niedziela, 29 maja 2022

Wróć do mnie, Walu... Rocznica pewnego wydarzenia.

- Pawełku, co się dzieje, jestem zdezorientowana, jaki dziś dzień?

- Sobota, dwudziesty dziewiąty. 

- A miesiąc? - Maj.

- A rok?  -  2021.  

- Nie to niemożliwe! Pokaż mi mój kalendarz, tam mam wszystko zapisane... To jaki dziś dzień? - 29 maj.

- A rok? Ten tutaj? (Wala pokazuje na okładkę kalendarza)

- Tak, 2021. 

- Nie, to niemożliwe! To nie jest mój kalendarz...

- Czy to jest sen? A co ja mam na sobie? To nie jest moja sukienka, kto mi ją ubrał? A te oprawki są brzydkie, to nie są moje oprawki (zdejmując okulary). A te buty, one też nie są moje. Jakie śmieszne, kosmiczne. To nie mój styl, kto mi je ubrał? 

- Walu, kochana, to ja Ci je ubrałem. Jestem tu, przy Tobie. Kocham Cię bardzo! 

- Ja też Ciebie kocham Pawełku... a jaki dzisiaj jest dzień... a miesiąc... a rok?

Setki razy Wala zadawała mi te pytania: o dzień, o miesiąc, o rok. Zadawała je w Arce, gdzie o około 20.00 nastąpił udar, w samochodzie, w drodze do szpitala, w poczekalni SOR, a później jeszcze pół nocy - przez telefon - kiedy wróciłem do Arki (00:00 - 2:00), kiedy jechałem do Piaseczna po leki i dokumentację medyczną Wali (2:00 - 3:00) i później, kiedy już zajechałem do domu i do godziny 5.00 przebywałem w Piasecznie.

Rozmawiałem z nią cały czas: ona - z dziecinną naiwnością w głosie - zadawała mi pytania, a ja - cierpliwie, z miłością - powtarzałem moje odpowiedzi... Ale czy rzeczywiście to była rozmowa? To była niekończąca się gra w zadawanie tych samych pytań i udzielanie tych samych odpowiedzi... Wszystko wskazywało na to, że Wala natychmiast zapomina, jaka padła odpowiedź. Ba, zapomina też, że już zadała to samo pytanie - zaledwie 15 sekund wcześniej.

Później dowiedzieliśmy się, że udar (w dokumentacji medycznej podano „zawał mózgu”) - zapewne spowodowany oderwanym skrzepem powstałym w tętnicy (Wala leczy się na nadciśnienie) - spowodował czasowe uszkodzenie pamięci krótkotrwałej (udar miał miejsce w hipokampie - części mózgu odpowiedzialnej za pamięć)...

Można założyć, że Wala była całkowicie nieświadoma wszystkiego, co się wokół niej działo. Wprawdzie poruszała się o własnych siłach, reagowała na bodźce zewnętrzne, myślała i działała logicznie, rozmawiała, zadawała konkretne pytania. Jednak jakie znaczenie miało to, jakich odpowiedzi udzielałem, albo, że mówiłem jej o swoim uczuciu do niej, skoro ona to po sekundzie zapominała??? Czy to można nazwać kontaktem z chorym? Czy ona na pewno mnie słyszy, rozumie? Czy ona tam jest? Tam w środku? Czy to tylko jej ciało? A umysł nie może zaskoczyć? (Zatrybić, jak to określiła Wanda.)

Myśli plątały się w mojej głowie. Boże, co teraz?! Czy to już tak zostanie? Czy teraz już do końca życia (mojego lub Wali) nie będę miał z nią kontaktu? Będę zawsze ją kochał, będę się nią troskliwie opiekował każdego dnia... Ale czy nasze rozmowy będą już polegały tylko na tym, że Wala będzie mi zadawać w kółko te same pytania: Czy jadłam już śniadanie? A kto mi to założył? To nie są moje ubrania! Czy moja miłość do niej nie będzie nawet przez nią odnotowywana, rozumiana, zapamiętana?

