wtorek, 18 lutego 2014

Puszka Pandory

Ostatnio jestem mocno zapracowana (wiem, wiem, powtarzam się :-), walcząca z czasem i, jak zwykle, starająca się rozwiązać zagadkę, co jest w tym wszystkim ważne, a co pilne. Czy jest w ogóle możliwe rozwiązanie tej zagadki?

W tym wszystkim najbardziej doskwierała mi moja twórcza niemoc. Codziennie przeżywałam jakieś ciekawe sytuacje, spotykałam różnorodnych ludzi, prowadziłam interesujące rozmowy, czytałam, również czytałam stałą porcję rozważań i tekstu biblijnego i… nic. Wciąż brakowało mi jakiegoś bodźca, jakiejś nurtującej myśli, poruszającego przeżycia czy doświadczenia.

Wyczekiwałam na narodziny tematu. Wyglądałam go z tęsknotą. I kiedy wydawało mi się, że miną kolejne tygodnie i nic się nie urodzi - temat znalazł mnie. I nie jest to wcale łatwy temat, bo dotyczy on sprawy bardzo osobistej, bolesnej i takiej, z powodu której, nie mam się, co szczycić.

Dokładnie wczoraj, za sprawą pewnej trudnej sytuacji, chyba otworzyła się w moim życiu puszka Pandory. Jak podaje Internet  - puszka, a raczej beczka, Pandory to symbol nieszczęść, czegoś, co wywołuje mnóstwo nieprzewidzianych trudności, źródło niekończących się smutków i kłopotów. Jedynym pocieszeniem jest fakt, że na dnie tej puszki  znajduje się jeszcze nadzieja.

Nie widzę potrzeby podawania tu szczegółów problemu, ale wspomnę, że stresująca sytuacja i  trudna decyzja, którą podjęłam, wywołała wokół mnie straszne zamieszanie i  burzę. Wciąż jest kwestią dyskusyjną, czy podjęłam właściwą decyzję. W moim odczuciu tak, choć może zakomunikowałam ją osobom zainteresowanym niezbyt umiejętnie. Cóż, nie robi błędów ten, co nic nie robi. 
Ale nie to jest w tym najistotniejsze. Najistotniejsze są różne reakcje, wymiana opinii, słuszne, bądź nie, zarzuty, eskalujące emocje - prowokujące do powiedzenia o jedno zdanie, o jedno słowo za dużo.

No, i stało się. Nie wytrzymałam. Padło na mnie. Dając upust swoim frustracjom, powiedziałam o kilka słów za dużo. (Oczywiście, też swoje usłyszałam, ale nie chcę się na tym koncentrować.) Czy żałuję? Tak. Czy da się coś z tym zrobić? Zrobiłam coś bardzo podstawowego - przeprosiłam i poprosiłam o przebaczenie. Czy  to uleczy sytuację? Nie wiem. Jak to się mówi: Piłka nie jest już w mojej bramce.

Nie czuję się z tym wszystkim dobrze. Tłumaczę sobie, że byłam zdenerwowana, że zostałam sprowokowana, że miałam powody i prawo, aby o pewnych rzeczach, które mi ciążyły, powiedzieć.
Ale to jest moje tłumaczenie. I wiem, że jest ono bardzo subiektywne. Dlatego w takich sytuacjach sięgam po mądrość Bożego Słowa. I co odkrywam!? Ach, gdybym tak wczoraj, a nie dziś, wnikliwie wczytała się w to rozważanie! Ono było dla mnie wskazówką, przestrogą. Jakby wyprzedzało całą zaistniałą sytuację i wołało: Ugryź się w język! Przemilcz! Trzymaj nerwy na wodzy! A może po prostu: Nie odbieraj kolejnego telefonu!!! Będziesz tego żałować!!!
A ja wszystko zrobiłam na opak…

Dlatego dziś nie pozostało mi nic innego, jak szukać w tym czytanym rozważaniu jakiejś nadziei dla siebie. Nadziei, która pozostała w puszce Pandory, kiedy wszystkie kłopoty i nieszczęścia już z niej wyleciały.

Czy pisałam już Wam, że Bóg zawsze ma dla mnie gotową odpowiedź na moje pytania? Pisałam. I teraz też tak napiszę. 

W zasadzie przepiszę kilka zdań, które przemówiły dziś do mnie:

„Bóg dał ci dwoje uszu i jedne usta, bo miał ku temu powód” - tak mówi stare przysłowie. Zażartuję sobie - a co zrobić, kiedy teraz przeważnie rozmawia się przez telefon, słuchając tylko jednym uchem? Proporcje 2:1 zostały zachwiane.

Natomiast, Słowo Boże mówi: Nie bądź prędki w mówieniu i niech twoje serce nie wypowiada śpiesznie słowa przed Bogiem. Kazn. Salomona 5:2
Tu, moją uwagę zwrócił zwrot „niech serce twoje nie wypowiada śpiesznie słowa”. Więc to nie usta są problemem, lecz serce! Przyznaję, coś leżało mi na sercu. Czy na wątrobie? - różnie się ten stan określa. A ja, naiwna, myślałam, że się z tym uporałam…

Przelatuję oczami tekst: Naprędce wypowiedziane słowa czynią więcej szkody niż dobra.  Oj, wiem coś o tym. Gdyby tak dało się cofnąć czas…

I teraz najdłuższy fragment: Kiedykolwiek wypowiadamy słowa w lęku, złości, ignorancji lub pysze, nawet, gdy mamy słuszność, ci, co nas słuchają, słyszą coś więcej, niż to, co wypowiadamy. Zauważają nasze emocje. Nie wiedzą jednak, czy wypływają one z miłości, troski, czy pogardy i braku szacunku. Powstaje więc ryzyko nieporozumienia. Jeśli wsłuchamy się w siebie przed wyrażeniem swoich myśli na głos, osądzimy własne serce, zanim bezmyślne słowa zaszkodzą innym lub zasmucą Boga. (pisze Julie Ackerman Link)

Co więc mogę z tym, co sobie poczytałam, zrobić? Jak to bywa w szkole - teorię opanowałam, a teraz pora na poprawkę :-). Bóg jest Bogiem wielu szans.  Czego, niestety, nie można powiedzieć o człowieku.

A czy jest w tym dla mnie jakaś nadzieja? Jest! Bo wierzę, że słowami tego rozważania Bóg mnie napomina, nawet, jeśli robi to przez obcego mi człowieka. Napomina, a ja przyjmuję to napomnienie. Napomina, a to znaczy, że Mu na mnie zależy. Napomina, ale też daje pociechę.
Bo nie byłoby tych słów, gdyby Bóg nie znał człowieka. Gdyby Bóg nie znał mnie. Gdyby nie wiedział, że dziewięć razy przejdę próbę, ale za dziesiątym razem mi się nie uda. I będę musiała pójść do poprawki. 
I gdyby jeszcze nie zaakceptował mnie taką, jaką jestem. Bo za taką mnie - umarł.

 * Obraz - Pandora, Arthur Rackham





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.