piątek, 30 października 2020

Miało być dobrze, a wyszło „jak zwykle”...


Momenty potrząśnięcia

Bywają w życiu takie „momenty potrząśnięcia”, w życiu osobistym lub w życiu społecznym czy narodowym, po których postanawiamy, że będziemy żyli inaczej, myśleli inaczej, zachowywali się inaczej.

Wstrząs po okrucieństwach drugiej wojny światowej wzbudził w ludziach nadzieje, że nic takiego więcej się nie powtórzy, a ludzie nauczą się szanować pokój i żyć w pokoju. Jednak analiza ostatnich 75 lat rozwiewa te złudne nadzieje i obnaża bolesną rzeczywistość. Cały świat jest uwikłany w rozmaite konflikty, choć nie zawsze są to konflikty zbrojne.

Ktoś może powiedzieć, że nie odpowiadamy za wszystko, co się dzieje na świecie. Może tak a może nie - to zależy od wielu czynników. Nie będę się jednak na nich skupiać. Mnie bardziej interesuje nasze polskie podwórko. A może inaczej - polski front.

Punkty zwrotne

Przypomnę tylko kilka wydarzeń, sytuacji, które miały stać się dla Polaków punktem zwrotnym. Po nich miało być tylko lepiej.

Pierwsze wydarzenie to śmierć „polskiego papieża”, Jana Pawła II. Czy pamiętacie kwiecień 2005 roku i chociażby deklaracje „kiboli”, że zaprzestaną bójek, aktów wandalizmu i szerzenia nienawiści? Miało być tak dobrze, a wyszło jak zwykle.

Drugie wydarzenie to tragedia smoleńska. Jak długo trwała żałoba w Polsce? Taka prawdziwa, z głębi serca? Chyba jeszcze nie pochowano wszystkich ofiar a już padały słowa pełne oskarżeń i nienawiści, które do dziś nie ustały. Miało być tak dobrze, a wyszło jak zwykle.

Trzecie wydarzenie pochodzi z rodzinnego podwórka. Śmierć mojego teścia miała być lekarstwem uzdrawiającym dosyć skonfliktowane relacje rodzinne. Już, już zaczynaliśmy się porozumiewać, spędzać razem czas, zbliżać się do siebie. Niestety, to szczęście rodzinne, wymieszane ze łzami i smutkiem po utracie ojca, nie potrwało zbyt długo. Jest nawet gorzej.

Miało być tak dobrze, a wyszło jak zwykle. Piszę o tym, ponieważ z obserwacji wiem, że konflikty rodzinne są częścią składową ich funkcjonowania. (Jeszcze nie poznałam idealnej rodziny.) Więc, nie mam co „ściemniać”, że u Jaroszów jest inaczej.

Zapewne mogłabym przytoczyć jeszcze wiele okoliczności, po których zamierzaliśmy zapisywać nową, białą kartę naszego życia i budować lepszą rzeczywistość. Myślę jednak, że te trzy przykłady wystarczą, aby czytelnik zrozumiał, o co mi chodzi.

Więcej na dzieli niż łączy

Bardzo boleję nad tym, że nas wszystkich więcej dzieli niż łączy. Najwyraźniej widać to na Facebooku. Przyznaję, że mam coraz mniejszą przyjemność obcowania z nim. Czy raczej treściami, którymi jest przepełniony. Męczą mnie agresywne dyskusje, walka na argumenty, hejty przekraczające wszelkie granice przyzwoitości, totalny brak szacunku do drugiego człowieka. Z zasady nie podejmuję drażliwych i jałowych dyskusji; nie komentuję treści, z którymi się nie zgadzam. Podjęłam decyzję, że niektóre osoby przestaję obserwować, niektóre usuwam z grona znajomych. (Coraz bardziej zaczynam doceniać jakość, nie ilość.)

Pandemiczny epizod

I pomyśleć, że jeszcze kilka miesięcy temu mieliśmy kolejną szansę spróbować, by mogło być lepiej. Pojawiła się pandemia i pierwsze tygodnie przymusowego zamknięcia w naszych domach zaowocowały czymś bardzo pozytywnym. Przynajmniej wśród wielu moich znajomych. Stali się bardziej refleksyjni, otwarci, twórczy. Trudno pominąć fakt, że nasze kościoły i wspólnoty religijne musiały zawiesić swoją normalną działalność i przejść na online. Jeszcze nigdy nie było tyle Słowa Bożego, głoszonego przez FB. Ale dla mnie nie to było najważniejsze, ponieważ wynikało to bardziej z konieczności. Dla mnie były ważne wszystkie przejawy aktów dobrej woli, polegające na tym, aby swoją historią, piosenką, podpowiedzianym dobrym filmem, scenką, krotką refleksją umilić czas izolacji, dać pocieszenie i tchnąć nadzieją. Na krótki czas ustały czcze dyskusje, słowne przepychanki i wojenki światopoglądowe i polityczne. Zbyt krótko, niestety, zbyt krótko. Miało być dobrze, a wyszło jak zwykle.

