wtorek, 17 maja 2022

Kącik dobrej książki

Chcąc być wierną tradycji, że nie prezentuję tu mniej niż trzy książki na raz, utknęłam w punkcie, kiedy nie mogłam znaleźć właściwej kandydatki na trzecią propozycję książkową. Przyznaję, ostatnio zaczyna mi trochę brakować książek, stąd ta trudność. Z nadzieją przeszperałam swoje półki z książkami i natknęłam się właśnie na tą trzecią. O niej potem, ale... przy okazji okazało się, że w bibliografii zawiera ona bardzo obszerną listę polskich (to znaczy wydanych w Polsce) książek o tematyce ewangelizacyjno-misyjnej. Ku mojej radości, niektóre z nich mam. Po prostu znajdowały się w innym „dziale” naszej prywatnej biblioteki - np. w dziale ewangelizacji lub rozwoju Kościoła, a nie misji. Jednak warte są zaprezentowania. Nie można przecież traktować ewangelizacji, misji i rozwoju Kościoła oddzielnie.

Kilka ciekawych tytułów już zamówiłam. Oznacza to, że ta rubryka tak szybko się nie zamknie :-)

Roger K. Snock, Przyjaciel Boga, Wydawnictwo „ŁASKA I POKÓJ”, Katowice 1994

„Przyjaciel Boga” to opowieść o życiu i służbie Alberta Fallaize. Misjonarza, który swoje życie poświęcił na misji wśród marokańskich muzułmanów. Bardzo mocno czuł, że jego miłość kieruje się do tych, nad których życiem panuje Islam. Wyjechał tam w 1915 roku, jako 25 latek. Opuścił Maroko w roku 1947. Głównie z przyczyn zdrowotnych. Zarówno on, jak i jego druga żona Lucy poważnie chorowali. Pierwsza żona Alberta, Daisy, zmarła wkrótce po porodzie. Dziecko urodziło się martwe.  

Albert wracał do Maroka jeszcze kilkakrotnie, nawet będąc już blisko dziewięćdziesiątki. Do końca swoich dni pozostawał on aktywnym sługą Bożym i Jego przyjacielem.  

Podczas swojej służby wśród muzułmanów, Albert doszedł do bardzo cennych wniosków. Po pierwsze mówił, że: Chrześcijanin z Zachodu powinien pamiętać, że muzułmanin może stracić wszystko za uwierzenie w coś, co kosztuje tego chrześcijanina bardzo mało. Po drugie twierdził, że: Jeżeli chrześcijanin ma dotrzeć do muzułmanina, to zanim pozna język arabski, musi poznać język Boży. Jest język miłości. Musi ich kochać. I tu wróciły moje wspomnienia z pewnych wykładów w Haggai Institute, w który uczestniczyłam w 2004 roku. Osoba, która prowadziła z nami zajęcia na temat Islamu, pokazała nam slajd modlącego się kilkuletniego muzułmanina i z naciskiem powiedziała: Musicie nauczyć się ich kochać. Wciąż to pamiętam.

I właśnie tą miłością Albert zdobywał muzułmańskie dusze dla Chrystusa. Mówiono o nim jako o: Jasnym człowieku, o charakterze zdominowanym cierpliwością. O zdominowanym przez miłość do Chrystusa i całkowicie ogarniętym chęcią pomagania innym. Prawdziwy człowiek o ciepłym sercu, przyjaciel i doradca.

Pewien Marokańczyk powiedział o nim: To jest człowiek z Jezusem Chrystusem na twarzy! Czy może istnieć jeszcze jakiś większy komplement (czy świadectwo)?

*** W jednym z wcześniejszych numerów biuletynu opisałam życie innej misjonarki, służącej w Maroku - Patrycji St. John.


Mel Tari, Jak potężny wiatr, Absolutnie Fantastyczne, Gorzów Wielkopolski 2021

Książka ta opowiada o jednym z największych przebudzeń duchowych XX wieku, które miało miejsce w Indonezji. Działo się ono w latach 1965-1971. Mel Tari był uczestnikiem i wiernym świadkiem tego przebudzenia, dlatego odebrał od Boga powołanie, aby brać czynny udział w tym przebudzeniu poprzez docieranie z Ewangelią do najdalszych zakątków swojego kraju. Odebrał również przekonanie, że o przebudzeniu tym ma opowiedzieć zachodniemu (chrześcijańskiemu światu), głosząc cuda, jakie miały miejsce w Indonezji podczas tego przebudzenia oraz niosąc kościołom na Zachodzie takie oto przesłanie: Wróćcie do Biblii, wróćcie do prostoty Bożego Słowa.

