sobota, 19 lutego 2022

Kącik dobrej książki

Na moim biurku, na widocznym miejscu widnieje wydrukowany harmonogram prac redakcyjnych biuletynu „Idźcie”. Dla mnie najważniejsza jest informacja do kiedy powinnam wysłać moje recenzje. I właśnie zbliża się ten moment. Teoretycznie mam jeszcze przed sobą kilka dni, ale praktycznie to ich nie mam. Dlatego wstałam dziś wcześnie, aby pisać. Towarzyszy mi piękny wschód słońca (znowu będzie słoneczny dzień).

Przedstawiam Wam kolejne trzy propozycje. A z książkami o misji bywa u mnie tak: Jak ich zapas się kończy, to zaczynam się martwić, czy dalej będę miała co czytać i o czym pisać. Kiedy uda mi się zapas uzupełnić, staję przed dylematem, które książki wybrać. Poniższe książki wybrały się same.

Bruce E. Olson, Bruchko, Oficyna Wydawnicza „Vocatio”, Warszawa 1995

Swego czasu bardzo poszukiwałam tę książkę. Wydawca jej nie miał. Próby zakupienia jej przez Internet spełzły na niczym. Gdziekolwiek pokazywała się informacja o sprzedaży książki, w rezultacie wszystko kończyło się na: „produkt niedostępny”. „To niemożliwe!” - myślałam sobie - „Muszą być ludzie, którzy tę książkę jeszcze posiadają!!!”

Kilka miesięcy temu znajoma oznajmiła mi, że ponownie zamierza przeczytać „Bruchko”, bo ta historia niesamowicie ją inspiruje. „Masz Bruchko? Ja też chcę ją mieć!” Wiedziałam, że mogę liczyć na pożyczenie tego cennego egzemplarza, ale lubię mieć książki na własność. Znowu zaczęłam szukać jej w Internecie i udało się. Kilka dni później już ją czytałam. Jej stan wskazywał, że wcześniej też była czytana. I chyba nie jeden raz.

Dlaczego Bruchko? Bruchko, a właściwie Bruce Olson, to człowiek, który ponad 15 lat swojego życia spędził w Ameryce Południowej, wśród plemienia Motilone. Plemienia dzikiego, okrutnego i morderczego. A Bruce „powiązał  się” z tym plemieniem, w rezultacie czego Motilone „powiązali się” z Bogiem.

Boży impuls, aby związać swoje życie z misją, Bruce odczuł mając zaledwie 16 lat. W tamtym czasie miał o misjonarzach nie najlepsze zdanie. Dlatego wzbraniał się przed Bożym powołaniem. Z czasem jednak jego uwagę przykuła Ameryka Południowa. Zauważył, że przerodziło się to w fascynację. Każdego dnia marzył o tej urzekającej ziemi i jej ludach. W wieku dziewiętnastu lat wyruszył na swoje pierwsze spotkanie z Indianami (1961 r.).

Nawet nie próbuję opowiadać Wam jego historii. Koniecznie przeczytajcie ją sami. Jest fascynująca, momentami mrozi krew w żyłach, ale przede wszystkim inspiruje. Ktoś, kto żyje w czasach, kiedy człowiek ląduje na Księżycu, poświęca swoje życie dla tych, którzy żyją z dala od cywilizacji. Po to i aż po to, aby opowiedzieć im o Jezusie.

Należy też wspomnieć, że jego działania wśród Motilone znacząco wpłynęły na poprawę ich życia - szczególnie w sferze edukacji i zdrowia. O tym też opowiada ta książka.


Ludmiła Plett, Przebudzenie rozpoczyna się ode mnie, Oficyna „Cel”, Kraków 1999

Stos książek o intensywnie pomarańczowej okładce przyciągał moją uwagę, kiedy tylko przekraczałam próg naszej fundacyjnej biblioteki.

Wiele jest w niej takich stosików. To zapasy zgromadzone w czasach kiedy żył jeszcze założyciel fundacji (mój teść, pastor Tadeusz Jarosz).  Od czasu do czasu ze stosików ubywa troszkę książek.  Mam w zwyczaju wykładać je na stolik z literaturą, aby ludzie, którzy bywają w naszej fundacji, mogli sobie coś wybrać. Niedawno uszczupliłam zapasy książki Ludmiły Plett.

