A zatem - do marca!
niedziela, 23 lutego 2014
wtorek, 18 lutego 2014
Puszka Pandory
Ostatnio jestem mocno zapracowana (wiem, wiem, powtarzam się :-), walcząca z czasem i, jak
zwykle, starająca się rozwiązać zagadkę, co jest w tym wszystkim ważne, a co
pilne. Czy jest w ogóle możliwe rozwiązanie tej zagadki?
W tym wszystkim najbardziej doskwierała mi moja twórcza niemoc.
Codziennie przeżywałam jakieś ciekawe sytuacje, spotykałam różnorodnych ludzi,
prowadziłam interesujące rozmowy, czytałam, również czytałam stałą porcję
rozważań i tekstu biblijnego i… nic. Wciąż brakowało mi jakiegoś bodźca,
jakiejś nurtującej myśli, poruszającego przeżycia czy doświadczenia.
Wyczekiwałam na narodziny tematu. Wyglądałam go z tęsknotą.
I kiedy wydawało mi się, że miną kolejne tygodnie i nic się nie urodzi -
temat znalazł mnie. I nie jest to wcale łatwy temat, bo dotyczy on sprawy bardzo
osobistej, bolesnej i takiej, z powodu której, nie mam się, co szczycić.
Dokładnie wczoraj, za sprawą pewnej trudnej sytuacji, chyba otworzyła
się w moim życiu puszka Pandory. Jak podaje Internet - puszka, a raczej beczka, Pandory to symbol
nieszczęść, czegoś, co wywołuje mnóstwo nieprzewidzianych trudności, źródło
niekończących się smutków i kłopotów. Jedynym pocieszeniem jest fakt, że na
dnie tej puszki znajduje się jeszcze
nadzieja.
Nie widzę potrzeby podawania tu szczegółów problemu, ale
wspomnę, że stresująca sytuacja i trudna
decyzja, którą podjęłam, wywołała wokół mnie straszne zamieszanie i burzę. Wciąż jest kwestią dyskusyjną, czy podjęłam właściwą decyzję. W moim
odczuciu tak, choć może zakomunikowałam ją osobom zainteresowanym niezbyt
umiejętnie. Cóż, nie robi błędów ten, co nic nie robi.
Ale nie to jest w tym
najistotniejsze. Najistotniejsze są różne reakcje, wymiana opinii, słuszne,
bądź nie, zarzuty, eskalujące emocje - prowokujące do powiedzenia o jedno
zdanie, o jedno słowo za dużo.
No, i stało się. Nie wytrzymałam. Padło na mnie. Dając upust
swoim frustracjom, powiedziałam o kilka słów za dużo. (Oczywiście, też swoje
usłyszałam, ale nie chcę się na tym koncentrować.) Czy żałuję? Tak. Czy da się
coś z tym zrobić? Zrobiłam coś bardzo podstawowego - przeprosiłam i poprosiłam
o przebaczenie. Czy to uleczy sytuację?
Nie wiem. Jak to się mówi: Piłka nie jest
już w mojej bramce.
Nie czuję się z tym wszystkim dobrze. Tłumaczę sobie, że
byłam zdenerwowana, że zostałam sprowokowana, że miałam powody i prawo, aby o
pewnych rzeczach, które mi ciążyły, powiedzieć.
Ale to jest moje tłumaczenie. I wiem, że jest ono bardzo
subiektywne. Dlatego w takich sytuacjach sięgam po mądrość Bożego Słowa. I co
odkrywam!? Ach, gdybym tak wczoraj, a nie dziś, wnikliwie wczytała się w to rozważanie! Ono było dla mnie wskazówką,
przestrogą. Jakby wyprzedzało całą zaistniałą sytuację i wołało: Ugryź się w język! Przemilcz! Trzymaj nerwy
na wodzy! A może po prostu: Nie
odbieraj kolejnego telefonu!!! Będziesz tego żałować!!!
A ja wszystko zrobiłam na opak…
Dlatego dziś nie pozostało mi nic innego, jak szukać w tym czytanym rozważaniu jakiejś nadziei dla siebie. Nadziei, która pozostała w puszce
Pandory, kiedy wszystkie kłopoty i nieszczęścia już z niej wyleciały.
Czy pisałam już Wam, że Bóg zawsze ma dla mnie gotową
odpowiedź na moje pytania? Pisałam. I teraz też tak napiszę.
W zasadzie przepiszę kilka zdań, które przemówiły dziś do
mnie:
„Bóg dał ci dwoje uszu
i jedne usta, bo miał ku temu powód” - tak mówi stare przysłowie. Zażartuję
sobie - a co zrobić, kiedy teraz przeważnie rozmawia się przez telefon,
słuchając tylko jednym uchem? Proporcje 2:1 zostały zachwiane.
