wtorek, 8 listopada 2022

Kącik dobrej książki

W ostatnim numerze biuletynu, wraz z opisywanymi historiami misyjnymi współczesnych misjonarzy, skupiłam się na misji w Afryce. Konkretnie w Ugandzie. A tym razem będziemy towarzyszyć naszym bohaterom na polu misyjny jakim jest Ameryka Południowa. Dzięki wybranym książkom będziecie mogli śledzić przebieg wielkiego duchowego przebudzenia w Argentynie, które miało miejsce w latach 50-tych minionego stulecia. A zadziało się dzięki determinacji, wierności i poświęceniu kilku misjonarzy. Poznacie też historię misji medycznej  i powstania niezwykłego szpitala dla najbiedniejszych mieszkańców Andów (Peru), opowiedzianą przez lekarza z misyjnym powołaniem. Trzecia książka jest bardzo praktycznym podręcznikiem, pomagającym czytelnikowi w zrozumieniu istoty Wielkiego Posłannictwa, jako klucza do sukcesu we wszelkich działaniach ewangelizacyjnych (misyjnych).

Edward R. Miller, Wołaj do mnie Argentyno, Wydawnictwo „DABAR”, Toruń 1997

W przedmowie do książki czytamy takie oto znamienne słowa autora (misjonarza Edwarda R. Millera): Argentyna w misyjnych kręgach uchodziła za najtrudniejsze pole na zachodniej półkuli. Jej obojętność stała się dla mnie tak zniechęcająca, że poważnie rozważałem sens mojego powołania do tego kraju. W Argentynie wypaliłem całą moją energię. Myślałem więc o jej opuszczeniu i znalezieniu sobie bardziej owocnej służby, ale wewnątrz mojego serca usłyszałem: Wołaj do mnie Argentyno! Zrozumiałem, że jeśli Argentyna zacznie wołać do Boga, On przyjdzie do niej.

Dzięki posłuszeństwu i determinacji tego i innych misjonarzy Bóg w istocie przyszedł do Argentyny. W latach 50-tych przybył tam na głośnie wołanie tych jednostek, które pragnęły jej przebudzenia, a potem na wołanie tłumów nowo narodzonych chrześcijan, którzy pragnęli dla swojego kraju więcej i więcej Bożej obecności i błogosławieństw duchowych. Autor pisze: Bóg nawiedził Argentynę w suwerenny sposób. On sprawił, że cały naród był świadomy Jego Imienia, Jego mocy i realności Jego Ewangelii. (...) Tutaj, w kraju zanurzonym w bałwochwalstwie, pogaństwie i nieczystości, Bóg przyniósł jedno z największych masowych działań Jego łaski.

Ten swoista kronika szerokiej gamy Bożego działania w Argentynie, w okresie wielu lat przebudzenia, jest zapisem poruszających świadectw nawrócenia, opisów uwolnienia i uzdrowienia, namacalnych dowodów na Boże prowadzenia i zaopatrzenie. Czytelnika zapewne zainteresują polskie wątki pojawiające się w opisie tych przebudzeniowych wydarzeń.

Nieżyjący już pastor Anatol Matiaszuk tak pisze do polskiego czytelnika (1997): W Argentynie byłem przez kilka tygodni, u schyłku 1996 roku. Najbardziej zainteresowało mnie obserwowanie skutków przebudzenia duchowego... Kościoły, które dotknęło przebudzenie, są bardzo liczne, wielotysięczne. Frekwencja na nabożeństwach jest znakomita. W niektórych nabożeństwa odbywają się jednym ciągiem, od rana do późnej nocy. Ludzie modlą się godzinami, słychać tu i ówdzie wypowiedzi prorockie, tłumaczenia obcych języków. Był to dla mnie prawdziwy zastrzyk entuzjazmu i optymizmu. (...) Oby nasz kraj wołał ze wszystkich sił do Boga, który czeka, aby się zmiłować.

John Klaus-Dieter, Widziałem Boga, Wydawnictwo Szaron, Ustroń 2016

Czy wszystko zaczęło się już w szkole średniej, od tej wymiany zdań?

Ona: Chcę po maturze pójść na medycynę i później pracować w krajach Trzeciego Świata.

