drzew i krzewów, a górka jest porośnięta iglakami. Niesamowita pamiątka. Przy okazji dowiaduję się, że Góra Kwoka, na której stoi mój dom, nazywała się kiedyś Górą Kukułki. Obie nazwy uważam za trafione. Kukułka zawsze nam śpiewała, a raczej kukała, koło domu. A Kwoka, kiedy nie była jeszcze zarośnięta krzewami, wyglądała jak kokosz wysiadująca jaja.

Pozostałe 2/3 książki to noty biograficzne twórców lotnictwa i szybownictwa na terenie Kotliny Jeleniogórskiej w latach 1921-2014. Nie brakuje tu wielu niemieckich nazwisk, a pośród nich to kluczowe - Edmund Schnaider, to jemu zawdzięczała swoje istnienie Szkoła Szybowcowa i Zakłady Szybowcowe (powstały w 1928 r.). Wśród wielu, wielu nazwisk wymieniony jest też mój tato - Julian Mentel. (Przyznaję, z pisownią mojego rodowego nazwiska zawsze były problemy :-). W metryce mam Mętel…)

Interesujący jest klucz doboru nazwisk. Jak piszą autorzy: „w wyborze tym kierowaliśmy się słowami Stanisława Latwisa: Pilot, inżynier, tapicer, blacharz - w stolicy czy na cichym szybowisku jest lotnikiem; każdy, kto choć o milimetr pcha naprzód lotnictwo, jest lotnikiem. Wszystko jedno też, czy będziemy głośni, czy tylko codzienną mrówczą pracą pchamy lotnictwo naprzód.” Rozpoznaję znane mi nazwiska. Na załączonych zdjęciach rozpoznaję twarze.  Chciałoby się jeszcze więcej osób dopisać, których nazwisk tu nie ma, ale autorzy  wyjaśniają: Nie wszyscy byli zainteresowani byśmy o nich pisali. Mówimy więc tylko o tych, którzy byli nam znani, których życiorysy uzyskaliśmy od ich rodzin, przyjaciół lub z opracowań historycznych.

Chwila przerwy od lektury. Wyjęłam ze starej komody szufladę i ponownie przejrzałam, znajdujące się w niej czarno-białe fotografie. Szczególnie skupiłam się na tych, które związane były z pracą taty. Były to zdjęcia z zakładów, z tzw. szybowiska; zdjęcia kolegów taty; zdjęcia z różnych imprez ‘zakładowych’: potańcówki, ‘choinki zakładowe’, wycieczki. Fajne czasy… . Myślę, że wpływ na to wszystko miała specyfika tego miejsca. To nie była zwykła fabryka, to była praca połączona z pasją.

W moim domu też mam kilka pamiątek związanych z pracą taty w Zakładach Szybowcowych. Garść zdjęć, jakiś jubileuszowy dyplom uznania, kilka medali za zasługi. Jednak najważniejszą pamiątką jest drewniany model szybowca „Bocian”, własnoręcznie wykonany przez mojego tatę. Z tego, co wiem wykonał ich więcej - różne i w różnej skali.

Nastrojona wspomnieniowo powoli zbieram się do wyjazdu do Warszawy. Szkoda, że nie mogę zostać choć jeden dzień dłużej. Postanawiam sobie, że następnym razem odbędę małą podróż sentymentalną po okolicy. Spojrzę na Zakłady, pojadę na Górę Szybowcową, a w Szkole Szybowcowej zajrzę do Izby Lotniczej Pamięci. Może uda mi się kupić płytę z multimedialną prezentacją 100-letnich dziejów szybownictwa w Jeżowie Sudeckim. Tak zrobię. Na pewno…
Zbliża się już wieczór, a ja wciąż słyszę warkot  silnika samolotu, który od czasu do czasu przelatuje nad naszym domem. Tylko ten pilot skrzydłami nie macha :-(.

***
Opis archiwalnych zdjęć:
1. Przed budynkiem Zakładów Szybowcowych - mój tato pierwszy z lewej. 
2. Mój dom - już w latach 50-tych.
3. Zabudowania Góry Szybowcowej.
4. Kasyno Lotnicze w Jeżowie Sudeckim - tu odbywały się zakładowe zabawy, później mieściła się szkoła. 
5. Piknik na czubku Kwoki. Poniżej widać budynki Szkoły Szybowcowej. W oddali samotny kościólek i Pogórze Kaczawskie. 








