wtorek, 2 czerwca 2020

Kwarantanna w moim wydaniu

Kiedy ogłoszono obowiązkowe izolowanie się w domach, z powodu zagrożenia epidemicznego, to pomyślałam sobie „Wow, jak ja bardzo tego potrzebuję!”. Oczywiście, nie lekceważyłam powodu tej izolacji, myśląc „Super, że jest epidemia. Wreszcie posiedzę sobie w domu”. Nie, sprawę epidemii traktowałam i traktuję bardzo poważnie. Byłam i jestem świadoma wciąż obecnego zagrożenia zarażeniem, z czasem rosła też moja świadomość negatywnych ekonomicznych skutków tej izolacji. Już je odczuwam.

Po prostu, potrzebowałam takiego czasu „posiedzenia na tyłku”, ponieważ ostatnich kilka lat żyję na dwa domy (a raczej dom i fundację). Ciągle na walizkach, w drodze i z płaczącym kotem, który nie lubi podróży samochodem i zmiany miejsca. Do fundacji dzieli nas dystans 24  kilometrów. Na szczęście mamy tam swój własny pokoik, co pozwala nam poczuć się jak w domu i odpocząć.

Ten rodzaj aktywności powoduje, że coś cierpi. Słuszne jest biblijne stwierdzenie, że nie można dwóm panom służyć (Ew. Mateusza 6:24). Siłą rzeczy sprawy fundacji stały się ważniejsze, a na dom nie starczało już sił i czasu. A tu nagle taka okazja. Wreszcie mogę zabrać się za zaległości w porządkach. Szybko jednak zrozumiałam, że nie zamierzam szaleć, jeżeli chodzi o sprzątanie, mycie okien, wiosenne porządki. To zrobię krok po kroku. Minęły już ponad dwa miesiące (od daty ogłoszenia epidemii), a mi się wydaje, że moje kroki stają się coraz krótsze :-) I jakoś przestałam się tym przejmować. Potrafię przez kilka dni cieszyć się tym, że odkurzyłam półkę z kolekcją muszli i kamieni. Jakże pięknie teraz błyszczą!

Swoją uwagę skupiłam głównie na tzw. porządkach w papierach, w bardzo szerokim znaczeniu. Ponieważ nie były to tylko jakieś mniej lub bardziej ważne dokumenty, stare faktury, urzędowe pisma. To były również listy, czasopisma, foldery turystyczne, zdjęcia i stare negatywy. Stosy notatek z różnych szkoleń, konferencji, szkół (biblijne i ChAT). Matryce gazetek, które wydawaliśmy w Ursynowskiej Społeczności Ewangelicznej, matryce ulotek na temat różnych spotkań i wydarzeń, które organizowaliśmy. Dużo tego się uzbierało.

Chcąc zrobić porządek, nie pozbywając się przez przypadek czegoś ważnego, bardzo wnikliwie przeglądałam większość papierów. Szczególnie skupiałam się na tych, które budziły we mnie dobre wspomnienia. Te, które kojarzyły mi się z czymś negatywnym i niemiłym, wyrzucałam bez zbędnego rozpamiętywania. Na szczęście, nie było tego zbyt wiele. Zwykle, o ile to możliwe, na bieżąco pozbywam się takich rzeczy. Te nagromadzone miały przede wszystkim wartość sentymentalną.

Z dumą przyznaję, że udało mi się wykonać to zadanie prawie w 100 %. Zostały jeszcze rzeczy, które wciąż są dla mnie ważne, ale nie będą istotne dla moich potomnych. Nakleję na nie etykietkę „wyrzucić”. Przyznaję, że porządki te robiłam również z myślą o nich, aby nie musieli przeglądać, pozostawionych im w spadku stosu papierzysk. Postanowiłam ułatwić im życie. Tę mądrość nabyłam, porządkując dom po moich rodzicach, którzy już odeszli i archiwa fundacji, po śmierci mojego teścia. Tej pracy jeszcze nie skończyłam...

Moja podróż przez liczne segregatory, teczki, pudełka i szuflady była dla mnie bardzo ubogacająca. Odkryłam, że, jak dotąd, miałam bardzo ciekawe i dobre życie. Epizodyczne bolesne doświadczenia nie są w stanie zacienić tego, że czuję się w swoim życiu szczęśliwa i spełniona. I wdzięczna Bogu za wszystko, co mi dał. Ponieważ wierzę, że to On pokierował moim życiem. Ja miałam inne plany i nawet w wyobraźni nie wymyśliłabym sobie chociażby procenta z tego, co dane mi było przeżyć.