On: Ja też o tym marzę.

Wiele lat po tej rozmowie, małżeństwo lekarzy Martina i Klaus-Dieter John, zdobywszy pełne wykształcenie medyczne na uczelniach kraju (Niemcy) i za granicą (Anglia, USA), podjęło się podjąć wyzwanie do pracy lekarsko-misjonarskiej w Peru.

Już po kilku miesiącach swojej pracy, nasi bohaterowie zauważyli, że w szpitalu, w którym pracują, nie przyjmuje się wielu najbiedniejszych pacjentów. Jak pisze Klaus-Dieter: W szpitalnym funduszu dobroczynności brakowało pieniędzy. Już wcześniej marzyło się im wybudowanie szpitala, który służyłby najuboższym. Teraz to pragnienie stało się coraz silniejsze. Dalej czytamy: Marzyć o szpitalu to jedna sprawa, ale już konkretne planowanie to coś innego. (...) Wyraźnie odczułem, że przed naszym mglistym marzeniem stoją problemy nie do pokonania. (...) I... Nagle poczułem pewność, że szpital misyjny nie tylko może powstać, ale rzeczywiście powstanie. W końcu to nie ja będę za to odpowiadał, ale sam Bóg.

Dalsza część książki to fascynująca opowieść o tym jak marzenie staje się rzeczywistością. Opowieść o tym, że ostatnie zdanie zawsze należy do Boga, szczególnie wtedy, kiedy poprzedzone jest modlitwą pełną wiary i działaniem pełnym determinacji. Klinika Diospi Suyana (Ufamy Bogu), która dziś stoi w Andach i służy potrzebującym, jest dowodem na to, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Dowodem też na to, że ludzie z pasją, gorącym sercem i otwartymi portfelami są przedłużeniem  Jego dobrotliwej ręki. Żona prezydenta Peru, Pilar Nores de Garcia, stwierdziła: W tym dziele Bóg użył Johnów jako swojej prawicy.

Ta opowieść ma dodatkową wartość. Jest współczesna. Z tego tysiąclecia. Chociaż spisana w 2010 roku, dzieje się niejako tu i teraz. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę adres www.diospi-suyana.org i zobaczyć to wyjątkowe miejsce na ziemi.

Bill Monroe, Idźcie. Dobra Nowina jest czasownikiem, KOMPAS II, Warszawa 2009

Książka Billa Monroe przypomina czytelnikowi o istocie Wielkiego Posłannictwa i koncentruje się na trzech elementach Wielkiego Posłannictwa: pozyskiwaniu uczniów, włączaniu ich przez akt chrztu do lokalnego zgromadzenia oraz nauczaniu tych uczniów.

Wielkie Posłannictwo (takiego określenia użył Hudson Taylor odnośnie ostatniego nakazu Jezusa skierowanego do swoich uczniów) występuje w Nowym Testamencie pięciokrotnie, chociaż za każdym razem na co innego jest kładziony akcent.

Tekst Mateusza został nazwany Wielkim Posłannictwem, Marka - nakazem pójścia, Łukasza - ewangelicznym nakazem, Jana - natchnionym przez Boga nakazem i tekst Dziejów Apostolskich - globalnym nakazem.

Autor stwierdza: Porównując te wszystkie teksty, otrzymujemy pozytywny obraz tego, jak mamy ewangelizować świat. Jesteśmy ludźmi posłanymi do szczególnej misji. (...) Naszą strategią jest rozpoczęcie od swego domu i coraz dalsze rozpowszechnianie ewangelii aż do najdalszych krańców ziemi. Jest to nasz ewangelizacyjny mandat. Bill Monroe podkreśla również bardzo mocno, że w dziele Wielkiego Posłannictwa kluczową rolę odgrywa zbór - zbór jest najbardziej skutecznym narzędziem ewangelizacyjnym - stwierdza.

W książce Billa Monroe możemy natknąć się na inne ciekawe stwierdzenia, nad którymi warto się zastanowić. Np.: Wielokulturowość jest zagorzałym przeciwnikiem ewangelizacji. Lub: Każdy przejaw uniwersalizmu zabije ewangelizację. I wiele innych.