Zaintrygował mnie tytuł. Skoro coś tak ważnego jak przebudzenie ma się rozpocząć ode mnie, to może warto ją przeczytać. Ale jaki to ma związek z misją? I tu od razu przypomnę zaprezentowaną Wam kilka lat temu książkę Dr Kurta E. Kocha - Bóg wśród Zulusów (Wydawnictwo Ewangeliczne TEW, Poznań 1990). Autor książki opisuje duchowe przebudzenie wśród afrykańskiego plemienia Zulusów, które miało miejsce w latach sześćdziesiątych minionego stulecia. Za sprawą pewnego misjonarza - Erlo Stegena (pochodzenia niemieckiego), który pozwolił Bogu używać siebie jako narzędzie tego przebudzenia.

Związek tych dwóch książek jest taki, że jedna z nich opisuje służbę misyjną Erlo Stegena. Druga zaś jest zbiorem jego kazań i świadectw wygłoszonych przez niego w Niemczech oraz Republice Południowej Afryki. Książka Ludmiły Plett jest osobistym opowiadaniem Stegena - ewangelisty i misjonarza - o darowanym przez Boga przebudzeniu duchowym pośród tego okrutnego i wojowniczego plemienia. Jest to opowiadanie bardzo osobiste. Erlo szczerze opowiada o tym, w jakich okolicznościach przebudzenie musiało się, w pierwszej kolejności,  dokonać w jego życiu. Po to, aby mógł być jego nośnikiem dalej.

Prawdy biblijne głoszone przez Erlo Stegena stanowić mogą dla czytelnika trudne wyzwanie. Czasem konieczne jest przejrzenie się w nich jak w lustrze. Skonfrontowanie z nimi swojego życia.

Marzy nam się nasze polskie duchowe przebudzenie? Niech osoba Erlo Stegena będzie dla nas inspiracją.


Janusz Kokot, Afrobiografia, Wydawnictwo Arka, Gliwice 2021

„Walu, czy słyszałaś o Januszu Kokocie i jego książce?”

„Nie, nie słyszałam, ale chętnie czegoś się dowiem. Przeczytam. Gdzie można ją kupić?”

„Ja Ci ją kupię i wyślę...”

Kilka dni później książka od Asi Marcol czekała na mnie w skrzynce pocztowej.   

Janusz Kokot jest artystą. Uprawia malarstwo i rysunek. Brał udział w wielu wystawach i jest laureatem wielu nagród. I tu pytanie: Czy artysta może zostać misjonarzem? Historia opowiedziana w tej książce dowodzi tego, że może.

Jednak podróż artysty w głąb serca Afryki (Uganda) powodowana była nie względami artystycznymi, ale pragnieniem pomagania innym oraz walką o ich lepsze jutro. Książka opowiada poruszające historie ludzi potrzebujących pomocy oraz tych, którzy tę pomoc oferują. Z całym wachlarzem zabawnych lub frustrujących sytuacji wskazujących na ogromne różnice kulturowe, jakie dzieliły misjonarza od ludzi, którym służył.

Artysta misjonarzem? Pędzel i ołówek w jego ręce, na okres trzech lat, zastąpione zostały młotkiem i siekierą. A namalowane obrazy (co czasem się zdarzało) służyły nie prestiżowym celom, ale zdobywaniu pieniędzy na kolejną paletę cegieł lub wyposażenie schroniska dla samotnych matek w Zangule.

Artysta misjonarzem? A jednak... Janusz Kokot pisze: Zastanawiałem się, co malarz i rysownik może robić na misji. W powszechnej opinii do tego zajęcia bardziej predestynowani są duchowni czy ludzie związani ze służbą zdrowia. Jednak szybko okazało się, że ta praca wymaga wyobraźni, daru improwizacji, kreatywności i oddania, czyli dokładnie tego wszystkiego, czego niezbędnie potrzebuje artysta w swojej pracowni.

Artysta misjonarzem? Janusz Kokot podsumowuje: Zdolności artystyczna i budowana latami pozycja na rynku sztuki okazały się bezużyteczne. Doświadczenie życiowe i praktyczne umiejętności z powodu różnic kulturowych i braku środków najczęściej nie znajdowały zastosowania, a znajomości z ludźmi biznesu nie spełniły pokładanych w nich nadziei. Z poczuciem bezsilności oddawałem Bogu to, co mi pozostało i za każdym razem ze zdziwieniem odkrywałem, że... wystarczy.

Gorąco zachęcam do przeczytania tej książki. Jest pięknie wydana. Zawiera dużo zdjęć oraz wybrane  wybrane obrazy artysty. Moje ulubione: African Dusk i Dark Continent.

Życzę miłej lektury. Ktoś napisał, że moje recenzje spowodowały, że w domowej biblioteczce przybyło mu kilka książek. Bardzo mnie to cieszy.

Napisane dla biuletynu "Idźcie".

 

 

 

  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.