Biednym na ratunek spieszyć, żal łagodzić, pomoc nieść, rany goić, smętnych cieszyć, nagich odziać, podać jeść, to miłości świętej czyn - taki wzór dał Boży Syn. (Śpiewnik Ewangelicki 827,4)
W naszej fundacji, potocznie zwanej Arką, najbardziej intensywny czas to środa od południa do godzin nocnych i czwartek od wczesnego rana do wieczora. Co tydzień w środy Adam, Andrzej i Siergiej jadą naszym vanem do piekarni, przepakowują pieczywo do naszych skrzynek (2-4 godzin pracy!) i przywożą je do Arki. (A dwa razy w miesiącu po towar do Banku Żywności jeździ Paweł.) Po przywiezieniu i rozładowaniu tych rzeczy przystępuje się do ich sortowania i rozdzielania w celu przekazania pięciu różnympunktom pomocy (Wala, Wanda). Jeszcze w tym samym dniu towar zostanie rozwieziony w te konkretne miejsca (Paweł, Zbyszek, pan Adam, Siergiej, Sasza). Pozostała reszta produktów zostanie spakowana przez spore grono wolontariuszy (Ewa, Ilona, Wanda, Kasia, Bogusia, Mariola, Wala, Adam, Zbyszek, Tomek oraz uczniowie-wolontariusze) w paczki dla stałych odbiorców przychodzących po pomoc do Arki (każdorazowo przygotowujemy 100 paczek).
Dobro naszych stałych odbiorców jest dla nas priorytetowe. Na szczęście mamy czym podzielić się też z innymi. Ta nadwyżka produktów (głównie jest to bardzo bogaty asortyment produktów z Galerii Wypieków Lubaszka) zawożona jest na tzw. patelnię (od początku pandemii), gdzie w każdą środę spotyka się Kościół Uliczny, który zapewnia ciepłą strawę dla osób bezdomnych. My dorzucamy pieczywo, słodkie bułki, ciastka tortowe, kanapki. Niewielka część darów (odpowiednia do potrzeb) trafia do około dwudziestoosobowej grupy ukraińskich matek z dziećmi, które znalazły swoje schronienie w Wyższej Szkole Teologiczno-Społecznej, przy ulicy Wybornej (Bogusia i Zbyszek). Kolejne produkty zabierane są do jednego z hosteli (to zadanie Siergieja), gdzie przebywa około 200 uchodźców z Ukrainy.
I wciąż jeszcze mamy czym się dzielić! (To zasługa naszego nowego vana. Nasz wcześniejszy środek transportu mógł zmieścić 1/3 towaru tego towaru, który przywozimy obecnie.) Więc się dzielimy. W miarę po połowie rozdzielamy produkty pomiędzy najbardziej licznymi grupami uchodźców - ośrodek przy ulicy Modlińskiej (od roku po towar przyjeżdża oddany sprawie i zaprzyjaźniony z nami pan Adam) oraz Magazyn Dobra przy ulicy Mińskiej (odbiorcą jest pracownik tego punktu, Sasza). Wszystko ogarniamy w jeden wieczór, ale praca się nie kończy, ponieważ po drodze z „patelni”, w Burger Kingu w Złotych Tarasach, odbierane są wysoko-zmrożone burgery i nuggetsy (podane z frytkami ulubione danie młodzieży). Na koniec odbierany jest jeszcze towar z ALDI. Kiedy kierowca (Paweł) dociera do Arki, na placu boju zostaję sama i tylko przeglądam to, co dostaliśmy. Zabezpieczam wszystko. Resztą zajmę się w czwartek rano. Jak tu ze się mnie śmieją: Wala od rana będzie liczyć cebulę :-) No cóż, zawsze coś liczę, aby wszystkich obdzielić po równo.
Środową pracę w Arce kończy obieranie ziemniaków - albo do zupy, albo na drugie danie (Adam). To zależy, co planujemy w czwartek gotować na nasze Spotkanie Czwartkowe z obiadem.