Myśl stanowiąca wyzwanie dla mnie i każdego z nas: Naśladować Go (Jezusa), to stać się chrześcijaninem Wielkiego Posłannictwa.  Stąd też moja zachęta do przeczytania tej książki, a posłużę się słowami jednego liderów zachęcających do jej przeczytania: Przeczytaj tę książkę dla osobistego odświeżenia prawdy, którą posiada ona dla ciebie i tych, którzy są pod twoim wpływem (Keith Bassham).


* Napisane na zamówienie Biuletynu "Idźcie". 




środa, 20 lipca 2022

Kącik dobrej książki

 Tak się złożyło, że w przedostatnim numerze biuletynu prezentowałam Wam bardzo ciekawą książkę  polskiego autora, artysty, misjonarza - Janusza Kokota, pod tytułem Afrobiografia. Książka ta opowiadała o blaskach i cieniach, radościach i smutkach, sukcesach i porażkach jakie zawierają się w przyjęciu tego odpowiedzialnego wyzwania, jakim jest powołanie misyjne. Janusz Kokot podjął takie wyzwanie, wybierając za miejsce docelowe Ugandę. Mam nadzieję, że przynajmniej jakaś część z Was już zapoznała się z jego książką.

Dziś znowu powędrujemy do Ugandy, a to za sprawą mojej znajomej, która zaledwie kilka tygodni temu wróciła stamtąd, z krótkoterminowej misji. Ania nie napisała jeszcze książki o swojej podróży, ale obserwowane przeze mnie jej przygotowania do wyjazdu, opisy przebiegu tej misji i towarzyszących jej wstrząsów kulturowych, doznań smakowych i przeżyć duchowych oraz jej obecne wspomnienia, rozterki, tęsknoty przyczyniły się do tego, że kiedy ona zmagała się na polu misyjny - niczym żołnierz na froncie, ja - siedząc na kanapie - mogłam spokojnie przeczytać dwie książki na temat Ugandy :-)

Właśnie zamierzam je tu zaprezentować, a do osoby Ani powrócę w końcowej części tego artykułu.

 

Honorata Wąsowska, Aby do czegoś dojść... trzeba wyruszyć w drogę, Wydawnictwo „ARKA”, Ustroń 2010 (Jest to już wydanie trzecie. Poprawione.)

Od razu zaznaczam, że o tej książce pisałam do biuletynu w 2018 roku. Postanowiłam jednak ponownie ją przeczytać i przypomnieć tu z dwóch powodów.

1. Uganda stała się „modna”, „popularna”. Może są to nieadekwatne określenia, dlatego wpisałam je w cudzysłowie, ale niezaprzeczalnym jest fakt, że coraz więcej Polaków angażuje się w misję w Ugandzie. Dla mnie Honorata wciąż pozostaje pionierem w tej służbie.

2. Moja znajoma Ania znalazła się w Ugandzie na zaproszenie Honoraty. Nie było ono skierowane bezpośrednio do Ani. Było raczej ogólnym apelem o nowych ‘robotników’. Do ilu osób ten apel dotarł nie wiem, ale Ania go usłyszała bardzo wyraźnie i odebrała dla siebie.


Pozwolę też sobie zamieścić okładkę pierwszego wydania i zacytować to, co napisałam cztery lata temu: Przyglądam się zdjęciu z okładki. Widzę na nim drobną, filigranową blondynkę, trzymającą w objęciach czarnoskórą dziewczynkę. Patrzę na jej subtelne i delikatne rysy, delikatną budowę i zadaję sobie pytanie, ile siły musiało być w tej istocie, aby spędzić osiem miesięcy na polu misyjnym w Ugandzie. Odpowiedź na moje pytanie znajduję na kartach tej książki.

 

Jest to książka nie tylko o misji, podczas której, oprócz głoszenia Ewangelii, główny nacisk kładziony jest na praktyczną pomoc niesioną ubogim mieszkańcom Ugandy. Głównymi odbiorcami tej pomocy są osierocone dzieci, samotne matki, osoby żyjące w skrajnym ubóstwie, ludzie dotknięci wirusem HIV. W pamiętniku Honoraty widzimy w działaniu Boga, który jest Bogiem cudów, jest zaopatrzycielem, jest Ojcem wdów i sierot. Widzimy też w działaniu ludzi - wiernych, oddanych, ufających, nie poddających się przeciwnościom. A pośród nich jest Honorata.