wtorek, 22 września 2015

Kobieca Sobota

Zapraszam serdecznie na pierwsze w sezonie 2015/2016 spotkanie z cyklu “Kobieca Sobota”. 
Szczegóły spotkania na ulotce. 
Zaznaczę, że tym razem wyjątkowo sama sobie udzieliłam głosu Emotikon smile.
Wierzę, że tematy, które przygotowałam, na podstawie trudnych doświadczeń biblijnego Józefa, spodobają się Kobietom.
Mam też dodatkową informację, że przewiduję w tym roku zaprosić mówczynie, które będą po raz pierwszy gościć w Arce.
Już mam umówione cztery wyjątkowe kobiety. Więcej szczegółów teraz nie zdradzę, oprócz tego, że posłuchać je będzie można w grudniu, styczniu, lutym i kwietniu.
Gorąco zachęcam,











Noblista w każdej dziedzinie

Niedawno obiegła świat informacja o chorobie nowotworowej jednego z byłych prezydentów USA - Jimmy Cartera. W wystąpieniu telewizyjnym, Jimmy Carter, odwołując się do swojej wiary powiedział:  „Miałem wspaniałe życie. Jestem gotowy na wszystko i wychodzę naprzeciw nowej przygodzie. Wszystko jest w rękach Boga, którego wielbię”. Postawa prawdziwie godna nagrody Nobla w dziedzinie niezachwianej wiary - gdyby taka nagroda była przyznawana.
(Więcej KLIKNIJ)

Kiedy oglądałam, w naszych „Wiadomościach”, tę krótką relację z konferencji prasowej z Jimmy Carterem, przypomniałam sobie, że kilkanaście lat temu z podobnym przejęciem przyjęłam inną informację, dotyczącą tego prezydenta. Mianowicie brzmiała ona, że w  Oslo, w Norwegii, 11 października 2002 r. „Norweski Komitet Nagrody Nobla zdecydował o przyznaniu Pokojowej Nagrody Nobla na rok 2002 Jimmy Carterowi za dziesiątki lat jego wysiłków w poszukiwaniu pokojowych rozwiązań w konfliktach międzynarodowych, w popieraniu demokracji i praw człowieka oraz promowaniu ekonomicznego i socjalnego rozwoju społeczeństw.”

Potem przeczytałam, że inny były prezydent, Bill Clinton, powiedział: „Nie jestem w stanie pomyśleć o kimkolwiek innym, kto by bardziej zasługiwał na tę nagrodę, niż właśnie Jimmy Carter. On wciąż inspiruje ludzi - młodych i starych, wszędzie - przez swoje pełne wigoru poszukiwanie pokoju, sprawiedliwości i lepszej jakości życia dla wszystkich mieszkańców ziemi.”
I rzeczywiście, Jimmy Carter, pokonał 156 kandydatów (117 kandydatów indywidualnych i 39 grupowych).

W niewielkim artykuliku, który wtedy powstał, pisałam dalej:

Demokratyczny prezydent USA, w latach 1977 do 1981, otrzymał nagrodę za pełną wysiłku działalność (już jako ex-prezydent), przynoszącą pokój na ziemi ‘od Haiti aż po Północną Koreę’. Powołując do życia, w 1982 roku, „Carter Center” zaangażował się on całkowicie w charytatywną, niedochodową działalność. Każdego roku (od 1984), Carter kieruje jednostkami organizacji „Habitat for Humanity”, budującymi domy dla biednych rodzin na całym świecie. Działa też na wielu frontach walki w zwalczaniu tropikalnych chorób oraz pomagając we wzroście gospodarczym w krajach rozwijających się. „Carter Center” przedsięwzięło wiele działań  w celu zapobiegania i zahamowania wielu konfliktów w różnych krajach i na wielu kontynentach.

Odbierając nagrodę, Jimmy Carter powiedział, że zmotywuje go ona i popchnie do jeszcze większych działań na rzecz krzewienia pokoju i praw człowieka na całym świecie. Carter w szczególny sposób podziękował swojej żonie Rosalynn mówiąc, że była ona częścią tego wszystkiego, co udało mu się w życiu dokonać.

Jimmy Carter przyszedł na świat 1 października 1924 roku, w Georgii. Pochodził z biednej rodziny. Jego ojciec, rolnik, zajmował się uprawą orzeszków ziemnych. Matka pracowała jako pielęgniarka w lokalnym szpitalu. Jimmy, który uczył się dobrze, w 1946 roku ukończył Akademię Marynarki Wojennej, jako specjalista w dziedzinie broni nuklearnej. W tym samym roku ożenił się z Rosalynn.
Jimmy Carter wychował się w domu chrześcijan baptystów. W 1935 roku, jako jedenastolatek, po publicznym wyznaniu Jezusa swoim Zbawicielem, został ochrzczony. I od tego czasu wiernie uczestniczył w życiu Plains Baptist Church w Georgii. Jako dojrzały chrześcijanin był nauczycielem Słowa w Szkole Niedzielnej (dla dorosłych). Jego przyjaciółka, Clarence Dodson powiedziała o nim: „Jimmy jest wspaniałym studentem i nauczycielem Słowa.” Przez pewien okres swojego życia, Carter, był czynnie zaangażowany w działalność misyjną wśród ludności hiszpańskojęzycznej.