Mel Tari opisuje w swojej książce jak spektakularne, niesamowite i potężne było to Boże przebudzenie wśród chrześcijan indonezyjskich oraz ich pogańskich rodaków. To był wiek cudów, takich jakich dokonywał Jezus, chodząc po ziemi. To była powtórka drugiego rozdziału Dziejów Apostolskich. Boża obecność w cudowny sposób objawiała się w tym narodzie.

W książce przeplatają się trzy istotne wątki. Jeden to opis indonezyjskiego przebudzenia. Drugi to odbiór przez autora zachodniego chrześcijaństwa. Autor jest wdzięczny Bogu za misjonarzy, którzy przynieśli do Indonezji Ewangelię. Jednocześnie jest świadomy niekorzystnych zmian, jakie zaszły w chrześcijaństwie zachodnim XX wieku. Stąd jego przekonanie z jakim przesłaniem ma wyruszyć w swoją podróż misyjną do Ameryki i nie tylko Ameryki.  Trzeci wątek to jego osobiste nauczanie, głównie odnoszące się właśnie do prostoty Słowa Bożego oraz do roli Ducha Świętego i wszelkich przejawów Jego działania w życiu chrześcijanina.

 

Misja w Polsce jako problem międzykościelny, red. Tadeusz J. Zieliński, Wydawnictwo Credo, Warszawa - Katowice 2006

Książka jest zbiorem referatów wygłoszonych w ramach sympozjum zorganizowanego w 2004 r. w Wyższym Baptystycznym Seminarium Teologicznym. Temat sympozjum brzmiał „Misja w Polsce jako problem międzykościelny”. Referaty wygłoszone były przez przedstawicieli różnych środowisk naukowych i wyznaniowych. Warto tu wymienić niektóre tematy referatów oraz ich autorów. Co może skłonić czytelnika do zapoznania się z tą propozycją książkową.

Nad ciekawym tematem Co utrudnia zainteresowanie ewangelizacją i jej akceptację? skoncentrował się przedstawiciel Kościoła Ewangelicko-Reformowanego Biskup Zdzisław Tranda.

Edward Czajko - duchowny Kościoła Zielonoświątkowego w Polsce omówił misję Kościoła z perspektywy chrześcijaństwa entuzjastycznego, zwracając uwagę na cztery jej elementy: oddawanie chwały Bogu, modlitwa wstawiennicza i dziękczynna, troska społeczna i ewangelizacja.

Andrzej Siemieniecki przedstawiciel Kościoła Rzymskokatolickiego przedstawił słuchaczom eklezjalny wymiar katolickiej misji, głównie jako misji wewnątrzkościelnej.

Mirosław A. Patalon reprezentant Kościoła Chrześcijan Baptystów w RP skupił się na dialogicznym charakterze misji chrześcijańskiej. Twierdził, że przyszłością misji są inicjatywy międzywyznaniowe skupiające katolików, prawosławnych i protestantów, dla których osoba i myśl Jezusa stanowi podstawę życia.

Wojciech Kowalewski, również z KChB w RP, również skupiał się na jedności i różnorodności ewangelizacyjnej w odniesieniu do paradygmatu misjologii trynitarnej. Jedność w różnorodności i różnorodność w jedności lekarstwem na rozłamy, nieporozumienia i antagonizmy.  

Tadeusz J. Zieliński (KChB w RP), zaprezentował bardzo interesujący i praktyczny temat Etyka misji chrześcijańskiej według międzynarodowych ustaleń ekumenicznych. Omówił niedopuszczalne zachowania w toku działalności misyjnej; praktyczne działania w kierunku etycznej przemiany misji; oraz potrzebę implementacji (wdrożenia) zasad ekumenicznej etyki misji w Polsce.