Najlepiej o niej mówią jej własne słowa: W lipcu 2007 r. Pan powołał mnie do wyruszenia w nieznaną mi drogę, aby dojść do nowego wymiaru mojego życia wiary. Wtedy o tym nie wiedziałam, ale zdecydowałam się Mu zaufać. Postanowiłam spisywać w formie pamiętnika, co Pan dawał mi poznać i doświadczyć w Ugandzie. Pisze też: Czasem doświadczam trudności, ale gdy czuję, że coś jest ponad moje siły, mówię sobie: „Nie poddam się, bo jestem w miejscu mojego powołania...”.

Pragnieniem Honoraty jest, aby czytelnik znalazł w jej książce zachętę do podjęcia wyzwania szukania pełni, którą mamy w Jezusie, nie zgadzając się na swoje mierne życie chrześcijańskie, o ile takie jest oraz podejmując z odwagą stawiane nam przez Boga wyzwania. (...) Myślmy kryteriami wieczności, a będziemy zdolni do poświęceń ze względu na Jezusa, motywowani nie tylko emocjonalnym współczuciem, które przecież i niewierzący odczuwają, ale będą raczej posłuszni wezwaniu naszego Boga.

Zachęcam - na początek podejmijcie wyzwanie do przeczytania tej wspaniałej misyjnej historii. Zaznaczam, że przygoda z Ugandą, Honoraty i jej męża, wciąż trwa.

 

Bogusław Kalungi Dąbrowski, Spalić paszport, ZYSK I S-KA Wydawnictwo, Poznań 2017

Kiedy szukałam nowych propozycji książkowych, mogących zasilić mój zapas prawdziwych historii z pola misji, zaintrygował mnie ten tytuł. Spalić paszport?! - aż tak?! Właśnie tak... Ojcowie Biali, pierwsi katoliccy misjonarze afrykańskiego kontynentu, palili po przyjeździe swoje paszporty, odcinając sobie możliwość odwrotu, gdy przygniecie ich poczucie obcości i bezsensu swoich wysiłków.

Jak możecie się domyślać ze wstępu Bogusław Kalungi Dąbrowski jest misjonarzem katolickim. Franciszkaninem. Przetrwał na polu misyjnym w Ugandzie piętnaście lat. Nie spalił paszportu, chociaż wielokrotnie chciał stamtąd uciekać, ale zawsze ktoś go w tej decyzji wyprzedził, więc on nie miał innego wyjścia - musiał pozostać na posterunku.  Pisał o tym: Tropikalny klimat, nowe jedzenie, tyfus i malaria, toaleta w buszu... życie bez prądu i łączności telefonicznej, obcość innej kultury, słaba znajomość miejscowego języka, i co gorsza niewiara, że kiedykolwiek się go nauczę, powodowały utratę sensu mojej pracy. (...)  Afryka ma to do siebie, że z dnia na dzień może człowieka wykończyć. Nagle wydarza się coś, co sprawia, że chcesz i czujesz, że musisz stąd uciec. O swoich kryzysach pisze naprawdę bardzo szczerze. Podaje też receptę na swoje małe zwycięstwa: Zrobiłem następujące postanowienia: nie odrzucać codziennego krzyża, nieść go do końca, zwalczać pokusy i zwiększyć samodyscyplinę, codziennie pracować fizycznie, modlić się i pisać doktorat. Resztę pozostawiłem Bogu. Uzyskałem pokój w sercu.

Książka „Spalić paszport” stała się dla mnie obfitym źródłem wiedzy na temat Ugandy. Nigdy wcześniej tak wiele o Ugandzie się nie dowiedziałam. A przy tym jest pięknie wydana i zaopatrzona dużą ilością pełnokolorowych zdjęć. Zdjęć, które czytelnika zachwycają.