Natomiast, Słowo Boże mówi: Nie bądź prędki w mówieniu i niech twoje serce nie wypowiada śpiesznie
słowa przed Bogiem. Kazn. Salomona 5:2
Tu, moją uwagę zwrócił zwrot „niech serce twoje nie wypowiada śpiesznie słowa”. Więc to nie usta
są problemem, lecz serce! Przyznaję, coś leżało mi na sercu. Czy na wątrobie? -
różnie się ten stan określa. A ja, naiwna, myślałam, że się z tym uporałam…
Przelatuję oczami tekst: Naprędce wypowiedziane słowa czynią więcej szkody niż dobra. Oj, wiem coś o tym. Gdyby tak dało się cofnąć
czas…
I teraz najdłuższy fragment: Kiedykolwiek wypowiadamy słowa w lęku, złości, ignorancji lub pysze,
nawet, gdy mamy słuszność, ci, co nas słuchają, słyszą coś więcej, niż to, co
wypowiadamy. Zauważają nasze emocje. Nie wiedzą jednak, czy wypływają one z
miłości, troski, czy pogardy i braku szacunku. Powstaje więc ryzyko
nieporozumienia. Jeśli wsłuchamy się w siebie przed wyrażeniem swoich myśli na
głos, osądzimy własne serce, zanim bezmyślne słowa zaszkodzą innym lub zasmucą
Boga. (pisze Julie Ackerman Link)
Co więc mogę z tym, co sobie poczytałam, zrobić? Jak to bywa
w szkole - teorię opanowałam, a teraz pora na poprawkę :-). Bóg jest Bogiem
wielu szans. Czego, niestety, nie można
powiedzieć o człowieku.
A czy jest w tym dla mnie jakaś nadzieja? Jest! Bo wierzę,
że słowami tego rozważania Bóg mnie napomina, nawet, jeśli robi to przez obcego
mi człowieka. Napomina, a ja przyjmuję to napomnienie. Napomina, a to znaczy,
że Mu na mnie zależy. Napomina, ale też
daje pociechę.
Bo nie byłoby tych słów, gdyby Bóg nie znał człowieka. Gdyby Bóg nie znał mnie. Gdyby nie wiedział, że dziewięć razy przejdę próbę, ale za dziesiątym razem mi się nie uda. I będę musiała pójść do poprawki.
Bo nie byłoby tych słów, gdyby Bóg nie znał człowieka. Gdyby Bóg nie znał mnie. Gdyby nie wiedział, że dziewięć razy przejdę próbę, ale za dziesiątym razem mi się nie uda. I będę musiała pójść do poprawki.
I gdyby jeszcze nie zaakceptował
mnie taką, jaką jestem. Bo za taką mnie - umarł.
* Obraz - Pandora, Arthur Rackham
środa, 5 lutego 2014
Kącik dobrej książki
Don
Richardson, Wieczność w ich sercach - Sensacyjny dowód wiary w jedynego,
prawdziwego Boga, Wydawnictwo Pojednane, Lublin 1993
Szukając w Internecie zdjęcia
okładki tej książki, natrafiłam na bardzo fajny tekst, jej dotyczący: Właśnie dorwałem bardzo ciekawą książkę, pt.
„Wieczność w ich sercach”, napisaną przez Don’a Richardson’a. Ktokolwiek ma do
niej dostęp, lub możliwość jej kupna - polecam, warta przeczytania. Jest to
zbiór opowieści o ludach, plemionach i narodach na całej ziemi, które zostały przygotowane
na przyjęcie Ewangelii dużo wcześniej, zanim ona tam dotarła. Niesamowite
opowieści o tym, jak Bóg objawiał plemionom Afrykańskim i Indianom w Ameryce,
czy Azjatom swoje istnienie i to, że przyjdą do nich biali ludzie z Dobrą Nowiną.
Dodam za autorem książki: … biały brat
przyniesie zagubioną księgę do naszych chat…
Właściwie już niczego więcej nie
musiałabym dopisywać. Te słowa są wystarczająco zachęcające, aby sięgnąć po tę
książkę. Dobra wiadomość jest taka, że choć dawno wydana, wciąż jest dostępna na rynku.
Nadmienię jedynie, że po lekturze
tej książki zrozumiałam, że żadne inne orędzie na ziemi nie może poszczycić się
tym wewnętrznym śladem, już wcześniej przygotowanym dla niego, w systemach
wierzeń tysięcy przeróżnych społeczności ludzkich. I, jak zauważa autor: Bóg rzeczywiście przygotował świat pogański
na przyjęcie Ewangelii. Co więcej, ogromna liczba niechrześcijan okazała się
bardziej gotowa na przyjęcie Ewangelii, niż my, chrześcijanie, byliśmy na
przestrzeni historii gotowi się nią z nimi podzielić.
Autor konsekwentnie dowodzi, że
nie powinnyśmy być zaskoczeni, znajdując dowody istnienia bojących się Boga ludzi,
żyjących w bliższych nam czasach wśród narodów pogańskich. Podaje nam
imponującą ilość przykładów na to, że tak się działo i nadal dzieje. Ludy nieznanego
Boga, ludy utraconej księgi i ludzie o dziwnych zwyczajach wciąż czekają na
przybyszy z Dobrą Nowiną.
Misyjne serce Boga bije dla
wszystkich narodów, plemion i ludów (Obj. Jana 7:9-10). Wierzę, że po lekturze
tej książki, zabiją również Wasze.
