Od pewnego czasu obserwuję pewien stereotyp, funkcjonujący w naszym środowisku ewan-gelicznym. Chodzi mi miano-wicie o to, że coraz częściej słyszę ludzi, wygłaszających opinie, że jakoby my, chrześ-cijanie, posługujemy się języ-kiem niezrozumiałym, herme-tycznym, niedzisiejszym. Zarzu-ca się nam nadużywanie slo-ganów i frazesów chrześci-jańskich. Sama przyznaję, że był taki moment, kiedy wydawało mi się, że osoby te mają rację. Rzecz ma się jednak zupełnie inaczej dzisiaj. Dzisiaj tego typu opinie i wywody zaczynają mnie irytować. I im częściej je słyszę, to mam wrażenie, że osoba je wypowiadająca, powtarza te opinie jak papuga, bez żadnej osobistej refleksji nad tematem.
Dlaczego niby, nasz „ewangeliczny język” ma być niezrozumiały, skoro wciąż jest to nasz rodzimy język - język polski? Dodatkowo, żyjemy w kraju chrześcijańskim, a więc dlaczego słowa: grzech, pokuta, nawrócenie, łaska, zbawienie, świętość, usprawiedliwienie, świadectwo, ewangelizacja i inne, mają być niezrozumiałe dla naszego potencjalnego rozmówcy? A może raczej boimy się, że możemy go urazić?
Dla uniknięcia, czegoś, co jest w polskim języku biblijnym czymś naturalnym, tworzy się jakieś dziwne „makaronizmy” i „kalki”. Dopiero teraz dla mnie niezrozumiałe.
* Chociażby, stosując kalkę z angielskiego, określenie „ewangeliczny”, zamieniono na „ewangelikalny” twór.
* Czas refleksji nad Słowem Bożym, zaczęło się określać „cichym czasem” - z angielskiego „quite time”. Niektórzy, aby nie używać słowa „medytacja” na Słowem Bożym (bo kojarzy się bardzo wschodnio), używają zapożyczonego określenia „czas skupienia” - co może rodzić nawet śmieszne skojarzenia. Nie lepiej już powiedzieć „rozmyślanie”?
* Słowo „świadectwo” już zupełnie teraz nie przystoi - teraz „opowiadamy swoją historię”.
* O używaniu słowa „ewangelizacja”, w ogóle nie może być mowy. Niedawno, próbując ująć w prostych słowach wizję pewnej powstającej organizacji parakościelnej, stoczyliśmy długą dyskusję nad tym, co zrobić, aby słowo „ewangelizacja” nie znalazło się w naszym haśle. Taka była wola większości. (A, co najciekawsze - ewangelizacja - jest głównym tematem, wokół którego skupia się cała działalność tejże organizacji.) Udało się, ale jeśli chodzi o moją osobę, to czuję, że poszłam na daleki kompromis.
* Bóle, prawie że porodowe, towarzyszyły mi, kiedy sama pisałam swoje świadectwo, w celu wydania go w niewielkiej broszurze ewangelizacyjnej. Nie wiem, co było gorszym bólem - zmieszczenie tego świadectwa w 480 słowach, czy kontrolowanie języka, abym czasem nie pozwoliła sobie na użycie zbyt wielu „chrześcijańskich sloganów”. Taki był wymóg redakcji.
* Niedawno, ku mojemu zaskoczeniu, kaznodzieja głoszący Słowo Boże, przytoczył biblijne określenie „pożałowania godni”, występujące w Biblii dwa razy, i nazwał je „biblijnym sloganem”. Tego już było dla mnie za wiele.
I tak dalej…
Zaczęłam się zastanawiać, jak ja to rozumiem.
Po pierwsze - bardzo prosto. Skoro używane przeze mnie słowa, są słowami występującymi w języku polskim i występują nie tylko w Biblii czy kręgach kościelnych, to nie widzę podstaw, aby mieć do nich stosunek negatywny i ich nie używać. Przykład: coraz więcej programów terapeutycznych, odnosząc się do duchowej sfery człowieka, korzysta z ewangelicznego słownika. Wystarczy wnikliwie postudiować popularny program 12 kroków. Poza tym, jeśli istnieje język medycyny, język internautów, język ekonomii, to dlaczego nie miałby spokojnie sobie istnieć „język wiary”?
Po drugie - jako ludzie wierzący jesteśmy przecież obywatelami Bożego Królestwa (Ew. Marka 1:15; I Piotra 2:9-10). Jak każde królestwo czy państwo - ono też posiada swój język. Język zrozumiały dla jego obywateli. I tak, jak należy nauczyć się języka angielskiego, niemieckiego czy jakiegokolwiek innego, tak samo należy nauczyć się języka biblijnego. Rezygnowanie z tego unikalnego słownictwa, grozi spłyceniem radykalizmu Bożego przesłania i poprowadzeniem wielu - łasych na poprawne słówka - na manowce.
Może poniższy fragment dotyczy głębszego problemu - broni czystości nauki, przestrzega przed herezją, to jednak, w moim odczuciu, wyrugowanie z naszego ewangelicznego słownictwa słów kluczowych, poprzez spłycenie (zmiękczenie) ich znaczenia, może przynieść dokładnie taki sam skutek końcowy: odwrócenie ucha od prawdy i zwrócenie się ku baśniom. Czasem mam wrażenie, że już tak się dzieje.
Zaklinam cię tedy przed Bogiem i Chrystusem Jezusem, który będzie sądził żywych i umarłych, na objawienie i Królestwo jego; Głoś Słowo, bądź w pogotowiu w każdy czas, dogodny czy niedogodny, karć, grom, napominaj z wszelką cierpliwością i pouczaniem. Albowiem przyjdzie czas, że zdrowej nauki nie ścierpią, ale według swoich upodobań nazbierają sobie nauczycieli, żądni tego, co ucho łechce, i odwrócą ucho od prawdy, a zwrócą się ku baśniom (II Tym. 4:1-4).