Moja przygoda z książką misyjną trwa od 2013 roku. Już nie za bardzo pamiętam genezę tej przygody, ale myślę, że był to pomysł Asi Marcol. Wcześniej kilka razy, ja lub mój mąż, pisaliśmy krótkie teksty do Biuletynu „Idźcie”, ale nie było to nic stałego. W numerze zimowym 2013 roku pojawiły się moje pierwsze recenzje zachęcające do czytania książek o misji. Pomyśleć, że ta współpraca trwa do dziś... Dwanaście lat!!!
Czy powołanie się na konkretny rok oznacza, że wcześniej nie miałam kontaktu z tego typu książkami? Nie! Zanim zaczęłam o nich pisać, "miałam za sobą" przeczytanych kilka ciekawych tytułów. Wcześniej, jako młoda dziewczyna, rozczytywałam się w książkach podróżniczych Arkadego Fidlera i Janusza Wolniewicza.
Książki zawsze były moją pasją. Jednak z wiekiem zmieniało się moje zainteresowanie ich rodzajem i tematyką. Od pewnego czasu skupiam się głównie na literaturze chrześcijańskiej. Teraz śmieję się, że dawniej czytałam książkę maksymalnie jeden do trzech wieczorów. Teraz czytam jedną do trzech kartek w jeden wieczór. Powodów nie będę tu podawać :-)
Podsumowuję te dwanaście lat, a jest to dosyć proste. Przede mną leżą wszystkie numery „Idźcie” z moimi recenzjami. Okazuje się, że opisałam już (aż!) 121 książek. Sporo. Zajmują one całkiem dużo miejsca w mojej domowej biblioteczce. Kiedy zaczynałam ich recenzowane, miałam w domu kilka, może kilkanaście tytułów. Kolejne zdobywałam w każdy możliwy sposób: w księgarniach chrześcijańskich, w przyzborowych biblioteczkach, przeglądając księgozbiory przyjaciół, podglądając nowości wydawnicze chrześcijańskich wydawnictw. Czasem sprawdzałam listy podane w bibliografii danej pozycji - zawsze natrafiałam na coś, czego jeszcze nie znałam, i zwykle to kupowałam. No cóż, lubię mieć własny egzemplarz, wtedy mogę go popodkreślać, pozaginać strony, coś zapisać... Wspomnę, że do książek się przyzwyczajam i nikomu ich nie pożyczam. Bo rzadko wracają.
Kiedyś spotkała mnie bardzo miła niespodzianka. Związana była z bardzo cenną dla mnie i wierzę, że dla również czytelników, serią „Chrześcijańscy bohaterowie dawniej i dziś” (autorzy: Janet i Geoff Benge). Do chwili obecnej wydano już ponad trzydzieści tytułów z tej serii. Wtedy miałam ich zaledwie kilka. I nagle, na Facebooku, pisze do mnie Andrzej Gandecki z Wydawnictwa Pojednanie (to on rozpoczął tłumaczenie i wydawanie „chrześcijańskich bohaterów”): „Słyszałem, że miałaś niedawno urodziny. Podaję Ci tytuły książek z naszej serii. Wybierz sobie 10 na prezent urodzinowy.” WOW!!! Dostałam w życiu kilka niezapomnianych prezentów, ten jest i będzie jednym z pierwszych na liście. Wciąż jestem za niego wdzięczna! Śledzę losy tej serii i aktualnie mam chyba wszystkie tytuły. Gorąco ją polecam!
Można się zastanawiać, co dało mi to obcowanie z misyjnymi historiami. Bardzo wiele! Powiedzenie tylko „ubogaciło mnie”, to za mało. Przy każdej postaci uczyłam się wiele o drugim człowieku, a zarazem o sobie. Odkrywałam, jak silne może być w człowieku poczucie Bożego powołania. I jak niezmienne jest Boże powołanie. Zrozumiałam, co oznacza być wiernym Bogu. I wciąż na nowo odkrywałam, jak wierny jest Bóg. Zobaczyłam, że służba Bogu to nie pasmo sukcesów, ale przede wszystkim to pasmo porażek, niepowodzeń, bólu i rozdzierających serce strat. A jednocześnie zobaczyłam, że w tym wszystkim Bóg był obecny. I owoc, wcześniej czy później, został zebrany. Od ojca nowożytnej misji, Williama Carreya, nauczyłam się tej zasady: „Oczekuj wielkich rzeczy od Boga. Podejmuj wielkie rzeczy dla Boga.” W moim życiu nie zawsze to działa, ale zdarza się, że „...z Bogiem moim przesadzam mur” (Psalm 18:30).
Piszę ten tekst, siedząc przy swoim domowym biurku. Z lewej mojej strony stoi komódka, a na niej leży stosik książek do przeczytania! A jak Pan pozwoli - do opisania też.
Dziękuję redakcji za taką możliwość służby a poszczególnym czytelnikom za dobre słowo, które czasem zdarza mi się usłyszeć - od przyjaciół lub od osób, które znają mnie tylko z tej rubryki. Soli Deo Gloria!


