poniedziałek, 8 czerwca 2020

Co wiem na temat epidemii - po lekturze książki

Nie mogę stwierdzić,  że nie mam żadnego pojęcia na temat tego, czym są choroby zakaźne. Z racji wyuczonego, choć krótko wykonywanego zawodu (pielęgniarka), zdobyłam pewną wiedzę teoretyczną z zakresu chorób zakaźnych. Niestety, z czasem moją wiedzę spowił „ostry cień mgły” czy, jak ktoś woli, „pomroczność jasna” :-)

Nie powiem też, abym specjalnie interesowała się tematem, chociaż na film „Epidemia” poszłam do kina chętnie i oglądałam go z przejęciem. Zresztą, uważam, że to nadal jest najlepszy film z tej kategorii, w dodatku w bardzo dobrej obsadzie. Nie tak łatwo jest stworzyć coś lepszego od czegoś, co naprawdę jest dobre.  

Kiedyś, spośród stosu bardzo dobrych książek, podarowanych nam przez pewną instytucję, wyłowiłam książkę „Historia epidemii. Od dżumy po AIDS”, autorstwa Jacquesa Ruffie i Jeana Charlesa Sournia. Pierwsze francuskie wydanie w 1984 roku, a polskie w 1996 r. Postanowiłam zatrzymać ją dla siebie, wstawiając pomiędzy stare podręczniki z Liceum Medycznego. W drugim tygodniu naszej polskiej epidemii zanurzyłam się w ciekawej lekturze.

Ciekawej, ale niekoniecznie łatwej, szczególnie w pierwszych czterech rozdziałach, kiedy to autorzy skupiają się na wprowadzeniu czytelnika w niuanse biologiczne, genetyczne, morfologiczne i środowiskowe, związane z istnieniem chorób zakaźnych i ich rozprzestrzenianiem się. Przyznaję, dosyć to  skomplikowane, ale bardzo interesujące. W kolejnych rozdziałach autorzy omawiają najtragiczniejsze w dziejach ludzkości epidemie (zarazy) oraz główne choroby zakaźne, odnotowane w historii aż po współczesność - do epoki AIDS (pierwsze diagnozy - 1981 r.). Są lub były to (niektóre z tych chorób wygasły): dżuma, gorączki jelitowe (cholera, dury, dezynterie), trąd, gruźlica, ospa, malaria, europejskie choroby „sprzedane” krajom kolonizowanym (nie będę ich tu wymieniać), choroby pasożytnicze Trzeciego Świata (czerwonka, bąblowiec, śpiączka, bilharcjoza, ślepota rzeczna).

Autorzy poświęcają sporo uwagi epidemiom dżumy. Szczególnie epidemii w Londynie (1665-1666), opisanej w książce „Dziennik roku zarazy”, przez Daniela Defoe. W kontekście panującej wokół nas pandemii, również moją uwagę zwróciły pewne informacje dotyczące walki z epidemią. Np. Defoe podkreśla zasługi władz, którym udało się utrzymać porządek w mieście i zapewnić zaopatrzenie bez podnoszenia cen towarów. Pochwala wczesne izolowanie chorych w szpitalach. Kontrowersyjne jest jego zdaniem rozporządzenie izolujące również rodziny chorych; ponieważ szpitale nie były w stanie przyjąć wszystkich zakażonych, postanowiono zamknąć w domach nie tylko chorych, ale i ich współmieszkańców. Wyznaczono strażników pilnujących domów, z których nikt nie powinien wychodzić. Defoe stwierdza, że interwencja władz była konieczna, nawet jeśli wyniki nie zawsze były przekonujące. Podaje przykład łamania zakazu gromadzenia się, bowiem wierni zbierali się w kościołach, aby błagać Boga o zmiłowanie. Można powiedzieć „nie ma nic nowego pod słońcem” (Kohelet 1:9). Podobne działania władz są podejmowane obecnie i podobnie się dzieję. Znam też miejsca, gdzie nie zaprzestano zgromadzeń kościelnych, ponieważ ich członkowie nie bali się koronavirusa. Niestety, dziś zbierają tego żniwo.

