piątek, 18 listopada 2016

Zapraszam



O książce - post archiwalny - KLIKNIJ









czwartek, 15 września 2016

Kącik dobrej książki

Powoli zbliżam się do końca prezentowania tej niezwykle inspirującej serii „Chrześcijańscy bohaterowie dawniej i dziś” - autorstwa Janet i Geoff’a Benge. Już teraz rozglądam się za dalszymi propozycjami dla naszego kącika dobrej książki o misji. Na szczęście mam jeszcze kilka tytułów w żelaznym zapasie.
Jeśli chodzi o wybór bieżący, to skupiłam się na lekturze biografii trójki niezwykłych misjonarzy - społeczników. Jakkolwiek prawie wszyscy, z przedstawianych tu wcześniej misjonarzy czy misjonarek, byli również aktywnie zaangażowani w sprawy społeczne i działali na rzecz poprawy warunków bytowych, zdrowotnych i socjalnych ludzi, do których docierali z Ewangelią, to ci trzej, poniżej opisani, byli wyjątkowi.
Mam nadzieję, że będziecie chcieli dowiedzieć się dlaczego.

Janet i Geoff Benge, George Müller – Ojcem dla sierot, Wydawnictwo „Pojednanie”, Lublin 2015

Ty zawsze chodzisz ze mną na piwo. Ja mogę więc przynajmniej pójść na jedno spotkanie biblijne z tobą.

To przynajmniej jedno spotkanie stało się dla młodego George’a Müllera przełomowym. Ten chłopak, któremu nie były obce drobne kradzieże, oszustwa, alkohol, puste zabawy i głupie dowcipy zmienił się do tego stopnia, że nawet jego koledzy, studiujący razem z nim teologię, byli oburzeni. Jakimś dziwnym trafem woleli jego poprzednią wersję - tę bardziej rozrywkową. George, niczym niezrażony, wzrastał w wierze i jasno widział swoją przyszłość - zostanie misjonarzem. I chociaż jego ojciec był odmiennego zdania, George nie zrezygnował ze swojego powołania. W marcu 1829 roku opuścił swoje rodzinne Prusy, udając się do Anglii i pragnąc głosić Ewangelię każdemu, kto będzie chciał jej słuchać

Przez kolejne 4 lata George próbował swoich sił jako ewangelista, kaznodzieja i pastor - z pozytywnymi, jak na młodego człowieka, wynikami. Wciąż jednak nie był pewien swojego specyficznego powołania. Zastanawiał się, czy czasem Bóg nie powołuje go na misję do Bagdadu. Olśnienie przyszło w styczniu 1833 roku. Udzielona pomoc małej osieroconej dziewczynce i jej młodszemu bratu uświadomiła mu, że właśnie stoi w środku pola misyjnego. George nie wiedział, jak ma rozpocząć swoją misję ani, co może zrobić jako osoba bez regularnych dochodów, ale wiedział jedno: z pomocą Boga zrobi coś, by pomóc biednym, bezdomnym dzieciom w Bristolu.

Zaczęło się skromnie - od śniadania dla kilkorga dzieci, połączonego z lekturą Pisma Świętego. A dalsze życie służby i wiary zakończyło się na kilku wybudowanych domach dla sierot, w których - przez 36 lat wytężonej pracy George’a Müllera i jego współpracowników - pomoc otrzymało ponad dziesięć tysięcy dzieci.  

Drogi Czytelniku, chcesz wiedzieć jak było to możliwe? To proste - tę historię musisz koniecznie przeczytać.

George Müller, ojciec sierot - ukradł okrutnym ulicom tysiące ich ofiar, więzieniom zabrał tysiące skazanych, a przytułki pozbawił tysięcy bezradnych sierot - żył w latach 1805-1898.


Janet i Geoff Benge, William Booth – Zupa, mydło i zbawienie, Wydawnictwo „Pojednanie”, Lublin 2015

Pod koniec 1848 roku, William Booth, kiedy jako piętnastolatek oddał swoje życie Jezusowi, obiecał sobie jedno: Bóg będzie miał całego Williama Bootha.
Nie trzeba było długo czekać, aby jego pasją stało się głoszenie Ewangelii na ulicach. W slumsach Nottingham. Przyzwyczaił się do kontaktu z ludźmi odrzuconymi przez społeczeństwo: kobietami noszącymi na biodrze cuchnące dzieci, mężczyznami z oddechem przesyconym whiskey, z trudem utrzymujących się na nogach przy ladzie, chłopców, którym cały czas trzeba było patrzeć na ręce, by czegoś nie ukradli… Obiecał sobie, że się nie podda. Musi być jakiś sposób nie tylko na to, by dotrzeć z Ewangelią do najbiedniejszych z biednych, ale także, by wydobyć ich z nędzy.