Nagle, w naszej epidemicznej rzeczywistości, pojawili się antycovidowcy, antyszczepionkowcy oraz wyznawcy wszelakich teorii spiskowych. Głupota ludzka wymieszała się z pychą. Boleję, kiedy widzę prześmiewcze, pełne jadu i szyderstwa posty na temat wszystkiego, co ma związek z tą epidemią. Są to posty pozbawione empatii, wrażliwości, a nawet przyzwoitości. I to mnie najbardziej dziwi, że zamieszczają je osoby, po których spodziewałabym się większej klasy. Po raz kolejny podejmuję decyzję o zredukowaniu listy swoich znajomych. Nie chcę dłużej karmić swojego umysłu treściami postów, które publikują. Nie dyskutuję z nikim, bo nie widzę w tym sensu.

Zasiewać dobro i pokój

Ktoś mógłby powiedzieć: Skoro cię to wszystko tak strasznie irytuje, to wypisz się z FB. Przyznaję, chodziło mi to po głowie. Jednak dla mnie FB to również miejsce pracy. Administruję kilka ważnych stron i wartościowych grup (co pozwala mi swobodnie usuwać nieodpowiednie posty i blokować tych niedyscyplinowanych :- ). A jeśli chodzi o moje prywatne konto, to już dawno podjęłam decyzję, że skoro już jestem na FB, to chcę wykorzystać swoją obecność po to, aby zasiewać dobro i pokój. Dawać ludziom radość. Być światłem. Może nie zawsze mi to wychodzi, ale na pewno jest lepiej niż ‘jak zwykle’.

Nawet mój mąż to docenił, wpisując na moim profilu taki tekst: Dziś wpadł mi w oko cytat z Adama Mickiewicza: "Chcesz cało przejść pomiędzy światowym rozruchem? Bądź dla zwierząt człowiekiem, a dla ludzi duchem." Od razu pomyślałem o Wali. Kocha zwierzęta a dla ludzi też jest dobrym duchem. Z podziwem patrzę na nią, jak nie traci z oczu "kompasu" w dzisiejszym świecie pełnym protestów, walki, nienawiści i tym podobnych rozruchów... Dziękuję, Pawełku.

Boleję i marzę

Bardzo boleję nad tym, że od dłuższego czasu jesteśmy tak strasznie spolaryzowani. Zrozumiałe są dla mnie różnice poglądów i światopoglądów. Moim FB znajomym dość po słowie, by mogli odkryć, że w kilku istotnych aspektach życiowych mam poglądy całkowicie odmienne od wielu z nich. Jestem transparentna w ich artykułowaniu, ograniczając się tylko do mojego profilu. Nikomu niczego nie narzucając. Jestem też osobą na tyle integralną, aby nie zmieniać swoich poglądów wraz z upływem czasu i zmieniającymi się trendami. Dla mnie, w kwestiach światopoglądowych, zawsze fundamentalna będzie jedna z reformacyjnych zasad - Sola Scriptura / tylko Pismo. (Zaznaczam, że pozostałe zasady są dla mnie jednakowo ważne.)

W tej polaryzacji najbardziej poraża mnie fakt, że odkrywam na nowo moich znajomych. Poznaję ich prawdziwe oblicze i nie zawsze jest ono szlachetne. Posty, które wstawiają, język, którym się posługują, poglądy jakie głoszą... Czasem ze zdumienia przecieram oczy. No cóż, nic tak nas nie obnaży, jak forma naszej aktywności na FB. I pomyśleć, miało być tak dobrze... Wspaniały portal społecznościowy. Odgrzebujemy stare przyjaźnie, zawiązujemy nowe, powiększamy grono znajomymi. Stajemy się wielką facebookową rodziną, która wydaje się nie mieć żadnych granic. Językowych, narodowych, społecznych, wiekowych. A jednak ma granice i to duże. Polityczne, moralne i światopoglądowe. Kiedy dochodzą do głosu, to to co miało wyjść nam na lepsze - wychodzi „jak zwykle”.

Wciąż jednak drzemie we mnie marzenie, aby choć raz, przez dłuższą chwilę mogło być między nami lepiej. 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.