Janet
i Geoff Benge, Adoniram Judson - Kierunek: Birma,
Wydawnictwo Pojednane, Lublin 2010
Jego życie mogło potoczyć się
zupełnie inaczej. Niezwykle inteligentny, utalentowany, miał szansę zostać
jednym z najznakomitszych pastorów w Nowej Anglii. Kiedy jednak pewnego dnia
wpadła mu w ręce nieznana broszura misyjna, był jej treścią poruszony tak, że
już wiedział, że czyta o swoim przeznaczeniu.
Nie wiedział, jak to się stanie,
nie wiedział kiedy, ale wiedział, że na pewno to się stanie. Wiedział, że Bóg
powołuje do Birmy.
We wspomnianej wcześniej książce,
czytamy taki opis: W roku 1817 oddany
Bogu amerykański misjonarz-baptysta, Adoniram Judson, wyszedł na ląd w pobliżu
Rangoon w Birmie, mając za sobą długą morską podróż z Ameryki. Możemy być
pewni, że pod pachą mocno ściskał Biblię, lecz nie miał nawet najmniejszego pojęcia
o niesamowitym znaczeniu, jakie księga ta ma dla ponad trzech milionów ludzi,
żyjących w promieniu około tysiąca trzystu kilometrów od pomostu, na którym
stał. Judson znalazł nocleg w Rangoon. Z ogromną pieczołowitością nauczył się
języka birmańskiego. I wreszcie odziany w żółty strój, jaki zwykli nosić
nauczyciele buddyjscy w Birmie, odważnie wyszedł do miasta, by na targowiskach
zwiastować Ewangelię birmańskim buddystom. Niestety, jego słowa zyskały
niewielki odzew. Często borykał się z prawie przytłaczającym go uczuciem
zniechęcenia. Niepocieszony małymi efektami swojej służby misyjnej, Judson
skoncentrował się na tłumaczeniu Biblii na język birmański. (Jest to wciąż
jedyne tłumaczenie Biblii na ten język.) Dopiero
po siedmiu latach głoszenia Ewangelii, pojawił się wśród buddyjskich Birmańczyków
pierwszy nawrócony. Wkrótce setki słuchaczy przychodziło, by zobaczyć tego „białego brata”, który
przybył wreszcie z utraconą księgą.
Warto przeczytać książkę Janet i
Geoff’a Benge, opisującą dzieciństwo i młodość Adonirama Judsona oraz 37 lat jego
pionierskiej i oddanej służby misyjnej. Warto poznać pasjonujące, ale też dramatyczne
losy jego rodziny. Szczególnie - oddanej towarzyszki życia i misji, jego pierwszej
żony Anny.
Adoniram Judson żył w latach 1788-1850.
Robert
Boryczka, Uśmiech Boga, Pojednanie, Lublin 2013
Książka Roberta Boryczko opowiada
o jego, i jego współpracowników, siedmioletniej służbie misyjnej w Rosji.
Konkretnie w Rostowie nad Donem.
Książka jest po części dokładną relacją,
po części pamiętnikiem autora. Zawiera też fragmenty listów różnych osób oraz
cytaty z pamiętnika żony autora, Elżbiety. Autor wykorzystuje w tekście również
swoje artykuły, które pojawiały się na łamach różnych czasopism chrześcijańskich.
Ta swoista mieszanka form przekazu sprawia, że książka ma dobrą dynamikę,
zaciekawia, intryguje i wciąga czytelnika.
Robert Boryczka bardzo dobrze pokazuje
specyfikę pracy misyjnej w rosyjskiej rzeczywistości. Obnaża jej światopoglądowe
i moralne oblicze. Pokazuje duchową pustynię narodu a zarazem głodną Boga duszę
drugiego człowieka. Nie pomija wrogości systemu wobec „sekt zalewających” Rosję
i zamykanie się jej na Ewangelię.
W tych różnych przeciwnościach
autor doświadczył czegoś, co ujął następującymi słowami: Nasz pobyt i służba w Rosji były okresem kształcenia nas w Bożej
szkole. To szkolenie było czasami niezwykle intensywne i mocno przemieniające.
Zmieniło nasze zrozumienie Boga i Jego dróg. Zauważyłem, że Pan Bóg lubi
zaskakiwać i nieraz miałem wrażenie, że w takiej chwili zaskoczenia - uśmiecha się.
Robert Boryczka, troszkę na wzór ap. Pawła,
podsumowuje swoją służbę misyjną w ten sposób: Widzę, że doświadczyliśmy różnych rzeczy: niebezpieczeństw od ludzi,
zastraszenia, samotności i braku zrozumienia czy nawet odrzucenia ze strony
niektórych braci, braku owocu, zniechęcenia, braku funduszy, ciężkich warunków
życia, itd… .
Czy warto było? Tego czytelnik
musi dowiedzieć się sam.
Zachęcam gorąco.
***
Opracowane na zamówienie redakcji Biuletynu "Idźcie".
Subskrybuj:
Posty (Atom)




.jpg)