Jak już wspomniałam, dzięki temu opracowaniu pozyskałam wiele nowych tytułów książek, którymi chętnie się z Wami podzielę.

 

Życzę miłej lektury.

*** Napisane na zamówienie Biuletynu "Idźcie". 

 

 

 

wtorek, 22 marca 2022

Na górze Pana jest zaopatrzenie

Czytając Biblię, kilkakrotnie napotykamy starotestamentowe historie, które pokazują nam Boga jako Zaopatrzyciela. Manna na pustyni, przepiórki spadające z nieba, woda płynąca ze skały (w Księdze Exodus), cudownie pomnażająca się oliwa (II Księga Królewska). Jahwe Jireh - Bóg zaopatruje - to jedno z Bożych imion. Znamy też ewangeliczne przykłady o nakarmieniu przez Jezusa kilkutysięcznych tłumów. Dokonywał On cudownego rozmnożenia chleba w takich ilościach, że nie tylko wystarczyło dla wszystkich potrzebujących, ale jeszcze pozostały pełne kosze resztek.

Oczywiście, pamiętamy, że Jezus do rozmnożenia użył tego, co przynieśli ludzie. Konkretnie - mały chłopiec. To on oddał Jezusowi swoje dwa chlebki i pięć rybek.

Kiedy obserwuję dzisiejszą sytuację, związaną z zaangażowaniem Polaków w pomaganie ukraińskim uchodźcom, to właśnie ta wspomniana historia przychodzi mi na myśl. Jezus, patrząc się na głodne tłumy, powiedział swoim uczniom - To wy dajcie im jeść (Ew. Łukasza 9:13). I pokazał im jak można wykorzystać nawet najmniejszy dar.

Do Polski zmierzają tłumy uchodźców wojennych i okazuje się, że każdy najmniejszy dar się liczy. Nie jest ważne, czy ktoś przyniesie jedną butelkę wody czy całą zgrzewkę. Dostarczy 10 zrobionych przez siebie kanapek, czy sto. (Znajoma opracowała prostą logistykę na szybkie przygotowanie 120 kanapek z tostów i sera. Z udziałem swoich dzieci. Wystarczy smarowaczka, nakładaniec i pakowaczka :-) Liczy się serce i chęć podjęcia wyzwania „Wy dajcie im jeść”.

W naszej fundacji codziennie doświadczamy cudownego rozmnożenia, a też zauważamy, że czymkolwiek się podzielimy, zaraz wraca do nas z nadwyżką i znowu mamy czym się dzielić. A lista osób, czy miejsc, gdzie potrzebna jest natychmiastowa pomoc jest wielka!

Jesteśmy wdzięczni wszystkim, którzy nas zaopatrują:

Bankowi Żywności i za jego pośrednictwem sklepowi Macro za zaopatrzenie na nasze bieżące potrzeby oraz na rzecz uchodźców, Burger Kingowi za hamburgery i nuggetsy, Galerii Wypieków za naszego busa cotygodniowo wypełnionego szerokim asortymentem pysznych wypieków, Fundacji ESPA za umożliwienie współpracy ze sklepem ALDI, który zaopatruje nas raz w tygodniu w owoce, warzywa i produkty suche.

To wszystko są regularne dostawy dla naszej Arki. Obecnie, w związku z pojawieniem się uchodźców w Polsce, w Warszawie, na Pradze Południe obserwujemy jak wiele jest szeroko otwartych serc i  otwartych dłoni, gotowych dzielić się z potrzebującymi.

Auchan Polska przekazał na potrzeby małych dzieci z Ukrainy duże ilości produktów żywnościowych (odżywek), wilgotnych chusteczek, pieluch. Pewna firma consultingowa, na nasz apel, zakupiła 100 sztuk folii izotermicznej (koce) oraz podstawowe artykuły szkolne, aby dzieci, oczekujące na Dworcu Wschodnim mogły się czymś zająć. Zaprzyjaźniony młody człowiek, pracujący w małym sklepie spożywczym swojego znajomego, dostarczył nam zawartość jednego sklepowego wózka, zapełnionego przez stałych klientów. Ktoś inny przekazał kilka niewielkich pakunków, w każdym niezbędne produkty z opisem: na Dworzec Wschodni lub dla Arki.  Odzież, klapki, kosmetyki, podstawowe leki. Młoda rodzina dostarczyła nam nowe ręczniki i koce oraz piękny wózek dziecięcy z gondolą i dodatkową zawartością (kocyk, śpiworek, pieluchy...).