Tyle Defoe. A autorzy uspokajają: Obecnie nagła, ogólnoświatowa epidemia jest mało prawdopodobna... (...) Wszystko wskazuje na to, że krajom rozwiniętym nie grozi już hekatomba 1348 roku ani okropności epidemii londyńskiej czy marsylskiej (chodzi o epidemie dżumy). Przypominam, że piszą to w roku 1984. Z drugiej strony stwierdzają, że nie jesteśmy całkiem bezpieczni, a nasze zwycięstwo nad chorobami zakaźnymi jest jedynie prowizoryczne - przepisy sanitarne, zasady higieny, są bardzo kruchą ochroną. Czego dziś jesteśmy świadkami.

W równowadze do powyższego, autorzy zaprezentowali też inną wizję przyszłości, która również dzisiaj staje się rzeczywistością. W obliczu zachorowań i zgonów władze początkowo będą twierdzić, że nie ma żadnego zagrożenia, a następnie nadadzą mu jakąś uspokajającą nazwę. Ludność zacznie opuszczać zakażone miejsca oraz unikać osób chorych. Szukać się będzie „winnych”, a ksenofobia doprowadzi do wielu ekscesów. Chorzy i podejrzani o chorobę zostaną odizolowani. Nawet lekarze, mimo że lepiej wyposażeni niż niegdyś, nie zostaną oszczędzeni. Będą chorować i będą umierać. I w końcu, nie wiadomo dlaczego, epidemia zacznie słabnąć, aż pewnego dnia wygaśnie.

W książce o chorobach zakaźnych nie mogło zabraknąć tematu szczepień. Zwycięstwo nad prawie każdą z wymienionych tu chorób dokonało się dzięki odkryciu szczepionki. Autorzy jasno stwierdzają, że szczepionki są wielkim osiągnięciem medycyny ostatnich 2-3 wieków. Nazywają je arcydziełem współczesnej medycyny. Ich działanie polega na zmianie podatności na chorobę, u potencjalnych ofiar. Obecnie dysponujemy szczepionkami przeciwko większości chorób zakaźnych. Co ważne, dla uniknięcia epidemii nie jest konieczne szczepienie całej ludności. Zaszczepienie 60% populacji wystarczy do zahamowania rozprzestrzeniania się choroby. Zagadką są dla mnie ruchy antyszczepionkowców. Kiedy wybuchła pandemia koronavirusa pomyślałam sobie z nadzieją, że przeciwnicy szczepień pójdą po rozum do głowy. Niestety, bardzo się pomyliłam. Tylko chory umysł mógł wymyślić spiskową teorię o wszczepianiu w nasze organizmy czipów jako narzędzia kontroli, (podobno wcześniej ‘wszczepiano nam’ w ten sposób autyzm ;-), zamiast chroniących nas przed chorobą zakaźną przeciwciał.

Zastanawiam się, wobec powyższego, jaka jest ogólna świadomość istnienia i zagrożenia chorobami zakaźnymi. A w związku z tym, jaka jest wiedza o śmiertelności w przypadku tych chorób. Szczególnie podczas epidemii. W Internecie trafiłam na ciekawą stronę na ten temat i przyznaję - byłam w szoku. Nie zdawałam sobie sprawy, z tak realnej obecności szeregu epidemii oraz tak ogromnej ilości ich ofiar. Może te liczby będą w stanie przekonać sceptyków, że szczepienia są konieczne. Zachęcam do przebrnięcia przez te dane:

Zaraza Antoninów (to mogła być ospa), lata: 165-180, 5 mln zgonów; Czarna Śmierć, lata: 1347-1351, 25 mln zgonów; Ospa prawdziwa, lata: 1520-1979, 56 mln zgonów; Wielka zaraza w Londynie, lata: 1665–1666, 100 000 zgonów; Cholera (pandemie 1-7), lata: 1817-2018 ostatnie ognisko epidemii, 1 mln zgonów; Hiszpanka, lata: 1918-1920, 40-50 mln (wg niektórych źródeł nawet 100 mln) zgonów; Grypa azjatycka, lata: 1957-1958, 1-2 mln zgonów; Grypa Hong Kong, lata: 1968-1970, 1-4 mln zgonów; Rosyjska grypa, lata: 1977-1978, 1 mln zgonów; HIV/AIDS, lata: 1981 – nieopanowana,  35 mln zgonów. Na tej epidemii kończy się książka. Po latach samodzielnego panowania AIDS, rozwiązuje się kolejny worek z epidemiami. Oto one:
SARS, lata: 2002-2003, 800 zgonów; Świńska grypa, lata: 2009-2010, 284 500 zgonów;  Zica, 2014 - nieopanowana, (do stycznia 2016 odnotowano już 3530 przypadków małogłowia u dzieci); Ebola (ostatnia duża epidemia), lata: 2014-2016, 11 300 zgonów; MERS, lata: 2015 - nieopanowana, 858 zgonów; COVID-19, lata: 2019 - nieopanowana, 345 105 zgonów (stan na 25.05.2020).