Na przestrzeni wielu lat Williamowi udało się zarazić swoją wizją i misją całą najbliższą rodzinę i wielu oddanych współpracowników. Głoszenie Ewangelii i spotkania przebudzeniowe stanowiły trzon działalności zorganizowanej już misji. Gdy misja wzrastała, William Booth dbał o to, by nie stracić z oczu prostej Ewangelii i pomocnej dłoni dla biednych.

„Armia Zbawienia” - taką nazwę przyjęto dopiero w 1878 roku – podejmowała się szeregu wyzwań społecznych: ratowanie młodych dziewcząt przed prostytucją, tworzenie ośrodków opieki dla małych dzieci, pomoc bezdomnym, prowadzenie sklepów z tanią żywnością, tworzenie giełdy pracy, poprawą warunków pracy robotników, tworzenie programów pracy dla bezrobotnych i wiele, wiele innych.

Pożyteczna służba Williama Bootha, która rodziła się wbrew wielkiemu sprzeciwowi kościoła, uprzywilejowanych warstw społecznych a nawet władzy nieustannie rozwijała się i wzrastała, uzyskując ostatecznie ogólne poparcie. Dziś „Armia Zbawienia” działa w kilkudziesięciu krajach, a jej nieoficjalnym hasłem wciąż pozostają słowa: „Zupa, mydło i zbawienie”. Trzy raz „s” - soup, soap and salvation”.

Warto poznać historię życia człowieka, który w taki sposób ujął swoje życiowe credo: Gdy kobiety płaczą, tak jak teraz, ja będę walczył; gdy małe dzieci chodzą głodne, tak jak teraz, ja będę walczył; gdy mężczyźni idą do więzienia, gdy wchodzą i wychodzą, wchodzą i wychodzą, ja będę walczył; gdy zostanie jeszcze choćby jedna mroczna dusza bez Bożego światła, ja będę walczył - będę walczył do samego końca!

William Booth żył w latach 1829-1912.

Janet i Geoff Benge, Wilfred Grenfell – Rybak ludzi, Wydawnictwo „Pojednanie”, Lublin 2012

Bez zapachu słonej wody nigdy nie potrafił naprawdę być szczęśliwy.

Czy kiedykolwiek mógł przypuszczać, że umiłowanie do morza, budowania łodzi, pływania kutrami i łowienia ryb, w połączeniu z wybranym bez większego przekonania zawodem lekarza, doprowadzi go do jego życiowej misji i służby, jaką była misja wśród rybaków Morza Północnego, Nowej Funlandii i wybrzeży Labradoru?

Jakże mocne musiało być działanie Boże, aby młody człowiek bez pomysłu na życie, uznający służbę pastora i misjonarza za największą nudę, po usłyszeniu świadectw Siódemki z Cambridge i przesłania D.L. Moody’ego całkowicie zmienił kierunek swojego życia? 

Wilfred Grenfell całe swoje życie poświęcił rybakom, którzy pracowali w najgorszych i najniebezpieczniejszych warunkach. Wykorzystywani przez pracodawców cierpieli wraz ze swoimi rodzinami okrutną biedę, oddając się alkoholowemu nałogowi. O ich warunki życiowe, o ich zdrowie i edukację nikt się nie troszczył.

Ten jeden człowiek rzucił wyzwanie biedzie  panującej w osadach rybackich Nowej Funlandii i Labradoru. Na początku pioniersko, ale z czasem zarażając swoją wizją i odwagą wielu wpływowych i majętnych ludzi budował szpitale, szkoły, domy dla sierot i spółdzielnie rybackie. Ewangelią, dobrocią, wiernością i oddaniem zdobywał serca ludzi dla Boga.

Historia Wilfreda Grenfella to historia pełna niebezpiecznych przygód i wspaniałych Bożych cudów. Zachęcam, warto ją przeczytać.

Wilfred Grenfell żył w latach 1865-1940.

***
Napisane na zamówienie redakcji Biuletynu "Idźcie".







wtorek, 9 sierpnia 2016

Zdrowotne perypetie

Mija dokładnie dwa lata od mojego ostatniego wakacyjnego wypoczynku. Było to w sierpniu 2014 r. Razem z mężem spędziliśmy kilka cudownych dni na pięknym Roztoczu.
Potem nastąpił okres, w którym stałe obowiązki nie pozwoliły mi na jakościowy (nawet jedno czy kilku dniowy) odpoczynek. Pięć dni w tygodniu zajmowałam się ukochanym wnusiem, a czasem dodatkowo ukochaną wnusią. Weekend spędzałam pracowicie w naszej fundacji. Kiedy przytrafiał mi się jakiś sporadyczny odpoczynek u mamy czy u siostry, to nie rekompensował on zmęczenia wielogodzinną podróżą w obie strony. (Wyjazd do mamy zajmował 10 godzin nocnych w jedną stronę.) 