Kolejna osoba zareagowała na naszą prośbę o wózek (spacerówkę). Też na Dworzec Wschodni. Pan wyskoczył z pracy, aby zaspokoić tę pilną potrzebę. Wcześniej dostarczył nam zapas wody niegazowanej i dobrej herbaty. Kilka kobiet przyniosło nam czyste zmiany pościeli, ręczniki. Zaprzyjaźniona z nami właścicielka stadniny koni umożliwiła dzieciom z Ukrainy, przebywającym w Arce, przejażdżki konne. (To swoista hipoterapia na ich zalęknione serca.) Na naszym fundacyjnym koncie i w kasie pojawiły się mniejsze i większe wpłaty na rzecz uchodźców. To wszystko chwyta za serce.

A uchodźcom zaczęliśmy pomagać od 28 lutego. Wtedy przyjechali do nas pierwsi goście. Kiedy piszę ten tekst (22.03.2022), przez Arkę przewinęły się już 93 osoby. Może komuś  wydawać się, że to niewiele. Ale my mierzymy nasze wątłe siły na zamiary. Prowadząc bieżące działania naszej fundacji, jednocześnie przyjmujemy uchodźców. Przeważnie rodziny z dziećmi, czasem trzy pokolenia lub tylko matki z dziećmi. (Ojcowie zostali, aby walczyć o Ukrainę.) Bolesna jest ta nieobecność mężczyzn. 

Uchodźcy przyjeżdżają w grupach od kilku do kilkunastu osób. Na noc lub dwie. Potem jadą dalej - w Polskę lub w daleki, obcy świat. Czasem wpadają po drodze, dla krótkiego wytchnienia. Zjedzą ciepłą strawę i odjeżdżają.

Taki u nas mamy cykl - witamy się i żegnamy się. Czasem po kilku dniach, czasem po jednej nocy. Nigdy nie zapomnę wtulającego się we mnie, przy pożegnaniu, czternastolatka... I dłoni jednej z matek, symbolicznie układających się w serce. Najbardziej bolesny jest fakt, że jeszcze miesiąc temu takiej podróży nikt z nich nie planował. To wielki przywilej, że mogą znaleźć swoją chwilową przystań w Arce.

Dzięki Bogu, niczego tu nie brakuje - możemy zapewnić im noclegi, posiłki, czystą pościel i ręczniki. No i dobrą obsługę - wiernych wolontariuszy i personel Arki.

O tym, że niczego nie brakuje już pisałam, wspominając tych, którzy nasze zasoby uzupełniają. Tylko, dziwna rzecz, nasze magazyny nie pękają w szwach, a półki nie uginają się pod ciężarem towaru. Dlaczego? Po prostu - dzielimy się. W myśl biblijnej zasady „darmo wzięliście, darmo dawajcie” (Ew. Mateusza 10:8).

I tu przypomina mi się pewna postać z serialu „Było sobie życie”. Ulubiona postać mojego synka, chociaż nie jako wzór do naśladowania. Zafascynował go sposób działania i ciemny charakter tej postaci. Otóż, był to magazynier jodu. Nasz kilkuletni  synek zwykł na niego mówić „magazynier jordu”. Bardzo mocno strzegł on zapasów jodu w magazynie, sknerzył, powodując stan jego niedoboru w organizmie. Co, jak wiadomo nie jest korzystne dla zdrowia. W nawiązaniu do tej postaci często zdarzało nam się używać tego określenia „magazynier jordu” w określeniu osób, które pilnie strzegły nagromadzonych przez siebie zapasów. Wolały, aby zjadły je mole lub zalęgły się w nich larwy, a puszki pokryła rdza. Absolutnie, nie chcemy tego w Arce! Nasze spichlerze nie mogą stać pełne. 

