piątek, 2 maja 2014

Tajemniczy Dolny Śląsk – podróż sentymentalna

Bardzo podoba mi się spot reklamowy Dolnego Śląska. Dolny Śląsk pokazany jest w nim jako tajemniczy:  „Nie do opowiedzenia. Do zobaczenia.” Aby jeszcze bardziej podkreślić tajemniczość tego regionu, jako podkład muzyczny wykorzystano piosenkę z pierwszej części „Wiedźmina” -  „Sou Au” - autorstwa Me Myself And I.

Pod jednym ze spotów znalazłam wpis: Dolny Śląsk.... najpiękniejsza i najbardziej tajemnicza kraina w Polsce. Można tam spędzić całe swoje życie, a i tak nie pozna się wszystkich tajemnic tej ziemi.”. Zgadzam się z autorem postu całkowicie.

Dla mnie Dolny Śląsk jest nie tylko piękny, tajemniczy, ale też ciekawy. Poprzez swoją interesującą historię. Szczególnie historię protestantyzmu, który  pozostawił wiele śladów na tych ziemiach.
Kilka lat temu (listopad 2010) w „Kąciku dobrej książki” zamieściłam opis książki pt. „Powierzony klucz”.

Przytaczam go ponownie.
Powierzony klucz,  Małgorzata Lutowska, AD REM, Jelenia Góra, 2008r.
Wydawca pisze: „Powierzony klucz” to książka o niezwykłych losach protestantów na Dolnym Śląsku, o ich wielkim wkładzie w rozwój duchowy i dorobek materialny tych ziem. Bohater, Krzysztof, który ze względów sentymentalnych przyjeżdża w rodzinne strony, przemierzając Dolny Śląsk śladami Reformacji, odkrywa zapomnianych bohaterów, dowiaduje się wielu ciekawych historii, przeżywa przygodę spotkania z przeszłością.
Opowieść, mimo niezbędnych wyjaśnień dotyczących tła historycznego, snuje się lekko, ubarwiana raz po raz zarówno zwykłymi, jak i absolutnie wyjątkowymi zdarzeniami z życia autentycznych postaci, jakie wpisały się w dzieje Dolnego Śląska.
Jest to lektura dla wszystkich, którym te tereny są bliskie oraz dla każdego, kto otwierając książkę chciałby po prostu odpocząć, na moment oddalić się od codzienności, zanurzyć w innym świecie… .

Pochodzę z Dolnego Śląska. Kocham ten region i jego historię. Ta książka została napisana dla mnie. Odpoczywałam przy niej i rozkoszowałam się nieznanymi mi dotąd dziejami moich rodzinnych stron. I kto by pomyślał?... .  Zorganizowałam kilka wyjazdów wakacyjnych dla dorosłych i młodzieży - właśnie na Dolny Śląsk. Wydawało mi się, że opowiedziałam im wszystko i pokazałam już wszystko, co było do obejrzenia. A teraz widzę, że to moje ‘wszystko’ to zaledwie czubek góry lodowej. 

W moim sercu dojrzewa pragnienie, aby któregoś pięknego lata pojechać na dłuższy czas do mojej Mamy i wraz z moim mężem, z którym 28 lat temu (teraz już będzie 32) pobraliśmy się w Świątyni Wang w Karpaczu, przewędrować wszystkie miejsca, o których opowiada „Powierzony klucz”. I to ta książka będzie moim przewodnikiem, żadna inna!

Książka zaczyna się następującym opisem: Gdy się jedzie z Wrocławia do Jeleniej Góry, to na wysokości Dobromierza jest pewne charakterystyczne miejsce, kończy się równina, a zaczynają góry. Zaznacza się wyraźna linia, granica. Droga pnie się mozolnie wzwyż, aby wykutym wśród skał przesmykiem, jak przez bramę, wprowadzić przybysza do innego świata. To był świat mojego dzieciństwa, mojej młodości i naszej romantycznej miłości...

***
Podczas tegorocznych Świąt Wielkanocnych ponownie zawitałam w rodzinne strony. Pomyśleć, na zrealizowanie mojego marzenia czekałam ponad trzy lata. To, oczywiście, nie znaczy, że nie odwiedzałam tamtych stron. Po prostu, w tym roku mało napięty program świąteczny i piękna wiosenna pogoda na to mi pozwoliły.

