- Pawełku, co się dzieje, jestem zdezorientowana, jaki dziś dzień?
- Sobota, dwudziesty dziewiąty.
- A miesiąc? - Maj.
- A rok? - 2021.
- Nie to niemożliwe! Pokaż mi mój kalendarz, tam mam wszystko zapisane... To jaki dziś dzień? - 29 maj.
- A rok? Ten tutaj? (Wala pokazuje na okładkę kalendarza)
- Tak, 2021.
- Nie, to niemożliwe! To nie jest mój kalendarz...
- Czy to jest sen? A co ja mam na sobie? To nie jest moja sukienka, kto mi ją ubrał? A te oprawki są brzydkie, to nie są moje oprawki (zdejmując okulary). A te buty, one też nie są moje. Jakie śmieszne, kosmiczne. To nie mój styl, kto mi je ubrał?
- Walu, kochana, to ja Ci je ubrałem. Jestem tu, przy Tobie. Kocham Cię bardzo!
- Ja też Ciebie kocham Pawełku... a jaki dzisiaj jest dzień... a miesiąc... a rok?
Setki razy Wala zadawała mi te pytania: o dzień, o miesiąc, o rok. Zadawała je w Arce, gdzie o około 20.00 nastąpił udar, w samochodzie, w drodze do szpitala, w poczekalni SOR, a później jeszcze pół nocy - przez telefon - kiedy wróciłem do Arki (00:00 - 2:00), kiedy jechałem do Piaseczna po leki i dokumentację medyczną Wali (2:00 - 3:00) i później, kiedy już zajechałem do domu i do godziny 5.00 przebywałem w Piasecznie.
Rozmawiałem z nią cały czas: ona - z dziecinną naiwnością w głosie - zadawała mi pytania, a ja - cierpliwie, z miłością - powtarzałem moje odpowiedzi... Ale czy rzeczywiście to była rozmowa? To była niekończąca się gra w zadawanie tych samych pytań i udzielanie tych samych odpowiedzi... Wszystko wskazywało na to, że Wala natychmiast zapomina, jaka padła odpowiedź. Ba, zapomina też, że już zadała to samo pytanie - zaledwie 15 sekund wcześniej.
Później dowiedzieliśmy się, że udar (w dokumentacji medycznej podano „zawał mózgu”) - zapewne spowodowany oderwanym skrzepem powstałym w tętnicy (Wala leczy się na nadciśnienie) - spowodował czasowe uszkodzenie pamięci krótkotrwałej (udar miał miejsce w hipokampie - części mózgu odpowiedzialnej za pamięć)...
Można założyć, że Wala była całkowicie nieświadoma wszystkiego, co się wokół niej działo. Wprawdzie poruszała się o własnych siłach, reagowała na bodźce zewnętrzne, myślała i działała logicznie, rozmawiała, zadawała konkretne pytania. Jednak jakie znaczenie miało to, jakich odpowiedzi udzielałem, albo, że mówiłem jej o swoim uczuciu do niej, skoro ona to po sekundzie zapominała??? Czy to można nazwać kontaktem z chorym? Czy ona na pewno mnie słyszy, rozumie? Czy ona tam jest? Tam w środku? Czy to tylko jej ciało? A umysł nie może zaskoczyć? (Zatrybić, jak to określiła Wanda.)
Myśli plątały się w mojej głowie. Boże, co teraz?! Czy to już tak zostanie? Czy teraz już do końca życia (mojego lub Wali) nie będę miał z nią kontaktu? Będę zawsze ją kochał, będę się nią troskliwie opiekował każdego dnia... Ale czy nasze rozmowy będą już polegały tylko na tym, że Wala będzie mi zadawać w kółko te same pytania: Czy jadłam już śniadanie? A kto mi to założył? To nie są moje ubrania! Czy moja miłość do niej nie będzie nawet przez nią odnotowywana, rozumiana, zapamiętana?
I czy nie będzie już moją „ezer kenegdo” - odpowiednią (właściwą) pomocą - daną w kobiecie każdemu mężczyźnie??? Czy nie będzie w stanie wspierać mnie w mojej służbie? Nie będzie już moją żoną, kochanką, przyjacielem, współpracownicą, częścią zespołu, „mózgiem Arki”? Przecież bez niej moje życie nie ma sensu! A Arka bez niej... Nie!