A jednak nie w tym kierunku poszła dalsza ‘kariera’ Cartera. Coraz bardziej skłaniał się on ku polityce. „Jimmy Carter - człowiek wiary i polityki.” Tak widzieli go autorzy książki pod tytułem „The miracle of Jimmy Carter” (Fenomen Jimmiego Cartera - przek. red.) W roku 1971 Carter został gubernatorem Georgii. Dobrym gubernatorem... Kiedyś powiedział swojej żonie: „Więcej czasu spędziłem na kolanach przed Bogiem, będąc gubernatorem Georgii, niż w całym moim dotychczasowym życiu...”

Potem przyszedł kolejny etap w jego życiu - ‘walka o stołek prezydencki’. Carter powiedział: „Nigdy nie modliłem się o to, by zostać prezydentem. Modliłem się natomiast, abym czynił to, co właściwe i aby Bóg był moim przewodnikiem w tym nowym doświadczeniu. I przez całą moją kampanię prezydencką nie miałem cienia wątpliwości, że to jest to, co Bóg chciałby, abym robił.”

Po zwycięstwie, w 1976 roku, jako 39 prezydent i jako nowonarodzony chrześcijanin, Carter powiedział Amerykanom: „Oto, przed wami człowiek, który wie, co to jest bieda. Wie, co to znaczy pracować własnymi rękami. Wie, co to znaczy upadać i przegrywać. Wie też, co to znaczy odnieść sukces w życiu osobistym, w biznesie i w polityce. A poza tym wszystkim, wie najlepiej, jak należy wykonywać to, czego się od niego oczekuje. [...]” Zacytował również fragment z Micheasza 6:8 „Oznajmiono ci człowiecze, co jest dobre i czego żąda Pan od ciebie: tylko, abyś wypełniał prawo, okazywał miłość bratnią i w pokorze obcował ze swoim Bogiem.” 

Jimmy Carter - mąż wiary. Pierwszy nominowany prezydent w historii Stanów Zjednoczonych, który otwarcie wyznał swoim wyborcom, że Jezus Chrystus zajmuje pierwsze miejsce w jego życiu. „Moja religia jest dla mnie czymś tak naturalnym, jak oddychanie” - powiedział.

Podstawowym źródłem wiary Cartera jest Biblia, którą czyta regularnie i dużo, w poszukiwaniu inspiracji i przewodnictwa. Carter jest ‘pożeraczem’ książek. Czyta do kilku książek tygodniowo. Wiele czasu spędza studiując dzieła wielkich teologów. Hasłem jego kampanii wyborczej był cytat z Reinholda Niebuhra: „Smutnym obowiązkiem polityki jest ustanowienie sprawiedliwości w tym grzesznym świecie.”

Udzielając wywiadu jednemu z dziennikarzy, odnośnie kampanii prezydenckiej,  Jimmy Carter powiedział: „ ...to, co głównie czułem, to swoją całkowitą zależność od Ducha Świętego...[...]”
Oto, jak później skomentował to ten dziennikarz: „Przeprowadzałem wywiady z prezydentami i kandydatami na prezydentów - ze zwycięzcami i przegranymi - od dni Franklina D. Roosevelta; przez okres trzydziestu sześciu lat, ale nigdy żaden z nich tak otwarcie i szczerze nie obnażał swoich najgłębszych duchowych doświadczeń. Nigdy wcześniej nie słyszałem prezydenta czy kandydata na ten urząd, mówiącego o działaniu Ducha Świętego w jego życiu...”

Wydaje się więc zupełnie jasne, że cud polityczny Jimmy Cartera nie polegał na łucie szczęścia. Jest tylko jedna odpowiedź na tak często stawiane pytanie: „Kim jest ten Jimmy Carter?” Odpowiedź brzmi: „Mąż z wiarą w Boga.”

***
Opracowane na podstawie materiałów z CNN i Reuters Foundation z dnia 11 października’02 i książki po tytułem „The miracle of Jimmy Carter” 1976r., autorstwa: Howarda Nortona (laureat nagrody Pulitzera) i Boba Slossera (dziennikarz z The New York Times); oraz CNN Politics z 20.08.2015: Jimmy Carter on cancer: Future in God's hands… .