W czwartek praca zaczyna się wcześnie. Personel kuchenny przystępuje do przygotowania obiadu (Adam). A ten kto może (Wanda, Wala,Kasia, Ewa, Ilona), pomaga przy pakowaniu pakiecików z różnorodnymi produktami: z tą policzoną cebulą :-), z warzywami, owocami, serem, wędliną, mięsem - „czym chata bogata”. Wszystko jest dzielone na dwie grupy stałych odbiorców: matki i „reszta świata”. Do 15-tej musimy zdążyć.
***
O tej porze przychodzą mamy. Już zza rogu budynku słychać ich donośne głosy, rozmowy, śmiech. Pędzą szybko, z ciekawością, czy czasem nie został wystawiony wieszak z jakimiś fajnymi ciuszkami. Zawsze znajdą coś przydatnego, jak nie dla siebie to dla dzieci. Nie śpieszą się. Lubią pogadać ze sobą. I ze mną też - przy odbiorze paczek. Wtedy opowiadają mi o aktualnych problemach, chorobach; o sprawach do załatwienia, o radościach dnia codziennego. Pożartują. Czasem westchną. Zawsze są wdzięczne.
Chwila wytchnienia pomiędzy „wydawkami” (matki od 15-tej, ‘reszta świata’ od 18-tej) polega głównie na siedzeniu na korytarzu. Wtedy ja i Wanda wpuszczamy na salę uczestników Spotkań Czwartkowych. (Tzw. ‘reszta świata’ to przeważnie osoby 65 +) Rozlega się ciągłe „Dzień dobry”. „Dzień dobry”. Turlają się wózeczki na kółkach i garażują w rogu korytarza. Stałe miejsca przy stołach powoli są zajmowane. Och, broń Boże, aby ktoś ‘nowy’ zajął czyjeś ulubione miejsce. Wtedy trzeba interweniować :-)
W tym czasie mają miejsce różne rytuały. Niektóre osoby zatrzymują się, aby opowiedzieć, co działo się w ich życiu w ostatnim czasie, szczególnie kiedy nie były obecne tydzień lub dwa. Mają potrzebę usprawiedliwienia swojej nieobecności lub spóźnienia (nawet minimalnego). Ktoś inny dzieli się informacją o chorobie. Kolejna osoba ogłasza radosną nowinę o otrzymaniu przydziału na mieszkanie socjalne. Panowie przynoszą aktualną lokalną gazetę (to dla Wandy). A panie coś dla kotków (to dla mnie), bo piątka kotków arkowych lubi jeść. Liczne grono osób przynosi korki, bo pastorowa zbiera korki. Niektórzy panowie podają nam, jak dzieciom, cukierka z kieszeni. Są osoby, które zawsze coś przynoszą: starszy pan przynosi owinięte w gazetę figurki ceramiczne (zdobią parapety w naszych biurach i jadalni); sędziwa pani zza pleców wyciąga ukryty bukiecik sztucznych kwiatków; jedna z kobiet regularnie przynosi bukiet sezonowych kwiatów (tulipany, żonkile, róże) - To za poniesiony trud - mówi. Dostajemy ubrania dla potrzebujących, korale, kwiaty doniczkowe. Drobne gesty wdzięczności, a tak wiele znaczą.Czasem, ktoś skorzysta z okazji, że korytarz opustoszał i przysiada do mnie, aby porozmawiać o swoich bolączkach. A czasem, jest potrzeba wejść do mojego biura, aby bez świadków kogoś wysłuchać i pozwolić się wypłakać.
