sobota, 16 lipca 2011

Niedzisiejsza Księga...

Na face-bookowym portalu „Chrześcijanin” rozgorzała dys-kusja na temat roli kobiet w Kościele. Nawet ja uległam po-kusie i dołączyłam swój głos w dyskusji. Ale teraz nie o tym chciałam pisać. Z moim zro-zumieniem roli kobiety, w ogóle, można zapoznać się we wcze-śniejszych postach: KLIKNIJ.

Dziś chcę pisać o interpretacji Biblii.
Mianowicie, podczas wspomnianej dyskusji, padło takie zdanie: Uważam, że w kwestii kobiet możemy interpretować Nowy Testament kulturowo lub dosłownie. […] Z naciskiem na kulturowo. Jakkolwiek dalszą część wywodu uznałam za słuszną, bo sama uważam, że żyjemy w czasach, kiedy kobiety nie można ubrać w chusteczki, nakazać im milczenie i rodzenie dzieci, to powstał we mnie pewien niepokój. Wydaje mi się, że takie podejście, to jest jednak duże uproszczenie. Wynikać z niego może błędne założenie, że Słowo Boże można interpretować dowolnie, w zależności od potrzeb, trendów i czasów. Już samo postawienie spójnika „lub”, wyklucza możliwość łączonej interpretacji wybranych tekstów. I jest to błąd w sztuce, jeśli chodzi o zasady interpretacji Pisma, o których troszkę później. Interpretacja dosłowna (literalna) prowadzi do legalizmu - czytamy w Biblii, że litera zabija (II Kor. 3:6). Zaś interpretacja kulturowa prowadzi, moim zdaniem, do liberalizmu. A do czego prowadzi liberalizm? Widzimy to - jeszcze nie u nas - ale na za Zachodzie, w kościele anglikańskim i luterańskim. Jak tak dalej pójdzie, to za kilka lat, w naszych kościołach, kulturowo usankcjonujemy homoseksualizm (z małżeństwami i adopcją) i związki pozamałżeńskie (konkubinat). Już teraz, niektóre osoby (również w kręgach kościelnych) oburzają się, gdy te zjawiska nazywam grzechem, zapominając, że tak nazywa je Biblia. Podczas rozmowy z pewnym niemieckim teologiem na temat Listu do Rzymian 1:18-32, usłyszałam takie słowa: Nie będę nazywał homoseksualistów grzesznikami, tylko dlatego, że apostoł Paweł ich nie lubił. Czyż to nie jest kulturowe podejście do problemu?

Takie rozmowy czy poglądy sprawiają, że mam wrażenie, jakby Biblia była uważana za księgę przestarzałą i niedzisiejszą. Nie zgadzam się z takim podejściem. Dla mnie Biblia zawsze będzie Księgą ponadczasową. Pozornie może ona wydawać się nam niepełna, bo nie porusza pewnych dzisiejszych problemów wprost, nie nazywając ich po imieniu. Pozornie… Ponadczasowość Biblii objawia się w tym, że objawia nam ona Bożą wolę, która jest dobra, miła i doskonała (Rzym. 12:1-2). Czytamy, że całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki, do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości (II Tym. 3:16-17). A Boska jego moc obdarowała nas wszystkim, co jest potrzebne do życia i pobożności, przez poznanie tego, który nas powołał przez własną chwałę i cnotę, przez które darowane nam zostały drogie i największe obietnice, abyście przez nie stali się uczestnikami boskiej natury, uniknąwszy skażenia, jakie na tym świecie pociąga za sobą pożądliwość (II Piotra 1:3-4).

Aby dla samej siebie na nowo znaleźć odpowiedź - jak należy „czytać” Biblię, sięgnęłam do kilku moich podręczników ze Szkoły Biblijnej. Przeczytałam tam że: Słowo Boże powinno być interpretowane, ale we właściwy sposób. Interpretować oznacza „wyjaśniać, podawać znaczenie”. To znaczenie musi być takie, jakim zamierzył je Bóg - tą oryginalną Bożą myślą wyrażoną w ludzkim języku.  Osoba studiująca Biblię nie musi koniecznie rozumieć ‘dlaczego’ Bóg coś powiedział, musi ona jedynie zrozumieć ‘co’ Bóg powiedział.  […] Osoba dokonująca interpretacji nie ma absolutnie żadnego prawa dołączać do tego, co objawił Bóg swoich własnych opinii (II Piotra 1:2-21). Nie mamy prawa wyczytywać z Biblii więcej, niż zostało napisane (dodawać coś), ani też nie mamy prawa nie doczytywać do końca (zawężać znaczenie).