Piętnaście lat pobytu w tym kraju zaowocowało tym, że autor mógł przedstawić czytelnikowi Ugandę wielowątkowo. Dowiemy się wiele o historii tego kraju, o jego kulturze, o dynamicznej polityce. O klanach rodzinnych, o języku, o kolorach, o porach roku. O różnorodnych zwyczajach, tradycjach i praktykach duchowych - również tych pochodzących z głębokiej duchowej ciemności. Dowiemy się o codziennych posiłkach, o chorobach. O uzdrawiaczach i czarodziejach. O egzotycznych owocach i warzywach, które są rajem dla podniebienia. O suszy i o głodzie. O komarach i malarii. O wszechobecnym wirusie HIV. To wszystko, o czym pisze autor, to Uganda w pigułce. Tyle wiedzy, komuś, kto wybierałby się w tamtą stronę wystarczy :-)

Bardzo gorąco zachęcam do przeczytania tej książki.  


A teraz... Anna Magdalena Siemczuk. Ania jest autorką pięknej poezji. W ciągu ostatnich dwóch lat zostały wydane dwa tomiki z jej wierszami: „Ziarna” i „Sercopogląd”.

Stosunkowo niedawno Ani sercopogląd skłonił ją do podjęcia się nagłego wyzwania - krótkoterminowego wyjazdu na misję do Ugandy (29.04.-28.06.2022). Była to jej odpowiedź na apel Honoraty Wąsowskiej. Odpowiedź spontaniczna, ale również mocno przemodlona.

Odpowiedź entuzjastyczna, przez co ryzykowna (wiele spraw w życiu Ani się skomplikowało, czego skutki odczuwa po powrocie z misji) i ufna (wtedy i teraz ufa, że Bóg zatroszczy się o wszystko i zaopatrzy).

Ania właśnie zaczęła pisać swojego bloga z tej pierwszej podróży misyjnej - bo wierzę, że nie ostatniej:  https://annasiemczuk.pl/uganda/. Pozwolę sobie przytoczyć z niego dwa fragmenty:

Właściwie to nie wiem od czego mam zacząć… …więc może od pierwszych odczuć, które pamiętam z tych pierwszych 2 tygodni na miejscu, czyli w wiosce Kisekera, tuż przy Kaihura (Kyenjojo district). Cóż, czułam się trochę jakbym przybyła do dżungli po przebyciu niezbędnego treningu w polskich lasach, przygotowującego fizycznie. I po nabyciu bogatej wiedzy książkowej na temat trudów, które w dżungli nas spotykają. Niby jest się przygotowanym, ale jednak wszystko odczuwa się inaczej, gdy to, co się włożyło do głowy, nagle zaczyna rzeczywiście dotykać ciała i staje się namacalnym bliskim otoczeniem, i gdy, po czasem bywających gorących polskich lasach, nagle znajduje się w inaczej gorącej afrykańskiej dżungli… Wszystko oddziałuje właśnie inaczej, tak na psychikę jak i ciało. Więc byłam takim skautem, po harcerskim przygotowaniu na zieloną szkołę, a znalazłam się na poligonie w powinności bycia żołnierzem :D! (...)

(...) Przeżyłam wędrówki mrówek w swojej „celi misyjnej”, gekony (one akurat są naprawdę milusie!), przez chwilkę miałam karaluchy, próbę wprowadzenia się do mnie szczurów, robaki jakieś, które gryzły mnie przez kilka ładnych nocy, spotkanie z pająkiem wielkości dłoni, pogryzienia przez komary nie raz i zero malarii :D!!

Wszystko przeżyłam i choć na początku chciałam jak najszybciej wracać do Polski, zapominając o tym kawałku mego życia, teraz jestem gotowa na powrót (może, gdy to czytacie już tu jestem :D!).

W oczekiwaniu modlitewnym na Boże odpowiedzi i prowadzenie, Ania dzieli się taką myślą: Daj się Bogu poprowadzić, a owoce będziesz oglądać w zachwycie i może czasem z niedowierzaniem.

 Aniu, życzymy Ci tego ponownie!!! I może kiedyś doczekamy się książki

***

Napisane na potrzeby Biuletynu "Idźcie".




niedziela, 29 maja 2022

Wróć do mnie, Walu... Rocznica pewnego wydarzenia.

- Pawełku, co się dzieje, jestem zdezorientowana, jaki dziś dzień?

- Sobota, dwudziesty dziewiąty. 

- A miesiąc? - Maj.