Razem z moim mężem, bo bez niego te wojaże nie byłyby możliwe, ciesząc oczy budzącą się do życia przyrodą, docieraliśmy do miejsc, które zwykle pomijaliśmy w drodze do… lub z… . Tym razem znaleźliśmy czas na obejrzenie kilku dolnośląskich kościołów, pałaców i parków. Wiele tych miejsc wymienia autorka wspomnianej książki: Wojanów, Łomnica, Karpniki, Staniszów, Bukowiec, Mysłakowice. Tu nie darowaliśmy sobie, aby znowu nie obejrzeć charakterystycznych domów Tyrolczyków.

Stałym punktem programu zawsze jest Karpacz, więc i tym razem go nie pominęliśmy. A w Karpaczu zmiany – najruchliwsza ulica Karpacza stała się teraz deptakiem. Ruch drogowy puszczony został tunelem. Jadąc drogą przez góry, zajechaliśmy też w nasz ulubiony zakątek - do Wangu. Ze zgrozą patrzyliśmy, co stało się z widokiem, jakim kiedyś się syciliśmy, jadając posiłki w barze nomen omen „Widok”. Zniknął, a zamiast lasów i zbocza góry ‘podziwiać’ tylko można olbrzymie połacie dachu Hotelu Gołębiewski. Kto do czegoś takiego dopuścił? Zgroza. Za to sam Hotel Gołębiewski ma się dobrze i poszczycić się może najpiękniejszym widokiem na Śnieżkę i Karkonosze.

Piękna pogoda i doskonała widoczność zawiodła nas też na słynną Górę Szybowcową w Jeżowie Sudeckim. (Tu dorastałam.) Nie ma lepszego miejsca na podziwianie Karkonoszy i Kotliny Jeleniogórskiej. Okazało się, że w tym dniu wiele osób wpadło na podobny pomysł. Spotkaliśmy kilku dobrych znajomych. Fajnie było wypić dobrą kawę z widokiem i pogadać z przyjaciółmi. Z tym miejscem związana jest cząstka mojej historii. Tu chodziłam na jagody (od mojego rodzinnego domu stromo, ale blisko, bo na skróty). Tu podziwiałam zawody szybowcowe i  lotniarskie. Tu bawiłam się z owcami, wypasanymi przez baców z Podhala. Tu spędził ostatnie lata swojej pracy mój tata, kierując naprawami szybowców. Zawsze z ciekawością zaglądałam do hangarów z samolotami i szybowcami. Lubiłam ten zapach laminatów, klejów i farby.

Zjeżdżaliśmy serpentyną w dół. Z prawej strony, oświetlony promieniami zachodzącego słońca, przyciągnął nasz wzrok  tajemniczy Stromiec (wszyscy na niego mówiliśmy Spitzberg). Porośnięte drzewami wzgórze. Pójście tam na wycieczkę było czynem odwagi. Mówiło się, że w sztolniach, zasypanych po wydobyciu srebra i złota, wciąż straszą duchy górników. Brr… .
Kilkaset metrów dalej mijamy zabytkowy, rozpadający się ‘dom gwarków’ - karczma dla górników wydobywających złoto i srebro.

Oj, chciałoby się zostać  jeszcze dłużej, ale obowiązki wzywają do Warszawy.
Wypadek drogowy na trasie Jelenia Góra  - Wrocław, w okolicach Kaczorowa, zmusza nas do objazdu. Wybraliśmy drogę przez Jawor. Skoro postawiliśmy na zwiedzanie ;-). Naszym celem był słynny Kościół Pokoju. Oglądanie kościoła, okupione bolesnym upadkiem i stłuczonym kolanem, opłaciło się. Wrażenie niesamowite, zwłaszcza, że za budulec służyło tylko drewno, glina, piach i słoma. Zacytuję tylko za informatorem: Kościół o wymiarach 44 na 25 m. Powierzchnia wnętrza wynosi 1180 m2 i może wraz z 4 emporami (to takie loże) pomieścić 6000 wiernych. (…) Wrażenie bogactwa i przepychu sprawiają malowidła na wszystkich emporach. Całości dopełnia strop kasetonowy pokryty biało-niebieskimi ornamentami w śląskim stylu.

Z Jawora ‘rzut beretem’ do wrocławskiej autostrady, i tak aż do zjazdu na Łódź (w Walichnowach). Że tak się po Polsce będzie jeździć… . No, no, no… .

Znowu odwiedziłam miejsca mi znane, te do których chętnie wracam. I  poznałam nowe, nieznane. I wciąż mam uczucie niedosytu. Słusznie wspomniany już ktoś zauważył  - można tu spędzić całe swoje życie, a i tak nie pozna się wszystkich atrakcji i tajemnic tej ziemi. Ale spróbować warto. Zachęcam!

***
Spoty reklamowe:









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.