W obliczu tych danych, największym dla mnie wyrazem braku szacunku dla chorych, zmarłych i tych, którzy ich opłakują oraz do rzesz personelu medycznego, stojącego na pierwszej linii frontu walki z pandemią, są tzw. teorie spiskowe. Oto liderzy państw zmówili się, aby: 1 - celowo wywołać pandemię; lub 2 - we współpracy z mediami przeprowadzić ogólnoświatową manipulację, w rzeczywistości pandemii nie ma, a wszystko, co oglądamy i wszelkie statystyki na temat zachorowań i zgonów są mistyfikacją. Jak to zrobili i czemu ma to służyć? Tego twórcy tych teorii nie potrafią tak do końca wyjaśnić. A ja, nie zamierzam głębszym wnikaniem w temat, zaśmiecać swojego i cudzych umysłów. Najbardziej przykry jest fakt, że zwolennicy tych teorii bardzo często jako główny argument wskazują niezadowalającą ilość zgonów, argumentując, że na raka i choroby serca rocznie umiera więcej osób. Nie zauważają takiej subtelnej różnicy, że ci, którzy umierają na te jednostki chorobowe, chorują na nie przeważnie przewlekle, przez kilka lat. Koronavirus kosi swoje żniwo w bardzo krótkim czasie. A nawet, jeśli w przyczynie śmierci podaje się inne choroby współistniejące, to w normalnych warunkach dany pacjent miałby szansę przeżyć we względnym zdrowiu kilka/kilkanaście kolejnych lat. Nawiasem, jeśli w obliczu tak ogromnej liczby zachorowań, tak niewiele jest zgonów (w porównaniu z innymi epidemiami), a tak wiele ozdrowień, to wskazuje na jedno - medycyna naprawdę robi postępy w dziedzinie chorób zakaźnych. Statystyki światowe dziś (8.06.2020): zarażeni - 7.102.965; zgony - 406.343; wyzdrowienia - 3.466.591.

Martwią mnie bardzo nasze dzisiejsze krajowe notowania. Rekordowa ilość zachorowań - 599 osób. Chyba to poluzowanie restrykcji nie wychodzi nam na zdrowie. Pojawia się coraz więcej skupisk zakaźnych w miejscach, w których powrócono do przed epidemicznej aktywności. Wygląda to naprawdę niepokojąco...

Mam jednak nadzieję, że koniec tej pandemii kiedyś nastąpi. Niestety, wymienione powyżej epidemie pokazują, że okresy względnego bezpieczeństwa epidemicznego są coraz krótsze. 
Autorzy książki piszą: Historia ludzkości składać się będzie jeszcze przez długi czas z epizodów, które ludzie są w stanie zrozumieć i chronić się przed nimi dopiero wówczas, gdy należą one do przeszłości. Obyśmy nauczyli się chronić. 

Mam świadomość, że jeśli ktoś z czytających dotarł do tego momentu, to poczuł się już bardzo zmęczony. Dlatego kończę już swoje wynurzenia. Mam jednak nadzieję, że może zaciekawiłam kogoś tym tematem, może pomogłam coś zrozumieć albo zdobyć kilka ciekawych informacji. Pozwolę sobie jeszcze zaproponować trzy rzeczy:

1. Dwie listy książek o epidemiach:
2. Film dokumentalny „Łowcy wirusów”: KLIKNIJ

3. Utwór dedykowany tym, którzy odeszli: KLIKNIJ 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.