Mam kiepską głowę do dowcipów, ale jest taki jeden, który wieki
temu mnie rozbawił i pozostał w pamięci. To ‘kawał w krótkich majteczkach’
(kiedyś w czasopiśmie „Kobieta i Życie” była taka rubryka). Dowcip dotyczy
wakacji. Mały chłopiec pyta ojca, co to jest urlop. Urlop, synku, to taki wypoczynek - odpowiada tata. Aaa, wypocinek - powtarza chłopiec,
kiwając głową ze zrozumieniem.
Na takim właśnie wypocinku
spędziłam trzy tygodnie tegorocznego lata. I to w okresie najwyższych
temperatur. O „Lecie w mieście” już wspominałam.
Teraz przyszła pora na „Obóz Językowy”.
Jak się okazuje, nie tak łatwo jest znaleźć wolontariuszy
chętnych do pomocy w takich przedsięwzięciach. Ze strony polskiej było nas
troje dorosłych plus dwunastka Irlandczyków. Mój mąż ogarniał całość
programową, tłumaczeniową i duchową - z drobną
pomocą moją i kolegi Jacka. Jacek pełnił stałą funkcję opiekuna grupy
elbląskiej, z którą do nas przyjechał. Mi pozostała, już tradycyjnie, rola Marty :-). (Patrz na wcześniejszy post.)
I znowu czas upływał mi na pomocy w kuchni (głównie na tzw.
zmywaku i przy nakrywaniu stołów do posiłków; sprzątaniu stołów po posiłkach, a
sali po posiłkach i robótkach ręcznych), opatrywaniu ukąszeń, otarć, skaleczeń
i pęcherzy, na pilnowaniu ciszy nocnej - raz nawet zdarzyło mi się spać z
pewnymi niesfornymi dziewczynami :-). Poranek zaczynałam od rundki po pokojach
i łazienkach - robiąc pobudkę, ale głównie zabierając tony śmieci i niezliczone
ilości butelek po zimnych napojach. I jak wspomniałam - ‘z doskoku’ zdarzyło mi
się potłumaczyć czyjeś świadectwo podczas wieczornej społeczności, czy spotkanie w grupie.
Pomimo tych licznych obowiązków, miałam świadomość, że
dzieje się naprawdę wiele dobrego. Irlandczycy przyjechali świetnie przygotowani
i wykonali wspaniałą robotę: gry, zabawy, sport, lekcje angielskiego, lekcje biblijne, robótki, osobiste historie,
śpiew. Podziwiałam Pawła - cały czas w ruchu, rozbawiony, aktywny. Mający siły,
by, po wielu godzinach zajęć z dziećmi, zabrać
Irlandczyków do centrum na zwiedzanie Warszawy, muzeów, parków. Jak gdyby
zmęczenie go nie dopadało. Bogu dziękowałam, patrząc na to, bo nikt by nie
powiedział, że jest to facet po udarze.
Wiele dobrego też działo się w sercach dzieci. Głównie przez
osobiste historie opowiadane przez ich niewiele starszych rówieśników z Irlandii.
Przesłanie Ewangelii i piękne pieśni uwielbieniowe dopełniały dzieła. Młodzież
w sposób spontaniczny i naturalny zaczęła odpowiadać na te treści decyzjami oddania
swojego życia Jezusowi. Byliśmy poruszeni ich reakcją. Wzruszały nas ich
historie, które na wzór Irlandczyków, skrzętnie były spisywane na kartce
papieru. Odczytane, wywoływały u słuchaczy łzy i ścisk w gardle.
Kiedy, po powrocie do domu, chcieliśmy z Pawłem podsumować jakoś
to, co się wydarzyło, uświadomiliśmy sobie, że nie widzieliśmy w naszej służbie
nawróceń już od 7 lat. Powiedzieliśmy sobie - to było 7 chudych lat. Trudnych
lat. Przeszliśmy w nich przez różne miejsca i etapy. I tak naprawdę nigdzie i w
żadnym momencie nie było nam łatwo. Mimo to trwaliśmy w służbie, wierząc w Boże
powołanie. Wierząc, że Jego powołanie dla naszego życia jest nieodwołalne -
przynajmniej nie mógł spowodować tego żaden człowiek i żadna sytuacja czy
okoliczność. (Rzymian 11:29)
Na potwierdzenie tego Bóg dał nam w tym dniu Słowo z ks. Jeremiasza
1:5 „Wybrałem cię sobie, zanim cię
utworzyłem w łonie matki, zanim się urodziłeś, poświęciłem cię, na proroka
narodów przeznaczyłem cię”. Proponuję przeczytać do 12 wersetu.
Teraz pozostaje pytanie, jak to powołanie mamy realizować, jeśli
chodzi o zajęcie się tą praską gromadą dzieci, dla których „Arka” stała się na
czas wakacji drugim domem. Bardzo poważnie nad tym myślimy. Modlitwa jest tu konieczna.
Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. (Ew. Mat. 9:37-38) Szczególnie tych
wykwalifikowanych, którzy mają odpowiednią wiedzę, kompetencje i predyspozycje
do pracy z dziećmi i młodzieżą. Okazuje się, że serce i szczere chęci, to za
mało.
Na razie jednak jedziemy na krótki - ale pewny wypoczynek :-).
Bóg zatroszczył się, o tę naszą potrzebę, we właściwy sobie sposób. Nasz wybór
padł na północ - okolice Elbląga. Stamtąd mieliśmy w „Arce” dziesiątkę
szczególnych dzieci. Nasze serca przylgnęły do nich. Mamy nadzieję, że z wzajemnością.
I chociaż odpoczywać będziemy kameralnie, we dwójkę, to nasz pobyt zakończymy spotkaniem
z dzieciakami. To będzie piękne zakończenie tego gorącego lata.
***
Zdjęcia z "Obozu Językowego" można obejrzeć na Facebooku, na stronie Przyjaciele Praskiej Arki. Oczywiście, tylko osoby zarejestrowane na FB.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.