Ale, zachęcanie do czytania książek o misji jest stałym zamówieniem od redakcji Biuletynu "Idźcie".
Nie mogę zawieść redakcji i czytelników :-).
***
W tym numerze proponuję Wam pewną odmianę. Poruszać się będziemy w przedziale czasowym - od lat osiemdziesiątych minionego stulecia do pierwszej dekady obecnego tysiąclecia. I, co ciekawe, w dwóch przypadkach bohaterami moich propozycji książkowych będą polscy misjonarze za granicą. W trzeciej propozycji, opisanym polem misyjnym będzie... Polska.
To ciekawa i interesująca odmiana. Tak myślę...
Lidia Dąbrowska, Kto zebrał wiatr w swoje dłonie, Logos Press, Cieszyn 1997
Pamiętam lata osiemdziesiąte. Nagle z mojego otoczenia ubyła połowa znajomych (mam tu na myśli znajomych z kręgów kościelnych). I nie było to pochwycenie, tylko zwykła emigracja. Ludzie decydowali się na opuszczenie rodzin, domów, rozpoczętych karier, pracy po to, aby na dłużej lub krócej zatrzymać się w czymś w rodzaju obozu dla uchodźców i tam czekać, aż otworzą się im drzwi do upragnionego „ekonomicznego raju”. Przeważnie marzyła się im Australia lub Kanada. I o tym właśnie jest ta książka. O emigracji lat osiemdziesiątych - o smaku rozczarowań i błogosławieństw, jakich doświadczali Polacy, oczekujący w Grecji na bilet do Kanady.
Książka opowiada losy jednej z takich rodzin, opowiedziane przez matkę rodziny. Poza wątkami dotyczącymi emigracji, głównym tematem jest misja. Misja wśród Polaków. Nasi bohaterowie - małżeństwo z dwójką nastoletnich synów - prowadzą w Atenach służbę ewangelizacyjną. Potrzeby są wielkie - do Grecji przybywa coraz więcej Polaków. Służba przynosi owoce i z czasem powstaje w Atenach Polski Zbór Misyjny „Kerygma”.
Dąbrowscy spędzili w Grecji kilka lat (1988-1992). Wreszcie doczekali się wymarzonego biletu do lepszego świata. Mieszkają w Kanadzie i wciąż są aktywni w służbie.
Zachęcam do przeczytania tej pięknej greckiej opowieści o wierności Bogu i Jego działaniu w sercach wielu, pozyskanych przez głoszone im Słowo (Kerygma). Książka jest mi bliska z pewnego powodu; z trójką bohaterów jestem związana więzami rodzinnymi. I nie chodzi mi tu o rodzinę Dąbrowskich.
Kerygma to ty i ja i jeszcze on i ona, my wszyscy razem, to Polska i Grecja, przyjaźnią serca złączone a z nami Jezus.
Honorata Wąsowska, Aby do czegoś dojść, trzeba wyruszyć w drogę...
Przyglądam się zdjęciu z okładki. Widzę na nim drobną, filigranową blondynkę, trzymającą w objęciach czarnoskórego chłopca. Patrzę na jej subtelne i delikatne rysy, delikatną budowę i zadaję sobie pytanie, ile siły musiało być w tej istocie, aby spędzić osiem miesięcy na polu misyjnym w Ugandzie. Odpowiedź na moje pytanie znajduję na kartach tej książki.
Jest to książka nie tylko o misji, podczas której, oprócz głoszenia Ewangelii, główny nacisk kładziony jest na praktyczną pomoc niesioną ubogim mieszkańcom Ugandy. Głównymi odbiorcami tej pomocy są osierocone dzieci, samotne matki, osoby żyjące w skrajnym ubóstwie, ludzie dotknięci wirusem HIV. W pamiętniku Honoraty widzimy w działaniu Boga, który jest Bogiem cudów, jest zaopatrzycielem, jest Ojcem wdów i sierot. Widzimy też w działaniu ludzi - wiernych, oddanych, ufających, nie poddających się przeciwnościom. A pośród nich jest Honorata.
