W 1985 roku miałam wielki
przywilej odbyć swoją pierwszą podróż za granicę. Całą rodzinką spędziliśmy w
Anglii piękny, pełen turystycznych atrakcji i duchowych wrażeń miesiąc.
Poznaliśmy wiele osób, gościliśmy w wielu domach.
Z tego wyjazdu, na potrzeby
swojego domowego ogniska, przejęłam pewien miły zwyczaj - prowadzenie księgi
gości. Nasz wyjazd do Anglii miał miejsce we wrześniu, pierwszy wpis został
dokonany 3 listopada 1985 roku i tak już
jest do dziś.
Z czasem nasza księga gości
zaczęła pękać w szwach z powodu wpisów i wklejanych zdjęć. Przyszła pora na
nową.
Przy każdej kolejnej wizycie,
kiedy czytam bieżący wpis gościa/gości i
wklejam wydrukowane na drukarce zdjęcie (przy obecnej fotografii cyfrowej
wszystko trwa kilka minut), przeglądam wcześniejsze wpisy i zdjęcia, i
wspominam minione, piękne chwile.
Zaznaczam, że goście, niezależnie
od tego, ile razy nas odwiedzili, wpisują się tylko raz. Niektórym przychodzi
to łatwo i z fantazją (piszą wiersze, rymowanki, rysują obrazki…), innym jak po
grudzie :-). Nie chciałabym więc nikogo zniechęcać do kolejnych odwiedzin.
Powodem, dlaczego o gościach i
gościnności piszę, jest ciekawa myśl Maxa Lucado z jego książki pt. „Outlive
your life”. Pisze on: Gościnność otwiera
drzwi dla nietypowej społeczności ludzi. Nie jest przypadkiem, że „gościnność”
(ang. hospitality) i „szpital” (ang. hospital) pochodzą d tego samego
łacińskiego słowa, gdyż obydwa mają ten sam skutek: uzdrowienie. Gdy otwierasz
przed kimś swoje drzwi, wysyłasz komunikat: „Jesteś ważny dla mnie i dla Boga”.
Być może sądzisz, że mówisz: „Wpadnij do mnie”. Twój gość słyszy jednak coś
innego: „Jestem warty zachodu”.
Jako wierzący w Jezusa,
zostaliśmy powołani by okazywać gościnność i być „szpitalem”, który pomaga
osobom przechodzącym przez życiowe burze i potrzebującym odnowy.
W Biblii znajdujemy takie
polecenie dotyczące gościnności: Gościnności nie zapominajcie; przez
nią bowiem niektórzy, nie wiedząc o tym, aniołów gościli (Hebr. 13:2).
Chrześcijańska gościnność oznacza
otwarte serce i otwarty dom. Bóg sprawił, że pod dachem naszego domu znalazło
się miejsce nie tylko dla „aniołów”. Również ci, co się źle mają, znaleźli u nas swoją przystań (Ew. Mat. 9:12).
Warren, nasz nieżyjący już przyjaciel,
zwykł mówić o naszym domu „Gästehaus Wala”.
I niech tak pozostanie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.