Nasze zasoby dzielimy na dwa ośrodki naszej fundacji (Arkę 1 - przebywa tam spora grupa dzieci i seniorów z Ukrainy i Arkę 2 - czyli naszą praską Arkę). Nie rezygnujemy ze stałych działań, czyli np. Obiadu Czwartkowego dla naszych podopiecznych, wtorkowych i sobotnich obiadów regeneracyjnych dla uczestników regularnych spotkań. Zasoby te musimy rozdzielić również dla naszych stałych odbiorców (100 rodzin raz w tygodniu dostaje paczki z pomocą żywnościową) i na bezdomnych z Kościoła Ulicznego (raz w tygodniu na tzw. Patelnię dostarczamy kanapki, ciasta, drożdżówki, chleb). Ich sytuacja przecież się nie zmieniła.

Kiedy tylko przyjeżdża jakaś dostawa, szukamy miejsc, gdzie aktualnie jest najgorętsza potrzeba. Czasem ogłaszamy chęć podzielenia się produktami na FB. Wstawiamy zdjęcie z tym, co mamy i wysyłamy do znajomych, pomagających uchodźcom. Odpowiedź jest przeważnie jedna: Biorę wszystko. Wspieramy indywidualne osoby, które przyjęły pod swój dach rodziny z Ukrainy. Co któryś dzień zawożone są na Dworzec Wschodni pościele, koce, klapki; kosmetyki, kanapki, drożdżówki. Wystarczył telefon z OPS i już jedzie do nich karton (lub więcej) niezbędnych produktów: sucha żywność, kosmetyki. Szpital Dziecięcy przy ul. Niekłańskiej (kiedyś był tam operowany nasz synek) zgłosił zapotrzebowanie na odżywki i środki pielęgnacyjne. Czy mamy? Mamy. Zawieziemy!

Dajemy i... nie ubywa! A jeśli ubywa to na chwilę. Czasem się zastanawiam, czy mam dzielić się czymś, czego mam niewiele, ale za chwilę przychodzi refleksja - przecież to się zaraz uzupełni. To jest takie codzienne doświadczanie cudu ekonomicznego.

W Psalmie 23, w wersecie 5 padają takie słowa: Stół dla mnie zastawiasz wobec mych przeciwników; namaszczasz mi głowę olejkiem; mój kielich jest przeobfity. Tak, nasz kielich przelewa się, bo jak inaczej można sobie wyobrazić przeobfity kielich? Ten obraz symbolizuje obfitość darów, które dostajemy i którymi się możemy dzielić. A zastawiony stół wobec nieprzyjaciół? Czy nie doświadczamy tego na granicy, na dworcach, na ulicach, w naszych domach? Kiedy to pragnieniem wszystkich jest przyjąć, nakarmić, zatroszczyć się o podstawowe potrzeby tłumów, uciekających przed rosyjskimi przeciwnikami. Tłumów starców, bezradnych matek i ich dzieci... 

Wojna jest straszna. Okrutna. Ale to, co jej towarzyszy, co dzieje się wokół nas, napełnia nadzieją, że dobro zwycięży. To kolejna biblijna lekcja dla nas: Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj. (List do Rzymian 12:21)

Dziękuję wszystkim, którzy biorą udział w tym szczytnym dziele.

 

 

sobota, 19 lutego 2022

Kącik dobrej książki

Na moim biurku, na widocznym miejscu widnieje wydrukowany harmonogram prac redakcyjnych biuletynu „Idźcie”. Dla mnie najważniejsza jest informacja do kiedy powinnam wysłać moje recenzje. I właśnie zbliża się ten moment. Teoretycznie mam jeszcze przed sobą kilka dni, ale praktycznie to ich nie mam. Dlatego wstałam dziś wcześnie, aby pisać. Towarzyszy mi piękny wschód słońca (znowu będzie słoneczny dzień).

Przedstawiam Wam kolejne trzy propozycje. A z książkami o misji bywa u mnie tak: Jak ich zapas się kończy, to zaczynam się martwić, czy dalej będę miała co czytać i o czym pisać. Kiedy uda mi się zapas uzupełnić, staję przed dylematem, które książki wybrać. Poniższe książki wybrały się same.

