środa, 23 listopada 2011
wtorek, 22 listopada 2011
Philip Yancey był w Polsce
Tytułem wstępu
Marcin Bielski, szesnastowieczny pisarz, poeta, kronikarz, tak zachęcał do czytelnictwa: „A kto się kocha w czytaniu, bywa z Duchem w rozmawianiu. Niechaj tak zawsze będzie”.
Kocham się w czytaniu. Szczególnie książek o tematyce chrześcijańskiej. Nie umiem się od nich oderwać, mogę powiedzieć, że popadłam w nałóg - pozytywny nałóg. W parze, z moją miłością do czytelnictwa, idą pewne marzenia. Mianowicie, poznawanie autorów czytanych przeze mnie książek. Oczywiście, żyjących autorów :-). Okazuje się, że i takie marzenia się spełniają. W chwili obecnej mam już nawet trudność w doliczeniu się, z iloma autorami miałam możliwość się spotkać czy poznać. Z Polski i zagranicy. Z niektórymi (głównie z kobietami) połączyła mnie prawdziwa przyjaźń.
Nic więc dziwnego, że ucieszyła mnie wiadomość o przyjeździe do Polski mojego ulubionego pisarza chrześcijańskiego Philipa Yancey’a. Bez wahania podpisuję się pod tym, co mówi o nim Billy Graham: Nie ma w świecie ewangelicznym innego pisarza, którego bym podziwiał i cenił bardziej.
W sobotę, 19 listopada 2011 r., planowana wizyta stała się faktem.
Philip Yancey w Warszawie
Prawie punktualnie, ja i mój mąż Paweł, dotarliśmy na miejsce spotkania. To „Dom Literatury” przy Krakowskim Przedmieściu. Polecam na fajne, kameralne konferencyjki do 150 osób. Zabytkowy obiekt z klimatem, miła obsługa, pyszna i niedroga restauracyjka.
To tyle o urokach miejsca. Żałuję jednego, że spotkanie z tak nietuzinkowym facetem, ze względu na małą liczbę zainteresowanych, musiało się odbyć w tak małej salce. Jeszcze do dzisiejszego dnia, z tego powodu, boli mnie serce. A nawet, powiem wprost, wstydzę się, że „Warszawa dała plamę”. (Wyjaśniam ten archaizm - tak się mówiło za czasów mojej młodości, kiedy ktoś zrobił coś niewłaściwego.)
Konferencja trwała od godz. 9:00 do 18:00. Philip Yancey wygłosił 4 wykłady, każdy - z tłumaczeniem - zajął 90 minut. Piąta sesja, to były odpowiedzi na zadane przez uczestników pytania.
Przed nami stał człowiek skromny i pokorny. Człowiek o wielkiej mądrości i wiedzy - każdy wie na czym polega różnica. Bogaty w doświadczenia, czasami bardzo bolesne i trudne. Mężczyzna subtelny i wrażliwy. Mąż wielkiej wiary i wątpiący zarazem. Niewątpliwie człowiek modlitwy, chociaż wcale tak o sobie nie mówił. I wiele jeszcze odczuć można by było na jego temat wymieniać.
Yancey, ujął mnie dodatkowo tym, że nie tylko jest świetnym pisarzem. Okazał się być doskonałym mówcą i nauczycielem Słowa. Jego bardzo obrazowe przykłady (wręcz przypowieści) na długo pozostaną w pamięci słuchaczy. A obraz dużego ekranu (przesłanie świata, w którym żyjemy) i małego ekranu (przesłanie Jezusa) - kto wie, czy nie pozostanie w niej na zawsze. Zainteresowanych odsyłam do Wydawnictwa Credo - wszystkie sesje były nagrywane.
Poza sesją wprowadzającą, Philip Yancey poruszył trzy główne wątki (każdy podczas oddzielnej sesji), związane tematycznie z jego książkami: Zaskoczeni łaską, Modlitwa. Czy to działa? oraz Rozczarowany Bogiem. Odnosił się również do książki: Jezus, jakiego nie znałem i Sposób na niewidzialnego Boga. Mówił więc o łasce, o modlitwie i o zwątpieniu. Niewątpliwie były to słowa, dające nam wszystkim nadzieję, zachętę i zbudowanie.
Podczas sesji na pytania powiedział o swoich dalszych planach wydawniczych. Między innymi, zamierza napisać wspomnienia. Wydawnictwo Credo również ma w zanadrzu jakąś niespodziankę autorstwa Yancey’a.