Żałuję, że ten czas izolacji zakończyliśmy stosunkowo szybko. Dla nas trwał do końca marca. Potem ruszyliśmy do fundacji, aby uruchomić działania pomocowe - wydawanie żywności z Banku Żywności, pieczywa oraz zup na wynos. I znowu wszystko wróciło do ‘normy’. Kilka dni w domu, kilka w Arce (tak potocznie nazywamy fundację). Tego, że możemy pomagać ludziom, nie żałuję. Szkoda mi jedynie, że nie mogłam więcej czasu (troszkę się udało) poświęcić na głębszą lekturę, niektórych artykułów, listów, zapisków w pamiętnikach. Na pooglądanie starych zdjęć. Mam jednak nadzieję, że i na to przyjdzie czas.

Tutaj, na myśl przychodzi mi osoba mojej teściowej. Ma już prawie 93 lata. Kiedykolwiek ją odwiedzamy, zawsze pokazuje nam inny stosik zdjęć, kolejny plik listów, jakieś wycinki i luźno zapisane karteczki. Od wielu lat, ze względu na wiek i stan zdrowia, jest to jej główne zajęcie. Podróż sentymentalna do tego, co minęło. Kiedy na nią patrzę, właśnie tego pragnę dla siebie. Moje porządki tylko rozbudziły mój apetyt na więcej. Mam jedynie świadomość, że to chyba za wcześnie, aby usiąść w bujanym fotelu i zanurzyć się we wspomnieniach. Jeszcze trochę muszę poczekać... 








poniedziałek, 9 marca 2020

Kącik dobrej książki

Długo zastanawiałam się na tym, według jakiego klucza dobrać kolejne książki do recenzji. I nie było to łatwe. Wcześniej starałam się łączyć je tematycznie lub terytorialnie. Większość książek o misji, jakie posiadam, jest już opisanych. Teraz swoje zapasy uzupełniam szukając po stronach wydawnictw chrześcijańskich informacji o pojawieniu się nowych książek o tej tematyce. A czasem, mniej lub bardziej przypadkowo, wpada mi w ręce jakaś perełka. Powoli zapas rośnie. Jestem otwarta na sugestie i podpowiedzi czytelników, gdzie szukać kolejnych książek. Proszę kierować je na mój adres mailowy walentyna@jarosz.info.pl lub do redakcji biuletynu.
Oto bieżące propozycje. O wszystkich tych postaciach już pisałam, w oparciu o inne pozycje książkowe. Dzięki temu mamy szansę poznawać naszych bohaterów wiary z szerszej perspektywy.


Tadeusz Łamacz, Wielki chrześcijanin Sadhu Sundar Singh, Wydawnictwo „Zwiastun”, Warszawa 1990
Nie czytaj Biblii, ponieważ tkwi w niej jakaś siła, która może uczynić z ciebie chrześcijanina. Tak ostrzegano młodego Sundara, który wszelkimi środkami desperacko usiłował zdobyć pokój dla swojej duszy. Jego duchowa i mentalna walka pomiędzy hinduizmem a chrześcijaństwem doprowadziła do tego, że spalił egzemplarz Biblii, który został mu dany przez amerykańskiego misjonarza. Bóg objawił się więc Sundarowi nie przez Biblię, lecz we własnej Osobie. Odtąd jego życie uległo radykalnej zmianie.
Ta niewielka książeczka w skondensowany sposób opisuje życie i służbę Sadhu Sundar Singha. Śledzimy jego podróże misyjne na Wschodzie - Północne Indie, Tybet i Nepal, Południowe Indie i wschodnia Azja. Towarzyszymy mu w podróżach na Zachód. Te podróże misyjne pokazały, że Sadhu był apostołem Wschodu i Zachodu. Sundar Singh miał dwojaką wieść dla świata: dla Indii - że mimo tylu bogactw duchowych nie znalazły kosztownej perły, jaką jest Ewangelia; dla Zachodu - że pogrzebała tę drogocenną perłę w spekulacjach teologicznych, instytucjach kościelnych i kulturze. Singh wyraził to słowami: Kiedyś ubolewałem nad tym, że urodziłem się w Indiach i zazdrościłem tym, którzy od dzieciństwa znają chrześcijaństwo! Zwiedziwszy kraje zachodnie zmieniłem pogląd.
Autor książki dokonał też gruntownej analizy życia i nauki Sundara Singha. Wiele dowiadujemy się na temat jego życia religijnego - życie modlitewne, mistyka, pokój wewnętrzny, zrozumienie krzyża, doświadczenie nieba na ziemi. Poznajemy jakim był człowiekiem w życiu codziennym - w okazywaniu miłości braterskiej, składaniu świadectwa, byciu na tym świecie, lecz nie z tego świata. Zostaje nam też przybliżona jego teologia - myśli o Bogu, o stworzeniu, o Chrystusie, o zbawieniu, o cudach, tamtym świecie, o Biblii, o Kościele i kościołach, o chrześcijanach i niechrześcijanach. Jest to bardzo inspirująca lektura i szczerze ją polecam. (S.S. 1889-1929)


