środa, 31 grudnia 2014

Na Nowy Rok - 2015












Czego mam ci życzyć na Nowy Rok? 
Życzę ci wiary, 
co wzrasta krocząc w światłości. 
Nadziei, co obfituje 
- szczęśliwej i radosnej. 

Miłości, co będąc doskonałą,
usuwa wszelką bojaźń!
Pokoju w Zbawicielu.
Odpoczynku u Jego stóp.
Uśmiechu Jego oblicza
promiennego i świetlanego.
Radości z Jego obecności!
Chrystusa coraz bliższego
i twojej ufności do Niego,
bo On wie, czego pragniesz
i On jedynie ma mądrość
wybrać z życzeń te najlepsze,
zapewniając rok dobry,
szczęśliwy Nowy Rok! 

(autora nie zanotowałam)






środa, 24 grudnia 2014

Świątecznie...









Śpiewająca gwiazda
Zaczarowana gwiazda
płynąc po wschodnim niebie
prowadziła pasterzy
do stajni, gdzie ujrzeli Ciebie.
Oni pierwsi, co byli prości
pośród pysznych i dumnych.
Oni pierwsi, choć byli biedni,
pogardzani w bogaczy tłumie.
Nędzne było Twoje mieszkanie:
stara szopa, w której bydło spalo,
a w żłobie zielone posłanie
z siana, co łąką pachniało.
Tylko jakieś w powietrzu granie,
tylko serca pośpieszne bicie
zwiastowało, że w stajni na sianie
leży świata Zbawienie i Życie.
Śpiewająca gwiazda,
rozmodlona stajnia,
zachwyceni pasterze...
(Lidia Sacewicz)

***
Drodzy Czytelinicy mojego bloga, życzę Wam pełnych pokoju, radości i milości Świąt Pamiątki Narodzenia Pana Naszego Jezusa Chrystusa.
W tym świętowaniu nie zapomnijcie o Jubilacie, a On niech darzy Was wszelkim swoim błogosławieństwem obficie. 





sobota, 20 grudnia 2014

Kącik dobrej książki

„Buntownik nie bez powodu”, Franklin Graham, Wydawnictwo CLC, Katowice, 2014 r.

Bardzo cieszę się, że przeczytałam tę książkę dopiero po wizycie Franklina Grahama w Polsce i po jego kaznodziejskiej usłudze podczas polskiej edycji Festiwalu Nadziei (na Pepsi Arena, 14 - 15 czerwca 2014 r.). Poza wiedzą, że jest synem Billego Grahama, że zawiaduje organizacją „Samaritan’s Purse” oraz, że od pewnego czasu kontynuuje ewangelizacyjne dzieło swojego ojca, stojąc na czele „Billy Graham Evangelistic Association” - o jego życia nie wiedziałam nic. Był dla mnie jak taka „tabula rasa” (czysta tablica). Jego usługę i jego osobę odebrałam jednak bardzo pozytywnie. Zobaczyłam człowieka skromnego, ciepłego, sympatycznego, używającego prostego przekazu Ewangelii, które poruszało serca do głębi. Świadczyły o tym tłumy ludzi, podejmujących decyzję zawierzenia swojego życia Bogu lub rededykowaniu Mu tego życia na nowo. 

Dopiero po przeczytaniu jego autobiografii, która jest „pasjonującą opowieścią o dorastaniu w cieniu ojca, światowej sławy ewangelisty i autorytetu duchowego, ukazującą drogę do własnej tożsamości od młodzieńczego buntu po chrześcijańskie zaangażowanie” (wyd.), odkryłam jakim jest człowiekiem.

Bardzo podobało mi się, jak humorystycznie ujął swój trudny start: „Gdybym zrozumiał wszystkie życzenia, jakie ludzie przysyłali do mnie w dniu narodzin, wróciłbym dokładnie tam, skąd przyszedłem i dałbym sobie spokój! Myślisz, że żartuję, prawda? No dobrze, żartuję. Ale czy podobałoby ci się to, ze rozpoczynasz pobyt na tej planecie z poniższą perspektywą? ‘Witamy Cię na tym grzesznym świecie i zachęcamy do pójścia śladami Twojego Tatusia’… (…) Ani jeden telegram czy kartka nie przewidywały, że mógłbym dorosnąć i cieszyć się sukcesem zawodowym jako kowboj, pilot samolotów, lekarz czy mechanik samochodowy. Nie, przeznaczono mnie na funkcję pastora - i to przez duże P.”