Osobisty wątek
Trzecia sesja, dotycząca modlitwy, rozpoczęła się krótkim, 6-minutowym filmikiem. To było moje świadectwo. Dotyczyło ono książki „Modlitwa. Czy to działa?”. [KLIKNIJ] Książka ta towarzyszyła mi, w chyba najtrudniejszym - jak dotąd, momencie mojego życia. W okresie, kiedy mój mąż przebywał w szpitalu z powodu wylewu krwi do mózgu. Książkę tę zaczęłam czytać na dzień przed tym wydarzeniem. Znajdowałam w niej wiele cennych myśli. Zawsze wychodziła naprzeciw moim potrzebom. Wiele myśli oddawało dokładnie to, co czułam i czym żyłam.
Półtora roku później, napisałam o tej książce takie słowa: Trudno jest tu przelać myśli o książce, która ma 450 stron. Czytałam ją, jeżdżąc do szpitala miejskimi środkami lokomocji. Czytałam ją w zaciszu szpitalnego korytarza. Czytałam ją, czuwając przy łóżku wciąż ‘nieobecnego’ męża. Jej strony pokreślone są kolorami tęczy a też zwykłym długopisem. Rogi są pozaginane, bo akurat niczego do pisania nie było pod ręką. Z tą książką związane są silne emocje, które mną targały - lęk, niepewność, ból, smutek, duchowa niemoc. Ale też były inne emocje - pokój, nadzieja, wiara w to, że modlitwa jednak działa. Mówi się „Książka - nierozdzielny towarzysz, przyjaciel bez interesu, domownik bez naprzykrzania” (Ignacy Krasicki). Tym właśnie ta książka była dla mnie. Połączyła mnie z nią bardzo silna więź…
Jeśli ktoś dziś postawi mi pytanie: Modlitwa!? Czy to działa? odpowiem: Tak, działa!!!
Philip Yancey ponownie wszedł za pulpit. Nasze spojrzenia spotkały się. „To ty?” - wskazał na mnie dłonią. „A to jest on?” - i skierował swój palec na Pawła. Pokiwaliśmy głowami. Nie wiem dlaczego, ale ‘spociły’ mi się oczy…
Poruszony sytuacją, Philip opowiedział nam o swoim dwa lata starszym bracie, który właśnie odbywa rekonwalescencję po przebytym udarze. „Ale on nie ma się tak dobrze, jak ty” - powiedział do Pawła, wpisując nam dedykację do książki: „Dla Walentyny i Pawła. Jesteście żywymi dowodami na to, że modlitwa czyni różnicę”.
Początek przyjaźni?
Jak wspomniałam na wstępie, z wieloma pisarkami i poetkami połączyła mnie bardzo zażyła przyjaźń. Czy tak będzie z Philipem Yancey’em? Nie wiem. Miałam (mieliśmy - ja i Paweł) ten przywilej spędzenia z nim znacznie więcej czasu, niż dane to było innym uczestnikom konferencji.
W poniedziałek, 21 listopada, kiedy cała ekipa „Credo” wróciła już do Katowic, do pracy, my zabraliśmy Philipa na wycieczkę do Kazimierza Dolnego. Opustoszały Kazimierz Dolny cały był nasz. Naprawdę! Byliśmy chyba jedynymi turystami. I pomimo tego, że zapowiadanego słońca nie było i chłód dawał się we znaki, udało nam się zobaczyć wszystkie, najciekawsze i najpiękniejsze zakątki miasteczka.
Zjedliśmy obiadek „U Fryzjera”, w lokalu, który słynie z żydowskiej kuchni. Jeśli ktoś jest ciekawy, jak smakuje ‘gęsi pipek’ - niech spyta Pawła :-). Ja polecam 'kreplach' - żydowskie pierogi..
Kończąc nasz pobyt spacerem po ulicy Krakowskiej, ulegliśmy pokusie wypicia gorącej czekolady w „Manufakturze Czekolady”. Poemat…
Rozstawaliśmy się z Philipem szczęśliwi, że mogliśmy pokazać mu trochę polskiego piękna i wdzięczni, że znaleźliśmy w nim wspaniałego kompana podróży oraz towarzysza do głębokich, poważnych, ale wcale nie nudnych rozmów o życiu i świecie, o wierze i Kościele.
Zakończenie
wtorek, 15 listopada 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)