Bruce E. Olson, Bruchko, Oficyna Wydawnicza „Vocatio”, Warszawa 1995

Swego czasu bardzo poszukiwałam tę książkę. Wydawca jej nie miał. Próby zakupienia jej przez Internet spełzły na niczym. Gdziekolwiek pokazywała się informacja o sprzedaży książki, w rezultacie wszystko kończyło się na: „produkt niedostępny”. „To niemożliwe!” - myślałam sobie - „Muszą być ludzie, którzy tę książkę jeszcze posiadają!!!”

Kilka miesięcy temu znajoma oznajmiła mi, że ponownie zamierza przeczytać „Bruchko”, bo ta historia niesamowicie ją inspiruje. „Masz Bruchko? Ja też chcę ją mieć!” Wiedziałam, że mogę liczyć na pożyczenie tego cennego egzemplarza, ale lubię mieć książki na własność. Znowu zaczęłam szukać jej w Internecie i udało się. Kilka dni później już ją czytałam. Jej stan wskazywał, że wcześniej też była czytana. I chyba nie jeden raz.

Dlaczego Bruchko? Bruchko, a właściwie Bruce Olson, to człowiek, który ponad 15 lat swojego życia spędził w Ameryce Południowej, wśród plemienia Motilone. Plemienia dzikiego, okrutnego i morderczego. A Bruce „powiązał  się” z tym plemieniem, w rezultacie czego Motilone „powiązali się” z Bogiem.

Boży impuls, aby związać swoje życie z misją, Bruce odczuł mając zaledwie 16 lat. W tamtym czasie miał o misjonarzach nie najlepsze zdanie. Dlatego wzbraniał się przed Bożym powołaniem. Z czasem jednak jego uwagę przykuła Ameryka Południowa. Zauważył, że przerodziło się to w fascynację. Każdego dnia marzył o tej urzekającej ziemi i jej ludach. W wieku dziewiętnastu lat wyruszył na swoje pierwsze spotkanie z Indianami (1961 r.).

Nawet nie próbuję opowiadać Wam jego historii. Koniecznie przeczytajcie ją sami. Jest fascynująca, momentami mrozi krew w żyłach, ale przede wszystkim inspiruje. Ktoś, kto żyje w czasach, kiedy człowiek ląduje na Księżycu, poświęca swoje życie dla tych, którzy żyją z dala od cywilizacji. Po to i aż po to, aby opowiedzieć im o Jezusie.

Należy też wspomnieć, że jego działania wśród Motilone znacząco wpłynęły na poprawę ich życia - szczególnie w sferze edukacji i zdrowia. O tym też opowiada ta książka.


Ludmiła Plett, Przebudzenie rozpoczyna się ode mnie, Oficyna „Cel”, Kraków 1999

Stos książek o intensywnie pomarańczowej okładce przyciągał moją uwagę, kiedy tylko przekraczałam próg naszej fundacyjnej biblioteki.

Wiele jest w niej takich stosików. To zapasy zgromadzone w czasach kiedy żył jeszcze założyciel fundacji (mój teść, pastor Tadeusz Jarosz).  Od czasu do czasu ze stosików ubywa troszkę książek.  Mam w zwyczaju wykładać je na stolik z literaturą, aby ludzie, którzy bywają w naszej fundacji, mogli sobie coś wybrać. Niedawno uszczupliłam zapasy książki Ludmiły Plett.

Zaintrygował mnie tytuł. Skoro coś tak ważnego jak przebudzenie ma się rozpocząć ode mnie, to może warto ją przeczytać. Ale jaki to ma związek z misją? I tu od razu przypomnę zaprezentowaną Wam kilka lat temu książkę Dr Kurta E. Kocha - Bóg wśród Zulusów (Wydawnictwo Ewangeliczne TEW, Poznań 1990). Autor książki opisuje duchowe przebudzenie wśród afrykańskiego plemienia Zulusów, które miało miejsce w latach sześćdziesiątych minionego stulecia. Za sprawą pewnego misjonarza - Erlo Stegena (pochodzenia niemieckiego), który pozwolił Bogu używać siebie jako narzędzie tego przebudzenia.