Najlepiej o niej mówią jej własne słowa: W lipcu 2007 r. Pan powołał mnie do wyruszenia w nieznaną mi drogę, aby dojść do nowego wymiaru mojego życia wiary. Wtedy o tym nie wiedziałam, ale zdecydowałam się Mu zaufać. Postanowiłam spisywać w formie pamiętnika, co Pan dawał mi poznać i doświadczyć w Ugandzie.
Pragnieniem Honoraty jest, aby czytelnik znalazł w jej książce zachętę do podjęcia wyzwania szukania pełni, którą mamy w Jezusie, nie zgadzając się na swoje mierne życie chrześcijańskie, o ile takie jest, oraz podejmując z odwagą stawiane nam przez Boga wyzwania.
Zachęcam - na początek podejmijcie wyzwanie do przeczytania tej wspaniałej misyjnej historii. Zaznaczam, że przygoda z Ugandą, Honoraty i jej męża, wciąż trwa.
Shirley E. Jeans i Mary E. Campbell, Żywe Kamienie, W Wyłomie, Gorzów Wielkopolski 2004
Lwówek Śląski, w mojej młodości, był moją stałą bazą wypadową na większość weekendów. Miałam tam wielu przyjaciół. To niewielkie, urocze miasteczko, może pochwalić się wieloma pięknymi zabytkami. Jednym z nich jest Pałac w Płakowicach - perła renesansu, jedna z największych budowli obronnych na Śląsku. Niestety, z powodu złych gospodarzy, w latach dziewięćdziesiątych stał się już tylko odstraszającą ruiną. Rozkradziony, bez okien, z przeciekającym dachem, z porozbijanymi krużgankami, z zarośniętym dziedzińcem skutecznie odstraszał potencjalnych inwestorów. A jednak, u pewnego młodego misjonarza z Australii, wypisane nad bramą w języku niemieckim słowa powitania, wzbudziły przekonanie, że z Bożą pomocą ten wspaniały budynek ożyje i będzie służył Jego celom. Słowa te zapisane są w IV Księdze Mojżeszowej 6:24-26. Nie zacytuję ich tu, ponieważ wierzę, że większość z was zna je na pamięć.
Przygoda misjonarzy, Kena i Giselle Herweynenów, rozpoczęła się w Polsce w czerwcu 1991 r. Bardzo wyraźnie odebrali Boże powołanie do służby w naszym kraju. Przyjechali do Lwówka i zamieszkali na lokalnym kampingu w przyczepie, bez ociągania zabierając się do sprawowania swojej misji wśród miejscowych. Szybko pojawiły się owoce tej służby. Ale, jak długo można mieszkać w przyczepie, przy powiększającej się rodzinie? I po co próbować czegoś przejściowego, skoro pałac w Płakowicach stoi pusty :-). Bóg uczynił cud - pokonał wszelkie pojawiające się po drodze przeciwności i pobłogosławił wizję, determinację i wiarę Kena. W listopadzie 1992 rozpoczęły się rozległe prace nad przemianą starego pałacu w tętniący dziś życiem Chrześcijanki Ośrodek Elim.
Historia tej misji, to historia tysiąca, a może i więcej Bożych cudów. Warta przeczytania! A ośrodek Elim wart odwiedzenia. Zawsze gościnnie otwiera swoje pokoje dla przyjezdnych. Opowieści o tym, jak powstawało to miejsce i jak rozwijała się w nim praca misyjna i charytatywna na rzecz okolicznych ubogich mieszkańców, można usłyszeć od tych, którzy z Elimem związani są od początku. Ja mogę uznać za ogromny przywilej to, że dane mi było poznać Kena i jego żonę oraz innych wspaniałych budowniczych pałacu już na samych początkach tego projektu. Tytułowe „Żywe Kamienie”, to właśnie oni. Odbudowując kamienną budowlę, zbudowali jednocześnie wspaniały żywy organizm, który funkcjonuje już nie tylko w pałacu, ale też w centrum miasta - w kościele „Betel”. (Nawiasem - młodzież naszego warszawskiego zboru nie raz przyjeżdżała do Płakowic na letnie obozy, również pomagając w odgruzowywaniu tego miejsca.)
Koniecznie przeczytajcie tę książkę i kolejny urlop zaplanujcie we Lwówku Śląskim. Dolny Śląsk zachwyca. Jest nie do opowiedzenia, tylko do zobaczenia.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.