George Müller, ...dla zachęty moich braci i sióstr w Chrystusie..., opracowanie Marek i Elżbieta Nalewajka, Wydawnictwo Arka
Kim był George Müller chyba nikomu nie trzeba przypominać, ale jednak przypomnę, posługując się kilkoma faktami: Przez 63 lata służby dał chrześcijańskie wykształcenie 122683 dzieciom. Około 250 tys. Biblii i prawie 1,5 mln Nowych Testamentów rozdał w kraju i zagranicą. Około 250 tys. funtów wysłał misjonarzom na całym świecie. Bóg dał mu w szafarstwo 1424646 funtów.
Ta niewielka broszurka - mieści się na mojej dłoni - zawiera wybrane fragmenty kazań, wystąpień na konferencjach, świadectw, rozmów i opisów ciekawych wydarzeń związanych z Müllerem. Szczególnie cenne i zachęcające są jego myśli o dawaniu, modlitwie i karmieniu duszy.
W broszurce znajduje się fragment z autobiografii George’a Müllera dotyczący właśnie karmienia duszy. Pisze on: ...jest dla mnie jaśniejsze niż cokolwiek, że pierwszą rzeczą, jaką dziecko Boże ma zrobić każdego poranka, jest zdobycie pokarmu dla wewnętrznego człowieka. (...) A zatem, co jest pokarmem dla wewnętrznego człowieka? Nie modlitwa, lecz Słowo Boże. (...) O ileż lepiej, gdy dusza zostaje odświeżona i uszczęśliwiona wcześnie rano, niż gdy ciężar służby, prób i pokus spadnie na ciebie bez duchowego przygotowania.
Po więcej zachęty odsyłam do broszurki. (G.M. 1805-1898)


Roger Steer, J. Hudson Taylor - Człowiek w Chrystusie, Wydawnictwo THEOLOGOS, Ostróda 2009
Billy Graham napisał o nim: Niewielu ludzi poruszyło Chiny dla Boga tak, jak Hudson Taylor. Dobrowolnie zerwał z tradycją i nosił chiński strój. (...) Prostota, racjonalne posłuszeństwo, ufna modlitwa i cierpliwa wytrwałość (...) Oby ta książka była dla nas zachętą...
Rodzice zwykli modlić się o swoje dzieci, ale chyba niewielu modli się tak: Drogi Boże, jeśli dasz nam syna, spraw by mógł pracować dla Ciebie w Chinach. I Bóg wysłuchał tej modlitwy.
Książka Rogera Steera obszernie opisuje dzieciństwo i życie Taylora w ojczystym kraju - Anglii oraz jego służbę w Chinach. Taylor Chinom oddał swoje serce i życie. Wyjechał do Chin w wieku 22 lat i spędził tam większość swojego życia. W 1865 roku powołał do życia Chińską Misję Wewnętrzną, aby ziścić swoje najgłębsze pragnienie - dotarcia z ewangelią do wszystkich zakątków tego wielkiego kraju. Do jego śmierci w 1905 roku stowarzyszenie to posiadało 825 misjonarzy we wszystkich chińskich prowincjach. Nawróciło 25 tysięcy osób. To byłPan jest zawsze wierny. Nie potrzebujemy wielkiej wiary, ale wiary w wielkiego Boga. Potrzebujemy wiary, która opiera się na wielkim Bogu i oczekuje, że On dotrzyma swego Słowa i wykona to tak,, jak obiecał. Kiedy Bóg coś robi, robi to z rozmachem! ... Taylor żył tak, jak głosił.
ogromny sukces. Okupiony trudami służby, stresami, poczuciem niezrozumienia a czasem odrzucenia, bolesną krytyką, łzami, rozstaniami i śmiercią tych, których kochał. Nigdy jednak nie zwątpił.  Zwykł mówić:
I na marginesie wspomnę niezwykłą zażyłość, jaka łączyła Taylora z Müllerem. George Müller wysłał do Chin wiele zachęcających w wierze listów z załączonymi darami pieniężnymi.
Zachęcam do przeczytania biografii tego wielkiego bohatera wiary. Polecam również film na DVD - Hudson Taylor, Kena Andersona (dostępny z polskim lektorem).  (J.H.T. 1832-1905)