Już z przyzwyczajenia czekamy na jeszcze jedną osobę. Kiedy wchodzi spóźniona, zamykamy drzwi. Wiemy, że po Ninie już nikt nie przyjdzie :-) Sala jest pełna. Liczę obecnych, aby zgłosić w kuchni, ile porcji obiadu w tym dniu wydajemy. Zmęczenie, niestety, już daje o sobie znać - okazuje się, że muszę liczyć przynajmniej dwa do trzech razy, aby mieć pewność, że dobrze policzyłam. Liczenie do 40 z hakiem to już wyższa matematyka :-)
Kiedy zaczyna się spotkanie, personel kuchenny (Adam, Kasia, Wanda) ma godzinę czasu na dokończenie gotowania posiłku. Na stół podany zostanie świeżutki i cieplutki obiad. Przez drzwi dobiega gromki śpiew. A trzeba przyznać, że przy akompaniamencie gitary i przy prowadzeniu pastora (Paweł), śpiew naprawdę idzie pięknie. Każdy ma prawo poprosić o swój ulubiony utwór. Od pewnego czasu pieśń „Rozpal ogień, Panie” jest absolutnym hitem. Po niej następuje czas na refleksję o życiu, opartą na ewangelicznych historiach z Pisma Świętego. To domena pastora. Ale nie tylko on ma coś do przekazania bywalcom Spotkań Czwartkowych. Mamy też listę innych mówców. I wszyscy są chętnie słuchani.
***
Kiedy obiad „wjeżdża na salę” słychać tylko pochwały pod adresem kucharza. Na hasło „Są dokładki i na wynos!” szybko ustawia się kolejka. Czasem stoję w kuchni i patrzę, jak Adam z dna przechylonego gara wygarnia ostatnią chochlę zupy lub gulaszu. W naszej kuchni nie brakuje słoików i wiaderek plastikowych. Chociaż, co przezorniejsi przynoszą własne pojemniki.
Nasycony tłumek zmierza na zewnątrz budynku, po odbiór paczek żywnościowych. Są rozkosznie rozgadani i stłoczeni, głośno trzeba krzyczeć, wywołując poszczególne osoby z listy. Turkoczą kółka wózeczków. Jeden z mężczyzn (Włodek) wolontaryjnie pomaga każdemu zapakować paczkę z pieczywem. Szybko podsuwa koszyk z innymi produktami. Pracujemy jak pszczoły w ulu (Wanda, Wala), aby ludzie jak najkrócej musieli stać w kolejce. Odbiorca, paczka, wózek, dodatkowe produkty. Odbiorca, paczka, wózek, dodatkowe produkty... I... wreszcie koniec. Zamykają się drzwi. Czasem jeszcze zapuka ktoś spóźniony. Za drzwiami wciąż słychać głosy. Odbywa się „handel wymienny” :-) Ale to już jest poza nami.
Teraz każde z nas ogarnia swój odcinek pracy. Trzeba sprzątnąć salę, toaletę. Pozmywać naczynia. Posprzątać kuchnię. Uporządkować pomieszczenia, gdzie zgromadzone były paczki i inne produkty. Czwartkowe aktywności zmierzają ku końcowi. Ktoś sprawdza ilość zrobionych kroków lub spalonych kalorii. Patrzymy na dokumentację, sprawdzając ile setek kilogramów przerzuciliśmy przez te dwa dni. I aż nie dowierzamy!
Och, jak to dobrze, że nadchodzące dni nie będą aż tak pracowite. Będą pracowite inaczej. Każdy z nas ma swoje zadania do wykonania. Na pewno zawsze jest sporo bieżącego sprzątania. Teren wokół budynku wymaga pracy odpowiedniej dla danej pory roku. Trafiają się drobne lub większe awarie i potrzeby remontów. Praca biurowa nigdy nie ma końca. A poza tym czwartkowym spotkaniem, w Arce odbywają się też inne spotkania i aktywności, dla dorosłych, dla młodzieży, dla dzieci (we wtorki, piątki, soboty, niedziele). Na nie też przygotowywany jest posiłek, ale wymaga on mniej wysiłku, ze względu na mniejszą liczebność uczestników. A same spotkania to przyjemnie i pożytecznie spędzony czas.
Do kolejnej środy z pewnością uda nam się zregenerować siły.









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.