Miniony lipiec przeleciał mi szybko i równie intensywnie. Pierwszy tydzień z wnusiem, kolejne 10 pracowitych dni w fundacji i następne 10 dni w Jeleniej Górze. Moim zadaniem było całościowe wysprzątanie domu w celu przygotowania go na sprzedaż. Wróciłam do domu bardzo zmęczona, a tu – jak to po podróży – mnóstwo prania, prasowania i zaległe obowiązki.

W miniony piątek, nie zważając na upał, zabrałam się za sprzątanie mieszkania. Bo jakże to? Wszędzie robię porządki, a u mnie gruba warstwa kurzu na meblach i kłębki kurzu fruwające po podłodze. Pracowałam intensywnie, aby zdążyć ze wszystkim, ponieważ około 15-tej odbierałam wnusia z przedszkola. (To jego pierwsze dni w przedszkolu – takie przygotowawcze.) O 18-tej tradycyjnie jechałam do Arki. Wyjątkowo nie samochodem, ponieważ mąż od rana zajmował się gościem. Jechałam zmęczona autobusem i metrem, zakładając sobie, że już tego wieczoru na pewno za żadną pracę się nie wezmę. Miałam, natomiast, ambitne plany na następny dzień – uporządkować magazynek ze sprzętem sportowym.

Wieczorem wezmę prysznic i wreszcie sobie coś poczytam – tak postanowiłam. A tu nagle… po prysznicu moje ciało przeszył nagły, niesamowicie silny ból. Umiejscowiony był w okolicach lewej strony klatki piersiowej: serce i mostek, promieniował aż do łokcia lewej ręki. Ból, pieczenie, mrowienie – nigdy wcześniej takich objawów nie znałam. Dochodziła godzina 23. Ból nie ustępował. Nie wzywałam Pawła, mając nadzieję, że ulga wreszcie nastąpi. Około północy nie było żadnej poprawy. Nie pomogło leżenie, zmiana pozycji na wznak czy na boki, ani pozycja siedząca. Chciało mi się spać, ale bałam się zasnąć, myśląc, że się nie obudzę. Nie miałam tego jeszcze w planie... Przecież za kilka dni jadę z wnuczką do Wrocławia na urodziny jej prababci!

Kiedy o północy pojawił się Paweł, powiedziałam mu, co się dzieje. Próbowaliśmy sprawę zagadać wydarzeniami minionego dnia. Ból nie ustępował. O godz. 0.30 postanowiliśmy szukać pomocy.
Znając warunki panujące na ostrych szpitalnych dyżurach, postanowiliśmy skorzystać z doraźnej pomocy w jednej z praskich przychodni. Świadczy ona pomoc nocną i świąteczną. To był strzał w dziesiątkę – pomyślałam sobie – jestem jedyną pacjentką. Niestety, personelu przychodni moje pojawienie się nie zachwyciło. Pani rejestratorka, która okazała się również być pielęgniarką, nie była zbyt uprzejma i kontaktowa. Podczas wstukiwania moich danych, wzdychaniem i sapaniem coś chciała mi zakomunikować. Po rejestracji kazała mi przejść pod gabinet numer 1. Wydał mi się głuchy i pusty, upewniłam się więc, czy dobrze zrozumiałam. Potwierdzono mi, że tak i że chyba słyszę, że pani doktor jest w toalecie… (No comments!) Po chwili przed moją twarzą przeszedł jakiś ‘babochłop’ (przepraszam za to dosadne określenie) i zniknął w gabinecie numer 2. Siedziałam zdezorientowana. Babochłop wrócił i wszedł do „jedynki”. Rzucając przez ramię „Proszę…”.

Pani doktor, nie podnosząc na mnie wzroku, zapisywała na luźnej kartce moją relację. Potem zapytała mnie o występujące u mnie choroby. Wymieniałam niedoczynność tarczycy, nadciśnienie, podwyższony cholesterol. Pytania o leki nie było. To dobrze, bo z emocji zapomniałam nazwy leku na nadciśnienie. O leki nie, o dawki nie i o to, kiedy ostatnio były brane – takich pytań nie było. Przystąpiłyśmy do pomiaru ciśnienia. Pomimo tego, że przed samym wystąpieniem bólu wzięłam swoją dzienną dawkę leku na nadciśnienie, było ono wyjątkowo wysokie – 156/106. To nie jest u mnie normalne – odpowiedziałam na pytanie lekarki. Pani doktor pouciskała jeszcze moją łopatkę i mostek, a następnie zleciła pielęgniarce zrobienie EKG. Niezbyt uprzejmym tonem... – jak to zauważył mój mąż, czekający w poczekalni.