Dosyć obszerna autobiografia (prawie 300 stron) prezentuje nam, jak nasz bohater starał się być prawie każdym z powyższej wyliczanki. Z mniejszym lub większym powodzeniem. Każdym, byle nie pastorem… .

Niejednokrotnie przekonałam się w swoim życiu,  a z treści książki wynika, że Franklin Graham też, że Bóg, jeśli chodzi o układanie nam planów życiowych ma swoiste poczucie humoru oraz niezmąconą - żadnymi naszymi krętymi ścieżkami i niewłaściwymi wyborami - konsekwencję.
Jeśli w to nie wierzycie - KONIECZNIE przeczytajcie tę książkę!!!

Dla mnie, poza wątkiem synowsko-ojcowskim, który jak sugeruje sam autor i wydawca, jest w książce kluczowy, niesamowite wrażenie zrobił wątek zaangażowania i działania Franklina na rzecz organizacji „Samaritan’s Purse”. Jak trudne i niebezpieczne jest to dzieło - szczególnie w krajach objętych konfliktami religijnymi i etnicznymi - powinniśmy zrozumieć, śledząc informacje z krajów, w których miały/mają one miejsce (np. Bejrut, Rwanda, Afganistan, Nigeria).
Jeśli ktoś był uważnym słuchaczem, to mógł odnotować w dziennikach telewizyjnych informację, że pierwsze osoby zakażone ebolą, które wróciły do Stanów na leczenie - lekarz i pielęgniarka -  to właśnie misjonarze „Samaritan’s Purse”.  
Nam, tu w Polsce, organizacja ta kojarzy się jedynie z paczkami z akcji „Gwiazdkowa Niespodzianka”. A tak naprawdę, to zaledwie ‘czubek góry lodowej’ jej działalności.

I na koniec wątek osobisty. Zawsze cieszą mnie takie wątki w czytanych książkach. Kilka się już zdarzyło :-). Wynikały one albo z treści, albo ze znajomości autora.
Tym razem, Franklin bardzo hasłowo wspomina dwie dobrze znane mi osoby. Nieżyjącego już majora W. Iana Thomasa, założyciela sieci szkół biblijnych pod nazwą „Torchbearers Bible School”. W jednej z takich szkół miałam przyjemność, razem z moim mężem, się uczyć. Było to w „Bodenseehof” we Fridrichshafen - nad Jeziorem Bodeńskim, w Niemczech. Tam właśnie poznałam tego żywotnego, starszego pana, w garniturze i nowych adidasach, który nas, studentów, porywał swoją pasją dla Boga. A naszą obowiązkową lekturą była jego książka „The saving life of Christ”.
Wspomniany został również syn majora - Mark Thomas. Był on jednym z naszych stałych wykładowców. Niesamowicie sympatyczny ‘Angol’ :-). Mieliśmy okazję kiedyś gościć w szkole, w której był pryncypałem. W Capenwray Hall w Anglii. Nie często zdarzało mi się spać w zamku. To był ten pierwszy raz :-).

W nawiązaniu do obu panów Thomasów, Franklin wspomina wczesne  lata siedemdziesiąte - w Stanach. Ja - późne osiemdziesiąte - tu w Europie. Jednak w naszych wspomnieniach jedna rzecz jest wspólna. Ujmę ją słowami Franklina: Kurs był wielkim wyzwaniem - nadal nie byłem „typem studenta” (wspomnę, że był tam ze swoją, dopiero co poślubioną małżonką; ja studiowałam razem z mężem, który mógłby się podpisać pod słowami Franklina :-), ale zdobywanie wiedzy na temat Pisma Świętego było fantastycznym doświadczeniem. Oboje, jak suche gąbki, chłonęliśmy Słowo Boże. (…) Kiedy opuściliśmy Estes Park, nie miałem mocnego przekonania o tym, co Bóg chce, abym robił. Jednej rzeczy byłem pewien: nie chciałem głosić kazań. (Mój mąż mówił: Nigdy nie będę pastorem!) Być może wynikało to z obawy, że będę porównywany z ojcem. Miałem jednak silne pragnienie, by służyć Chrystusowi, ale jak?

My też, z podobnymi pytaniami, wracaliśmy z „Bodenseehof” do Polski… .