I czy nie będzie już moją „ezer kenegdo” - odpowiednią (właściwą) pomocą - daną w kobiecie każdemu mężczyźnie??? Czy nie będzie w stanie wspierać mnie w mojej służbie? Nie będzie już moją żoną, kochanką, przyjacielem, współpracownicą, częścią zespołu, „mózgiem Arki”? Przecież bez niej moje życie nie ma sensu! A Arka bez niej... Nie!

Nie, nie nie! Nie zgadzam się! Boże, kłócę się z Tobą! Natychmiast zwróć mi Walę!!! Słyszysz?! Tę moją, myślącą logicznie, uporządkowaną, zorganizowaną! Nie, nie chciałem; przepraszam... Proszę, zwróć mi Walę... Walu, wróć do mnie...

Bezwiednie poruszając ustami, szeptałem wciąż i wciąż do jej ucha: Proszę, wróć do mnie, wróć do mnie, wróć...

[Gdy to piszę, moje oczy zalewają się łzami...]

Ale, co ja mówię! Jestem niepoprawnym egoistą... A co z nią? Z jej twórczym umysłem? Z jej pomysłami, które tak uparcie i konsekwentnie realizowała. Co z jej planami, których tyle miała? Czy teraz trzeba będzie wyrzucić je wszystkie do pojemnika na śmietniku?! Czy już nie będzie mogła spełniać się w pomaganiu ludziom, w nauczaniu kobiet, w kochaniu tych, którzy są biedni, którzy mają życiowe problemy? Czy to wszystko już nie będzie jej dotyczyło? Bo będzie zajęta pytaniem, jaki dziś dzień? Do cholery!!! Czy to już będzie jedyne, co ją czeka w życiu? Nie! Na to też się nie godzę!

Boże słyszysz?! Ja się na to nie zgadzam!

Biłem się z tymi myślami całą noc, co rusz to odpowiadając na pytania Wali, tłumacząc jej cierpliwie jej sytuację (wiedząc, że za chwilę i tak zapyta o to samo). Od czasu do czasu modliłem się, wpadając w bezgłośny szloch, dusząc się w spazmach łkania, zużywając jedną chusteczkę po drugiej...

Wreszcie, gdzieś około 5 godziny Wala zadała mi jedno czy dwa pytania, które świadczyły o tym, że zapamiętała tych kilka moich wcześniejszych tłumaczeń-odpowiedzi. Na przykład: wcześniej kłóciła się (z dziecięcą łagodnością), że nie prowadziła w tym dniu spotkania dla kobiet. Teraz (o 5 rano) zapytała: To ja miałam Kobiecą Sobotę, tak? A kto był gościem? O - pomyślałem - coś drgnęło. I choć za chwilę Wala ponownie zapytała „Jaki dziś dzień?”, ja już wiedziałem, że moja WALA WRACA!

Wreszcie  rozpoczęła drogę powrotną ze swej nieplanowanej podróży w mentalnej czaso - przestrzeni...

O ile dobrze pamiętam, to zaraz zasnęła, a ja wsiadłem w samochód i wróciłem do Arki (stąd miałem bliżej do szpitala). Zdrzemnąłem się od 6 do 8. Kiedy zadzwoniłem do niej około 9 odpowiedziała mi... moja „dobra - stara Wala” - już nie infantylny głosik, pytający ”gdzie jestem”, ale ONA, ta sama jaką znam od lat, logiczna, uporządkowana, konkretna, itd.

Boże - pomyślałem - dziękuję Ci, dziękuję, dziękuję... Za to, że zwróciłeś mi Walę... Całą i zdrową... (No, prawie zdrową.)

Na fejsbuku mogłem już napisać: Powiem krótko: Wala wróciła! Wróciła z dalekiej podróży w szarokomórkowej czaso-przestrzeni. Znowu jest w "swoim sosie" - planuje, analizuje, podejmuje decyzje, zarządza, pilnuje... Jak to powiedziała nasza księgowa: Mózg Arki nie może być chory! Już w dzień po udarze wydała mi pełną garść zleceń, przypomnień i ponagleń. Kocham ja taką! I jeszcze: co ja bym bez niej zrobił? Nie wstydzę się tego powiedzieć. Bo przecież my od 40 lat jesteśmy wzajemnie uzupełniającym się team'em! Pasujemy do siebie jak... jak... jak klucz do zamka! Ja wymyślam, rozkręcam a Wala później konsekwentnie i skrupulatnie to realizuje...