Związek tych dwóch książek jest taki, że jedna z nich opisuje służbę misyjną Erlo Stegena. Druga zaś jest zbiorem jego kazań i świadectw wygłoszonych przez niego w Niemczech oraz Republice Południowej Afryki. Książka Ludmiły Plett jest osobistym opowiadaniem Stegena - ewangelisty i misjonarza - o darowanym przez Boga przebudzeniu duchowym pośród tego okrutnego i wojowniczego plemienia. Jest to opowiadanie bardzo osobiste. Erlo szczerze opowiada o tym, w jakich okolicznościach przebudzenie musiało się, w pierwszej kolejności,  dokonać w jego życiu. Po to, aby mógł być jego nośnikiem dalej.

Prawdy biblijne głoszone przez Erlo Stegena stanowić mogą dla czytelnika trudne wyzwanie. Czasem konieczne jest przejrzenie się w nich jak w lustrze. Skonfrontowanie z nimi swojego życia.

Marzy nam się nasze polskie duchowe przebudzenie? Niech osoba Erlo Stegena będzie dla nas inspiracją.


Janusz Kokot, Afrobiografia, Wydawnictwo Arka, Gliwice 2021

„Walu, czy słyszałaś o Januszu Kokocie i jego książce?”

„Nie, nie słyszałam, ale chętnie czegoś się dowiem. Przeczytam. Gdzie można ją kupić?”

„Ja Ci ją kupię i wyślę...”

Kilka dni później książka od Asi Marcol czekała na mnie w skrzynce pocztowej.   

Janusz Kokot jest artystą. Uprawia malarstwo i rysunek. Brał udział w wielu wystawach i jest laureatem wielu nagród. I tu pytanie: Czy artysta może zostać misjonarzem? Historia opowiedziana w tej książce dowodzi tego, że może.

Jednak podróż artysty w głąb serca Afryki (Uganda) powodowana była nie względami artystycznymi, ale pragnieniem pomagania innym oraz walką o ich lepsze jutro. Książka opowiada poruszające historie ludzi potrzebujących pomocy oraz tych, którzy tę pomoc oferują. Z całym wachlarzem zabawnych lub frustrujących sytuacji wskazujących na ogromne różnice kulturowe, jakie dzieliły misjonarza od ludzi, którym służył.

Artysta misjonarzem? Pędzel i ołówek w jego ręce, na okres trzech lat, zastąpione zostały młotkiem i siekierą. A namalowane obrazy (co czasem się zdarzało) służyły nie prestiżowym celom, ale zdobywaniu pieniędzy na kolejną paletę cegieł lub wyposażenie schroniska dla samotnych matek w Zangule.

Artysta misjonarzem? A jednak... Janusz Kokot pisze: Zastanawiałem się, co malarz i rysownik może robić na misji. W powszechnej opinii do tego zajęcia bardziej predestynowani są duchowni czy ludzie związani ze służbą zdrowia. Jednak szybko okazało się, że ta praca wymaga wyobraźni, daru improwizacji, kreatywności i oddania, czyli dokładnie tego wszystkiego, czego niezbędnie potrzebuje artysta w swojej pracowni.

Artysta misjonarzem? Janusz Kokot podsumowuje: Zdolności artystyczna i budowana latami pozycja na rynku sztuki okazały się bezużyteczne. Doświadczenie życiowe i praktyczne umiejętności z powodu różnic kulturowych i braku środków najczęściej nie znajdowały zastosowania, a znajomości z ludźmi biznesu nie spełniły pokładanych w nich nadziei. Z poczuciem bezsilności oddawałem Bogu to, co mi pozostało i za każdym razem ze zdziwieniem odkrywałem, że... wystarczy.

Gorąco zachęcam do przeczytania tej książki. Jest pięknie wydana. Zawiera dużo zdjęć oraz wybrane  wybrane obrazy artysty. Moje ulubione: African Dusk i Dark Continent.

Życzę miłej lektury. Ktoś napisał, że moje recenzje spowodowały, że w domowej biblioteczce przybyło mu kilka książek. Bardzo mnie to cieszy.

Napisane dla biuletynu "Idźcie".