Eileen Vincent, Charles i Priscilla Studd - Żadna ofiara zbyt wielka, Fundacja Promocji Literatury Chrześcijańskiej, Ostróda 2007
W przedmowie czytamy: Charles i Priscilla Studd - Boży mąż i niewiasta Boża! Oni nie robili nic „na pół gwizdka”. W swoich czasach byli uznawani za kontrowersyjnych radykałów, pozostawili nam przykład godny naśladowania. Jak prawdziwych żołnierz Chrystusa, ożywiało ich tylko jedno dążenie: ewangelizacja całego świata na chwałę Boża. Chcieli, by piekło opustoszało, a niebo zapełniło się. Dla realizacji tego celu poświecili bogactwo, wygodę, wspólnotę rodzinną i samych siebie. (Patrick Johnstone)
Czy po takiej prezentacji bohaterów naszej książki ktoś się oprze, aby jej nie przeczytać?
Krótko nadmienię, że Charles Studd poświęcił karierę krykiecisty, a odziedziczony majątek rozdał na cele religijne i charytatywne. Jego dary pieniężne trafiły również do Georg’a  Müllera. Resztę życia, Studd, przeżył przez wiarę, w zaufaniu w Boże zaopatrzenie. Jego polem misyjnym były Chiny (był jednym z Siódemki z Cambridge, którzy dołączyli do Hudsona Taylora), Indie i Afryka.
Charles Studd był człowiekiem niezwykle upartym, niezależnym, zdarzało się, że konfliktowym i kontrowersyjnym. Ba, nawet uzależnionym od morfiny. Autor książki niczego nie ukrywa, nie tłumaczy, nie wybiela. Kto pierwszy rzuci kamieniem?
Pomimo choroby nie zamierzał przerwać pracy misyjnej. Zapracowany do ostatniej chwili, ledwie miał czas umrzeć. Zwykł mówić: Lepiej wypalić się w ostatnim rozbłysku płomienia niż wygasać jak ledwo tląca się resztka knota. I tak odszedł, z okrzykami „Alleluja!” na ustach. Dla dopełnienia lektury polecam przeczytanie słynnej broszury pt. Studda „Czekoladowy Żołnierz”. Studd pisze: Każdy prawdziwy żołnierz jest jest bohaterem, a żołnierz bez bohaterstwa jest tylko czekoladowym żołnierzem. Każdy prawdziwy chrześcijanin jest żołnierzem, żołnierzem Chrystusowym i jest też prawdziwym bohaterem! Każdy chrześcijanin, który ma inną postawę, jest tylko czekoladowym chrześcijaninem! Roztapia się w wodzie i na sam widok ognia powstaje z niego słodka kałuża.
Broszura została wydana w 1999 r., przez Wydawnictwo Świadome Chrześcijaństwo (Toruń).
(Ch.S. 1860-1931)

Życzę dobrej lektury.

***

Napisane na zamówienie Biuletynu "Idźcie".



sobota, 4 stycznia 2020

Kącik dobrej książki

I znowu trafiło mi się kilka wolnych chwil. W domu cisza. Jedyne, co słyszę, to kota chrupiącego swoją suchą karmę. Wczorajszy i dzisiejszy dzień poświęciłam na to, na co często brakuje mi czasu. Nadrobiłam zaległości w czytaniu codziennych lektur (tego zwykle pilnuję, ale Święta i końcówka roku mocno zdezorganizowały mój rytm dnia). Poserfowałam po Internecie i zaktualizowałam FB. Zrobiłam przegląd zdjęć z wnukami plus skanowanie ich rysunków i wypalanie płytek. Skończył się 2019 rok, trzeba więc być na bieżąco. Napisałam kilka zaległych maili. A teraz rozłożyłam przed sobą trzy książki autorstwa Lidii Czyż. W ten sposób stosik książek do opisania się zmniejsza i zwalnia się miejsce na książki, które mam nadzieję przeczytać.