(Teraz, kiedy to piszę, Wala nadal przebywa na oddziale neurologicznym szpitala na ul. Szaserów. Robią jej szczegółową diagnostykę. Teraz muszą się zająć jej serduszkiem...)




 

 

wtorek, 17 maja 2022

Kącik dobrej książki

Chcąc być wierną tradycji, że nie prezentuję tu mniej niż trzy książki na raz, utknęłam w punkcie, kiedy nie mogłam znaleźć właściwej kandydatki na trzecią propozycję książkową. Przyznaję, ostatnio zaczyna mi trochę brakować książek, stąd ta trudność. Z nadzieją przeszperałam swoje półki z książkami i natknęłam się właśnie na tą trzecią. O niej potem, ale... przy okazji okazało się, że w bibliografii zawiera ona bardzo obszerną listę polskich (to znaczy wydanych w Polsce) książek o tematyce ewangelizacyjno-misyjnej. Ku mojej radości, niektóre z nich mam. Po prostu znajdowały się w innym „dziale” naszej prywatnej biblioteki - np. w dziale ewangelizacji lub rozwoju Kościoła, a nie misji. Jednak warte są zaprezentowania. Nie można przecież traktować ewangelizacji, misji i rozwoju Kościoła oddzielnie.

Kilka ciekawych tytułów już zamówiłam. Oznacza to, że ta rubryka tak szybko się nie zamknie :-)

Roger K. Snock, Przyjaciel Boga, Wydawnictwo „ŁASKA I POKÓJ”, Katowice 1994

„Przyjaciel Boga” to opowieść o życiu i służbie Alberta Fallaize. Misjonarza, który swoje życie poświęcił na misji wśród marokańskich muzułmanów. Bardzo mocno czuł, że jego miłość kieruje się do tych, nad których życiem panuje Islam. Wyjechał tam w 1915 roku, jako 25 latek. Opuścił Maroko w roku 1947. Głównie z przyczyn zdrowotnych. Zarówno on, jak i jego druga żona Lucy poważnie chorowali. Pierwsza żona Alberta, Daisy, zmarła wkrótce po porodzie. Dziecko urodziło się martwe.  

Albert wracał do Maroka jeszcze kilkakrotnie, nawet będąc już blisko dziewięćdziesiątki. Do końca swoich dni pozostawał on aktywnym sługą Bożym i Jego przyjacielem.  

Podczas swojej służby wśród muzułmanów, Albert doszedł do bardzo cennych wniosków. Po pierwsze mówił, że: Chrześcijanin z Zachodu powinien pamiętać, że muzułmanin może stracić wszystko za uwierzenie w coś, co kosztuje tego chrześcijanina bardzo mało. Po drugie twierdził, że: Jeżeli chrześcijanin ma dotrzeć do muzułmanina, to zanim pozna język arabski, musi poznać język Boży. Jest język miłości. Musi ich kochać. I tu wróciły moje wspomnienia z pewnych wykładów w Haggai Institute, w który uczestniczyłam w 2004 roku. Osoba, która prowadziła z nami zajęcia na temat Islamu, pokazała nam slajd modlącego się kilkuletniego muzułmanina i z naciskiem powiedziała: Musicie nauczyć się ich kochać. Wciąż to pamiętam.

I właśnie tą miłością Albert zdobywał muzułmańskie dusze dla Chrystusa. Mówiono o nim jako o: Jasnym człowieku, o charakterze zdominowanym cierpliwością. O zdominowanym przez miłość do Chrystusa i całkowicie ogarniętym chęcią pomagania innym. Prawdziwy człowiek o ciepłym sercu, przyjaciel i doradca.

Pewien Marokańczyk powiedział o nim: To jest człowiek z Jezusem Chrystusem na twarzy! Czy może istnieć jeszcze jakiś większy komplement (czy świadectwo)?