Rejestratorko-pielęgniarka z niesympatycznym wyrazem twarzy i jak to zwykł określać mój syn „nienajładniej urodzona” zjawiła się w gabinecie. Próbowałam ją zapytać, czy ze względu na moje „walory”, wygodniej jej będzie zrobić EKG, kiedy zostawię czy zdejmę biustonosz. Warkliwa odpowiedź uświadomiła mi, że palnęłam straszną głupotę. Posłusznie i milcząco ułożyłam się na leżance. Pielęgniarka zrobiła swoje i bez słowa wyszła.

W gabinecie ponownie pojawiła się pani doktor. EKG nie wykazało niedokrwienia mięśnia sercowego i żadnych innych nieprawidłowości. Ból jednak pozostawał niezmienny. Pani doktor z nosem w notatkach zadała mi kolejne pytania – o uczulenie na leki i o zgodę na przyjęcie zastrzyku. Uzyskawszy odpowiedzi zadowalające, wypisała na karteczce nazwy leków. Pielęgniarka je pani poda – powiedziała wstając zza biurka.

Czy mogę wiedzieć, co dostanę? – zapytałam ze zwykłej ciekawości.  Captopril na zbicie ciśnienia i… powiem szczerze – Hydroxizinum… Za panią doktor zamknęły się drzwi. Zbaraniałam, przyjechałam po pomoc lekarską z bólem serca, który trwa niezmiennie od prawie trzech godzin, a potraktowano mnie jak histeryczkę. Środek na uspokojenie? Na pewno się przyda. Nie wątpię, ale po co ten komentarz?

Naburmuszona pielęgniarka znowu pojawiła się w drzwiach. Tyle roboty przy tej pacjentce. Zawraca głowę w środku nocy. Tyle wyczytałam z mowy jej ciała. Dostałam tabletki. Szykuje się – rzuciła mi przez ramię, przygotowując fiolkę do iniekcji. Czy to będzie zastrzyk dożylny czy domięśniowy? – spytałam, wciąż nie wiedząc, co mam jeszcze dostać (poza wyżej wspomnianymi). My tu dożylnych nie robimy – usłyszałam ‘uprzejmą’ odpowiedź. Mam się położyć czy na stojąco? – pytałam już coraz bardziej nieśmiało. Bałam się kolejnej reprymendy. Jak pani chce…

Wolałam na stojąco. Bolało. Coś ciepłego pociekło mi po pośladku. Muszę pani przykleić plaster – poinformowała mnie pielęgniarka.  Czyżby błąd w sztuce? Wychodząc dopytałam, co mi zaaplikowano. Ketonal – padła krótka, szorstka odpowiedź.
Wychodząc z przychodni rzuciliśmy w stronę pani rejestratorki kurtuazyjne ‘dziękujemy’ i ‘do widzenia’. Nie dosłyszeliśmy odpowiedzi.

W całej tej sytuacji po głowie chodziła mi jedna myśl – a co by było, gdybym tak zacytowała tekst Danuty Szaflarskiej z filmu „Pora umierać”? https://www.youtube.com/watch?v=mkcc6uoS19U Nie warto. Szkoda fatygi… Pozostaje jedynie niesmak – ja też z wykształcenia jestem pielęgniarką. Kilka lat spędzonych na wykonywaniu tego zawodu wspominam z rozrzewnieniem i tęsknotą. Ma nadzieję, że, gdybym nadal pracowała jako pielęgniarka, robiłabym to z taką samą pasją i oddaniem. Mam też  pewność, że nigdy nie potraktowałabym nikogo, tak jak mnie potraktowano.

***

Do naszych łóżek dotarliśmy około 2-ej w nocy. Ból bardzo powoli ustępował. Środek nasenny zadziałał szybko. Zasnęłam zanim ból całkowicie ustąpił. Kolejne dwa dni spędziłam w pełnym spowolnieniu. Dużo leżałam i często drzemałam. Piątkowy stan już się nie powtórzył…

I dodam to, co najważniejsze – w tym doświadczeniu nie zapomnieliśmy o modlitwie. Dziękuję Bogu, że moje życie jest w Jego rękach, a nie w rękach lekarzy – tych niesympatycznych szczególnie.