Lidia Czyż jest bardzo płodną pisarką. Zawsze podziwiałam lekkość jej pióra, czytając jej liczne artykuły na szeroki wachlarz tematów. Znałam je głównie z czasopisma „Nasze Inspiracje”. Również podobały mi się jej opowiadania ze zbioru „Gdzie jest Betlejem?”. Umiejętność obserwacji i obiektywnej oceny rzeczywistości oraz poczucie humoru to kolejne zalety autorki.
Jako pisarka powieści, Lidia zadebiutowała w roku 2013 powieścią „Mocniejsza niż śmierć”. Od tamtego czasu (do roku 2019) napisała jeszcze pięć powieści. Cechą charakterystyczną twórczości Lidii Czyż jest to, że jej powieści nie są wymyśloną fabułą. Lidia ma wyjątkowy dar do szukania ludzi, których, bardzo często dramatyczną, powieść pisze samo życie. Autorka jedynie porządkuje zasłyszane historie, ubiera je we właściwe słowa i pozwala im ujrzeć światło dzienne. Książki Lidii Czyż cieszą się ogromną popularnością i już doczekały się tłumaczeń na wiele języków. Sama Lidia jest bardzo aktywna i chętnie przyjmuje zaproszenia na autorskie wieczory, organizowane w całej Polsce. Dwoje bohaterów jej książek postanowiło zdradzić nam swoją tożsamość, co daje pisarce możliwość proponowania czytelnikom spotkań z bohaterami książki „Pozostała tylko nadzieja” i „Tato”.
Dziś zaprezentuję trzy powieści. Pozostałe trzy zostały już opisane wcześniej. (Patrz linki poniżej.)

Pozostała tylko nadzieja, Lidia Czyż, Wydawnictwo Warto, Dzięgielów 2016 r.

Kiedy czytałam tę historię, zadawałam sobie co chwilę pytanie: Czy to jest możliwe, aby tyle krzywd i nieszczęść mogło spaść na jedną kruchą istotę? - wpierw dziecko, potem na młodą dziewczynę. Kiedy po jakimś czasie dane było mi spotkać tę piękną, młodą, pełną wdzięku, radości, humoru i dystansu do siebie kobietę, to zrozumiałam jedno - tylko Bóg może dokonać takiego uzdrowienia i takiej przemiany.
Kłamstwo, przemoc, uzależnienie, upokorzenie, oszustwo, wykorzystanie to była codzienność bohaterki tej prawdziwej historii. Tytuł książki oddaje to, co jako jedyne trzymało jej bohaterkę przy życiu. Nadzieja, nie na lepsze życie, bo ogrom zawodów ze strony bliskich ludzi i życiowych rozczarowań nie dawał ku temu podstaw, ale nadzieja na spotkanie z ukochanym ojcem. Siłę napędową do życia bohaterka książki czerpała z przekonania, że wbrew temu, co mówią jej inni, jej ojciec żyje i na pewno kiedyś się spotkają. Jedyne, czego się nie spodziewała, to tego, że w jej życiu pojawi się również Ten, który jest prawdziwym Ojcem, dawcą miłości, przebaczenia i sensu życia, a wtedy, na wszystko, co nas spotyka zaczyna się patrzeć z zupełnie innej perspektywy.
I to jest wspaniałe, że prawdziwa Nadia, czyli Ida Hrdličková, osobiście otwarcie i odważnie dzieli się swoją historią i świadectwem. (KLIKNIJ)


Tato, Lidia Czyż, Wydawnictwo Warto, Dzięgielów 2017 r.