*** W jednym z wcześniejszych numerów biuletynu opisałam życie innej misjonarki, służącej w Maroku - Patrycji St. John.


Mel Tari, Jak potężny wiatr, Absolutnie Fantastyczne, Gorzów Wielkopolski 2021

Książka ta opowiada o jednym z największych przebudzeń duchowych XX wieku, które miało miejsce w Indonezji. Działo się ono w latach 1965-1971. Mel Tari był uczestnikiem i wiernym świadkiem tego przebudzenia, dlatego odebrał od Boga powołanie, aby brać czynny udział w tym przebudzeniu poprzez docieranie z Ewangelią do najdalszych zakątków swojego kraju. Odebrał również przekonanie, że o przebudzeniu tym ma opowiedzieć zachodniemu (chrześcijańskiemu światu), głosząc cuda, jakie miały miejsce w Indonezji podczas tego przebudzenia oraz niosąc kościołom na Zachodzie takie oto przesłanie: Wróćcie do Biblii, wróćcie do prostoty Bożego Słowa.

Mel Tari opisuje w swojej książce jak spektakularne, niesamowite i potężne było to Boże przebudzenie wśród chrześcijan indonezyjskich oraz ich pogańskich rodaków. To był wiek cudów, takich jakich dokonywał Jezus, chodząc po ziemi. To była powtórka drugiego rozdziału Dziejów Apostolskich. Boża obecność w cudowny sposób objawiała się w tym narodzie.

W książce przeplatają się trzy istotne wątki. Jeden to opis indonezyjskiego przebudzenia. Drugi to odbiór przez autora zachodniego chrześcijaństwa. Autor jest wdzięczny Bogu za misjonarzy, którzy przynieśli do Indonezji Ewangelię. Jednocześnie jest świadomy niekorzystnych zmian, jakie zaszły w chrześcijaństwie zachodnim XX wieku. Stąd jego przekonanie z jakim przesłaniem ma wyruszyć w swoją podróż misyjną do Ameryki i nie tylko Ameryki.  Trzeci wątek to jego osobiste nauczanie, głównie odnoszące się właśnie do prostoty Słowa Bożego oraz do roli Ducha Świętego i wszelkich przejawów Jego działania w życiu chrześcijanina.

 

Misja w Polsce jako problem międzykościelny, red. Tadeusz J. Zieliński, Wydawnictwo Credo, Warszawa - Katowice 2006

Książka jest zbiorem referatów wygłoszonych w ramach sympozjum zorganizowanego w 2004 r. w Wyższym Baptystycznym Seminarium Teologicznym. Temat sympozjum brzmiał „Misja w Polsce jako problem międzykościelny”. Referaty wygłoszone były przez przedstawicieli różnych środowisk naukowych i wyznaniowych. Warto tu wymienić niektóre tematy referatów oraz ich autorów. Co może skłonić czytelnika do zapoznania się z tą propozycją książkową.

Nad ciekawym tematem Co utrudnia zainteresowanie ewangelizacją i jej akceptację? skoncentrował się przedstawiciel Kościoła Ewangelicko-Reformowanego Biskup Zdzisław Tranda.

Edward Czajko - duchowny Kościoła Zielonoświątkowego w Polsce omówił misję Kościoła z perspektywy chrześcijaństwa entuzjastycznego, zwracając uwagę na cztery jej elementy: oddawanie chwały Bogu, modlitwa wstawiennicza i dziękczynna, troska społeczna i ewangelizacja.

Andrzej Siemieniecki przedstawiciel Kościoła Rzymskokatolickiego przedstawił słuchaczom eklezjalny wymiar katolickiej misji, głównie jako misji wewnątrzkościelnej.

Mirosław A. Patalon reprezentant Kościoła Chrześcijan Baptystów w RP skupił się na dialogicznym charakterze misji chrześcijańskiej. Twierdził, że przyszłością misji są inicjatywy międzywyznaniowe skupiające katolików, prawosławnych i protestantów, dla których osoba i myśl Jezusa stanowi podstawę życia.