Jeden z podręczników podaje listę niewłaściwych metod interpretowania Biblii - a szczególnie, kiedy są stosowane wybiórczo:
- metoda mistyczna - wiara, że poza zapisanym słowem, kryje się jeszcze jakieś znaczenie mistyczne;
- metoda alegoryczna - wszystko pojmowane jest w sferze symboli;
- metoda przesądów - doszukiwanie się we wszystkim ukrytych znaczeń (rozpracowywanie cyfr, przedmiotów…);
- metoda eklezjastyczna - opiera się na autorytecie danego kościoła;
- metoda dogmatyczna - stosowana do udowadniania przyjętych w danym środowisku doktryn;
- metoda racjonalistyczna - rozum staje się najważniejszym autorytetem we wszystkich kwestiach dotyczących prawdy biblijnej (i tu jest miejsce metody kulturowej);
- metoda dosłowna - dosłowne tłumaczenie Biblii, nawet tych tekstów, które są bezsprzecznie symboliczne.

Czy istnieje więc jakaś jedna, poprawna metoda interpretacji Słowa Bożego? Istnieje. Jest to metoda indukcyjna. Słowo ‘indukcja’ oznacza sposób rozumowania, oparty na dostrzeganiu poszczególnych zdarzeń i faktów, i wyciąganiu ogólnych wniosków na ich podstawie. Aby dojść do właściwych wniosków należy trzymać się kilku podstawowych zasad interpretacji:
- każdy fragment posiada tylko jedno znaczenie,
- najczęściej prawidłowe jest najprostsze i najbardziej oczywiste znaczenie danego fragmentu,
- ponad wszelkie możliwe wyjaśnienia przedkładajmy zawsze wyjaśnienia samego autora,
- zawsze interpretujmy dany tekst w zgodzie z kontekstem,
- interpretacja fragmentu powinna zawsze brać pod uwagę środowisko autora,
- każdy fragment powinien być interpretowany w zgodzie z innymi fragmentami (konsekwencja prawdy),
- często jeden fragment objaśnia drugi,
- fragment musi być interpretowany zgodnie z idiomami, które zawiera,
- należy przestudiować wszystkie fragmenty na dany temat,
- prawda biblijna ma być utrzymana we właściwej równowadze (niebezpieczeństwo powstawania fałszywych doktryn),
- proste fragmenty wyjaśniają znaczenie trudnych,
- należy wziąć pod uwagę znaczenie tła (kto, gdzie, kiedy, dlaczego, jak…),
- należy wziąć pod uwagę różne formy językowe (przypowieść, porównanie, alegoria…),
- należy poznać znaczenie słów i zdań,
- należy zdawać sobie sprawę z własnych ograniczeń zrozumienia Boskiego objawienia, a również tych zamierzonych przez Boga.

Kończąc, odniosę się do popularnej myśli Augustyna: „W sprawach pierwszorzędnych - jedność, w drugorzędnych - wolność, a we wszystkich - miłość”. Wiele rzeczy w życiu Kościoła, w życiu chrześcijanina przyjmujemy jako sprawy drugorzędne. (Zapewne i do takich należy zaliczyć kwestię roli kobiety w Kościele.) Sama często tak robię. Każdy jest wolny, aby mieć swoje zdanie, aby przedstawiać swoje zrozumienie. Jednak, im dłużej się nad tym zastanawiam, to wydaje mi się, że jest to pozorna wolność. Augustyn dał nam pewną furtkę do ustalania, co jest sprawą pierwszorzędną, a co sprawą drugorzędną. Ciekawa jestem, czy Bóg też stosuje taki podział? A co jeśli się okaże, że wszyscy, z Augustynem na czele, mylimy się, kierując się naszym ludzkim zrozumieniem i przymiarem?

I chyba dlatego, chociaż nie zawsze mi to wychodzi, wolę stosować zasadę Mateuszową: Bo zaprawdę powiadam wam: Dopóki nie przeminie niebo i ziemia, ani jedna jota, ani jedna kreska nie przeminie z zakonu, aż wszystko to się stanie. Ktokolwiek by tedy rozwiązał jedno z tych przykazań najmniejszych i nauczałby tak ludzi, będzie najmniejszym w Królestwie Niebios; a ktokolwiek by czynił i nauczał, ten będzie nazwany wielkim w Królestwie Niebios (Ew. Mat. 5:18-19).
Mój mąż się spytał, jak się to ma do moich krótkich włosów. No cóż, nie wiem - muszę znaleźć jakieś dobre biblijne wytłumaczenie :-).


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.