Nie, nie nie! Nie zgadzam się! Boże, kłócę się z Tobą! Natychmiast zwróć mi Walę!!! Słyszysz?! Tę moją, myślącą logicznie, uporządkowaną, zorganizowaną! Nie, nie chciałem; przepraszam... Proszę, zwróć mi Walę... Walu, wróć do mnie...
Bezwiednie poruszając ustami, szeptałem wciąż i wciąż do jej ucha: Proszę, wróć do mnie, wróć do mnie, wróć...
[Gdy to piszę, moje oczy zalewają się łzami...]
Ale, co ja mówię! Jestem niepoprawnym egoistą... A co z nią? Z jej twórczym umysłem? Z jej pomysłami, które tak uparcie i konsekwentnie realizowała. Co z jej planami, których tyle miała? Czy teraz trzeba będzie wyrzucić je wszystkie do pojemnika na śmietniku?! Czy już nie będzie mogła spełniać się w pomaganiu ludziom, w nauczaniu kobiet, w kochaniu tych, którzy są biedni, którzy mają życiowe problemy? Czy to wszystko już nie będzie jej dotyczyło? Bo będzie zajęta pytaniem, jaki dziś dzień? Do cholery!!! Czy to już będzie jedyne, co ją czeka w życiu? Nie! Na to też się nie godzę!
Boże słyszysz?! Ja się na to nie zgadzam!
Biłem się z tymi myślami całą noc, co rusz to odpowiadając na pytania Wali, tłumacząc jej cierpliwie jej sytuację (wiedząc, że za chwilę i tak zapyta o to samo). Od czasu do czasu modliłem się, wpadając w bezgłośny szloch, dusząc się w spazmach łkania, zużywając jedną chusteczkę po drugiej...
Wreszcie, gdzieś około 5 godziny Wala zadała mi jedno czy dwa pytania, które świadczyły o tym, że zapamiętała tych kilka moich wcześniejszych tłumaczeń-odpowiedzi. Na przykład: wcześniej kłóciła się (z dziecięcą łagodnością), że nie prowadziła w tym dniu spotkania dla kobiet. Teraz (o 5 rano) zapytała: To ja miałam Kobiecą Sobotę, tak? A kto był gościem? O - pomyślałem - coś drgnęło. I choć za chwilę Wala ponownie zapytała „Jaki dziś dzień?”, ja już wiedziałem, że moja WALA WRACA!
Wreszcie rozpoczęła drogę powrotną ze swej nieplanowanej podróży w mentalnej czaso - przestrzeni...
O ile dobrze pamiętam, to zaraz zasnęła, a ja wsiadłem w samochód i wróciłem do Arki (stąd miałem bliżej do szpitala). Zdrzemnąłem się od 6 do 8. Kiedy zadzwoniłem do niej około 9 odpowiedziała mi... moja „dobra - stara Wala” - już nie infantylny głosik, pytający ”gdzie jestem”, ale ONA, ta sama jaką znam od lat, logiczna, uporządkowana, konkretna, itd.
Boże - pomyślałem - dziękuję Ci, dziękuję, dziękuję... Za to, że zwróciłeś mi Walę... Całą i zdrową... (No, prawie zdrową.)
Na fejsbuku mogłem już napisać: Powiem krótko: Wala wróciła! Wróciła z dalekiej podróży w szarokomórkowej czaso-przestrzeni. Znowu jest w "swoim sosie" - planuje, analizuje, podejmuje decyzje, zarządza, pilnuje... Jak to powiedziała nasza księgowa: Mózg Arki nie może być chory! Już w dzień po udarze wydała mi pełną garść zleceń, przypomnień i ponagleń. Kocham ja taką! I jeszcze: co ja bym bez niej zrobił? Nie wstydzę się tego powiedzieć. Bo przecież my od 40 lat jesteśmy wzajemnie uzupełniającym się team'em! Pasujemy do siebie jak... jak... jak klucz do zamka! Ja wymyślam, rozkręcam a Wala później konsekwentnie i skrupulatnie to realizuje...
(Teraz, kiedy to piszę, Wala nadal przebywa na oddziale neurologicznym szpitala na ul. Szaserów. Robią jej szczegółową diagnostykę. Teraz muszą się zająć jej serduszkiem...)