Wojciech Kowalewski, również z KChB w RP, również skupiał się na jedności i różnorodności ewangelizacyjnej w odniesieniu do paradygmatu misjologii trynitarnej. Jedność w różnorodności i różnorodność w jedności lekarstwem na rozłamy, nieporozumienia i antagonizmy.  

Tadeusz J. Zieliński (KChB w RP), zaprezentował bardzo interesujący i praktyczny temat Etyka misji chrześcijańskiej według międzynarodowych ustaleń ekumenicznych. Omówił niedopuszczalne zachowania w toku działalności misyjnej; praktyczne działania w kierunku etycznej przemiany misji; oraz potrzebę implementacji (wdrożenia) zasad ekumenicznej etyki misji w Polsce.

Jak już wspomniałam, dzięki temu opracowaniu pozyskałam wiele nowych tytułów książek, którymi chętnie się z Wami podzielę.

 

Życzę miłej lektury.

*** Napisane na zamówienie Biuletynu "Idźcie". 

 

 

 

wtorek, 22 marca 2022

Na górze Pana jest zaopatrzenie

Czytając Biblię, kilkakrotnie napotykamy starotestamentowe historie, które pokazują nam Boga jako Zaopatrzyciela. Manna na pustyni, przepiórki spadające z nieba, woda płynąca ze skały (w Księdze Exodus), cudownie pomnażająca się oliwa (II Księga Królewska). Jahwe Jireh - Bóg zaopatruje - to jedno z Bożych imion. Znamy też ewangeliczne przykłady o nakarmieniu przez Jezusa kilkutysięcznych tłumów. Dokonywał On cudownego rozmnożenia chleba w takich ilościach, że nie tylko wystarczyło dla wszystkich potrzebujących, ale jeszcze pozostały pełne kosze resztek.

Oczywiście, pamiętamy, że Jezus do rozmnożenia użył tego, co przynieśli ludzie. Konkretnie - mały chłopiec. To on oddał Jezusowi swoje dwa chlebki i pięć rybek.

Kiedy obserwuję dzisiejszą sytuację, związaną z zaangażowaniem Polaków w pomaganie ukraińskim uchodźcom, to właśnie ta wspomniana historia przychodzi mi na myśl. Jezus, patrząc się na głodne tłumy, powiedział swoim uczniom - To wy dajcie im jeść (Ew. Łukasza 9:13). I pokazał im jak można wykorzystać nawet najmniejszy dar.

Do Polski zmierzają tłumy uchodźców wojennych i okazuje się, że każdy najmniejszy dar się liczy. Nie jest ważne, czy ktoś przyniesie jedną butelkę wody czy całą zgrzewkę. Dostarczy 10 zrobionych przez siebie kanapek, czy sto. (Znajoma opracowała prostą logistykę na szybkie przygotowanie 120 kanapek z tostów i sera. Z udziałem swoich dzieci. Wystarczy smarowaczka, nakładaniec i pakowaczka :-) Liczy się serce i chęć podjęcia wyzwania „Wy dajcie im jeść”.

W naszej fundacji codziennie doświadczamy cudownego rozmnożenia, a też zauważamy, że czymkolwiek się podzielimy, zaraz wraca do nas z nadwyżką i znowu mamy czym się dzielić. A lista osób, czy miejsc, gdzie potrzebna jest natychmiastowa pomoc jest wielka!

Jesteśmy wdzięczni wszystkim, którzy nas zaopatrują:

Bankowi Żywności i za jego pośrednictwem sklepowi Macro za zaopatrzenie na nasze bieżące potrzeby oraz na rzecz uchodźców, Burger Kingowi za hamburgery i nuggetsy, Galerii Wypieków za naszego busa cotygodniowo wypełnionego szerokim asortymentem pysznych wypieków, Fundacji ESPA za umożliwienie współpracy ze sklepem ALDI, który zaopatruje nas raz w tygodniu w owoce, warzywa i produkty suche.