Kiedy przeczytałam tę powieść napisałam do jej bohatera: Henryku, przeczytałam książkę „Tato”. Jestem bardzo poruszona tym, w jak piękny sposób Lidia opisała Twoje zagmatwane losy. Dziękuję Ci, że zechciałeś opowiedzieć nam swoją historię. Książkę zawiozę mamie - znała Twoją opowieść ze stron czasopisma „Słowo i Życie”. A Lidia Czyż przyjedzie do nas do Arki w listopadzie (2017 r.). Organizuję z nią spotkanie dla kobiet. Pozdrawiam Ciebie i Twoją żonkę bardzo serdecznie. Jej losy również mnie poruszyły. Niech Bóg Wam błogosławi, dając wiele radości, sił i umocni na zdrowiu. (Wspomnę, że moja mama, która zmarła w kwietniu 2019 r. w wieku 92 lat, przeczytała prawie wszystkie książki Lidii Czyż.)
Książka „Tato” opisuje niezwykłe i skomplikowane losy dziecka, nastolatka, młodego mężczyzny, na którego życie cieniem kładą się wydarzenia wojenne, trudne i ciemne czasy komuny oraz bliżej niezrozumiałe poczucie niepewności, co do własnej tożsamości. Dopiero w wieku pięćdziesięciu lat ten dojrzały mężczyzna pozna skrywaną tajemnicę swoich losów i odkryje, że wiele faktów z jego życia było mistyfikacją. I chociaż to odkrycie było dla niego i jego bliskich wielkim szokiem, to podchodzi do tych nowych faktów bardzo dojrzale. Stwierdza „Nic, co wydarzyło się w moim życiu, nie było przypadkiem, ale Bożym zamysłem”.  To niesamowite podejście. Taka postawa pozwoliła mu pogodzić się z przeszłością, przebaczyć tym, którzy mieli na tę przeszłość decydujący wpływ oraz z nadzieją spojrzeć na teraźniejszość i przyszłość. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość od tej chwili zyskują jeden wspólny mianownik - odzyskaną tożsamość wraz z odnalezioną rodziną.  


Słodkie cytryny, Lidia Czyż, Wydawnictwo Warto, Dzięgielów 2018 r.

Zdarzyło mi się spotkać kilka osób, które czując, że swoją inteligencją przewyższają inne osoby, z dumą wygłaszały, że mają Aspergera. Cóż, one chyba nawet koło Aspergera nie stały :-). Abym mogła to stwierdzić, wystarczyło mi przeczytać szereg informacji na temat tego zespołu/syndromu; obejrzeć kilka programów dokumentalnych lub film traktujący o autyzmie (zespół Aspergera jest formą autyzmu), aby wiedzieć, że tu nie chodzi o bycie inteligentnym ponad przeciętną czy o przebłysk naszego geniuszu. Tak, osoby z zespołem Aspergera są nad wyraz inteligentne, mogą być geniuszami, jednocześnie zmagając się z całkowitym niedostosowaniem społecznym. Tyle w ogromnym skrócie.
A jak to naprawdę jest, o tym opowiada kolejna książka Lidii Czyż. Bohaterką jest matka, która samotnie idzie przez życie, wychowując dziecko z zespołem Aspergera. Bohaterka nie jest sama, wokół otaczają ją bliscy, znajomi, nauczyciele, urzędnicy, tłumy nieznajomych ludzi, których cechuje jedna postawa - nie rozumieją i nie chcą zrozumieć dlaczego jej syn, jest taki jaki jest. Łatwiej jest się dziwić, zdystansować, odrzucić, niesłusznie oskarżyć, upokorzyć niż wyjść z propozycją pomocy. Nasza bohaterka i jej syn doświadczają serii życiowych niepowodzeń, zawodów, bolesnych doświadczeń i nieżyczliwości. Okazało się, że ‘inność’ jest piętnowana i nierozumiana pod każdą szerokością geograficzną.
Czytałam tę książkę ze ściśniętym gardłem, z emocjami jak na rollercoasterze. Traciłam nadzieję w ludzi i odzyskiwałam ją. Ale przede wszystkim wierzyłam, że w życiu naszej bohaterki i jej syna oraz w małych i wielkich cudach, które się zdarzyły i będą zdarzać, jest Bóg. Bóg, który każde trudne doświadczenie potrafi przemienić dobro. Tak jak my z kwaśnych cytryn potrafimy zrobić pyszną słodką lemoniadę.

Polecam też inne książki Lidii Czyż.
Mocniejsza niż śmierć, Narodziny Perły: KLIKNIJ
Nic do oclenia: KLIKNIJ