- A rok?  -  2021.  

- Nie to niemożliwe! Pokaż mi mój kalendarz, tam mam wszystko zapisane... To jaki dziś dzień? - 29 maj.

- A rok? Ten tutaj? (Wala pokazuje na okładkę kalendarza)

- Tak, 2021. 

- Nie, to niemożliwe! To nie jest mój kalendarz...

- Czy to jest sen? A co ja mam na sobie? To nie jest moja sukienka, kto mi ją ubrał? A te oprawki są brzydkie, to nie są moje oprawki (zdejmując okulary). A te buty, one też nie są moje. Jakie śmieszne, kosmiczne. To nie mój styl, kto mi je ubrał? 

- Walu, kochana, to ja Ci je ubrałem. Jestem tu, przy Tobie. Kocham Cię bardzo! 

- Ja też Ciebie kocham Pawełku... a jaki dzisiaj jest dzień... a miesiąc... a rok?

Setki razy Wala zadawała mi te pytania: o dzień, o miesiąc, o rok. Zadawała je w Arce, gdzie o około 20.00 nastąpił udar, w samochodzie, w drodze do szpitala, w poczekalni SOR, a później jeszcze pół nocy - przez telefon - kiedy wróciłem do Arki (00:00 - 2:00), kiedy jechałem do Piaseczna po leki i dokumentację medyczną Wali (2:00 - 3:00) i później, kiedy już zajechałem do domu i do godziny 5.00 przebywałem w Piasecznie.

Rozmawiałem z nią cały czas: ona - z dziecinną naiwnością w głosie - zadawała mi pytania, a ja - cierpliwie, z miłością - powtarzałem moje odpowiedzi... Ale czy rzeczywiście to była rozmowa? To była niekończąca się gra w zadawanie tych samych pytań i udzielanie tych samych odpowiedzi... Wszystko wskazywało na to, że Wala natychmiast zapomina, jaka padła odpowiedź. Ba, zapomina też, że już zadała to samo pytanie - zaledwie 15 sekund wcześniej.

Później dowiedzieliśmy się, że udar (w dokumentacji medycznej podano „zawał mózgu”) - zapewne spowodowany oderwanym skrzepem powstałym w tętnicy (Wala leczy się na nadciśnienie) - spowodował czasowe uszkodzenie pamięci krótkotrwałej (udar miał miejsce w hipokampie - części mózgu odpowiedzialnej za pamięć)...

Można założyć, że Wala była całkowicie nieświadoma wszystkiego, co się wokół niej działo. Wprawdzie poruszała się o własnych siłach, reagowała na bodźce zewnętrzne, myślała i działała logicznie, rozmawiała, zadawała konkretne pytania. Jednak jakie znaczenie miało to, jakich odpowiedzi udzielałem, albo, że mówiłem jej o swoim uczuciu do niej, skoro ona to po sekundzie zapominała??? Czy to można nazwać kontaktem z chorym? Czy ona na pewno mnie słyszy, rozumie? Czy ona tam jest? Tam w środku? Czy to tylko jej ciało? A umysł nie może zaskoczyć? (Zatrybić, jak to określiła Wanda.)

Myśli plątały się w mojej głowie. Boże, co teraz?! Czy to już tak zostanie? Czy teraz już do końca życia (mojego lub Wali) nie będę miał z nią kontaktu? Będę zawsze ją kochał, będę się nią troskliwie opiekował każdego dnia... Ale czy nasze rozmowy będą już polegały tylko na tym, że Wala będzie mi zadawać w kółko te same pytania: Czy jadłam już śniadanie? A kto mi to założył? To nie są moje ubrania! Czy moja miłość do niej nie będzie nawet przez nią odnotowywana, rozumiana, zapamiętana?

I czy nie będzie już moją „ezer kenegdo” - odpowiednią (właściwą) pomocą - daną w kobiecie każdemu mężczyźnie??? Czy nie będzie w stanie wspierać mnie w mojej służbie? Nie będzie już moją żoną, kochanką, przyjacielem, współpracownicą, częścią zespołu, „mózgiem Arki”? Przecież bez niej moje życie nie ma sensu! A Arka bez niej... Nie!