To wszystko są regularne dostawy dla naszej Arki. Obecnie, w związku z pojawieniem się uchodźców w Polsce, w Warszawie, na Pradze Południe obserwujemy jak wiele jest szeroko otwartych serc i  otwartych dłoni, gotowych dzielić się z potrzebującymi.

Auchan Polska przekazał na potrzeby małych dzieci z Ukrainy duże ilości produktów żywnościowych (odżywek), wilgotnych chusteczek, pieluch. Pewna firma consultingowa, na nasz apel, zakupiła 100 sztuk folii izotermicznej (koce) oraz podstawowe artykuły szkolne, aby dzieci, oczekujące na Dworcu Wschodnim mogły się czymś zająć. Zaprzyjaźniony młody człowiek, pracujący w małym sklepie spożywczym swojego znajomego, dostarczył nam zawartość jednego sklepowego wózka, zapełnionego przez stałych klientów. Ktoś inny przekazał kilka niewielkich pakunków, w każdym niezbędne produkty z opisem: na Dworzec Wschodni lub dla Arki.  Odzież, klapki, kosmetyki, podstawowe leki. Młoda rodzina dostarczyła nam nowe ręczniki i koce oraz piękny wózek dziecięcy z gondolą i dodatkową zawartością (kocyk, śpiworek, pieluchy...).

Kolejna osoba zareagowała na naszą prośbę o wózek (spacerówkę). Też na Dworzec Wschodni. Pan wyskoczył z pracy, aby zaspokoić tę pilną potrzebę. Wcześniej dostarczył nam zapas wody niegazowanej i dobrej herbaty. Kilka kobiet przyniosło nam czyste zmiany pościeli, ręczniki. Zaprzyjaźniona z nami właścicielka stadniny koni umożliwiła dzieciom z Ukrainy, przebywającym w Arce, przejażdżki konne. (To swoista hipoterapia na ich zalęknione serca.) Na naszym fundacyjnym koncie i w kasie pojawiły się mniejsze i większe wpłaty na rzecz uchodźców. To wszystko chwyta za serce.

A uchodźcom zaczęliśmy pomagać od 28 lutego. Wtedy przyjechali do nas pierwsi goście. Kiedy piszę ten tekst (22.03.2022), przez Arkę przewinęły się już 93 osoby. Może komuś  wydawać się, że to niewiele. Ale my mierzymy nasze wątłe siły na zamiary. Prowadząc bieżące działania naszej fundacji, jednocześnie przyjmujemy uchodźców. Przeważnie rodziny z dziećmi, czasem trzy pokolenia lub tylko matki z dziećmi. (Ojcowie zostali, aby walczyć o Ukrainę.) Bolesna jest ta nieobecność mężczyzn. 

Uchodźcy przyjeżdżają w grupach od kilku do kilkunastu osób. Na noc lub dwie. Potem jadą dalej - w Polskę lub w daleki, obcy świat. Czasem wpadają po drodze, dla krótkiego wytchnienia. Zjedzą ciepłą strawę i odjeżdżają.

Taki u nas mamy cykl - witamy się i żegnamy się. Czasem po kilku dniach, czasem po jednej nocy. Nigdy nie zapomnę wtulającego się we mnie, przy pożegnaniu, czternastolatka... I dłoni jednej z matek, symbolicznie układających się w serce. Najbardziej bolesny jest fakt, że jeszcze miesiąc temu takiej podróży nikt z nich nie planował. To wielki przywilej, że mogą znaleźć swoją chwilową przystań w Arce.

Dzięki Bogu, niczego tu nie brakuje - możemy zapewnić im noclegi, posiłki, czystą pościel i ręczniki. No i dobrą obsługę - wiernych wolontariuszy i personel Arki.

O tym, że niczego nie brakuje już pisałam, wspominając tych, którzy nasze zasoby uzupełniają. Tylko, dziwna rzecz, nasze magazyny nie pękają w szwach, a półki nie uginają się pod ciężarem towaru. Dlaczego? Po prostu - dzielimy się. W myśl biblijnej zasady „darmo wzięliście, darmo dawajcie” (Ew. Mateusza 10:8).

I tu przypomina mi się pewna postać z serialu „Było sobie życie”. Ulubiona postać mojego synka, chociaż nie jako wzór do naśladowania. Zafascynował go sposób działania i ciemny charakter tej postaci. Otóż, był to magazynier jodu. Nasz kilkuletni  synek zwykł na niego mówić „magazynier jordu”. Bardzo mocno strzegł on zapasów jodu w magazynie, sknerzył, powodując stan jego niedoboru w organizmie. Co, jak wiadomo nie jest korzystne dla zdrowia. W nawiązaniu do tej postaci często zdarzało nam się używać tego określenia „magazynier jordu” w określeniu osób, które pilnie strzegły nagromadzonych przez siebie zapasów. Wolały, aby zjadły je mole lub zalęgły się w nich larwy, a puszki pokryła rdza. Absolutnie, nie chcemy tego w Arce! Nasze spichlerze nie mogą stać pełne. 

Nasze zasoby dzielimy na dwa ośrodki naszej fundacji (Arkę 1 - przebywa tam spora grupa dzieci i seniorów z Ukrainy i Arkę 2 - czyli naszą praską Arkę). Nie rezygnujemy ze stałych działań, czyli np. Obiadu Czwartkowego dla naszych podopiecznych, wtorkowych i sobotnich obiadów regeneracyjnych dla uczestników regularnych spotkań. Zasoby te musimy rozdzielić również dla naszych stałych odbiorców (100 rodzin raz w tygodniu dostaje paczki z pomocą żywnościową) i na bezdomnych z Kościoła Ulicznego (raz w tygodniu na tzw. Patelnię dostarczamy kanapki, ciasta, drożdżówki, chleb). Ich sytuacja przecież się nie zmieniła.

Kiedy tylko przyjeżdża jakaś dostawa, szukamy miejsc, gdzie aktualnie jest najgorętsza potrzeba. Czasem ogłaszamy chęć podzielenia się produktami na FB. Wstawiamy zdjęcie z tym, co mamy i wysyłamy do znajomych, pomagających uchodźcom. Odpowiedź jest przeważnie jedna: Biorę wszystko. Wspieramy indywidualne osoby, które przyjęły pod swój dach rodziny z Ukrainy. Co któryś dzień zawożone są na Dworzec Wschodni pościele, koce, klapki; kosmetyki, kanapki, drożdżówki. Wystarczył telefon z OPS i już jedzie do nich karton (lub więcej) niezbędnych produktów: sucha żywność, kosmetyki. Szpital Dziecięcy przy ul. Niekłańskiej (kiedyś był tam operowany nasz synek) zgłosił zapotrzebowanie na odżywki i środki pielęgnacyjne. Czy mamy? Mamy. Zawieziemy!

Dajemy i... nie ubywa! A jeśli ubywa to na chwilę. Czasem się zastanawiam, czy mam dzielić się czymś, czego mam niewiele, ale za chwilę przychodzi refleksja - przecież to się zaraz uzupełni. To jest takie codzienne doświadczanie cudu ekonomicznego.

W Psalmie 23, w wersecie 5 padają takie słowa: Stół dla mnie zastawiasz wobec mych przeciwników; namaszczasz mi głowę olejkiem; mój kielich jest przeobfity. Tak, nasz kielich przelewa się, bo jak inaczej można sobie wyobrazić przeobfity kielich? Ten obraz symbolizuje obfitość darów, które dostajemy i którymi się możemy dzielić. A zastawiony stół wobec nieprzyjaciół? Czy nie doświadczamy tego na granicy, na dworcach, na ulicach, w naszych domach? Kiedy to pragnieniem wszystkich jest przyjąć, nakarmić, zatroszczyć się o podstawowe potrzeby tłumów, uciekających przed rosyjskimi przeciwnikami. Tłumów starców, bezradnych matek i ich dzieci... 

Wojna jest straszna. Okrutna. Ale to, co jej towarzyszy, co dzieje się wokół nas, napełnia nadzieją, że dobro zwycięży. To kolejna biblijna lekcja dla nas: Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj. (List do Rzymian 12:21)

Dziękuję wszystkim, którzy biorą udział w tym szczytnym dziele.