Nie, nie nie! Nie zgadzam się! Boże, kłócę się z Tobą! Natychmiast zwróć mi Walę!!! Słyszysz?! Tę moją, myślącą logicznie, uporządkowaną, zorganizowaną! Nie, nie chciałem; przepraszam... Proszę, zwróć mi Walę... Walu, wróć do mnie...

Bezwiednie poruszając ustami, szeptałem wciąż i wciąż do jej ucha: Proszę, wróć do mnie, wróć do mnie, wróć...

[Gdy to piszę, moje oczy zalewają się łzami...]

Ale, co ja mówię! Jestem niepoprawnym egoistą... A co z nią? Z jej twórczym umysłem? Z jej pomysłami, które tak uparcie i konsekwentnie realizowała. Co z jej planami, których tyle miała? Czy teraz trzeba będzie wyrzucić je wszystkie do pojemnika na śmietniku?! Czy już nie będzie mogła spełniać się w pomaganiu ludziom, w nauczaniu kobiet, w kochaniu tych, którzy są biedni, którzy mają życiowe problemy? Czy to wszystko już nie będzie jej dotyczyło? Bo będzie zajęta pytaniem, jaki dziś dzień? Do cholery!!! Czy to już będzie jedyne, co ją czeka w życiu? Nie! Na to też się nie godzę!

Boże słyszysz?! Ja się na to nie zgadzam!

Biłem się z tymi myślami całą noc, co rusz to odpowiadając na pytania Wali, tłumacząc jej cierpliwie jej sytuację (wiedząc, że za chwilę i tak zapyta o to samo). Od czasu do czasu modliłem się, wpadając w bezgłośny szloch, dusząc się w spazmach łkania, zużywając jedną chusteczkę po drugiej...

Wreszcie, gdzieś około 5 godziny Wala zadała mi jedno czy dwa pytania, które świadczyły o tym, że zapamiętała tych kilka moich wcześniejszych tłumaczeń-odpowiedzi. Na przykład: wcześniej kłóciła się (z dziecięcą łagodnością), że nie prowadziła w tym dniu spotkania dla kobiet. Teraz (o 5 rano) zapytała: To ja miałam Kobiecą Sobotę, tak? A kto był gościem? O - pomyślałem - coś drgnęło. I choć za chwilę Wala ponownie zapytała „Jaki dziś dzień?”, ja już wiedziałem, że moja WALA WRACA!

Wreszcie  rozpoczęła drogę powrotną ze swej nieplanowanej podróży w mentalnej czaso - przestrzeni...

O ile dobrze pamiętam, to zaraz zasnęła, a ja wsiadłem w samochód i wróciłem do Arki (stąd miałem bliżej do szpitala). Zdrzemnąłem się od 6 do 8. Kiedy zadzwoniłem do niej około 9 odpowiedziała mi... moja „dobra - stara Wala” - już nie infantylny głosik, pytający ”gdzie jestem”, ale ONA, ta sama jaką znam od lat, logiczna, uporządkowana, konkretna, itd.

Boże - pomyślałem - dziękuję Ci, dziękuję, dziękuję... Za to, że zwróciłeś mi Walę... Całą i zdrową... (No, prawie zdrową.)

Na fejsbuku mogłem już napisać: Powiem krótko: Wala wróciła! Wróciła z dalekiej podróży w szarokomórkowej czaso-przestrzeni. Znowu jest w "swoim sosie" - planuje, analizuje, podejmuje decyzje, zarządza, pilnuje... Jak to powiedziała nasza księgowa: Mózg Arki nie może być chory! Już w dzień po udarze wydała mi pełną garść zleceń, przypomnień i ponagleń. Kocham ja taką! I jeszcze: co ja bym bez niej zrobił? Nie wstydzę się tego powiedzieć. Bo przecież my od 40 lat jesteśmy wzajemnie uzupełniającym się team'em! Pasujemy do siebie jak... jak... jak klucz do zamka! Ja wymyślam, rozkręcam a Wala później konsekwentnie i skrupulatnie to realizuje...

(Teraz, kiedy to piszę, Wala nadal przebywa na oddziale neurologicznym szpitala na ul. Szaserów. Robią jej szczegółową diagnostykę. Teraz muszą się zająć jej serduszkiem...)